środa, 30 grudnia 2009

Uważaj co hodujesz w domu - "Dworzec Perdido", China Mieville, tłumaczenie: Maciej Szymański, Zysk i S-ka 2003

Dworzec Perdido Chiny Mieville'a to pierwsza książka w Fantastycznym Wyzwaniu Czytelniczym i pierwsze moje zetknięcie ze steampunkiem. A raczej zderzenie, bowiem powieść czytało mi się wyjątkowo ciężko. Pierwsze, co mnie przytłoczyło w zyskowym wydaniu książki, to mały i ciasny druk, przez który szłam dość opornie (przez tyle lat człowiek zdołał się rozleniwić dużą i strzelistą czcionką, którą raczą nas wydawnictwa). Poza tym to, co uznawane jest za atuty książki, dla mnie było jej wadami.

Mieville'owi z pewnością nie można odmówić wyobraźni, którą widać przede wszystkim w przedstawieniu miejsca akcji powieści. Autor wprowadza czytelnika w świat potężnie rozbudowanego miasta, Nowego Crobuzon, które już po dołączonej mapce skojarzyć można z Londynem, gdzie Mieville się wychowywał. Nowe Crobuzon nie stanowi jednak wyłącznie tła dla opowieści, ono żyje razem z nim, rozwija się wraz z tokiem akcji. Mieszkają w nim różne istoty, nie tylko ludzie, ale też khepri (ludzie-owady), garudowie (ludzie-ptaki), vodyanoi (związani z wodą) czy bardziej tajemniczy ludzie-kaktusy albo Tkacze. Każdej z ras Mieville starał się nadać charakterystyczne cechy, różniące jednych od drugich, nie udało mu się to specjalnie, ponieważ poza cechami fizycznymi byli bardzo podobni mentalnie. Łączyła ich zwłaszcza jedna rzecz - wzajemna nienawiść, tutaj nie ma sprzymierzeńców (poza nielicznymi wyjątkami), wzajemna pogarda i nieufność odczuwalna jest w zachowaniu każdej jednostki. Podobał mi się również wątek prze-tworzenia jako kary za popełnione zbrodnie. Stąd może Anna Kańtoch brała swoje pomysły do Przedksiężycowych.

Tak jak Mieville pomieszał gatunkowo postaci, tak zrobił też z konwencją powieści fantastycznej. Książki nie można zaliczyć jednoznacznie do jakiegoś konkretnego nurtu. Znajdziemy tutaj i science fiction i fantasy, odrobinę grozy i groteski, romansu, dramatu... Magia miesza się z techniką. Ogólnie nie przeszkadzają mi takie połączenia, jednak w wydaniu mievillowskim nie są dla mnie do strawienia. Autor potraktował książkę jak wielki kocioł, do którego wrzucił różne pomysły i gatunki, wymieszał to wszystko bez większego pomyślunku tak, że powstała bezkształtna masa.

Słabym, chyba nawet najsłabszym ogniwem Dworca Perdido jest budowa fabuły. Akcja powieści toczy się wokół trzech głównych postaci: nieco szalonego naukowca-amatora Isaaca, jego ukochanej artystki khepri Lin oraz tajemniczego garudy Yagharka, który przybył do Issaca po pomoc, chciał bowiem znowu latać (został pozbawiony skrzydeł w ramach kary za równie tajemniczą zbrodnię). Lin otrzymuje ważne zlecenie na rzeźbę z khepri-śliny naturalnych rozmiarów od prze-tworzonego człowieka, pana Motley'a, jednego z magnatów półświatka, paranoika i psychopaty. Isaac, pomagając Yagharkowi, zgłębia Teorię Jednorodnego Pola (cokolwiek to znaczy, ścisłość opisów fizycznych i matematycznych przygnębiała mnie bardzo i zniechęcała do dalszego czytania), w międzyczasie zupełnie beztrosko dokarmiając najnowszym narkotykiem o malowniczej nazwie dreamshit kolorową gąsienicę-empatkę, z której wyrasta niebezpieczne monstrum grożące całemu miastu. To właśnie ona i jej towarzyszki spychają na trzeci plan pracę nad TJP oraz pozostałe wątki (w tym sytuację polityczną miasta) i stają się motorem działań wszystkich bohaterów. Działań niezmordowanych, ale i nieskutecznych, co z czasem wzbudzało irytację nie tylko postaci. Autor przeciągał strunę dotąd, aż pękła moja cierpliwość i ostatnie dwieście stron przekartkowałam, bezczelnie omijając wiele opisów. A już kompletnie wybił mnie z równowagi zakończeniem, zupełnie jakby sam zdał sobie sprawę, że przesadził i na szybko postanowił znaleźć rozwiązanie.

Także konstrukcja postaci nie wypadła najlepiej. Miałam wrażenie, że poza Lin, Yagharkiem i Isaakiem, bohaterowie są przezroczyści. Owszem, autor oddał ich psychologię dość szczegółowo, bazował jednak na znanych chwytach (miejski cwaniaczek, boss paranoik, wyrachowany polityk itp.), przez co nie zwracałam na nich większej uwagi. Sprawiały wrażenie wyłącznie urozmaicenia fabuły, nie pozostawały w pamięci na dłużej.
Obawiałam się wątku politycznego, który podobno miał być wyczuwalny na każdym kroku. I był, jednak bardziej jako tło niż wątek. Sytuacja w Nowym Crobuzon przypomina Polskę czasów PRL-u albo każde inne współczesne państwo z układem totalitarnym, gdzie każdy może okazać się agentem, gdzie trzeba uważać na wypowiadane słowa i ich adresatów. Nie przeszkadza to jednak mieszkańcom w prowadzeniu w miarę spokojnego życia, są oczywiście podzieleni na tych nieświadomych i tych bardziej świadomych. Autor nie narzucał żadnej filozofii, żadnej doktryny, umiejętnie pokazując plusy i minusy każdej z nich, o każdej wypowiadając się z pewną kpiną.

Od strony językowej Mieville jest natomiast świetny. Doskonały warsztatowo, plastyczny język opisu sprawiał, że książkę mimo innych trudności czytało się całkiem szybko. Duża w tym zasługa również tłumacza. Autorowi ukłon należy się za realne opisy, nieuładzone i nie pozbawione "brudnych" przymiotników. To jednak za mało, żebym sięgnęła po kolejną książkę Mieville'a, przynajmniej nie zamierzam tego robić przez dłuższy czas.

wtorek, 29 grudnia 2009

Ursula Le Guin odeszła z Authors Guild

A wszystko przez ugodę między organizacją a Google Book. Ursula Le Guin, która była członkinią Author's Guild od 1972 roku, nazwała stowarzyszenie umową z diabłem i stwierdziła, że nie może zaakceptować jego postępowania.

[źródło: PW]

niedziela, 27 grudnia 2009

Spielberg o koniu wojennym

Steven Spielberg wraz z DreamWorks wykupił prawa do ekranizacji książki dla dzieci brytyjskiego pisarza Michaela Morpurga zatytułowanej War Horse. Powieść, wydaną w 1982 roku, z wielkim sukcesem zaadaptowano na sztukę teatralną, której premiera odbyła się w październiku 2007 roku w National Theatre, a od marca 2009 pokazywana jest na londyńskim West Endzie.

Powieść Morpurga opowiada historię konia Joey'a i jego właściciela i przyjaciela, młodego farmera Alberta. Tuż po wybuchu I wojny światowej Joey zostaje sprzedany kawalerii i przetransportowany do Francji, a chłopak idzie do wojska. Autor przedstawia fabułę z perspektywy zwierzęcia, podczas gdy sztuka skupia się na postaci chłopca i jego poszukiwaniach ukochanego konia. Adaptacja teatralna intryguje widzów nie tylko ze względu na wruszający wątek, ale także z powodu wykorzystania innowacyjnej marionetek koni w wymiarach rzeczywistych. Więcej o sztuce przeczytać można na oficjalnej stronie.

Scenariusz do wersji filmowej napisze Lee Hall (nominowana do Oscara za Billy'ego Elliota). Nie wiadomo jeszcze, czy Spielberg sam podejmie się reżyserii, czy może pozostanie producentem obrazu.

[źródło: Guardian]

sobota, 26 grudnia 2009

"Zaginiony symbol" gwiazdkowym numerem jeden

Kilka dni temu Śmietanka opublikowała notkę z listą najchętniej kupowanych książek w Polsce na święta wg niektórych polskich gazet. W Wielkiej Brytanii natomiast najlepiej sprzedającą się książką na gwiazdkowy prezent był Zaginiony Symbol Dana Browna, tuż za nim uplasowała się Księga Rekordów Guinnessa 2010, na 3. i 4. miejscu znalazła się Stephenie Meyer z Zaćmieniem i Zmierzchem (trzecia i pierwsza część cyklu). 5. numerek należy do Stiega Larssona i jego Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Listę Christmas top 10 opublikował Telegraph. Kontrast wydaje się oczywisty i z porównania można by wywnioskować, że Polacy są bardziej wybredni. Wątpię jednak, czy nasze czasopisma zaglądały do Merlina czy Empiku, tam królowały raczej inne książki (bardziej w typie zestawienia brytyjskiego) i w ich popularność jestem w stanie bardziej uwierzyć...

Sędziowie WFA wybrani

W jury World Fantasy Award za 2010 rok zasiądą: Greg Ketter, Kelly Link, James Minz, Jürgen Snoeren oraz Gray K. Wolfe. Jak co roku rozdanie WFA odbędzie się podczas Worlds Fantasy Convention, tym razem w Columbus w stanie Ohio. Początek konwentu 28 października 2010 roku.

