Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010/2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010/2011. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 września 2011

Pratchett jakiego nie znałam - "W północ się odzieję", Terry Pratchett, tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2011


Terry Pratchett zasłynął jako twórca fantasy humorystycznej, jego książki ze Świata Dysku ukazują się w milionowych nakładach w różnych częściach świata. W północ się odzieję to czwarta część z Tiffany Obolałą jako główną bohaterką. Być może fani pisarza dostrzegą w niej o wiele więcej niż ja, ponieważ książek samego Pratchetta przeczytałam kilka, a z Tiffany wcześniej się nie spotkałam, ale zgodzą się zapewne, kiedy napiszę, że powieść w niczym nie przypomina lekkich parodii z przytykami do rzeczywistości w tle, jakimi raczył nas autor przez tyle lat. A może to ja się zmieniłam?

W północ się odzieję to powieść do bólu zjadliwa, bezpruderyjnie obnażająca wszelkie wady ludzkości i absurdy świata, jaki sobie zgotowaliśmy. To gorzka satyra na współczesność, chociaż tematyką może nawiązywać do prześladowań czarownic w czasach średniowiecznych. Dzisiaj jednak taką czarownicą jest każdy, kto odstaje od ogółu. W powieści jest to Tiffany, nastoletnia czarownica, w naszym pojęciu jeszcze dziecko, w mentalności bohaterów osoba spoza ich kręgu, ale uznawana za potrzebną, niosąca ciężkie brzemię odpowiedzialności za Kredę, swoją okolicę. U Pratchetta magią zajmują się magowie, bezużyteczni starcy studiujący praktyki tajemne na Niewidocznym Uniwersytecie po to, aby dopchać się do stołka rektora. Czarownice zaś pomagają ludziom, swoim oddaniem, kodeksem nie pozwalającym przyjmować nagród pieniężnych za swoją pracę, gotowością do każdej pomocy wzbudzają szacunek.

Nie spodziewałam się takiej dawki czarnego humoru, wciąż jeszcze w pamięci mam rewelacyjnego Kosiarza, którego lektura dała mi wiele radości. Kto wie, czy dzisiaj bym tę powieść odebrała tak samo? Kto wie, czy nadal by mnie tak bawiła, gdybym przeczytała ją teraz? Liczyłam, wbrew licznym ostrzeżeniom ze strony znajomych, na lekką opowieść z odniesieniami do mojego świata, a książka okazała się ciężką próbą, ponieważ z każdej strony autor bombarduje złośliwymi komentarzami na tak wiele aspektów, że czasami musiałam odłożyć książkę i odczekać kilka dni, zanim powróciłam do czytania. Przewija się tu wątek śmierci, alkoholizmu, znęcania się rodziców nad dziećmi, braku zrozumienia dla odmienności, wykorzystywania władzy dla własnych celów, ludzkiej głupoty i wiele, wiele innych. Nie pomagała sama fabuła, pokręcona i dziwna, nie zawsze logiczna, chociaż podejrzewam, że wpływ na taki odbiór ma moja nieznajomość poprzednich losów czarownicy.

Tiffany, w wyniku swoich przeszłych decyzji, musi zmierzyć się ze straszliwym demonem, którego obecność wyzwala w jej sąsiadach i ludziach, którzy zwykle szanują wiedźmy, nienawiść do niej i chęć mordu. W jej poczynaniach pomagają (w ich mniemaniu) lub przeszkadzają (w mniemaniu Tiffany) Nac Mac Fleegowie, mały, niebieski ludek wojowników, kierujący się specyficznym kodeksem honorowym. To oni i ich zachowania są przeciwwagą dla dramatycznych wydarzeń i obrazu złośliwości, braku tolerancji i okrucieństwa ludzi z otoczenia dziewczyny. Najśmieszniejszy w całej powieści jest słownik Feeglów. Chociaż autor wciąż posługuje się podobnym stylem, nie serwuje ironii i sarkazmu w sposób lekki, czasami tylko wywołuje uśmiech, częściej otrzeźwia czytelnika zimnym prysznicem prawdy o nim samym. O wydźwięku powieści może świadczyć choćby okładka, nadal kolorowa i w podobnej stylizacji, co poprzednich części, jednak poważne miny występujących na niej postaci wzbudzają pewien niepokój, zwiastują niebezpieczeństwo.

Mimo wszystko opowieść Pratchetta mnie wciągnęła i dzielnie razem z Tiffany dotarłam do zakończenia, może nieco zbyt lukrowego w porównaniu do całej powieści, ale powitałam je z prawdziwą ulgą.

środa, 7 września 2011

W krainie mitu - "Mitologie Andrzeja Sapkowskiego", Elżbieta Żukowska, Gdański Klub Fantastyki 2011

Nie ulega wątpliwości i nikt nie zaprzeczy, że Geralt z Rivii, Cirilla cintryjska, Yennefer z Vengerbergu, a także inne postaci z cyklu wiedźmińskiego Andrzeja Sapkowskiego na trwałe wpisały się w kanon polskiej fantastyki. Od momentu wydania opowiadań i powieści związanych z wiedźminem powstało wiele prac naukowych w odniesieniu do różnych aspektów poruszanych w tej prozie, dwie takie w formie prac licencjackiej i magisterskiej popełniłam i ja. W świadomości fanów fantastyki wciąż żywy, kilka lat temu Geralt pojawił się na ekranach monitorów komputerowych i jego postać na nowo zawitała w polskiej (i nie tylko) popkulturze. Sam Andrzej Sapkowski zastanawia się, czy nie wrócić do wykreowanego na przełomie lat 80. i 90. uniwersum. Dlatego też nie dziwi mnie chęć Gdańskiego Klubu Fantastyki przypomnienia korzeni cyklu wiedźmińskiego wydaniem pracy Elżbiety Żukowskiej.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie jest pracą odkrywczą, nie stawia hipotezy, której broni czy z którą polemizuje. Stanowi swoiste kompendium przedstawiające przeplatanie się trzech najważniejszych mitologii – słowiańskiej, celtyckiej oraz germańskiej – w świecie wiedźmińskim. Dociera do źródeł, z jakich mógł korzystać Andrzej Sapkowski podczas kreacji cyklu. „Mógł” to słowo w tym wypadku kluczowe, ponieważ autorka pracy często snuje domysły, nie zakłada za pewnik, że AS wykorzystał daną część mitu celowo, czasem sugeruje, że zrobił to kompletnie nieświadomie, a zdarza się nawet, że uznaje zastosowanie jakiegoś tropu za „wspomagacz” jego „potencji” twórczej:
Sposób, w jaki autor wykorzystał mitologię celtycką do stworzenia wizerunku rasy elfów, znamionuje oczywiście wysoki stopień znajomości kultury celtyckiej, choć poddaje w wątpliwość potencję jego wyobraźni twórczej. (s. 62)
Autorka zdaje się w ten sposób studzić fascynację tych czytelników, którzy uznają Sapkowskiego za absolutne guru w dziedzinie fantasy. Twierdzi wręcz, że fenomen popularności cykl zawdzięcza oparciu go o wykorzystanie mitów. Czego zdaje się nie przyznawać, to faktu, że jak mało któremu twórcy, Sapkowskiemu udało się nadać mitom nową wartość dzięki niezwykłej umiejętności połączenia różnych wierzeń w całość i, co tu kryć, niezaprzeczalnemu talentowi pisarskiemu.

