Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan Lodowego Ogrodu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pan Lodowego Ogrodu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2012

I objawił się Pan Lodowego Ogrodu - "Pan Lodowego Ogrodu", tom IV, Jarosław Grzędowicz, Fabryka Słów 2012


Pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu był odkryciem, świeżym spojrzeniem na zastałą konwencję i zawierał wszystko, co najlepsze w prozie Jarosława Grzędowicza. Drugiej części już tak dobrze nie odebrałam. Chociaż nadal trzymała w miarę równy poziom, to przestała zaskakiwać. Trzeci tom rozczarował mnie na całej linii, nudą i bezcelowym przedłużaniem fabuły, ledwo dałam radę go przeczytać. Kiedy otrzymałam czwarty tom, pomyślałam, że będzie mi jeszcze trudniej. Obawiałam się, że przede mną ponad osiemset stron powtórki z poprzedniej części. Bezpodstawnie. Mimo że ten tom nie olśniewa, a jego zakończenie nie należy według mnie do najbardziej udanych, to po pierwszej powieści jest najlepszym z całego cyklu.

Czwarta odsłona Pana Lodowego Ogrodu zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym kończy się trzecia, czyli kompletnie nie pamiętam gdzie, ponieważ przedostatnia część niemal całkowicie wyparowała z mojej pamięci. Po kilku stronach konsternacji wciągnęłam się jednak w lekturę i nawet wracały mgliste wspomnienia, dzięki czemu łatwiej było mi oswoić się z kontynuacją akcji. A dzieje się tutaj nieporównanie więcej, mimo że tak naprawdę dzieje się niewiele. Praktycznie cała fabuła opiera się na przygotowaniach do epickiej bitwy między Złem a Nie-złem świata Midgaardu II. Vuko we współpracy z Fjolsfinnem i swoimi przyjaciółmi szykują się do wojny, jakiej ta planeta nigdy nie widziała. Autorowi udało się rewelacyjnie odzwierciedlić te wszystkie działania w opisach intryg, zmyślnych akcji zwiadowczo-podjazdowych, szpiegostwa. Tym razem, w przeciwieństwie do poprzedniego tomu, zawarte tu dygresje i retrospekcje są naprawdę ciekawe, i mimo że każda ze wspominanych krain kojarzy się z co najmniej jednym rzeczywistym krajem, wydają się one autonomiczne, tak szczegółowo oddane zostały obyczaje mieszkających w nich ludzi, otaczających ich miejsc i przedmiotów. Umiejętnie wplecione elementy mitologii nordyckiej ucieszą miłośników tej kultury. Mnie bardzo podobało się wykorzystanie motywu Jormunganda.

Grzędowicz nie zapomniał w tym wszystkim o bohaterach. Poświęca ich rozmyślaniom i rozterkom sporo miejsca, czasami zbyt często się powtarzając, co sprawia, że zamiast fascynować czy budzić współczucie czytelnika – nudzą. Ciekawie przedstawiony jest Vuko, którego zmienia pobyt na Migdaardzie, a mimo wszystko wciąż pamięta o swoim zadaniu. Realne są jego odczucia, rozdarcie między chęciami pozostania i życia wśród nowych przyjaciół, a obowiązkiem, niepewność związana z wagą misji mu powierzonej, która chwilami go przytłacza. Interesująco i plastycznie wypadł efekt odwróconego wpływu na zachowania i postępowania bohaterów – w poprzednich częściach świat widziany był przede wszystkim oczami Drakkainena, on najczęściej komentował wydarzenia, zwyczaje. Tym razem większy nacisk Grzędowicz położył na oddziaływanie Vuka na jego towarzyszy, opisując, w jaki sposób uczy ich on technik walki, działania w grupie, zespołowo, co było zawsze dla nich obce, ale też jak szpiegować i knuć, z czym nie do końca się zgadzają. Czytelnik ma szansę poznać to wszystko głównie dzięki relacjom Filara, który również przeszedł przemianę. Dotąd przeze mnie niezbyt doceniany, w czwartym tomie stał się jednym z ulubieńców. Ten niedojrzały, wiecznie narzekający na los chłopiec przeobraża się w mężczyznę, wojownika godnego bronić życia członków swego klanu, staje się prawdziwym Nosicielem Losu. Szkoda, że pozostałym postaciom autor nie poświęcił więcej miejsca, jednak z krótkich fragmentów przebija się obraz mężnych wojów, honorowych, których łączą więzy prawdziwej, trwałej męskiej przyjaźni. W tych opisach uczuć, wątpliwości brakowało mi jedynie relacji Vuka i Sylfany. Pogodziłam się, że wątek miłosny nie został tu rozwinięty i nawet uznałam, że słusznie, ale ciężko mi przeboleć, że tych dwoje nie odbyło ze sobą dłuższej rozmowy, albo że Vuko nie poświęcił Sylfanie myśli w swoich rozterkach.