[źródło: SF Site]

piątek, 25 grudnia 2009

Ze śmiercią mu do twarzy - "Nekrofikcje", Paweł Ciećwierz, SuperNOWA 2009

Nekrofikcje mają jedną z najładniejszych okładek, jakie widziałam (brawa dla Tomasza Marońskiego). Do sięgnięcia po książkę skusiła mnie też profesja głównego bohatera - niewiele jest dobrej literatury o nekromantach. Zbioru opowiadań Pawła Ciećwierza do książek o nekromantach jednak nie można zaliczyć, bowiem nekromancja jest tutaj jedynie pretekstem do wprowadzania wątków w kolejnych opowiadaniach, które czasem nie są nawet z nią związane. Mimo że to właśnie rozczarowało mnie najbardziej, opowiadania czytałam z przyjemnością i wróżę autorowi dobrą pisarską przyszłość. 

Przede wszystkim spodobał mi się wykreowany świat, jego złowrogi, mroczny klimat, który niepokoi od pierwszej do ostatniej strony. Mgława jest stolicą wszelkiego zepsucia. Nikt tutaj nie ma nadziei na godną przyszłość, ludzie walczą o przetrwanie w każdy możliwy sposób, bez zbędnych ich zdaniem skrupułów. Moralności strzeże najgorsza władza - kościelna, inkwizycyjna, posługująca się propagandą, przemocą i sianiem nietolerancji w utrzymywaniu porządku. Nie jest to żaden Neverland - dzięki licznym aluzjom łatwo można się zorientować, że autor opisuje polską rzeczywistość (choćby dobrze znany nam skrót MO, który w zbiorze tłumaczony jest jako... Moralna Opieka). Ciećwierz w kontrowersyjny sposób odwraca (czy na pewno?) wizerunek PRL-u, w Nekrofikcjach to kościół gra rolę komunistów.

Opowiadania nie są ułożone chronologicznie, wszystkie jednak układają się w spójny obraz, gdyż autor powiązał je nie tylko osobą Brighelli, ale też postaciami drugoplanowymi, wydarzeniami. Dużym plusem jest konsekwencja Ciećwierza w prowadzeniu akcji - każde opowiadanie zaskakuje rozwiązaniem akcji. Nie ma tu happy endów, śmierć przychodzi nagle i niespodziewanie, a igranie z nią nie jest zabawą i wszyscy zdają dobrze o tym wiedzą. Ciećwierz miesza sposoby narracji, płynnie przechodzi z trybu trzecioosobowego do relacji z pierwszej, brighellowej, ręki. Styl opowieści jest naprawdę dobry, wciąga w fabułę, czasem tylko autor ma tendencję do zapędzania się w filozoficzne i moralizatorskie refleksje, które mogą znużyć albo nawet zirytować.

Niezbyt wiarygodni są natomiast bohaterowie Nekrofikcji, brakuje im czegoś, co sprawiłoby, że czytający chociaż w części mogliby się z nimi utożsamić. Kuleje zwłaszcza wizerunek Brighelli, który nie jest takim draniem, na jakiego wygląda, ale bardzo się stara. To dziecko ulicy, na niej wychowany i na niej żyjący. Doskonale zdaje sobie sprawę, że aby przeżyć, bardzo często musi uciszyć swoją dumę i ludzkie odczucia, które czasem dochodzą w nim do głosu. Świadomość jego profesji i miejsca w hierarchii wydaje się go uwierać, nie jest jednak w stanie zmienić swojego życia, bo i nie ma to sensu. Jego postać nie budzi współczucia (czego zapewne by nie chciał), ale też żadnych innych emocji, które związałyby go choćby najcieńszą nicią porozumienia z czytelnikiem. To, co być może miało go pokazać jako rozdartego wewnętrznie, pokonanego przez wyższy los człowieka, buduje jego obraz jako faceta z kryzysem wieku średniego (sprawiają to głównie jego narzekania na własny wiek). Kobiety w opowiadaniach to cwane, silne psychicznie i wyrachowane bestie, które dobrze wiedzą, czego chcą i potrafią to zdobyć. Piękne i zgrabne wydają się kompletnie nierealne przez brak jakichkolwiek wad (w oczach głównego bohatera, oczywiście). Dobrze i wiarygodnie przedstawioną postacią jest natomiast przyjaciel Brighelli, Skud – weteran wojenny, któremu po powrocie do Mgławy lekko odbiło, zabijaka i socjopata, który jednak jako jedyny wydaje się mieć duszę.

Podsumowując, Nekrofikcje to kawałek niezłej fantastycznej prozy, która cieszy plastycznym opisem świata i ciekawymi pomysłami. Jeśli autor podąży tym tropem, zrezygnuje z narzucania ideologizmów, a do tego dopracuje psychologię postaci i rozbuduje motyw nekromancji, zaowocuje to naprawdę interesującą powieścią lub kolejnym zbiorem opowiadań.

środa, 23 grudnia 2009

Charlaine Harris odwiedzi Polskę

Jak podaje wydawnictwo MAG autorka cyklu Czysta Krew przyjedzie do naszego kraju (dokładnie do Warszawy) w ramach promocji kolejnej książki z cyklu (Klub Martwych) i wydania 1 sezonu serialu na DVD. Harris spędzi w Polsce dwa dni - 5 i 6 marca, nie znane są jednak jeszcze szczegóły wizyty.

[źródło: wirtualnywydawca.pl]

Nicolas Cage poluje na czarownicę

Na 19 marca 2010 roku w USA (polska data stoi pod znakiem zapytania) zapowiedziana jest premiera nowego filmu z Nicolasem Cage'em w roli głównej. Tytuł obrazu to Season of the Witch, a aktor wcieli się w... średniowiecznego rycerza, którego zadaniem jest przewiezienie tytułowej wiedźmy, podejrzewanej o rozpętanie Czarnej Śmierci. Pomagał mu w tym będzie rycerz Felson (Ron "Hellboy" Perlman). Oczywiście czarownica będzie młoda i ładna. Reszta fabuły jest jeszcze trzymana w tajemnicy, ale ja już domyślam się nawet końca filmu:] Za reżyserię wziął się Dominic Sena, autor trzech hitów (Kalifornia, 60 Sekund i Kod dostępu) oraz koncertów Janet Jackson. Jedyne plusy, jak na razie, to 25-letnia Claire Foy (znana najlepiej z miniserialu Little Dorrit), która zagra rzekomą czarownicę i Christhoper Lee, wcielający się w kardynała D'Ambroise'a. Dzięki nim być może projekt nie okaże się totalną klapą...

wtorek, 22 grudnia 2009

Teatralna "Nacja"

Trzy tygodnie temu na deskach National Theatre w Londynie miała premierę sztuka Nacja na podstawie książki Terry'ego Pratchetta. Zamiast jednak entuzjastycznych i pochwalnych recenzji, jakie otrzymała chociażby powieść, przedstawienie zostało określone rasistowskim i faszystowskim, między innymi. Głośnymi okrzykami niezadowolenia zainteresował się sam Pratchett i postanowił pójść na przedstawienie, a relację z tego wydarzenia zdał na łamach Telegraph. Autor nie widział dotąd sztuki, ponieważ przystał na prośbę producentów, którzy chcieli, aby "oswoiła" się ona ze sceną i widownią; nie miał też żadnego wglądu w scenariusz, chociaż proszono go o wyjaśnienie kilku problematycznych kwestii. 

Nastawiony czujnie pisarz udał się więc do teatru, mając w pamięci wszystkie złe określenia, i stwierdził, że sceniczna Nacja jest całkiem niezła, choć zmieniono całkiem dużo i raczej nie na korzyść sztuki. Autor jednak daje do zrozumienia, że takie są prawa przesiewania literatury przez inne media:
It isn’t my book. The medium changes things. Nation the book whispers where Nation the play shouts; this is because the book has to reach your eyeballs, while the play has to reach the back of the theatre, and making things louder also makes them different.
Najważniejsze jednak, że duch powieści został zachowany, publiczność gromadzi się na każdym przedstawieniu, wypełniając salę w większej części, okazuje stosowne emocje w tych miejscach, w których mają one zostać poruszone i żegnają aktorów aplauzem.

Najbogatsza ikona dekady

Dzisiaj Telegraph opublikował listę najlepiej zarabiających autorów mijającej dekady. Wśród stu pisarzy na 1. miejscu znalazła się J. K. Rowling, zaraz za nią uplasował się... Nie, nie Dan Brown (on jest 3.), a Roger Hargreaves, autor cyklu książeczek dla dzieci Mr Men. Na miejscu 4. jest Jacqueline Wilson, autorka książek dla dziewcząt (najbardziej znana za cykl Dziewczyny), miejsce 5. należy do Terry'ego Pratchetta, za nim znajduje się John Grisham. Miejsce 6. przypadło Richardowi Parsonsowi, o którym gazeta pisze:
Parsons is a former teacher who was so dissatisfied with the quality of textbooks he was using that since 1995 he has been the author of hundreds of study guides for subjects from primary levels to GCSEs.
Parsons wyprzedził Danielle Steel, której romanse okazały się jednak bardziej dochodowe niż thrillery Jamesa Pattersona. Pierwszą dziesiątkę zamyka Enid Blyton, pisarka książek dla dzieci i młodzieży.