Pomijając ten dysonans poznawczy, który w moim wypadku tkwi częściowo w podejściu emocjonalnym (wprawdzie nie uważam Sapkowskiego za absolutne guru, ale to właśnie cykl wiedźmiński pokazał mi, że fantastyka może być czymś więcej niż „bajką dla dorosłych”), praca Żukowskiej w sposób ciekawy przedstawia świat wiedźmiński w odniesieniu do mitów. Bardzo dobrym rozwiązaniem było podzielenie książki tematycznie, w każdej części autorka zderza ze sobą dwie rzeczywistości – mitu i podejścia do niego pisarza. Oprócz odniesień do trzech wspomnianych mitologii Elżbieta Żukowska wspomina także o wykorzystaniu w cyklu wątku arturiańskiego, zarówno w ujęciu mitu (Artur kultury celtyckiej), jak i legendy (Artur kultury chrześcijańskiej). Odrębny rozdział poświęca także dwojgu najważniejszym bohaterom cyklu, Geraltowi i Ciri, w kontekście trawestacji mitycznych bohaterów kulturowych.

Żukowska wprowadza czytelnika w każdą mitologię krótkim przedstawieniem historii poszczególnych plemion, wydobywa na światło dzienne ich wierzenia związane z cyklem, powołując się na najbardziej istotną bibliografię, która jest oddzielnym skarbem dla poszukującego szerszych informacji. Następnie rozkłada świat wiedźmina na kawałeczki – czasoprzestrzeń, postaci, demonologię, sferę sacrum i profanum -, stawiając je w opozycji do mitologii. Czytelnik otrzymuje więc kompletny obraz źródeł inspiracji twórczości Andrzeja Sapkowskiego, autorka staje się jego przewodnikiem po świecie starego i nowego mitu. Trzeba przyznać, że wychodzi jej to świetnie, zajmuje uwagę czytelnika w całości, stosując prosty język znamienny w literaturze popularnonaukowej, i udowadniając swoje doskonałe merytoryczne przygotowanie do tematu.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie powinny być traktowane jako wykładnia wiedzy jedynej, jak wcześniej wspomniałam, autorka w wielu wypadkach posługuje się własną interpretacją cyklu, doszukując się w nim wątków, których Sapkowski mógł nie wziąć pod uwagę, czego sama ma świadomość. Praca pozwala osadzić cykl wiedźmiński w kontekście mitu i dla mnie osobiście jest kolejnym dowodem na to, że fantasy łączy w sobie dziedzictwo mitu i baśni, ponieważ fantasy oscyluje wokół mitu niejako z racji swego charakteru. […] opowiada historie, które wydarzyły się w pewnym konkretnym miejscu i czasie. Posiada tak wiele pól wspólnych z mitem, że jej bezpośrednie odniesienia literackie wydają się zupełnie naturalne. (s. 135) Polecam wszystkim zainteresowanym tematyką mitu w fantasy, a fanom Sapkowskiego jako lekturę obowiązkową.

czwartek, 1 września 2011

Zabrać bogatym, oddać potrzebującym - "Robin Hood", scenariusz: Brian Helgeland, reżyseria: Ridley Scott, 2010


Robin Hood Ridleya Scotta budził mnóstwo kontrowersji i pytań jeszcze zanim rozpoczęto zdjęcia. Było wiele spekulacji na temat scenariusza, a już w trakcie kręcenia filmu okazało się, że Scott ma doprawdy nietypową wizję. Wizja jednak nie wypaliła (z różnych plotek wynika, że zaoponowały wytwórnie, które nie chciały ryzykować fiaska, postawiono więc na bardziej bezpieczną historię) i ci, którzy się spodziewali fajerwerków, mogli się rozczarować. Ja czekałam na dobry dramat kostiumowy z plejadą gwiazd i po cichu liczyłam na powrót Scotta do reżyserskiej formy. Doczekałam się.

Robin Hood to najlepszy epicki film Scotta od dawna, nie pozbawiony humoru i łotrzykowskiego wdzięku, bez patosu i nadmiernej epickości jak Królestwo Niebieskie czy Gladiator (aczkolwiek ten ostatni bardzo lubię). Zachwyca zdjęciami, scenografią miejsc, kostiumami i muzyką napisaną przez Marca Streitenfelda. Udało się pokazać tu żywy obraz ówczesnej Anglii, w której królował głód, bieda, narastający bunt przeciwko monarchii. Dwór królewski jest przesiąknięty intrygami, nikt nie może się czuć bezpiecznie i potrzeba niezwykłych umiejętności, by się na nim utrzymać. Świetna gra aktorska pozwala dostrzec prawdziwych ludzi, niepozbawionych wad, słabych i żałosnych (Matthew Macfadyen jako szeryf Nottingham), wyrachowanych i porywczych (Oscar Isaac jako książę Jan, Mark Strong w roli Godfreya), zadufanych w sobie, co prowadzi ich do zguby (Danny Huston jako Ryszard Lwie Serce), mądrych, statecznych i dzielnych (Eileen Atkins w roli Eleonory Akwitańskiej, William Hurt w postaci Williama Marshala).

Russel Crowe idealnie spełnił się w roli tytułowej i ponownie udowodnił, że potrafi grać inaczej (od wielu osób słyszałam, że wszędzie gra tak samo; niech obejrzą Robin Hooda, State of Play, American Gangster czy Body of Lies). Jego Robin jest właśnie taki, jakim go sobie zawsze wyobrażałam: sprytny, inteligentny, charyzmatyczny wódz, świetny łucznik, opanowany w każdej sytuacji. W dodatku okazał się nie tylko wojownikiem, lecz także prawdziwym mężczyzną, lojalnym, czułym, opiekuńczym, czasem zakłopotanym w relacjach z Marion. Cate Blanchett wyglądała i grała olśniewająco, prawdziwie. Jej Marion to niezależna, pewna siebie kobieta, która walczy o byt swój i mieszkańców swojej ziemi, która nie boi się ubrudzić ziemią czy błotem, a wszystko, co robi, robi z godnością damy. Widać było chemię między dwojgiem postaci, ich rozwijające się uczucie nie ma w sobie nic z romansu, jest wiarygodne.