Najbardziej jednak zawiodłam się zakończeniem. Cała powieść, od początku, zmierza do ogromnej kulminacji, czytelnik spodziewa się Armagedonu, napięcie szybuje do góry niczym wypełniony helem balon, tymczasem jednak autor przekłuwa go cieniutką igiełką, co sprawia, że zamiast „boom” można usłyszeć tylko „puf”. Zupełnie jakby nie czuł już się na siłach dobrnąć do ostatnich stron. Mimo wszystko czwarty tom Pana Lodowego Ogrodu wpisuje się w całość dobrego cyklu, zapewniając udaną przygodę dla miłośników wypraw w pseudośredniowieczne czasy nordyckich bogów.

Recenzja z portalu Katedra.

piątek, 25 marca 2011

Monolog na dwa głosy - "Pan Lodowego Ogrodu", tom III, Jarosław Grzędowicz, Fabryka Słów 2010


Bardzo lubię fantastykę w wykonaniu Jarosława Grzędowicza. Barwny styl, cięty, sarkastyczny humor, wartka akcja, a przy tym ciekawe podejście do konwencji, swobodna z nią zabawa, niezwykła celność oryginalnych metafor, czasem nawet refleksja nad dniem codziennym. To wszystko znalazłam zarówno w pierwszej, jak i drugiej części Pana Lodowego Ogrodu. Nic dziwnego więc, że oczekiwałam tego samego po kolejnym tomie, niestety rozczarowałam się. Trzecia część nie ma bowiem w sobie wiele z tego.

Przede wszystkim akcja zwalnia w niej do tempa żółwiego, co wcale nie byłoby złe, a nawet dałoby pretekst do rozwinięcia kilku pobocznych wątków, skoro główny opiera się na przekonywaniu tytułowego Pana Lodowego Ogrodu do walki z Aakenem po stronie Vuko i na wędrówce Filara z niewoli do niewoli. Autor jednak nie poszedł tą drogą, wręcz przeciwnie, z pobocznych wątków zrezygnował właściwie całkowicie. Nie dowiemy się na przykład, co dzieje się między Drakkainenem a Sylfaną, chociaż druga część cyklu zapowiadała burzliwy związek, który w tomie trzecim Grzędowicz ograniczył do okazjonalnych „numerków”, ponieważ bohater nie może się rozpraszać. Przez to też jedyna postać kobieca, która miała szansę zaistnieć jako pełnoprawna bohaterka opowieści, została zdegradowana do roli dodatku. Co więcej, autor porzucił kwestię psychologii bohaterów drugoplanowych, nie żeby dotąd jakoś specjalnie się nimi przejmował, ale w trzecim tomie postacie poza Drakkainenem i Filarem stanowią wyłącznie tło. Utrudnieniem tutaj może być narracja książki (chociaż nie jest ona dla mnie usprawiedliwiająca, we wcześniejszych tomach udawało się Grzędowiczowi zachować równowagę), w większości będąca pierwszoosobowym raportem, zwłaszcza w wykonaniu tohimona, którego obojętność w opowiadaniu swoich losów jest całkiem zrozumiała, ale i nie pozwala utożsamić się z bohaterem.

Zaskoczona byłam też radykalną zmianą stylu i nie wiem, czy to akurat wyszło książce na dobre. Od początku opisywany świat był mroczny i niepokojący, czemu nie można się dziwić ze względu na wybór tematu, ale we wcześniejszych częściach równoważył to wisielczy humor, który mimo że wiele optymizmu nie dodawał, przynajmniej ubarwiał akcję. Z niego również niewiele zostało, co sprawia, że przez niektóre fragmenty przebrnąć jest wyjątkowo ciężko. W Grzędowiczu najbardziej ceniłam umiejętność zawarcia poważnej refleksji w ironicznym, kpiarskim komentarzu, którą czytelnik może odczytać, ale nie musi, jego sprawa. Tutaj zdarza się to rzadko (świetnie na przykład pokazał absurd bezstresowego wychowywania dzieci), przeważa jawne „wskazywanie palcem” tego, co złe, niewłaściwe i niemoralne.