Sukcesem poszczycić się może również sam Harry Potter, przez Guardiana uznany za Literacką Ikonę Dekady. W dodatku Mark Lawson, autor artykułu wyjaśniającego popularność nastoletniego czarodzieja, uważa, że Harry Potter jest pierwszym brytyjskim superbohaterem XXI wieku, którego imię zna cały świat i tym samym dołączył do takich postaci jak Piotruś Pan, Sherlock Holmes i James Bond. Dziennikarz żartobliwie stwierdza, że główną przyczyną takiego obrotu sprawy mogą być szkockie powiązania wszystkich bohaterów:
Barrie and Conan Doyle were born in Scotland, Fleming was Anglo-Scottish and Rowling wrote most of the Potter books in Edinburgh. So perhaps the key to an immortal protagonist is a Caledonian connection.
Dalej przedstawia wszystkim znane fakty przemawiające za fenomenem Pottera, oczywiście nie pomija wpływu adaptacji filmowych (książka Harry Potter i Kamień Filozoficzny wydana w 1997 roku, w 2001 rozpoczęto ekranizację serii). Na koniec, zadaje pytanie: Co będzie robiła J. K. Rowling przez kolejną dekadę?
Commercial logic suggests that the next publishing fortune is in finding the novels that the Harry Potter generation of child readers will buy in their 20s, 30s and 40s. A detective series by Rowling – perhaps featuring a sleuth along the lines of an older Hermione Granger – would sell in millions. But Rowling is rich enough not to have to do anything again. To have reached that position is a measure of the supernatural power of the Potter project.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Alicja o wielu twarzach

W przyszłym roku premiera Alicji w Krainie Czarów Tima Burtona (premiera 5 marca 2010), akcja promocyjna ruszyła wiele miesięcy wcześniej, a z nią zaczynają pojawiać się artykuły wspominające kultową książkę Lewisa Carolla. Jednym z nich jest esej Lauren Mechling, redaktor Walt Street Journal i autorka wydanej w tym roku powieści dla młodzieży Dream Girl. Mechling przypomina genezę powstania książki Carolla, zarysowuje jej fabułę i przesłanie, a także pisze o własnych przeżyciach związanych z czytaniem powieści w dzieciństwie i oglądaniem wszystkich filmowych wersji. Poniżej tekstu znaleźć można fragmenty kilku najbardziej znanych adaptacji Alicji w Krainie Czarów, razem z trailerem wersji burtonowskiej, wyglądający smakowicie.

Powtórka z rozrywki

Kilka lat temu środowisko katolickie krytykowało cykl o Harrym Potterze J. K. Rowling za promowanie okultyzmu, namawianie dzieci na odejście od Boga. Teraz to samo środowisko dopatruje się w książkach brytyjskiej pisarki boskiego posłannictwa (swoją drogą, chwali też cykl Zmierzch Meyer za propagowanie wstrzemięźliwości seksualnej wśród młodzieży...). Ostatnio natomiast katolicy w Stanach Zjednoczonych bojkotują produkcję filmowej wersji książek Philipa Pullmana. Kontrowersje były już podczas premiery Złotego Kompasu, teraz afera nasiliła się i istnieje ryzyko, że nie powstaną kolejne adaptacje książek pisarza.

Środowisko katolickie zarzuca powieściom Pullmana to samo, o co obwiniało książki Rowling - o namawianie dzieci do ateizmu, a wszystko dlatego, że sam autor przyznał, że jest ateistą. Pullman wyraził niedawno ubolewanie nad takim obrotem sprawy i stwierdził, że wszystkie zarzuty przeciwko jego twórczości to jedna wielka bzdura i że mimo swego podejścia do wiary katolickiej, ma dla niej ogromny szacunek i zgadza się z najważniejszymi jej założeniami. Kościół chyba najbardziej nie może znieść tego, że według Pullmana (i nie tylko jego, sama się z tym zgadzam) katolicyzm imieniem Boga usprawiedliwia swoje mroczne postępki z przeszłości. Wyjaśnił również, że Złoty Kompas pozostawił wiele otwartych i niewyjaśnionych wątków i dużą szkodą byłoby pozostawienie pytań bez odpowiedzi (trylogia filmowa miała być uzupełnieniem książkowej).

[źródło: Telegraph]

niedziela, 20 grudnia 2009

Z cienia Aleksandra - "Memnon", Scott Oden, tłumaczenie: Konrad Majchrzak, Rebis 2009

Nie czytałam dotąd wielu książek historycznych, na historii znam się tyle, o ile, więc nie będę oceniać Memnona (o Memnonie z Rodos można poczytać np. tutaj) pod względem prawdy historycznej (czy ona w ogóle istnieje?). Powieść Scotta Odena nazwałabym raczej fikcją historyczną (wiem, oksymoron, ale najbardziej pasuje), gdyż autor życie swego bohatera sfabrykował, zmieniając nawet niewielką ilość faktów znanych historykom (dla tych, co już kręcą nosem - literatura ma swoje prawa i może interpretować historię wedle własnego uznania), tło tamtejszych wydarzeń oddał jednak wiarygodnie. Książka podobała mi się bardzo z wielu powodów, także przez wzgląd na malownicze  i mocne osadzenie jej w realiach starożytnych. 

Świat starożytnych tak bardzo różni się od naszego - mentalnością, podejściem do życia, filozofią, skalą prowadzenia polityki i intryg. Bez problemów można sobie wyobrazić, że rodzili się w nim prawdziwi herosi, waleczni, honorowi, dzielni, obdarzeni łaską bogów. Bohater Scotta Odena nie stał się jednak nim od razu, a o jego przemianie w herosa opowiada ukochana kobieta - Barsine, która każe nazywać się Melpomeną (muza tragedii). Opowieść zaczyna się, kiedy Memnon ma dziewiętnaście lat, jest inteligentny, ale butny i chce być kolejnym Achillesem. Po buncie na rodzinnym Rodos i śmierci ojca, chłopak razem ze starszym bratem przyłącza się do Persa imieniem Artabazos w kampanii przeciwko jego wrogom i wkracza w krąg królewskich intryg (bo czymże innym jest polityka?). Lata wojny i wygnania uczą Memnona pokory i zmieniają w mądrego i przebiegłego Odyseusza, podczas gdy osławiony Aleksander do końca pozostaje Achillesem. Czytając powieść, próbowałam zrozumieć, dlaczego to Aleksandra pamiętają, dlaczego to właśnie on wygrał, skoro Memnon był tak wielkim wodzem. Oden daje jedną odpowiedź - Rodyjczyk był igraszką w rękach bogów, którzy dali mu posmakować życia, ale poskąpili szczęścia, od początku bowiem przewija się tu motyw walki po przegranej stronie.

Memnon to historia napisana z rozmachem, w której uwodzi piękny, bogaty styl, pełen barwnych, szczegółowych i realistycznych opisów. Czasem tylko razi nieco patos, przeładowanie metaforami i rozmowy żywcem wyjęte z filozoficznych debat, ale w końcu powieść stylizowana jest na starożytną epopeję (w trakcie czytania łatwo nasuwa się skojarzenie z Odsyeją Homera, zwłaszcza że sam autor wielokrotnie porównuje swego bohatera do  Odyseusza), ma być hołdem upamięjatniającym wielkie czyny wojownika i Scott daje to wyraźnie do zrozumienia słowami Barsine, która dla siebie zachowała wspomnienie najszczęśliwszych lat z mężczyzną swego życia (owe lata nie są dla potomnych), opowiadając tylko to, co mogło chwalić jego męstwo. W utrwaleniu wydarzeń w powieści pomaga chronologia wydarzeń zamieszczona na końcu książki razem ze słowniczkiem i bibliografią.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 15 grudnia 2009

Haldeman Wielkim Mistrzem

Joe Haldeman, pisarz science fiction i autor m.in. Wiecznej wojny, zostanie uhonorowany Nagrodą Wielkiego Mistrza im. Damona Knighta na przyszłorocznym rozdaniu Nebula Award. Wyróżnienie zostanie przyznane podczas Nebula Award Weekend 21-23 maja 2010 roku na Florydzie.

Damon Kinght Grand Master Award przyznawane jest od 1974 roku (od 2002 roku pod obecną nazwą) żyjącym pisarzom science fiction i fantasy za całokształt twórczości. Pierwszym laureatem był Robert A. Heinlein. Wśród nagrodzonych znaleźli się także: Frtitz Lieber, Andre Norton, Isaac Asimov, Poul Anderson, Ursula Le Guin, Anne McCaffrey.

[źródło: SF Site]

Inspiracje dla "Avatara"?

Film w naszych kinach już niedługo (25 grudnia), na Zachodzie już po premierze. WSJ Staff na swoim blogu dopatruje się powiązań animacji Camerona z różnymi wcześniejszymi produkcjami i dziełami literackimi. Czy słusznie? Na to odpowiedzieć mógłby sam reżyser, jednak zestawienie wypada ciekawie.
 