Widz obserwuje narodziny legendy i kiwa głową, tak, właśnie tak to mogło wyglądać. Jej ducha oddają również postacie drugoplanowe, Mały John (Kevin Durand), brat Tuck (Mark Addy) czy wspomniany już szeryf Nottingham. Nie różnią się oni wiele od swoich ekranowych poprzedników, co może być i wadą (bo nie są oryginalni), i zaletą (bo wszyscy ich znamy). Robin Hood to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ostatnich latach. Oczywiście nie jest pozbawiony wad, przede wszystkim dlatego, że z szumnych zapowiedzi wyjścia poza schemat nie zostało prawie nic (prawie, na co przykładem jest chociażby osoba Ryszarda Lwie Serce, którego przedstawiono zupełnie inaczej niż w większości poprzednich filmów), a aktorzy w wielu wypadkach niczym nie zaskoczyli, ale nie można mieć wszystkiego. Wyszedł dobry dramat kostiumowy, wierny bardziej historii niż jakikolwiek film przed nim, a przy tym ściśle związany z mitem.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

I Ziemię pokryją wody niezmierzone... - "Wodny świat", scenariusz: Peter Rader & David Twohy, reżyseria: Kevin Reynolds & Kevin Costner, 1995


Chociaż przez wielu krytyków Wodny świat jest uważany za kiczowaty, dla mnie jest to jeden z lepszych obrazów science fiction pokazujący wcale nie tak fantastyczną przyszłość – świat bez lądu, w którym ludzie przystosowali się do wodnego życia. Film Kevina Reynoldsa i Kevina Costnera (aktor nie był wymieniany w obsadzie jako reżyser) pokazuje odwieczne prawo dżungli w ludzkim ujęciu – przetrwa najsilniejszy, gnębiąc i wykorzystując słabszych. Dobitnie i z przerysowaniem uświadamia, że w chwilach zagrożenia cywilizowany człowiek zmienia się w potwora, gorszego od jakiegokolwiek zwierzęcia na Ziemi. Zamiast sobie pomagać, ludzie obracają się przeciwko sobie, wychodzi ich chciwość, gniew, brak tolerancji wobec odmieńców powodowany strachem o przetrwanie. Nieustannie dzielą się między sobą, jakby nie mogli żyć w symbiozie i współpracy. Muszą być drapieżnicy (dymiarze) i pozostali, którzy im służą bądź żyją w ciągłym lęku przed nimi.

Film udowadnia również, że człowiek jest zdolny do wszystkiego, żeby przeżyć. Mieszkańcy wód wykorzystują wszelkie wcześniejsze wynalazki: karabiny, tratwy, samochody, skutery wodne, platformy wiertnicze, samoloty. I żyją legendą. Nie o mocarnych bogach i herosach, ale o mitycznym skrawku lądu, na którym mogliby się osiedlić, a do którego prawie nikt nie zna drogi. To jest również nadzieja dla widzów, że chociaż zatopimy nasze kraje przez ciągłą eksploatację energii, to kiedyś woda opadnie; tylko czy tego dożyjemy?

Wodny świat przedstawia też proces przystosowania genetycznego człowieka – po niezmierzonych oceanach pływają mutaki, ludzie posiadający skrzela i płetwy między palcami stóp, nowy gatunek, którego zwyczajni śmiertelnicy panicznie się obawiają i nie chcą dopuścić do jego rozwoju. Przypadkiem wodny samotnik (Kevin Costner) ratuje kobietę i dziecko z rąk podburzonych mieszkańców wodnej osady i cała trójka podróżuje zmodyfikowanym katamaranem. Znajdziemy tu wiarygodną relację między człowiekiem i inną istotą, mutak żyje bowiem według swoich zasad, bezwzględność pozwala mu przeżyć, brak mu tych odruchów, które my nazwalibyśmy ludzkimi – współczucia, wsparcia, zrozumienia – bo i skąd miałby wiedzieć, czym są, skoro ludzie okazują mu jedynie nienawiść. Jego towarzyszki poniekąd to rozumieją i przełamują lęk, dostrzegając pod maską obojętności strach. Zarówno one, jak i on uczą się koegzystować, co wcale nie okazuje się łatwe.

Ciężko mówić tutaj o grze aktorskiej, bo ta nie jest rzeczywiście na najlepszym poziomie. Najlepiej wypada właśnie trójka wędrowców, Costner umiejętnie wcielił się w postać odmieńca-samotnika, Tina Majorino naturalnie zagrała niezwykłą dziewczynkę Enolę, natomiast Jeanne Tripplehorn sprawdziła się w roli opiekunki, kobiety gotowej na wszystko, by chronić dziecko, nawet kosztem własnego życia. Dużo słabiej wypadł Dennis Hopper w roli przywódcy dymiarzy, wyrachowanego psychopaty, który nie był ani straszny, ani śmieszny.

Wodny świat najbardziej podobał mi się od strony muzycznej i wizualnej. Przepiękne zdjęcia i dobre efekty specjalne jak na owe lata. Rewelacyjna, dopasowana do tempa akcji muzyka w kompozycji Jamesa Newtona Howarda. Nie jest to może arcydzieło kina, ale całkiem dobry film-apel do człowieka o dbałość o swój dom oraz współplemieńców.

piątek, 26 sierpnia 2011

Zdobyć przyjaźń smoka - "How to Train Your Dragon", scenariusz: William Davies, Dean DeBlois, Chris Sanders, reżyseria: Dean DeBlois & Chris Sanders, 2010


W 2014 roku ukaże się druga część przygód Hiccupa (Czkawki) i jego przyjaciela, smoka o imieniu Night Fury Toothless. Mam nadzieję, że będzie tak samo dobra, jak pierwszy film, ponieważ How to Train Your Dragon jest jedną z moich ulubionych animacji, oglądałam ją co najmniej dwadzieścia razy i nadal bawi mnie tak samo.

Hiccup (Jay Baruchel) jest nastolatkiem żyjącym w wikińskiej wiosce, której mieszkańcy walczą ze stadami smoków napadającymi na ich pola i porywającymi ich zwierzęta. Chłopak nie ma wyglądu ani siły swego ojca (Gerard Butler), ale bardzo pragnie uznania w jego oczach, wymyśla więc najróżniejsze sposoby, aby pozbyć się skrzydlatych wrogów, co częściej powoduje jeszcze większe szkody. Dlatego nikt nie wierzy, że Hiccup przy pomocy swojej wyrzutni postrzelił najgroźniejszego ze smoków, zwanego Night Fury. Kiedy okazuje się, że chłopiec nie potrafi zabić rannego zwierzęcia, uwalnia je i zaczyna obserwować. Na jego nieszczęście ojciec zmusza go do uczestniczenia w wikińskim szkoleniu „Jak zabić smoka”, którego zwycięzca będzie miał zaszczyt pozbawienia życia swojego pierwszego wroga. Hiccup stara się pogodzić tajemnicę z nauką, jego nietypowe sposoby wzbudzają zainteresowanie całej wioski, nie podobają się jednak Astrid (America Ferrera), która stawia sobie za cel wypaść na treningu jak najlepiej.

Bajka w reżyserii Deana DeBloisa i Chrisa Sandersa, chociaż jest tylko bajką, w dodatku z bardzo klarownym przekazem zarówno do dzieci, jak i do dorosłych, aczkolwiek bardziej do tych drugich, to doskonała zabawa dla każdego. Dzieci pokochają ludzkich i smoczych bohaterów, kolorowych, zwyczajnych, zabawnych, sprytniejszych od swoich opiekunów. Dorosłym natomiast spodoba się duża doza ironii i dystansu, z którego słyną już chociażby najpopularniejsze serie, Shrek czy Epoka lodowcowa. Główne przesłanie historii, propagowane przez wielu twórców filmowych, skierowane jest do wszystkich – inność nie jest usprawiedliwieniem do jej niszczenia, a człowiek nie jest panem wszechświata i powinien w końcu zacząć liczyć się z innymi istotami zamieszkującymi Ziemię. Dzieci mogą się z filmu nauczyć, że nie trzeba rezygnować z własnych pasji, aby się dopasować do grupy i być jej częścią, wielu rodzicom być może przykład Hiccupa i jego ojca uzmysłowi, że akceptacja osobowości dziecka jest dla młodego człowieka bardzo ważna i nie można całkowicie dostosowywać jego wychowania pod własnym kątem. Że własnych marzeń i nieosiągniętych celów nie można wtłaczać w kogoś innego.