Nie tego spodziewałam się po dwóch latach. Mimo wszystko czekam cierpliwie na tom czwarty, mając nadzieję, że powróci w nim stary, dobry Grzędowicz, jakiego lubię. Mam również nadzieję, że będzie to część ostatnia, chociaż mam pewne obawy, by sądzić, że na niej się nie skończy, a jeszcze większe rozwlekanie fabuły nie przyniesie książce niczego dobrego.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 8 marca 2011

Najważniejsze to zachować równowagę - "Pan Lodowego Ogrodu", tom II, Jarosław Grzędowicz, Fabryka Słów 2007

Świetnie zakończona część pierwsza powieści Jarosława Grzędowicza pozostawiła w niepewności i niedosycie na dwa lata, podczas których autor pracował nad kontynuacją przygód Vuko Drakkainena. O drugim tomie ciężko jest pisać, nie zdradzając pewnych zaskakujących zwrotów akcji, ale postaram się tego nie robić, gdyż to one właśnie stanowią najciekawsze elementy książki.

Autor idzie wyznaczoną ścieżką, a raczej prowadzi nią swoich bohaterów – nadal równomiernie toczą się dwa wątki, które przy okazji recenzji pierwszej części nazwałam „wikińskim” i „azjatyckim”. Tak jak i poprzednio, bardziej interesujący jest ten pierwszy – głównie dlatego, że sytuacja Vuka odwróciła się diametralnie. Zamieniony w drzewo Drakkainen usiłuje się wydostać spod czaru rzuconego przez jednego z zaginionych naukowców, który na Midgaardzie II stał się swego rodzaju bogiem. Magia, która w pierwszej części była jedynie tłem i której zasady działania już wyjaśniono, tutaj okazuje się być integralną częścią świata, Vuko, a przy okazji czytelnik, dowiaduje się, w jaki sposób z niej korzystać. I chociaż Grzędowicz podaje znaną już receptę, efekt jest bardzo naturalny i logicznie wytłumaczalny – autor umiejętnie bowiem łączy informacje o wizualizacji z zasadami nauki.

Vuko, kiedy w końcu udaje mu się wrócić do ludzkiej postaci, musi zmierzyć się z kolejną trudnością – stracił „oprogramowanie”. W wyniku starcia z Van Dykenem bohater został pozbawiony całej wiedzy, jaką miał na temat planety poza tym, czego sam się dowiedział, został bez wspomagania, miecza i konia, otrzymał natomiast niezwykłe towarzystwo… pseudowróżki Cyfral. To jedna z ciekawszych i śmieszniejszych zabaw z konwencją, na jaką miałam okazję trafić, a jednocześnie jedna z nielicznych w drugim tomie Pana Lodowego Ogrodu. Drakkainen właśnie z pomocą Cyfral uczy się wszystkiego od nowa i nie jest tym zachwycony.

Czytelnik śledzi także losy młodego tohimona, który wraz ze swym nauczycielem i obrońcą musiał uciekać z pałacu. Tutaj autor się nie wysila – to klasyczny, wręcz przerysowany, wątek przemiany psychologicznej, w dodatku wielopoziomowej. Młodzieniec, jeszcze chwilę temu będący synem władcy, przez mgnienie oka był cesarzem, by zaraz potem stać się sługą kapłana, później jeńcem, szpiegiem, dowódcą, wreszcie tropicielem i wojownikiem. Jego opiekun dzielnie trwa u boku ucznia i swego pana, służąc mu radą i chroniąc dzięki umiejętnościom przetrwania. Chłopak (którego imienia wciąż nie pamiętam) nazywany jest Nosicielem Losu, zapowiadanym przepowiedniami, jednak wcale się nim nie czuje, ma natomiast mnóstwo wątpliwości i lęku, dopiero w trakcie tułaczki zdaje sobie sprawę, jak mało wie o życiu i zewnętrznym świecie i że żadne treningi z bystretkami nie przygotują go na to, co ten świat ze sobą niesie. Niestety motyw ten jest do bólu schematyczny i nie wnosi do fabuły niczego poza dłużyznami i napuszonym stylem.