Staff zaczyna od naukowej książki Josepha Campbella Bohater o tysiącu twarzy (1949), porównując strukturę podróży bohaterów. Potem przechodzi do Jeźdźców z Pern (1968-1978) Anne McCaffrey, w której tytułowi bohaterowie związani są magiczną więzią ze smokami, których dosiadają - podobnie, twierdzi Staff, jest z wojownikami Na'vi i ich Banshees (a ciekawe, skąd Cameron wziął nazwę dla tych ostatnich...). Następny w kolejce jest... film samego Camerona - Obcy - decydujące starcie (1986), gdzie bohaterka (Sigourney Weaver gra także w Avatarze) walczy w specjalnym kombinezonie, podobnie jak Jack Sully. Staff dostrzega inspiracje obu pomysłów w literaturze s-f, m.in. w Kawalerii kosmosu (1959) Roberta A. Heinleina. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak, kiedy autor artykułu wymienił Tańczącego z wilkami (1990). Tutaj dopatruje się podobieństwa w ewolucji bohaterów - obaj przeszli długą drogę, by odkryć siebie w obcym dla nich świecie (cóż, akurat to można by powiedzieć o wielu postaciach w samej fantastyce...). Latająca kraina została zaczerpnięta z Podróży Guliwera (1726) Jonathana Swifta, natomiast Na'vi przypominają... Golluma z Władcy Pierścieni (2001-2003) Petera Jacksona (chodzi o ich komputerową formę).

piątek, 11 grudnia 2009

30% więcej na gwiazdkę

Ostatnie lata wyjątkowo obrodziły... w nieumarłych. Stephenie Meyer i jej Zmierzch, Charlaine Harris i jej Sookie Stackhouse, Kim Harrison z Rachel Morgan, L.J. Smith i jej Pamiętniki Wampirów... Do paranormal romance w tym roku dołączyła książka Pride and Prejudice and Zombies autorstwa Setha Grahame'a-Smitha i Jane Austen, o której w kwietniu pisała Śmietanka. Przerobiona sztandarowa powieść brytyjskiej pisarki ukazała się na wiosnę tego roku i wkrótce była już na liście bestsellerów New York Timesa, Hollywood zakupiło prawa do ekranizacji.

Teraz, z okazji zbliżających się świąt pojawiło się wydanie eksluzywne, zawierające rysunki Roberto Parady. Wydawca reklamuje edycję hasłem:
Now with 30% more zombies!
Na stronie Guardiana można przeczytać historię powstania Pride and Prejudice and Zombies. Wraz z powieścią narodził się nowy gatunek, zwany literary-horror mash-up. O ile jednak Grahame-Smith stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zamierza brać na warsztat kolejnych powieści Austen (zamiast tego przygotowuje książkę Lincoln, której bohaterem jest pierwszy prezydent USA, nie samochód), postanowił zrobić to wydawca. W lipcu ukazała się książka Sense and Sensibility and Sea Monsters, napisana tym razem przez Bena H. Wintersa, wydana przez Quirk Books w myśli zasady, że nie zarzyna się kury, co złote jaja znosi. Winters zamierza przerobić w ten sposób pozostałe książki autorki, a potem... Bogowie nawet nie wiedzą, co będzie potem... Chociaż autorka artykułu, Stephanie Merritt, twierdzi, że moda na tego typu mieszanki zdąży minąć, zanim Winters dotrze do końca.

Miażdżąco o "Wrońcu"

W Rzeczpospolitej pojawiła się recenzja najnowszej książki Jacka Dukaja. Monika Małkowska pisze o Wrońcu m.in.: 
Nie mam nic przeciwko żartobliwemu czy odrealnionemu ujęciu "wojny Jaruzelskiej". Kto potrafi, niech przerabia ją na bajdę. Byle z błyskiem. Tymczasem we "Wrońcu" z jednej strony mierzi mnie naiwność fabuły, z drugiej – uderza fałsz. W akcji, metaforach, języku.
Przede wszystkim jednak nie rozumiem, czemu służy bajka osnuta wokół stanu wojennego? Przywołaniu grozy i groteski tamtego czasu, rozliczeniu z PRL -owską schedą, rozprawieniu z własną przeszłością? Z książki cel nie wynika.
Pod koniec 1981 roku Dukaj miał niewiele ponad siedem lat. Wystarczająco, żeby coś zapamiętać, lecz za mało, aby pojąć polityczne układy. W jego rodzinnym Tarnowie działo się mniej niż w stolicy, choć rzecz jasna po 13 grudnia dobranocki tam też nie emitowali i zamiast niej na ekranach telewizorów pojawiali się "brzydcy panowie".
Nie zamierzam z recenzją polemizować, ponieważ książki jeszcze nie czytałam, poza tym każdy ma prawo do własnego zdania. Irytuje mnie natomiast złośliwe dociekanie autorki "co pisarz miał na myśli" i stwierdzenie, że skoro Dukaj w czasie ogłoszenia stanu wojennego miał 7 lat, a to za mało, żeby pojąć polityczne układy - tak jakby w czasie dorastania czy teraz również nie rozumiał tych mechanizmów, a przecież książkę napisał mając lat 35. Czytając jednak tekst Małkowskiej, przypomniałam sobie niedawny artykuł samego Jacka Dukaja, idealnie pasujący jako komentarz do tego typu artykułów.

czwartek, 10 grudnia 2009

Jeszcze nie zginęła

Obsesja nastolatków cyklem Stephenie Meyer doprowadziła do... jej śmierci. Internetowej. Wieść o rzekomym zgonie autorki rozeszła się lotem błyskawicy na blogach fanów i Twitterze we wtorek. W sieci wybuchła natychmiastowa panika, którą gasić musiała sama Meyer oficjalnym oświadczeniem, że jej serce nadal bije, nie zmieniła się w wampira, czyli jednym słowem żyje i ma się dobrze.
 
Cud, że zareagowała natychmiast. Doprawdy, wyobrażacie sobie ten szał i szloch rozhisteryzowanych nastolatków? Albo odwrotnie - radość, jeśli uwierzyliby, że stała się wampirem. Dopiero wtedy by się działo...

[źródło: mtv.co.uk]

Wystawa "30 lat lubelskiej fantastyki"

W dniach 11 grudnia 2009-4 stycznia 2010 w Wojewódzkim Ośrodku Kultury w Lublinie będzie można oglądać wystawę "30 LAT LUBELSKIEJ FANTASTYKI", przygotowaną przez Lubelskie Stowarzyszenie Fantastyki "Cytadela Syriusza". Zaprezentowana zostanie na niej historia lubelskiego fandomu od początku powstania do czasów współczesnych. Odwiedzający będą mogli oglądać zdjęcia, plakaty, foldery, znaczki, programy konwentów i inne przedmioty związane z działalnością klubu. Na otwierającym wystawę wernisażu będzie można oglądać eksponaty, a także wysłuchać ciekawostek związanych z fandomem i porozmawiać z jego założycielami. Uzupełnieniem atrakcji będzie poczęstunek i lampka wina. 
Organizator: Lubelskie Stowarzyszenie Fantastyki „Cytadela Syriusza”
Miejsce: Wojewódzki Ośrodek Kultury (ul. Dolna Panny Marii 3, Lublin)
Data wystawy: 11.12.2009 r. – 04.01.2010 r.
Wernisaż: godz. 18.00, piątek, 11 grudnia 2009 r.
Wstęp: wolny

Wieczór baśni irlandzkich w Tarabuku

Księgarnia Tarabuk (ul. Browarna 6) i Warszawski Oddział Towarzystwa Polsko-Irlandzkiego zapraszają na Wieczór Baśni Irlandzkich, który odbędzie się 12 grudnia o godz. 18.30. Gośćmi specjalnymi będą Małgorzata Goraj-Bryll i Ernest Bryll.

[źródło: Tarabuk]

La Scala na celowniku Dana Browna

Dan Brown, którego Zaginiony Symbol rozchodzi się jak świeże bułeczki, ujawnił, że słynna opera La Scala w Mediolanie nadawałaby się na tło dla jego kolejnej książki. Pisarz, w związku z promocją swojej najnowszej powieści we Włoszech, był jednym z gości na otwarciu sezonu operowego (grano Carmen) i w rozmowie z dziennikarzami stwierdził, że opera byłaby idealnym miejscem zbrodni, a dokładnie wyobraził sobie, że ktoś spada z jednego z balkonów w budynku. Oczywiście tym, który będzie rozwiązywał zagadkę tajemniczej śmierci, będzie Robert Langdon.

[źródło: Telegraph]

Polskie wydanie Zaginionego Symbolu ukaże się 27 stycznia 2010 roku wspólnym nakładem wydawnictw Albatros i Sonia Draga. Columbia Pictures wykupiła prawa do ekranizacji powieści jeszcze w kwietniu tego roku (książka ukazała się 15 września) - premiera filmu zapowiedziana jest na 2012 rok, a w Roberta Langdona prawdopodobnie po raz kolejny wcieli się Tom Hanks.