How to Train Your Dragon pokazuje również, jak wiele wysiłku musi włożyć człowiek, by móc porozumiewać się i zdobyć przyjaźń zwierzęcia, i że nie pomoże mu w tym topór - tytuł jest więc tutaj ironiczny i nie należy rozumieć go dosłownie. Większą wartość ma cierpliwość i kreatywność, wykorzystanie inteligencji zamiast siły. Sceny śmieszne przeplatają się z dramaturgią, wzmacniane cudownymi zdjęciami i genialną muzyką w kompozycji Johna Powella. Rewelacyjne dialogi w wykonaniu hollywoodzkich sław dopełniają świetnej zabawy.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Wiecznie dobra pragnąc, wiecznie chaos czyni - "Nieprzyjaciel Boga", Bernard Cornwell, tłumaczenie: Jerzy Żebrowski, Erica 2010


Chociaż pierwszy tom trylogii Bernarda Cornwella wprawił mnie w szok i osłupienie i całkowicie zmienił moje postrzeganie arturiańskiej legendy, to autor wystarczająco mnie zaintrygował, żebym sięgnęła po Nieprzyjaciela Boga. I mimo że byłam przygotowana na zderzenie obowiązującego mitu z wersją Cornwella, to udało mu się jeszcze niejednokrotnie mnie zaskoczyć.
Autor sprawnie kontynuuje podjęte wątki, a poprzednie wydarzenia przypomina zarówno w przedmowie, jak i w toku akcji. Tym razem opowieść wciąga od pierwszych słów, mniej tutaj rozważań Derfla o własnej marności, nawet przestoje akcji są interesujące, bowiem stanowią część historii. W Nieprzyjacielu Boga wyodrębnić można trzy główne wątki. Jednym jest poszukiwanie artefaktu, największego skarbu Brytanii, magicznego Kotła, z którego pomocą Merlin pragnie przywrócić władzę dawnym bogom. Drugim życie samego Derfla. Narrator daje się poznać z romantycznej strony, czytelnik więcej dowiaduje się o jego prywatnym życiu i powiązaniach z ówczesnymi wydarzeniami. Trzecim i najważniejszym motywem są dążenia Artura do jedności brytyjskich plemion i wypędzenia Saksonów z wysp. Autor przedstawił już w Zimowym monarsze Artura jako świetnego stratega, tym razem czytelnik może obserwować również jego mroczniejszą stronę. I tak jak na początku podziwiałam tego bohatera, tak tutaj uznałam go za największego hipokrytę, naiwnego i słabego człowieka, którego największym marzeniem jest wieczny pokój i miłość nawet między wrogami. Rozumiem, w czym tkwiła jego wielkość, ale i jego największa porażka.
W drugim wątku zawiera się również motyw ścierania się religii. O ile pierwszy tom pokazuje obecność czarów w ludzkim świecie jako nieodłączną jego część, w którą jednak nie bardzo wierzą sami druidzi, o tyle tutaj magia traktowana jest z największym respektem. Wyrazem tego może być chociażby poszukiwanie wspomnianego Kotła. Nawet królowa Igraine, praktykująca chrześcijanka, za wszelką cenę pragnie czarów:
– Opowiadają jednak, że wszyscy zniknęliście – upiera się moja królowa. – Ludzie Diwrnacha utrzymywali, że odlecieliście z wyspy. To znana historia! Moja matka mi ją opowiadała. Nie możesz po prostu powiedzieć, że odeszliście! (s. 157-158)
Zgodnie ze świadectwami historii Cornwell przedstawia starą wiarę jako lokalną. Bóstwa tracą moce na terenach nie swojego panowania. Autor rewelacyjnie ilustruje słowami Derfla, poganina, walkę chrześcijan z innowiercami, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie dochodzi do szerzenia nienawiści i prób zwalczenia drugiej religii. Czytelnik coraz mocniej zdaje sobie sprawę, że stary świat odchodzi nieubłaganie, a wierzenia zachowają się w sercach jego wyznawców tylko do czasu ich śmierci. Co więcej, świat religii pokazany jest w silnej opozycji do rzeczywistości Artura. Sam tytuł powieści może być rozumiany dwuznacznie. Chociaż według narratora Nieprzyjacielem Boga wódz został nazwany przez chrześcijan, to nie wierzył on także w bogów Dumnonii. Pragnął za wszelką cenę przywrócić porządek rodzinnym ziemiom, co, jak powiedział Merlin, a potwierdził Derfel, jest niemożliwe:
Kiedy jednak panuje porządek, nie potrzebujemy już bogów. […] Jeżeli wszystko rozumiesz – mówiłem z namysłem – to nie ma już miejsca na czary. Wzywasz bogów tylko wtedy, kiedy jesteś zagubiony i wylękniony. Oni jednak lubią być wzywani, czują się bowiem wtedy potężni, i dlatego właśnie chcą, aby panował chaos. (s. 76)
Tak, w świecie, w którym człowiek wszystko pojmuje, nie ma miejsca na cuda ani na wiarę, bo po co wierzyć, skoro wszystko daje się wyjaśnić naukowym językiem? Czyż nie do tego dąży człowiek? Jakkolwiek Nieprzyjaciel Boga to powieść historyczna, nie sposób nie zauważyć, że doskonale wpisuje się w czasy współczesne.
Podobnie jak pierwsza część, tak Nieprzyjaciel Boga zachwyca historycznymi realiami i świetnie zobrazowanymi bohaterami, aczkolwiek subiektywizm w przedstawianiu niektórych osób i wydarzeń chwilami męczy. Żadna z postaci nie stoi w miejscu, każda w jakiś sposób ewoluuje, każdą czytelnik poznaje głębiej. Zgodnie z moim życzeniem w drugim tomie częściej pojawia się Ginewra, która dopiero tutaj ujawnia swe prawdziwe oblicze, a jednak nadal fascynuje i wydaje mi się jedną z najlepiej dopracowanych postaci w trylogii. Prym wiedzie natomiast Merlin, który swoim charakterem przypomina mi czarownika z filmu Excalibur (nakręconego na podstawie poematu Malory’ego) – jego potęga nie tkwi w znajomości zaklęć, ale w nieprzeciętnej inteligencji, przebiegłości, wyrachowaniu i stanowczości w dążeniu do celów, bezczelności i bucie, które budzą szacunek i lęk, sprawiają, że chociaż jest strażnikiem dawnej wiary, jego zdanie nadal liczy się wśród królów Brytanii. Autorowi udaje się uniknąć jednoznaczności w odebraniu Saksonów, różniących się kulturą, ale posiadających wśród swoich mądrych oraz marnych wodzów. Aelle czy Cedrik mogą się równać z niejednym władcą Brytów pod względem wielkości w walce, jednak żaden nie dorasta Arturowi do pięt.