Dowiadujemy się również, dlaczego na Midgaardzie II nie rozwija się technika. Otóż ten świat kontrolowany jest przez bogów, którzy są swoistymi strażnikami równowagi, ale ich działania tubylcom wydają się zupełnie nie przeszkadzać, wręcz przeciwnie – strachem napawają ich nowi „bogowie”, którzy tę równowagę zakłócają, co z kolei doprowadza do rozpadu ich świata. Myśl autora zawarta w powieści, zarysowana w pierwszym tomie, w kolejnym już całkowicie wyraźna, chociaż naiwna i całkowicie nierealna, pobudza do refleksji. Otóż postęp przeciwstawiany jest życiu zgodnie z naturą, Grzędowicz zdaje się mówić o istotnej dla ludzi kwestii – w pogoni za cywilizacją i coraz większymi udogodnieniami zapomnieli oni o człowieczeństwie, moralności, honorze, odwadze, wspólnocie. Midgaardczycy to ludzie szanujący bogów i granice, jakie zostały na nich nałożone, a rozwój techniczny nie liczy się dla nich, dopóki mają dach nad głową, jedzenie na stole i bliskich wokół. Przyznam szczerze, że i ja zatęskniłam za takim Midgaardem II, wprawdzie jedynie na czas lektury, gdyż nie wyobrażam sobie życia bez komputera, elektryczności i innych współczesnych udogodnień. Być może właśnie dlatego tak lubię fantasy – by móc zanurzyć się na chwilę w zupełnie innym świecie. Jarosławowi Grzędowiczowi udało się mnie tam wciągnąć i w tym tomie, chociaż nie jest już to tak cudowne przeżycie, jak za pierwszym razem.

Podsumowując, druga część nie jest już tak odświeżająca i porywająca jak poprzedniczka, chociaż nadal intryguje losami Vuka i jego nowych przyjaciół, chwilami nawet zaskakuje nawiązaniami i biegiem wydarzeń. Nie poprawiła się niestety strona redakcyjna, nadal książka okraszona jest też obrazkami-koszmarkami, ale przestałam zwracać na to uwagę.

poniedziałek, 22 marca 2010

Midgaard survival - "Pan Lodowego Ogrodu", tom I, Jarosław Grzędowicz, Fabryka Słów 2005

W listopadzie zeszłego roku ukazała się trzecia część powieści Jarosława Grzędowicza. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier roku, czekałam również i ja, ponieważ dwie poprzednie części podobały mi się i byłam ciekawa, co czeka Vuka Drakkainena. Szczerze przyznam jednak, że nie pamiętałam z obu części niemal nic poza tym, że mi się podobały. Postanowiłam więc sobie odświeżyć cykl i podzielić się wrażeniami. Dzisiaj tom pierwszy. 

Nie wiem, jaka będzie czwarta część powieści, ale z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że pierwsza jest najlepsza z tych trzech, które się ukazały.

Pan Lodowego Ogrodu dzieli się na dwa wyraźne wątki, każdy inspirowany przeciwstawnymi kulturami: „wikiński”, którego bohaterem jest Vuko Drakkainen, oraz „azjatycki”, w którym główną rolę gra tohimon klanu Żurawia (imienia nigdy nie pamiętam...). Pierwszy jest o wiele ciekawszy od drugiego, sprawiającego wrażenie dodatku, przedłużenia fabuły, aby można było książkę podzielić na cztery (miejmy nadzieję, że tylko tyle) części.

Vuko Drakkainen zostaje wysłany na planetę zwaną Midgaardem II w celu odnalezienia garstki naukowców, która nie dawała znaku życia od dwóch lat. Jego zadaniem jest przywiezienie ich z powrotem na Ziemię lub, jeśli zajdzie taka konieczność, wyeliminowanie ich. Intensywne szkolenia paramilitarne i „historyczno-kulturowe”, wszczepienie organicznego komputera i wyposażenie w trwałą broń miało pomóc Vukowi przetrwać w obcym środowisku. Przede wszystkim jednak miał nie dopuszczać do siebie refleksji o tym świecie, nie porównywać jego mieszkańców ze sobą, pozostać biernym obserwatorem, który ma zrobić swoje i wracać. Okazuje się, jak zawsze zresztą, że nie jest to wcale takie łatwe, jak bohater był pewien, że będzie.