wtorek, 8 grudnia 2009

Powrót do korzeni i zmiany

Pod koniec listopada na ekrany zagranicznych kin weszła nowa animacja Disney'a, Księżniczka i Żaba (w Polsce premiera 15 stycznia 2010 roku), która to, jak twierdzi na swoim blogu Christopher John Farley, różni się znacznie od dotychczasowych produkcji. Przede wszystkim pierwszy raz w historii wytwórni główna bohaterka opowieści, Tiana, jest czarnoskóra. Różni się jednak ona od zwyczajnych heroin disneyowskich nie tylko kolorem skóry, ale też charakterem, który podobno ma. Największym marzeniem dziewczyny nie jest bowiem poślubienie księcia z bajki (on też będzie, o czym świadczy obrazek poniżej) ale... otworzenie własnej restauracji w Nowym Orleanie, gdzie dzieje się akcja filmu. Drugim ważnym punktem jest powrót do ręcznego rysowania postaci. Ponieważ akcja filmu dzieje się w Nowym Orleanie, w tle pobrzmiewają jazzowe tony nowoorleańskich artystów.
Disney od... początku swojego istnienia chyba kojarzy się z konserwatywnym podejściem do roli kobiety w społeczeństwie i do społeczeństwa w ogóle. To przecież przez ich wersje baśnie, jak Królewna Śnieżka, Śpiąca Królewna czy Mała Syrenka, straciły swoją prawdziwą wymowę i przyczyniły się do utrwalenia wizerunku kobiety jako służącej mężczyzny, wiernej poddanej, której jedynym marzeniem jest wyjście za mąż za księcia. Czy przez opowieść o księżniczce Tianie Walt Disney Animation Studios pragnie się pokazać od dobrej strony i w ten sposób odbudować swoją potęgę, którą odebrały mu DreamWorks czy Pixar? Chociaż zmiany chwalebne i powrót do ręcznego rysowania (przyznam szczerze, że uwielbiam disneyowską kreskę) również, to czy nie za późno dla firmy, która przez ponad osiemdziesiąt lat opierała się wszelkim modernizacjom w tej dziedzinie? Ciekawa jestem, czy to przełom czy jednorazowa akcja. Zobaczymy w styczniu...
Zwróćcie uwagę na kolor skóry księcia, para mieszana to kolejne novum u Disney'a
Animacja Księżniczka i Żaba jest luźno wzorowana na powieści dla młodzieży pod tytułem The Frog Princess autorstwa E. D. Bakera, który z kolei inspirował się baśnią braci Grimm, The Frog Prince (znamienna odwrotność tytułów, nie sądzicie?). W oryginalnej wersji, którą ja czytałam, księżniczka to zepsuta pannica, która ani myśli zaprzyjaźniać się (chociaż obiecała to) z paskudną, oślizgłą, choć w czytelniku budzącą współczucie, żabą i rzuca nią o ścianę, co powoduje złamanie zaklęcia i stworzenie staje się przystojnym księciem, którego dziewczyna ostatecznie poślubia. O transformacji całej baśni (i nie tylko o tej) można wiele dowiedzieć się ze strony SurLaLune fairytales.com.

Depresja z powodu "Zmierzchu"

Wcale nie chodzi o depresję uznanych pisarzy czy krytyków literackich, którzy załamali się sukcesem książek Stephenie Meyer, ani też czytelników, którzy mają dosyć Edwarda i Belli wyskakujących z każdego możliwego miejsca. Chodzi o samych fanów cyklu, którzy tak bardzo przejęli się nieszczęśliwą miłością dwojga bohaterów, że nie mogą sobie z tym poradzić także po odłożeniu książki. Obszerny (aż 3 długie strony) artykuł na ten temat można znaleźć na WP, a jego autorka, Joanna Stanisławska, szczegółowo opisuje syndromy, przyczyny i skutki "zmierzchomanii", zastanawiając się przy tym nad fenomenem sagi i wpływem Meyer na młode dziewczyny (średnia czytających to 14 lat). Warto przeczytać, także ku przestrodze. Stanisławska nie pomija żadnego aspektu popularności Zmierzchu, zwraca uwagę na udział specjalistów od marketingu, wliczając w to również szybkie ekranizacje, a zdystansowana ironia autorki wyczuwalna jest w całym tekście. Nie dodała jedynie, że cykl świetnie zgrywa się z bardzo modną teraz subkulturą Emo...
Niektóre nastolatki zakochane w powieściach Stephenie Meyer na tyle wciąga świat pełen tajemnic, urodziwych wampirów i ludzi, którzy poświęcają się dla miłości, że przygnębia je to, że żyją wśród „zwykłych ludzi”. Jedna z dziewcząt wspomina, że książki tak ją wciągnęły, że czytała je w kółko, zarywała noce albo potrafiła wstawać o piątej rano, tylko po to by dłużej być z jej bohaterami. Nie mogła oprzeć się chęci zanurzenia w nierealnym świecie, choć wcale nie przynosiło jej to radości. „Wpadłam w straszną depresję. Chodziłam do szkoły, ale przez cały dzień byłam nieobecna, myślałam tylko o ‘Zmierzchu’ i chciało mi się płakać” – pisze.
Brzmi przerażająco? Owszem. Czy rzeczywiście saga grozi psychice dzisiejszym nastolatkom? Być może, Stanisławska uspokaja jednak, cytując psycholog Aleksandrę Sarnę:
Tematyka mistycyzmu obecna w „Zmierzchu” może być dla młodzieży bardzo wciągająca, powodować w niej poczucie odrealnienia, znalezienia się w innym świecie, prawdopodobnie lepszym niż ten, który oglądamy na co dzień. Także omnipotencja wampirów jest dla nastolatków bardzo atrakcyjna, bo jak jest się bardzo młodym, to bardzo się chce móc wszystko. Nie widzę jednak poważniejszego zagrożenia tego typu książkami, bo to wampiry w wersji „soft”.
I atakuje True Blood, który robi coraz większą furorę wśród nastolatek zaczytujących się w Zmierzchu. No cóż, jeśli o mnie chodzi, to uważam to za kompletną bzdurę i zrzucanie winy na telewizję przez rodziców, którzy nie są w stanie zająć się własnymi dziećmi. Wiadomo powszechnie, że serial jest dla widzów dorosłych, oznaczony jest kategorią "dozwolone od lat 18", w Polsce nadawany jest o 22.00. Nie jest winą producentów, że większość dzieciaków ma telewizor w pokoju, a kontrola rodzicielska sprowadza się do pytania "jak było w szkole?" i "odrobiłeś lekcje?" bez ich sprawdzenia.

Artykuł kończy się optymistycznym (chociaż raczej nie dla fanów) akcentem, że moda na Zmierzch przeminie wraz z dorośnięciem zagorzałych czytelników. Pozostaje jednak pytanie, kto zastąpi Meyer i w jakim stylu. I wydaje mi się, że tego można obawiać się najbardziej...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Jak napisać artykuł o czymś, o czym się pojęcia nie ma

Na stronie interia360.pl znalazłam artykuł zatytułowany znamiennie Literatura fantasy - czyli bajki dla tych, co wyrośli z bajek?, którego autor, Witold Pielecki, usiłuje wyprowadzić z błędu tych czytelników, którzy uważają za "bajki" książki fantasy. O, pomyślałam, może coś ciekawego będzie? Niestety moja naiwność została ukarana. Nie dość, że autor wybrał sobie temat już ograny i moim zdaniem mało aktualny (świadomy czytelnik doskonale zdaje sobie sprawę z różnicy, nieświadomemu jest i tak wszystko jedno), to jeszcze zabrał się do tego w mało profesjonalny sposób.

Przede wszystkim zaczął od pejoratywnego określenia bajki i widać tu jak na dłoni, że na teorii literatury autor nie zna się wcale i powtarza jedynie to, co zostało już napisane wielokrotnie - ze schematu wpada w schemat. Bo jak można inaczej ocenić merytorycznie tekst kogoś, kto pisze:
W przeciwieństwie do bajek o smokach i rycerzach, w fantasy historie nie są cukierkowe i naiwne.
Nie wiem, jakie bajki czytał autor artykułu, ale na pewno nie braci Grimm czy Andersena.

Dodatkowo jako przykładem mającym potwierdzić jego tezę posługuje się jedynie prozą Sapkowskiego (zwanego ASem, nie Asem) i, o zgrozo!, Jacka Piekary i jego cyklem o Mordimerze, który nazywa dobrą literaturą (czyli, jednym słowem, stawia obu panów na tym samym poziomie).

Zero merytorycznego podejścia, brak wiedzy o teorii i konwencji, poza tym mam wrażenie, że tekst pisany był na zasadzie "kopiuj/wklej"... Nie wspominając o tragicznej wręcz gramatyce artykułu, błędy i jeszcze raz błędy.

I jak w takim razie fantasy czy fantastyka w ogóle ma być literaturą poważaną, jeśli za jej rozpracowywanie biorą się ludzie niekompetentni?

niedziela, 6 grudnia 2009

Martwe dziedzictwo - "Sabriel", Garth Nix, tłumaczenie: Ewa Elżbieta Nowakowska, Wydawnictwo Literackie 2004

Tę książkę miałam zrecenzować już dawno, ale... zapomniałam po prostu. Pamiętam natomiast, że do jej przeczytania skłoniła mnie opinia znajomego, który zachwycony był trzecią częścią trylogii Stare Królestwo Gartha Nixa (tak jakoś zaczął od końca). Ja więc sięgnęłam po tom pierwszy. Sabriel do dzisiaj jest jedną z moich ulubionych książek fantastycznych. 

Ponieważ nie chce mi się streszczać, krótka notka wydawcy:
Sabriel – jedyna córka maga Abhorsena – dorasta w bezpiecznym świecie Wywerley College, z dala od rodzinnej krainy. Lecz wieść o zaginięciu ojca każe jej porzucić spokojne życie i wyruszyć na spotkanie z przeznaczeniem. Musi przekroczyć granice Starego Królestwa i zmierzyć się z potęgą Świata Zmarłych. Nie wie jeszcze, że moce zła nie śpią, a droga do Ostatniej Bramy okaże się trudniejsza niż przypuszcza. Czy Sabriel odnajdzie ojca? Czy w świecie ciemności i magii jej ryzykowna wyprawa się powiedzie? Kim okażą się tajemniczy towarzysze jej podróży?
Spodobało mi się przede wszystkim świetne przedstawienie przez autora wątku nekromancji i opisanie tej dziedziny magii, o której z książki dowiadujemy się dużo, ale powoli, wraz z tytułową bohaterką. Nekromancja to nie zabawa w wywoływanie duchów czy wykopywanie trupów z ich miejsc spoczynku, a wymagająca skupienia i niezwykle silnej woli praca, w której niedoświadczonym lub nieodpowiedzialnym grożą fatalne skutki.