Historia snuta przez Derfla wydaje się bardzo prawdziwa, aczkolwiek osoba jego samego nie daje zapomnieć, że to zaledwie jedna z wersji i trzeba się liczyć z tym, że nie jest obiektywna. Cierpiętnicza postawa narratora nadal mnie denerwuje, coraz częściej jednak zastanawiam się, dlaczego wybrał on życie zakonnika i służy znienawidzonemu przez siebie Sansumowi, skoro ten przedstawiany jest jako najczarniejszy z charakterów (zaraz po Lancelocie). Oprócz głównych wątków autor wplata w Nieprzyjaciela Boga opowieści związane z mitem arturiańskim, jak choćby historię miłości Tristana i Izoldy, nie mającą nic wspólnego z tą, którą znamy z liceum. Potężną dawkę romantyzmu, melodramatu nawet dostajemy w wydarzeniach z życia samego Derfla. W powieści zdarzają się też zwroty akcji, jakich nie powstydziliby się twórcy telenowel. Mimo wszystko lektura nie ciąży i nawet spora ilość błędów nie razi tak bardzo, jak by mogła przy nudniejszej i mniej wprawnie napisanej książce.


Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 16 sierpnia 2011

A kto trzyma w szachu Twoje życie? - "Zaksięgowani", Jakub Małecki, Powergraph 2009


Głowa, w której rozgrywa się szachowa partia? Diabeł w damskiej torebce pod postacią psa? Pisarze fantastyki walczący w podziemiu o życie i prawdę o świecie? To i wiele więcej dziwacznych, pełnych groteski i absurdu pomysłów znajdziecie w opowiadaniach Jakuba Małeckiego Zaksięgowani. Balansujące na pograniczu grozy i horroru są tak prawdziwe, że czytania ich nie nazwałabym w żaden sposób przyjemnością. Powergraph po raz kolejny udowodnił, że wydawnictwo interesują nietuzinkowi twórcy, których koncepcje nie zawsze wydają się sensowne, ale z pewnością mówią prawdę o człowieku i otaczającym go świecie.

Nie zaczęłam lektury Zaksięgowanych od pierwszego opowiadania. Szach było co najmniej trzecim lub czwartym w kolejności i jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że stanowi ono intrygujące zaproszenie do świata wytworów wyobraźni Małeckiego (silly me). Dlatego Wy zacznijcie od niego od razu. Tak jak Szach otwiera zbiór, tak Mat go zamyka, przeczytajcie więc je dopiero na sam koniec, ponieważ to ono wiąże ze sobą wszystkie historie i stanowi zaskakującą klamrę. W czytaniu pozostałych opowiadań kolejność nie ma znaczenia. Chociaż różne w treści, przedstawiają inne odcienie człowieczeństwa, przeważnie mroczne i krwawe oblicza, sprawiające, że każda następna opowieść jest coraz trudniej przyswajalna. Nie jest to tom, który pochłania się w kilka godzin ani nawet kilka dni, autor bowiem ciągle dręczy czytelnika i na każdej stronie uświadamia mu ludzką małość, słabość i okrucieństwo, obnaża w bezlitosny i bezpośredni sposób naszą hipokryzję i egoizm. Czyni to, nie bawiąc się w metafory, posługując się mocnym, barwnym stylem, który dotyka czytelnika do żywego.

Moim pierwszym zderzeniem z tym światem był Strach przed Malarzem, niepokojące od pierwszych słów, chyba najbardziej w klimacie horroru w całym zbiorze, pokazujące, że największy koszmar przychodzi zawsze z najmniej spodziewanej strony. Autor zaraz potem zaskakuje przewrotnością w Pisarzach i Mordercach, gdzie przedstawia pokręconą wizję świata, w którym pisarze fantastyki schodzą do podziemi zwalczani przez despotyczny system. Opowiadanie Warszawa rozbroiło mnie pierwszym zdaniem, Małeckiemu rewelacyjnie udało się na kilku stronach pokazać kwintesencję pogoni za karierą w krzywym zwierciadle. Przeraził mnie z kolei Królem Rugerem na zbutwiałym tronie, jakby głoszącym hasło: Uważaj, w co się bawisz jako dziecko, ponieważ zabawa może stać się dla ciebie zabójcza, gdy dorośniesz. W Nic Małecki wkracza w najstraszniejsze zakamarki ludzkiego umysłu w depresji i aniołom odbiera stanowisko stróżów człowieka.

Najbardziej byłam ciekawa opowiadania Za godzinę powinna tu być, które kilka lat temu zbierało świetne recenzje i liczne wyróżnienia. Przedstawiona w nim historia jest przejmująca, uświadamia, jak bardzo człowiek jest zdolny poświęcić się dla miłości absolutnej i jak ciężko pogodzić się z losem, że największym dramatem jest niemoc. Ta niemoc ogarnęła i mnie, gdy autor przeciągał kulminację i przyznam, że do końca dobrnęłam lekko znudzona. Swoją puentą zaskoczyło mnie natomiast zakończenie Wybór, mocne, krótkie opowiadanko o tym, że los potrafi być bezlitosny, a bogowie, jeśli gdziekolwiek istnieją, bawią się naszym życiem, a każdy nasz wybór wpływa na przyszłość, której cofnąć nie można. To jedno z najlepszych opowiadań w Zaksięgowanych. Drugim jest Oszronione palce magików, najłagodniejsze w wyrazie, co nie oznacza, że budzące spokój, melancholijne i wzruszające, którego główną bohaterką jest śmierć. To jednak Każdy umiera za siebie wgniotło mnie w fotel całkowicie, wywołało najwięcej emocji. To zdumiewające, że autorowi w kilkunastu stronach udało się przedstawić kompletne historie kilku bohaterów, młodych żołnierzy uwięzionych w tonącej łodzi podwodnej.

Bardzo dobrym i jakże aktualnym komentarzem na niedawne wydarzenia w Polsce jest opowiadanie Czciciele, w szyderczy sposób i nadzwyczaj trafnie opisujące polską skłonność do fanatyzmu. Najlżejszą i zdecydowanie najmniej naładowaną cynizmem jest opowieść science fiction zatytułowana Śmierć szklanego Kazimierza, świetnie pokazująca absurdalność i płytkość ludzkich pragnień. Cena drwiny jest ściśle powiązana z zamykającym opowiadaniem, mam wrażenie, że jest też najbardziej moralizujące, udowadniające, że człowiek nie żyje wiecznie, więc nie powinien czuć się bezkarny wobec śmierci i musi szanować swoje istnienie.