Grzędowicz bazuje na sprawdzonym wątku przeniesienia z jednego świata do drugiego – w tym wypadku z przyszłości do pseudośredniowiecza, robi to jednak w sposób wyjątkowy. Zwykle bowiem bohater, który przenosi się w przeszłość, nie ma problemów z zaanektowaniem się w nowej dla siebie rzeczywistości, nieważne czy jest to starożytność, średniowiecze czy wiek XVII… Autor PLO pokazuje, że przystosowanie się, nie dość, że nie jest łatwe, jest wręcz niemożliwe bez odpowiedniego przygotowania. Dzisiejszy człowiek nie przeżyłby w surowym, wczesnośredniowiecznym świecie ze względu na szok kulturowy i fizyczne ograniczenia.

Wątek „azjatycki” jest najzwyczajniej w świecie nudny, na co wpływ ma silne naznaczenie ideologią polityczną, ale też naiwny do bólu tohimon, który nie posiada w sobie siły i mądrości cesarskiego syna. Powstanie przeciwko monarchii, spowodowane przez Ogień Pustyni, zmusza chłopaka do ucieczki i sprawia, że musi on odnaleźć własną twarz wśród wielu masek, które będzie musiał nosić. Jego pierwszoosobowa opowieść o tej drodze jest jednak tak mdła i schematyczna, że bez żadnej szkody dla całości powieści można ją sobie darować.

Książka wydaje się być inspirowana nie tylko kulturą Wikingów czy Azjatów, ale także grami komputerowymi. Przygoda Drakkainena to trochę takie RPG – bohater otrzymuje imię (Nocny Wędrowiec), odpowiedni ekwipunek i rzucony zostaje w inny świat, w którym ten kto ma miecz, jest prawem i gdzie musi wykonać różne zadania, aby dotrzeć do celu. Nawiązania do gier przygodowych widać w opisach walk Vuka, przypominających slow motionowe sekwencje z Księcia Persji, strategiczne, np. Settlersów, obrazują chociażby ćwiczenia synów cesarza na bystretkach.

W zależności od tego, w jakim obecnie wątku jesteśmy, zmienia się styl autora. W przypadku Vuka narracja podzielona jest na trzecio- i pierwszoosobową, obie są naładowane ironią, zwłaszcza ta druga – bohater czyni złośliwe uwagi względem swojej bytności w świecie Midgaardu, usiłuje sobie tłumaczyć wydarzenia tego świata przez książki i filmy fantastyczne, co jest częścią ogromnej intertekstualności książki. Te aluzje przewijają się także w drugim, już wyłącznie pierwszoosobowym i o wiele bardziej monotonnym motywie, ale jest ich mniej. Grzędowicz zamieszcza mnóstwo nawiązań do samej konwencji fantasy (choćby świadomość Vuka, że znalazł się w świecie żywcem wyjętym z wikińskich opowieści), ale też do literatury fantastycznej (początek przypomina opowiadanie Wiedźmin Andrzeja Sapkowskiego) czy konwencji baśni (Kruk połykający ziarno Drakkainena, Grajek fletem wabiący dzieci) i jeszcze wiele innych (Ogień Pustyni żywo przypomina historię Jezusa z tym wyjątkiem, że kobieta nie niesie ze sobą miłości i pokoju, no i nie zostaje ukrzyżowana, wręcz odwrotnie). Odniesienia te oraz wątek „wikiński”, inspiracje tamtejszym światem, mentalnością, religią, kulturą – to największe plusy Pana Lodowego Ogrodu. Do tego dochodzą trafne i jak zwykle barwne metafory dotyczące naszej rzeczywistości, a także dopracowane szczegóły fabuły i techniczne podejście autora do świata Midgaardu – tutaj nawet magia i istnienie bogów mają racjonalne wytłumaczenie, które nie kłóci się jednak z filozofią fantastyki.

Minusem i to dużym jest oprawa książki i jej strona redakcyjna. Okładki nie będę się czepiała, bo mi się podoba, ale już ilustracje w środku przypominają bazgroły niedouczonego pseudoartysty i drażnią oko. Podobnie jak duża ilość błędów, a przecież nad korektą książki siedziały dwie osoby...