Chociaż Sabriel jest nastolatką, powieść nie jest lekka i przyjemna, jak mogłoby się wydawać ze względu na grupę docelową. Nie przepadam za mieszaniem klasycznej fantasy z elementami nowoczesnymi, Nixowi wyszło ono jednak tak płynnie i wiarygodnie, że szybko przestały przeszkadzać mi czołgi i broń palna (tym bardziej, że mało jest o nich w powieści). Książka ma pociągający, a jednocześnie niepokojący klimat, spowodowany zapewne bliskością świata umarłych. Autorowi, jako jednemu z nielicznych, udało się poprowadzić ewolucję bohaterki od kompletnej ignorantki do świadomej swojego przeznaczenia młodej kobiety. Od początku zresztą Sabriel różni się od swoich koleżanek, czuje, że spoczywa na niej ogromne brzemię rodzinnego dziedzictwa. Nie sądziła jednak, że tak nagle i w tak szybkim czasie będzie musiała porzucić normalne życie. Nix nie zaniedbał niczego w konstrukcji postaci bohaterki, czytelnik doskonale wczuwa się w jej emocje: strach, wątpliwości, tęsknota za dawnym życiem. Dziewczyna potrafi się jednak odnaleźć w sytuacji i to również jest wiarygodne - przyjmuje dziedzictwo ojca jako zło konieczne, ale wie, że nie ma innego wyjścia. We wszystkim doradzać ma jej Mogget, zdecydowanie mój ulubiony bohater. Zaklęty przez ojca Sabriel w postać kota tajemniczy demon? duch? Nie wiemy tego, nie wie tego też Sabriel. Kiedy czytałam o nim, na myśl przychodził mi faustowski Mefistofeles, który wiecznie zła pragnąc, wieczne czynił dobro...

Przemyślana kreacja obu światów, przedzielonych Murem (kto czytał Gwiezdny pył Gaimana pewnie skojarzy pomysły, z tym, że Stare Królestwo Nixa nie jest oazą przygód, a krainą pełną niezbadanych niebezpieczeństw), ciekawe pomysły, niesztampowe zakończenie - to mocne strony Sabriel. Książka pisana jest bardzo dobrym stylem, wciąga od pierwszej strony i nie można się od niej oderwać. To, że czyta się ją szybko, nie znaczy, że bezmyślnie - autor umiejętnie wplata przemyślenia o wartościach istotnych (przyjaźń, odwaga, odpowiedzialność, miłość) i refleksje nasuwają się same. Poza tym dostrzec można zabawy konwencją, nie tylko w kreacji świata, ale też jednego z pobocznych wątków - Sabriel ratuje zaklętego w galion (rzeźba na dziobie statku) mężczyznę, Touchstone'a, całując go i w ten sposób przywracając do życia; taka odwrócona wersja Śpiącej królewny albo Królewny Śnieżki. Co mi się przy tej okazji podobało, to fakt, że nie połączyło ich gorące, romantyczne uczucie, wtedy zrobiłaby się z tego mdława opowiastka...

Recenzja sl3dziu

sobota, 5 grudnia 2009

Wiersze Edgara Allana Poe poszły pod młotek

Na aukcji im. Agathy Christie w Nowym Jorku pobito rekord w sprzedaży amerykańskiej literatury. A pobił go... tomik poezji Edgara Allana Poe. Kopia pierwszej książki wydanej przez autora w 1827 roku (miał wówczas 13 lat), Tamerlane and Other Poems, została zlicytowana za niebagatelną kwotę między 500 tys. a 700 tys. dolarów. Poprzedni rekord wynosił 250 tys. dolarów za kopię... tej samej książki, sprzedanej prawie 20 lat temu. 

Tomik poezji pisarza grozy, zainspirowany twórczością lorda Byrona, został wydany zaledwie w 40/50 egzemplarzach, z czego utrzymuje się, że istnieje tylko 12. Jego wydanie sfinansował sam autor, zupełnie jeszcze nieznany w środowisku literackim, a książki wydrukował człowiek na codzień zajmujący się produkcją ulotek. Kilkanaście lat później, kiedy nazwisko Poe było już popularne, Tamerlane and Other Poems doczekały się w pełni profesjonalnej publikacji.

[źródło: Telegraph]

Gaiman o przeszłości i przyszłości audiobooków

Na stronie NPR znaleźć można bardzo ciekawy artykuł Neila Gaimana o audiobookach. Autor wspomina swoje dzieciństwo, w którym słuchanie historii było ważną częścią. Gaiman sam nagrywa swoje książki w formę audiobooków, co sprawia mu ogromną frajdę, chociaż jest wyczerpujące. Pisze również o Davidzie Sedarisie, pisarzu, który również sam nagrywa swoje powieści. W sprawie audiobooków Gaiman rozmawiał także z aktorem Martinem Jarvisem, posiadającym firmę produkującą audiobooki i pracującym przy nagrywaniu książek. Wszyscy zgodnie twierdzą, że książka do słuchania to sprawa rewelacyjna, pod warunkiem, że praca nad nią zostanie dobrze wykonana. A praca to ciężka. Sami zresztą przeczytajcie.

czwartek, 3 grudnia 2009

Siostry Brontë na fali "Zmierzchu"

Sukces sagi Zmierzch oraz jej filmowej wersji przyczynił się do... spopularyzowania książek sióstr Brontë. Wichrowe wzgórza są ulubioną książką bohaterki Stephenie Meyer, w brytyjskich i francuskich księgarniach sprzedaż książki podskoczyła wraz z premierą Księżyca w Nowiu i producenci filmowi już zwietrzyli obietnicę zysków.

Na wiosnę przyszłego roku rozpoczną się zdjęcia zarówno do Wichrowych wzgórz Emily Brontë, jak i do Jane Eyre Charlotte Brontë. W pierwszym, reżyserowanym przez Petera Webbera, główne role zagrają Ed Westwick (22 lata, znany z serialu młodzieżowego Plotkara) jako Heatcliff oraz Gemma Arterton jako Cathy (23 lata, zabłysnęła krótką rólką w Quantum of Solace). Natomiast w Dziwnych losach Jane Eyre, za kamerą których stanie Cary Fukunaga, w tytułową bohaterkę wcieli się Mia Wasikowska (20 lat, niedługo będzie można ją oglądać w burtonowskiej Alicji w Krainie Czarów), Rochestera zagra... Michael Fassbender (jedyny dorosły, 32 lata).

Obie wersje mają "odświeżyć" powieści dla młodych widzów i tego można się obawiać najbardziej. Oprócz nowej, młodszej obsady, zmiany nastąpią także w scenariuszach - większy nacisk zostanie położony na gotyckość powieści, podobnie jak jest w przypadku sagi Meyer.

Swoją drogą, ciekawe jak ekranizacje będą reklamowane... Obejrzyj to, czym zaczytuje się Bella Swan? Co myślicie?

[źródło: Guardian]

Pullman charytatywnie na święta

Dwa lata temu J.K. Rowling sprzedała jedyny egzemplarz książki The Tales of Beedle the Bard za 1,95 milionów funtów, którą to kwotę w całości pisarka przeznaczyła dla fundacji charytatywnej. Teraz podobnym gestem postanowił wykazać się Philip Pullman, autor Mrocznych materii.

Pullman napisał książkę zatytułowaną À Outrance, co w języku francuskim oznacza walkę na śmierć i życie. Jej bohaterami są dwa znane z Mrocznych materii niedźwiedzie, Byrnisonem i Raknisonem. W przeciwieństwie do Rowling, która napisała 7 książek (6 oddała przyjaciołom), powieść Pullmana opublikowana zostanie w 265 egzemplarzach, z czego 15  to wydania ekskluzywne, do których oprawę wykonali światowej sławy introligatorzy, a zostały one wydrukowane ręcznie i są podpisane przez autora. Dochody ze sprzedaży książek zostaną przeznaczone dla dzieci z Południowej Afryki, które są zarażone HIV lub już chore na AIDS.
[źródło: Telegraph]

wtorek, 1 grudnia 2009

Grudniowe nowości w księgarniach

Tytuł: Lasher, tom II
Autor: Anne Rice
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 1 grudnia 2009

Miało być w listopadzie, jest od dzisiaj. Do skompletowania cyklu będzie brakowało już tylko Taltosa, który nie wiadomo, czy wyjdzie w grudniu.
Kiedy już się wydawało, że wśród Mayfairów zapanuje spokój i harmonia, doszło do dramatycznych wydarzeń, które wstrząsnęły tym starym rodem czarownic.
Rowan, nowa spadkobierczyni dziedzictwa, zniknęła i wszystko wskazuje na to, że została więźniem Lashera. Poszukiwania prowadzone przez rodzinę nie przynoszą żadnych rezultatów. Co gorsza – straszne zdarzenia dotykają także inne kobiety noszące to nazwisko. Wśród Mayfairów narasta poczucie osaczenia i grozy.
Tytuł: Drugie życie
Autor: Marcin Wolski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 1 grudnia 2009