Nie każdy przekaz wydawał mi się tak zrozumiały. Nie dotarł do mnie sens opowiadania Pan Pianista i czarty czy Pocałunek Białego Chłopca, niezbyt przekonała mnie wizja świata z perspektywy oka umieszczonego między palcami jakiegoś nieszczęśnika w Oku. Zaczęłam się natomiast zastanawiać nad tym, czy pisarze przystają do pojmowanej przeze mnie normalności, bo kto o zdrowych zmysłach przelewałby takie historie na papier, abstrahując już od tego, że w jego wyobraźni mieszczą się podobne obrazy? Być może nie wszystkie historie mają sens, być może potrzebuję szerszego kontekstu do zrozumienia treści tych trzech, może nawet nieprawidłowo odebrałam przekaz z pozostałych? Jestem jednak przeszczęśliwa, że w mojej głowie nikt nie rozgrywa partii szachów, ale czy na pewno gdzieś, w jakimś starym kinie, ktoś nie gra teraz o moje życie?

piątek, 12 sierpnia 2011

Life sucks - "True Blood", sezon II, twórca: Alan Ball, 2009

Na jesieni w Polsce odbędzie się premiera czwartego sezonu jednego z moich ulubionych seriali. Tym razem z promocją True Blood przyjedzie Joe Manganiello, wcielający się w postać Alcide’a Herveaux (ciekawe, czy to będzie kolejna wizyta kameralna, jak w zeszłym roku było z przyjazdem Alexandra Skarsgårda, którego widzieli nieliczni wybrani). Ja obiecałam sobie, że obejrzę czwarty sezon dopiero po zrecenzowaniu drugiego i trzeciego, które już mam za sobą i zdążyłam obejrzeć wielokrotnie. Tym bardziej ciężko jest pisać o czymś, co się już tak dobrze zna, może też tak macie. W końcu jednak udało mi się przysiąść i voilà.

Pierwszy sezon zakończył się intrygującym cliffhangerem - znaleziono kolejne zwłoki, zaginął LaFayette -, a Sookie zaraz po tym, jak została zraniona przez tajemniczą istotę ze szponami i uratowana przez lekarza-karlicę, odnajduje czarnoskórego przyjaciela i niemal jednocześnie przyjmuje zlecenie od Erica Northmana odnalezienia przywódcy strefy w Dallas. Jakby tego było mało między Billem i Sookie narastają napięcia, pojawiają się problemy właściwe dla każdej pary – kwestia zaufania, różnic charakterów – chociaż wszystko jest dwa razy groźniejsze, widz i sami bohaterowie mają cały czas świadomość, że on jest wampirem, ona tylko człowiekiem. Różnice i konflikty między nimi budzi młoda wampirzyca, niedawno przemieniona, której trudno się pogodzić z nowym „życiem” i która z różnych źródeł musi się dowiadywać, na czym polega ten cały wampiryzm. Jessica przejmuje po Billu grę z konwencją z tą różnicą, że ona jest uosobieniem funkcjonujących schematów, podczas gdy Bill wiele z nich dementował.

Ten sezon nie skupia się już tak bardzo na relacji Sookie i Billa, chociaż nadal jest ona głównym wątkiem. Poznajemy tu pozostałych bohaterów, ich przeszłość. Dowiadujemy się przede wszystkim, jak trudną drogę przebył Bill, aby stać się tym, kim jest obecnie i ile siły woli musi wkładać, żeby panować nad wampirzymi instynktami. Mamy okazję obserwować odmienność Sama (Sam Trammell) i jego samotność, przez którą naraża się starożytnej kreaturze. Rozbrajający Jason Stackhouse (genialny Ryan Kwanten) po traumatycznych przeżyciach postanawia wkroczyć na nową ścieżkę życia i widz ma okazję się przekonać, że chłopak wcale nie jest taki głupi za jakiego uchodzi. Na nową drogę wstępuje także Tara (Rutina Wesley), która ponad wszystko na świecie pragnie miłości i bezpieczeństwa, przez co pakuje się w coraz większe kłopoty.

Bliżej poznajemy Erica (Alexander Skarsgård), nadal wyrachowanego i bezwzględnego, starającego się pozyskać względy blond barmanki wszelkimi sposobami, jednocześnie wzruszającego swoją lojalnością wobec swego stwórcy. Jak dotąd wciąż uważam, że to najlepiej zbudowana postać zarówno cyklu książkowego, jak i filmowego, a Skarsgårdowi udaje się uwypuklić wszystko, co w niej najważniejsze. W ogóle wszyscy aktorzy spisują się w swoich rolach znakomicie i do nikogo nie można mieć pretensji o takie czy inne poprowadzenie bohatera.

O ile w powieści U martwych w Dallas mamy tylko jeden plan, czyli Dallas, w którym przebywa Sookie, o tyle serial pozwala zobaczyć, co się dzieje pod nieobecność dziewczyny w Bon Temps, które powoli ogarnia coraz większe szaleństwo. Wnikamy w wampirzą hierarchię i poznajemy kolejne stanowiska, okazuje się, że także oni mają swoich władców. To właśnie w Dallas Sookie spotyka innego telepatę i jest wniebowzięta, że nie jest jedyna, niestety nie ma okazji zbyt długo porozmawiać z przerażonym boyem w hotelu Carmilla. Także postać dziewczyny się rozwija, pokazuje ona silną osobowość i niezwykłą determinację w walce o siebie i najbliższych, co prowadzi do odkrycia przez nią nowych, zaskakujących mocy.

Ten sezon jest bardziej krwawy, okazuje się, że nie tylko wampiry zagrażają ludziom czy innym istotom, serial dobitnie uświadamia, do czego prowadzi totalna anarchia i co brak jakichkolwiek zasad wyzwala w człowieku. Ale to potęgujące się i szerzące wszędzie rozpasanie w Bon Temps w pewnym momencie męczy, jest zbyt przesadzone i przerysowane, o wiele ciekawsze są wątki Sookie i Jasona. Ten ostatni przekonuje się boleśnie, co się dzieje, kiedy religia przekracza granice i staje się ślepym fanatyzmem podjudzanym nienawiścią spowodowaną strachem przed odmiennością. Widz patrzy na swoistą ewolucję chłopaka, który z bezmyślnego kobieciarza staje się obrońcą swego miasta, cichym bohaterem.

Scenarzyści prowadzą wszystkie postacie i wątki konsekwentnie, wydarzenia zazębiają się, jedne wpływają na kolejne, tworząc logiczną całość. Mimo wszystko uważam, że motyw wprowadzony w Bon Temps nie udał się najlepiej, niezbyt wystarczające jest wyjaśnienie powiązania potrzeb Tary i przeszłości Sama. Nadal serial zawiera mnóstwo aluzji do wampirzej tradycji, czym niezwykle bawi. Żaden bohater nie pozostaje tak naprawdę w cieniu, zarówno mieszkańcy Bon Temps, jak i wampiry z Dallas mają swoje problemy, którymi się dzielą bardziej lub mniej. Widz jest cały czas trzymany w napięciu, które sięga zenitu w ostatnim odcinku. Akcji towarzyszy genialna muzyka, której kompozycją ponownie zajął się Nathan Barr. Nie można fuszerki zarzucić również scenografii czy specom od efektów specjalnych, którzy utrzymują charakteryzację i różne fajerwerki na najwyższym poziomie.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Łabędzi śpiew z fałszywą nutą - "Harry Potter i Insygnia Śmierci", część II, scenariusz: Steve Kloves, reżyseria: David Yates, 2011


Zapierałam się przysłowiowymi rękami i nogami, żeby nie zobaczyć ostatniej części cyklu Harry Potter w 3D. Udało mi się znaleźć kino, które udostępniało projekcję cyfrową, chociaż z dubbingiem. Uznałam jednak, że dubbing to mniejsze zło i wybrałam się na seans. I napiszę, że była to najgorsza część całej serii.