Lubię Wolskiego i chętnie zajrzę i do tej książki.
Marcin Wolski to karabin maszynowy pomysłów, bank wyobraźni, ułańska fantazja i poczucie humoru w jednym. Potrafi napisać świetną piosenkę, aktualny monolog kabaretowy, zabawny skecz sceniczny i pyszne powieści fantastyczno-sensacyjne. Gdyby tylko chciał, potrafiłby napisać przemówienia dla Baracka Obamy lub awangardowe wiersze eksperymentalne. I robiłby to jak zwykle na doskonałym poziomie. Na szczęście nie ma na to ochoty. Krzysztof Skiba O najnowszej książce Marcina Wolskiego Drugie życie chciałam napisać szczerze, ale dowcipnie. Że jest tak dobra, że aż żałuję, że jej nie przeczytałam. Niestety. Przeczytałam ją jednym tchem. Jest zupełnie inna od jego poprzednich książek, ale tak samo dobra. I żałuję, że to ja jej nie napisałam. Maria Czubaszek Czytelnicy dzielą się zazwyczaj na dwie podstawowe grupy. Pierwsza chce odnaleźć siebie lub kogoś podobnego, znajomego na kartkach książki. Druga grupa chce oderwać się od rzeczywistości i przeżyć marzenie, baśń, bajkę. Mam bardzo dobrą wiadomość dla przyszłych czytelników książki Marcina Wolskiego: Drugie życie to lektura dla obu grup. Z jednej strony przeciętny życiorys przeciętnego Jurkowskiego, z drugiej strony nieprzeciętne wydarzenia. Zagraniczny spadek, to aż 2 miliardy dolarów! Karuzela zdarzeń rusza. Piękne kobiety, ale i mafia, piękne krajobrazy, ale i gangsterzy. Piękny Jurkowski (odmłodzony o pół wieku), ale i krwawa zemsta, a wszystko (jak to u Wolskiego) napisane z wielkim poczuciem humoru. Chcesz przeżyć tak fantastyczne Drugie życie, przeczytaj, jak ja, książkę Marcina Wolskiego. 
Tytuł: Rosyjskie fantazje
Autor: Ken Kalfus
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 2 grudnia 2009

Zaintrygowała mnie tematyka opowiadań i obietnica absurdu i poczucia humoru, ciekawa jestem realizacji.
Zbiór zabawnych opowiadań przedstawiających przekrój dwudziestowiecznej historii Rosji i Związku Radzieckiego. W każdym utworze poznajemy zupełnie inną Rosję i zupełnie innych Rosjan, od prymitywnych bandytów z Jelcynowskiej Moskwy, którym się wydaje, że radioaktywny pluton to narkotyki z Boliwii, poprzez dziewczynkę święcie przekonaną, że spowodowała śmierć towarzysza Stalina, po klezmera-socjalistę, który wraz z całym pociągiem żydowskich entuzjastów przemierza kraj, by na Dalekim Wschodzie osiedlić się w stworzonym przez Stalina Żydowskim Obwodzie Autonomicznym. Niesamowite wyczucie absurdu amerykańskiego pisarza, jego zdolności obserwacyjne kojarzą się z Josephem Hellerem z najlepszych czasów „Paragrafu 22”. 
Tytuł: Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2009
Autor: antologia
Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 7 grudnia 2009

Tej antologii nie trzeba chyba fanom fantastyki przedstawiać.
Kolejny tom antologii "Kroki w nieznane" przynosi szesnaście zróżnicowanych gatunkowo opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Mirek Obarski, redaktor zbioru, wybrał w większości teksty nowe i najnowsze. Nagradzane i nominowane do najważniejszych światowych nagród: Hugo, Locus, Nebula, Theodore Sturgeon Memorial i World Fantasy. Błyskotliwe teksty autorów u progu kariery, jak Rachel Swirsky, czy Meghan McCarron, konkurują z opowiadaniami pisarzy, którzy brawurowo wdarli się do fantastycznej czołówki, np. Paolo Bacigalupi, Ted Kosmatka, czy Julia Ostapienko. Swoje najlepsze dokonania prezentują tu twórcy od lat idący własną literacką ścieżką (Eric Brown, Aleksiej Kaługin, John Kessel, czy Howard Waldrop). Obok zjawiskowych pisarzy o niezwykłej i odmiennej wyobraźni (Tony Ballantyne, Ian McDonald i Gustavo Nielsen), opowiadania gigantów współczesnej fantastyki (Greg Egan, Nancy Kress, Robert Silverberg, czy Connie Willis). 
Tytuł: Wieczna wojna
Autor: Joe Haldeman
Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 8 grudnia 2009

To akurat nie nowość, ale wznowienie świetnej podobno książki science fiction. No zobaczymy.
Jeśli sądzisz, że w wojnie przyszłości będzie się walczyło tylko na lasery i antymaterię to jesteś w błędzie.
Gdy idzie o życie w ruch idą noże, zęby, miecze i łuki.
Wojna kosmiczna to piekło…
Szczególnie dla szeregowca Williama Mandelli, uczestnika zaciekłej wojny galaktycznej, toczonej miliony lat świetlnych od Ziemi. Jednak to nie walka z wrogo nastawionymi kosmitami stała się zadaniem najtrudniejszym…
Prawdziwym wyzwaniem dla Mandelli okazały się zmiany, jakie zaszły na Ziemi w czasie, gdy walczył w kosmosie. Mandella postarzał się o kilka lat, lecz jego macierzysta planeta o całe wieki… 
Tytuł: Yotsuya Kaidan - Opowieść o duchu z Yotsui
Autor: James S. de Benneville
Wydawnictwo: Kirin
Data wydania: grudzień 2009

Skoro najbardziej znana i klasyczna i po raz pierwszy...
Najbardziej znana, klasyczna japońska opowieść grozy po raz pierwszy w Polsce! Poznaj losy O’Iwy i tych, których dosięgła jej klątwa. „Yotsuya Kaidan – Opowieść o duchu z Yotsui” oparta jest na XVII-wiecznej legendzie o mściwym duchu zdradzonej i wykorzystanej kobiety, który powraca, by szukać zemsty na swoich prześladowcach. Historia ta inspirowała dramatopisarzy teatur kabuki, drzeworytników ukiyo-e, powieściopisarzy, a nawet filmowców, z Hideo Nakatą, reżyserem „Ringu” na czele.

Wolski promuje "Drugie życie"

Trochę późno, ale może ktoś jeszcze będzie miał okazję... Dzisiaj o godz. 19.00 w restauracji Tiffany's (ul. Marszałkowska 72) odbędzie się spotkanie autorskie z Marcinem Wolskim w związku z premierą jego najnowszej powieści Drugie życie.

Kino na grudzień

Tytuł: Zombieland
Scenariusz: Rhett Reese & Paul Wernick
Reżyseria: Ruben Fleischer
Data premiery: 4 grudnia 2009

Widziałam trailer i jeśli nie zamieścili w nim wszystkiego, co w tym filmie najlepsze, to 1,5 godziny w kinie może być całkiem przyjemne. Poza tym lubię Woody'ego Harrelsona.
Opowieść o największym tchórzu na świecie, który wraz z grupą kilku innych osób, musi przetrwać inwazję zombie.
„Zawsze postrzegałem Zombieland jako film typu Midnight Run z udziałem zombie,” mówi Ruben Fleischer, reżyser filmu. „Podobnie jak w tamtym filmie, również w tym krzyżuje się wiele gatunków. Przede wszystkim jest to komedia, film drogi. Posiada także elementy horroru, a także romansu.”
Tytuł: Avatar
Scenariusz: James Cameron
Reżyseria: James Cameron
Data premiery: 25 grudnia 2009

No, ciekawa jestem tego przełomu. To raz. Dwa, główną rolę gra Sam Worthington, który spodobał mi się w ostatnim Terminatorze (szkoda tylko, że przez większą część filmu będzie latał jako niebieskawy ludzik z elfimi uszami i długim ogonem...). Poza tym w obrazie pojawi się Sigourney Weaver.
Avatar opowiada historię sparaliżowanego byłego komandosa, który dostaje szansę odzyskania zdrowego ciała. Musi jednak wziąć udział w specjalnym programie militarnym o nazwie Avatar.
Media na całym świecie ogłaszają, że Avatar będzie przełomem kina na miarę wprowadzenia w latach 20. dźwięku. Sam Cameron uważa, że będzie to film lepszy od samego "Titanica".

poniedziałek, 30 listopada 2009

Superbohater Brad "Dark Void" Pitt?

Tego bym się po Bradzie Pittcie nie spodziewała! Aktor razem z Reliance Big Entertaintment zajmie się produkcją filmowej wersji gry komputerowej firmy Airtight Games, Dark Void, która ma ukazać się na rynku 10 stycznia 2010 roku (zarówno w USA, jak i w Europie). Nie to mnie zaskoczyło... Wszystko wskazuje na to, że Pitt zagra w filmie główną rolę! Czyżby pozazdrościł Robertowi Downey'owi Jr. sukcesu Iron Mana?

Dark Void to strzelanka przygodowo-fantastyczna typu TPP (trzecioosobowa), której bohater, pilot William Augustus Grey, rozbija się w rejonie Trójkąta Bermudzkiego i w ten sposób dostaje się do alternatywnego świata, gdzie poznaje lud zwany Rozbitkami/Ocalonymi (Survivors). Razem z nimi będzie musiał uchronić swój nowy dom przed rasą kosmitą, zwaną Obserwatorami (Watchers), a pomoże mu w tym... sam Nikola Tesla.

[źródło: imdb]

Jeszcze raz Tchaikovsky

Rzeczpospolita opublikowała krótki wywiad z Adrianem Tchaikovskym, który Monika Kruszewska przeprowadziła dla gazety na 13. Targach Książki w Krakowie. Dla tych, którzy czytali mój wywiad z autorem na Katedrze, może być on uzupełnieniem wiadomości, jest bardziej ogólny.

"Pół roku po tym, jak napiszę"

Tak już od kilku lat Jarosław Grzędowicz odpowiada na pytania o wydanie kolejnej książki z cyklu Pan Lodowego Ogrodu. Ta odpowiedź padła również na spotkaniu autorskim w Empiku (pisałam o nim tutaj), gdzie pisarz promował wydanie najnowszej, trzeciej, części PLO, a na które wybraliśmy się razem z Maegiem.

Z założenia spotkanie miało mieć formę improwizowaną, jednak nie różniło się od innych tego typu (poza tym, że większość pytań padało z widowni). Może dlatego, że na pytanie prowadzącego o to, czy autor lubi improwizację, ten odpowiedział "Nie". Oczywiście, nie widzi nic złego w zabawach literackich, jednak do swojej pracy podchodzi poważnie. Dlatego też stara się dobrze przygotować do realizacji każdego pomysłu, robi notatki, szkice, konspekty... W których potem pomaga mu się odnaleźć jego redaktorka Karolina. Autor przyznał z rozbrajającą szczerością, że zdarzały mu się wpadki, jak nadanie imienia dwóm różnym postaciom albo pomylenie dud z kobzą. Pisarz też człowiek.

Jarek konsekwentnie wzbraniał się przed ujawnieniem jakichkolwiek szczegółów i rozwiązań fabuły, które znalazły się w trzeciej części książki (logiczne, prawda?). Nie chciał też oczywiście powiedzieć, kiedy do sprzedaży trafi czwarty i podobno ostatni (o ile będzie się trzymał planu, co, jak widać po rozwoju cyklu, nie idzie mu najlepiej) tom Pana Lodowego Ogrodu. Wyjaśnił jednak, że podczas pracy nad poprzednimi częściami robił także kilka innych rzeczy (zbiór opowiadań, tłumaczenia, felietony itd.), dlatego praca szła mu powoli. Teraz zamierza skupić się wyłącznie na dokończeniu powieści, nad którą pracuje już od kilku miesięcy (nieoficjalnie udało nam się dowiedzieć, że książki można spodziewać się za jakieś 1,5 roku, w tym te ostatnie 6 miesięcy odnosi się do "pół roku po tym, jak napiszę").

Na pytanie o formy relaksu, Grzędowicz stwierdził, że nie robi nic wyjątkowego, mianowicie "nie jeździ konno po strzelnicy z browarem w ręku". Ten ostatni jednak pomaga mu w odpoczynku i odegnaniu wszelkich trosk. Zimę wraz z żoną (Maja Lidia Kossakowska dołączyła po zakończeniu spotkania) spędzają w Warszawie, na cieplejsze miesiące przenoszą się do domu na wsi. Browar towarzyszy autorowi niemal wszędzie (żeby jednak nie było, w Empiku pił wodę mineralną;-)).

Po spotkaniu był oczywiście czas na autografy i zdjęcia. Wieczór zakończyliśmy już mniejszą paczką w Browarmii, gdzie Jarek i pozostali raczyli się ich ulubioną formą relaksu, a ja, ponieważ nie było dobrego pitnego miodu, sączyłam napój bezalkoholowy...
Dwa pierwsze zdjęcia pochodzą z blipa Maega, ostatnie też jest jego autorstwa;)

sobota, 28 listopada 2009

"Lśnienie" po raz kolejny?

Podczas spotkania autorskiego w Toronto z okazji promocji najnowszej powieści, Under the Dome, Stephen King powiedział, że zastanawia się nad napisaniem kontynuacji Lśnienia. Autor przyznał nawet, że w lecie poczynił ku temu pierwsze kroki - zaczął pisać historię 40-letniego Danny'ego Torrance'a, syna Jacka, który teraz pracuje w hospicjum w Nowym Jorku i dzięki swoim mocom stara się jednak pomagać przebywającym w zakładzie chorym umierać w mniejszym cierpieniu.
W filmowej wersji Danny'ego grał Danny Lloyd i to, jak dotąd, jego jedyna rola filmowa (nie został aktorem). A teraz wygląda tak:
Wiek się nawet zgadza, Danny ma w tej chwili 36 lat;)
Powieść ma już nawet próbny tytuł - Doctor Sleep. King zastrzegł jednak, że nie jest przekonany do pomysłu wydania kontynuacji i istnieje ryzyko, że jeśli będzie o tym opowiadał, da sobie spokój.

Jest przekonany natomiast do kwestii dużo bardziej traumatycznej dla czytelników - mianowicie do napisania kolejnej (a miało się skończyć na siedmiu) książki z cyklu Mroczna Wieża. Powieść zatytułowana będzie The Wind Through the Keyhole, jednak zanim pisarz przystąpi do pracy, postanowił odczekać co najmniej osiem miesięcy.

[źródło: Guardian]

czwartek, 26 listopada 2009

Detektyw po drugiej stronie Manhattanu - "Na tropie jednorożca", Mike Resnick, tłumaczenie: Robert J. Szmidt, Fabryka Słów 2009

Na tropie jednorożca to pierwsza część parodystycznego cyklu fantastyczno-kryminalnego Resnicka Fable of Tonight, przez Fabrykę Słów wydawana w serii Obca Krew. Książka zaciekawi z pewnością nie tylko wielbicieli autora i fantastyki w ogóle, ale też fanów zabawy z konwencją literacką, pod znakiem której pisana jest ta powieść.

Poznajemy tutaj prywatnego detektywa, Johna Justina Mallory’ego (jedno z nazwisk, jakie nosić miał słynny Philip Marlowe), jakby żywcem wyjętego z kryminałów z lat 40.: życiowego nieudacznika, niezbyt dobrze radzącego sobie również w zawodzie (pozwolił się wykiwać wspólnikowi i własnej żonie), ze skłonnością do alkoholu i namiętnie palącego papierosy. To do niego zgłasza się niezwykły klient, elf, z prośbą o pomoc w odnalezieniu tytułowego jednorożca. Mürgenstürm, bo tak nazywa się elf, w niczym nie przypomina jednak swoich tolkienowskich odpowiedników, do których zdążyliśmy przywyknąć. Bliżej mu za to do psotnych skrzatów Szekspira: jest mały, brzydki, zielony, ma długie spiczaste uszy i kłamie na potęgę, podobnie jak spokrewnione z elfami krasnoludy. Inaczej natomiast od wszystkich źródeł pisanych Resnick pojmuje legendarną skłonność tego gatunku do zabaw – to zwyczajni nimfomani. Lekko wstawiony detektyw, bez większych oporów i zwabiony sporą sumą pieniędzy, zgadza się poprowadzić śledztwo, w którym stawką jest życie Mürgenstürma. Tym sposobem trafia na alternatywny Manhattan, pełny przeróżnych baśniowych istot (uważanych za takie po jego stronie), rządzącego się zupełnie innymi zasadami niż normalny świat, gdzie wszyscy zarzekają się, że żadna magia nie istnieje, nawet jeśli puknie ich w czoło. O samym jednorożcu, którego jedyny okaz znajduje się w tamtejszym Muzeum Historii Naturalnej (tym miejscem musieli inspirować się twórcy filmu Noc w Muzeum), dowiadujemy się z informacji skrupulatnie zdobywanych przez Mallory’ego. Zwierzęta te nie odbiegają znacznie od ich wizerunku mitycznego, tylko niektóre jednak posiadają możliwość przenoszenia w czasie i tylko w przypadku polowania na nieliczne gatunki pomaga dziewictwo niezależnie od płci.

Alternatywny Manhattan udało się Resnikowi przedstawić realistycznie – to przepastny labirynt ciemnych, wąskich uliczek i głównych arterii, w których nie działa powszechnie rozumiana logika komunikacyjna. Mieszkańcy przemieszczają się pieszo lub za pomocą dorożek, tych tradycyjnych i tych zupełnie niezwyczajnych (na słoniach na przykład, na których można przewieźć… boisko do piłki nożnej). Co mnie bardzo pozytywnie ujęło to fakt, że akcja powieści prowadzona jest w czasie rzeczywistym. Każdy rozdział opatrzony jest odpowiednią miarą czasu, która mniej więcej pokrywa się z czasem potrzebnym do jego przeczytania. Fabuła, mimo całego zagmatwania, jest dosyć łatwo przewidywalna, chociaż zakończenie książki zaskakuje. Wspomniana przeze mnie zabawa z konwencją nie leży być może na najwyższym poziomie (chociaż niektóre pomysły naprawdę warte uwagi), podobnie jak parodystyczna wymowa powieści (więcej typowych amerykańskich gagów niż wyrafinowanego humoru), ale rozszyfrowywanie poszczególnych aluzji zapewnia przyjemną rozrywkę na kilka wieczorów, przy czym większość z nich jest powszechnie znana i nie sprawi problemów nawet tym, którzy głębszej wiedzy o gatunku fantastycznym czy kryminalnym nie mają. O stylu wiele powiedzieć się nie da poza tym, że nie wspina się na wyżyny literackie i nie powala elokwencją, dlatego lepiej, moim zdaniem, autorowi wychodzą książki science fiction i wolę go w tej formie. Co nie znaczy oczywiście, że kolejnych tomów cyklu o detektywie Mallorym nie przeczytam.

Warto też pochwalić książkę od strony redakcyjnej – doskonała okładka (podobna zresztą do oryginalnego wydania), sprawne tłumaczenie i zaskakująco, jak na to wydawnictwo, mało błędów. Za chwilę do sprzedaży trafi drugi tom, Na tropie wampira, którego z racji moich zainteresowań jestem jeszcze bardziej ciekawa niż tomu pierwszego.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.