Druga, ostatnia część kultowego już cyklu rozpoczyna się w tym samym momencie, w którym skończyła się poprzednia. Voldemort zyskał czarną różdżkę, Harry zdołał się wymknąć i zachował miecz Gryffindora, teraz musiał zebrać siły na ostateczną walkę. A skoro już przy tym jesteśmy. Wszystko w tym filmie jest ostateczne: słowa, czyny, muzyka (skądinąd świetna), wszyscy się całują. Patosem twórcy rzucają w nas przy każdej okazji, zgodnie zresztą z książkowym oryginałem. W tym obrazie, podobnie jak w dwóch ostatnich częściach, widać, że akcja jest pocięta, wiele wydarzeń pojawia się znikąd i tylko ten, kto czytał książkę, może się w tym zorientować. Scenarzyści pozostawiali sceny, bez których film mógłby się spokojnie obejść, przez co zdarzały się dłużyzny i wzniosłe przynudzenia.

Dla mnie główną wadą obrazu był nadmiar słów. Wiele scen ich po prostu nie potrzebowało, myślę, że nawet do najmłodszych dotarłby ich przekaz, a starszym widzom nie wydawałby się wtedy taki żałosny. Co więcej, wszystkie zagadki nie znajdują rozwiązania, ale wiele z nich wyjaśnia się aż za bardzo – widać to na przykładzie postaci Snape’a, którego nachalnie zobrazowana przeszłość w ostatnich minutach seansu kojarzy się z ckliwym romansidłem. Dopiero ta część pozwala nam zrozumieć jego postępowanie, ta część pokazuje także drugie twarze innych postaci, których scenarzyści, a wcześniej i autorka, celowo nie odkrywali przed nami. Oczywiście powoduje to zamierzone zaskoczenie, ale w moim wypadku również skrzywienie na melodramatyczność taniego zwrotu akcji.

Nie zachwycały także efekty specjalne, winą jest tu oczywiście konwersja obrazu na 3D, aczkolwiek były też takie, które budziły podziw. Film ratuje nie tylko wspomniana wcześniej rewelacyjna muzyka w kompozycji Aleksandre’a Desplata, lecz także gra aktorska wszystkich poza Ralphem Fiennesem, czyli Voldemortem, który zamiast przerażać, śmieszył swoim nadętym tonem mowy i zarozumiałością szkolnego uczniaka. Scenarzyści zasługują na pochwałę umieszczenia scenek humorystycznych w momentach ciężkiego uniesienia, które naprawdę bawiły, również dzięki naturalności młodych aktorów, zwłaszcza Ruperta Grinta i Emmy Watson. Chwilami film może nawet przerazić i wzruszyć, chociaż nie ma w nim tego całego mroku, który tak podobał mi się w poprzednich częściach.

Ale nie te wszystkie wady zdecydowały o tym, że uznałam drugą część Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci za najgorszy film z cyklu. Kropką nad i był sam koniec, mdły, nieprawdziwy z punktu widzenia charakteryzacji, przesadzony i całkowicie niepotrzebny. Dzieciaki zapewne były takim zakończeniem zachwycone, mnie zbierało się na mdłości.

Zabawna rzecz. Przez cały rok oczekiwania na koniec końców myślałam o Harrym Potterze z nostalgią i żalem, że za rok nie pójdę już do kina na kolejny film z cyklu. Jakby nie było, spędziłam z bohaterami dziesięć lat swego życia, razem z nimi się śmiałam i płakałam, razem z nimi przeżywałam i walczyłam. Po wyjściu z kina w środę tydzień temu dotarło do mnie, że wcale nie będę tęsknić, a moje ulubione części zawsze mogę obejrzeć i sama sobie dopowiedzieć koniec historii, zupełnie inny od tego, którym zniechęciła mnie Rowling, a powtórzyli twórcy wersji kinowej. Chwała niech będzie za wyobraźnię!

czwartek, 28 lipca 2011

Fantasy w ursynowskim klimacie - "Koniec pieśni", Wojciech Zembaty, Znak literanova 2011


Ostatnio dużo czasu spędzam w świecie arturiańskich legend, Marion Zimmer Bradley pokazała mi, jak znane wszystkim wydarzenia były postrzegane przez kobiety, dzięki Bernardowi Cornwellowi poznaję wersję bardziej wiarygodną historycznie. Jednak czy ktokolwiek zastanawiał się, co się działo po śmierci Artura i upadku Okrągłego Stołu? Próbą odpowiedzi na pytanie, co było dalej, jest powieść Wojciecha Zembatego Koniec pieśni, którą miałam okazję poznać dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak literanova. Jakie jest więc zakończenie legendy według polskiego debiutanta?

Podchodziłam do powieści z rezerwą, na co wpłynęły dwie kwestie. Pierwszą jest niezbyt ładna okładka z reklamą kojarzącą się ze spotem duńskiego producenta piwa, lekko już wyświechtaną, drugą niedawna lektura Nieprzyjaciela Boga Cornwella. W dodatku początkowe strony nie zachęciły mnie do lektury: błąd od razu na pierwszej stronie (wprawdzie nie bijąca po oczach literówka, ale… jakby nie było to pierwsza strona), brak oryginalności w przedstawieniu najważniejszego zrębu legendy, pojawia się wszechwiedzący narrator, chociaż prolog ukazany jest z perspektywy jednego z głównych bohaterów, Bedevira. Nie byłam więc najlepiej nastawiona, spodziewałam się kolejnej sztampowej książki ze schematycznymi postaciami, o której zapomnę zaraz po przeczytaniu ostatniej strony. Jakże się rozczarowałam! Pozytywnie.

Autor zdobył moje serce już na stronie 29., kiedy dowiedziałam się, że nie jestem typową polonistką. Dalej było już tylko lepiej. Otóż poznajemy historię zwykłych i niezwykłych ludzi wplątanych w przemyślną intrygę mającą na celu oczywiście panowanie nad światem. Niektórzy bohaterowie trafiają w wir wydarzeń zupełnie przypadkiem, inni są związani przeznaczeniem, losy wszystkich przeplatają się wzajemnie, czasem nawet najcieńszą nicią. Razem z nimi czytelnik wkracza prosto w powojenny chaos, w którym potężni druidzi próbują okiełznać pradawną moc, wzywając starych bogów. Zembaty miesza wierzenia różnych kultur, sprawiając wrażenie jedności, przywołuje z niepamięci zaginione bóstwa i istoty. Koniec pieśni to kolejna powieść, która świat legend przedstawia w bardziej prawdziwym świetle. To były czasy krwawych bitew, które nie mają w sobie nic chwalebnego, gdzie magia to nie hokus-pokus, ale potężna energia, wymagająca ogromnych poświęceń i determinacji. W tle pobrzmiewają przemyślenia nad współczesnością, zwłaszcza polską, ujęła mnie bezpośredniość i szczerość postaci, aczkolwiek tęsknoty za czasami „barbarzyńców” nie potrafię zrozumieć, nie mogłabym żyć bez wynalazków ludzkości.

Barwny styl, nie unikający realistycznych opisów (dotyczy to walk i druidzkich obrzędów, nie scen miłosnych, gdzie autor jakby ze wstydem uczniaka stosuje kwestie znane z tanich romansów) wciąga i nie pozwala się oderwać. Zembaty przeskakuje między dwoma światami, teraźniejszym i mitycznym, w wyważony sposób, w chwili kiedy zastanawiałam się, co się dzieje z bohaterami po drugiej stronie, otrzymywałam odpowiedź w kolejnym rozdziale. Mieszkańcy Ursynowa zdziwią się, że ich dzielnica może być miejscem tak mrocznych wydarzeń. Większa część akcji odbywa się w Brytanii tuż po śmierci Artura, w której panoszą się morderczy i bezwzględni Sasi. Wydarzenia odbywają się wartko, bez zbędnych przestojów, a lawirowanie między licznymi wątkami może spowodować zawrót głowy i ciągle zmusza do całkowitego skupienia, aczkolwiek gwałtowne cięcia w akcji czasem to utrudniają.

Każdy bohater ma tutaj swoją historię, którą czytelnik układa z drobnych kawałków rzucanych w kolejnych akapitach. I chociaż nie są to postaci oryginalne, nie, właśnie dlatego, że nie są oryginalne można je łatwo zrozumieć, z niektórymi niejeden czytelnik się utożsami. Autor starał się oddać portrety wszystkich z psychologiczną wiernością i o ile nie przeszkadzają mi pewne niedociągnięcia w ukazaniu strony polskiej (najmniej wiarygodnie wypada osoba Igiego), to nie przemawiają do mnie wizerunki Brytów. O samym Arturze wiele się nie dowiemy poza oczywistym, że był mężnym wojownikiem, który siał postrach wśród najgorszych wrogów, w ogóle nie przekonuje mnie Bedevir, który z nieudacznika i ofiary losu staje się nagle wojem na schwał. Morrigan, jedna z najważniejszych postaci w książce, pojawia się jedynie jako pretekst do rozpoczęcia akcji, przedstawiana jest jako złowieszcza uwodzicielka ze skłonnościami Elżbiety Bathory. Dysonans budziła we mnie także wiedza, bądź co bądź średniowiecznych postaci, o późniejszych wydarzeniach historycznych, jakie miały nadejść, kiedy po nich samych pozostanie już tylko wspomnienie.

Na uwagę zasługuje też wątek miłosny i to kolejny plus, bowiem relacja Bedevira i Mab nie jest przewidywalna, jak w wielu powieściach. Chociaż wprowadzony tylko dla urozmaicenia akcji, motyw uczuciowy zaskakuje bardziej pozytywnie niż zakończenie całej historii, które ma się nijak do poprzedzających je wydarzeń.

Owszem, powieść nie jest pozbawiona wad, ale jak na debiut wypadła bardzo dobrze i myślę, że odpowiedź na to, co się wydarzyło po odejściu Artura, jest całkiem prawdopodobna.

poniedziałek, 25 lipca 2011

"Śmierć nekromanty", Martha Wells, tłumaczenie: Sylwia Twardo, MAG 2002

Minął co najmniej miesiąc, odkąd przeczytałam powieść Marthy Wells i przyznam, że oprócz głównego zrębu fabuły niewiele z niej pamiętam, dlatego tego wpisu nie należy traktować jako właściwej recenzji.

Książkę miałam przeczytać w steampunkowym wyzwaniu, jakie postawiliśmy sobie przeszło rok temu, wtedy nie bardzo miałam na to czas. Po Śmierć nekromanty sięgnęłam z chęci poczytania powieści kostiumowej i w tym zakresie książka sprawdziła się znakomicie. Miejsce akcji, chociaż wydarzenia dzieją się w innym świecie i mieście, swoim mrocznym, pełnym intryg światem rozbłyskującym jedynie światłami gazowych latarni przypomina Londyn lub Paryż z przełomu XVIII i XIX wieku. Sama historia jednak nie bardzo mnie wciągnęła, być może dlatego, ze nekromancki wątek niezbyt trzymał się całości.

Poznajemy bowiem Nicholasa Valiarde, młodego ubogiego szlachcica, który wraz z grupą wyjętych spod prawa przyjaciół usiłuje dokonać zemsty na mordercy swojego przybranego ojca, hrabim Montesq. Nieoczekiwaną przeszkodą staje się szemrany nekromanta, który wchodzi Valiardowi w drogę podczas jednej z akcji. Okazuje się, że ma on pewne powiązania z efektami pracy ojczyma. W miarę wgryzania się w zagadkę, bohaterowie wplątują się w przerażającą intrygę tajemniczego osobnika mającą na celu władanie światem. Zamiast więc mścić się na znienawidzonym hrabim, Valiarde musi pokonać o wiele groźniejszego wroga.

Śmierć nekromanty zaliczyłabym do powieści łotrzykowskiej w klimacie fantasy, gdzie magia stanowi przedmiot nauki, oczywiście prawdziwej mocy mogą używać wyłącznie wybrańcy. Autorka sprawnie opisuje zaklęcia oraz wynalazek przybranego ojca Nicholasa - Eduardo z pomocą największych czarodziejów Ile-Rien zmontował kule mocy, które w teorii miały pomagać laikom w posługiwaniu się magią. W praktyce stały się przyczyną jego egzekucji pod zarzutem zakazanej nekromancji. Bohaterowie Wells są liczni, nie pozostają jednak w pamięci na długo, ich charaktery bowiem zbudowane są ze schematycznych klisz: mamy zdeterminowanego zemstą i cynicznego, a w głębi bardzo cierpiącego Nicholasa, wspierającą go, lojalną, piękną, ale posiadającą swoje tajemnice aktorkę Madeline, honorowego kapitana homoseksualistę Renarda, dobrodusznego i dżentelmeńskiego doktora Halle’a czy nieskazitelnego szefa policji Ronsarde’a. Jest natomiast niezbyt typowy mag. Arisilde Damal, potężny czarnoksiężnik, który swoją magię zaprzepaścił w oparach opium.

Książka niczym szczególnym się nie wyróżnia, misterna intryga niezbyt mnie przekonała, w wielu miejscach akcja została pocięta niczym filmowe kadry, z tym że autorka zapomniała o montażu. Rozczarowało mnie zakończenie powieści, wydaje mi się wymuszone, jakby Wells nagle stwierdziła, że nie ma sensu kontynuować historii, chociaż takie sygnały pojawiały się w toku powieści. Bardziej niż nad rozwiązaniem zagadki zastanawiałam się, dlaczego w powieści czasami używana jest kursywa dla wyrażenia myśli bohaterów, a innym razem pismo proste, czy to było autorskie zamierzenie, czy niedbałość redaktora? Dodatkowo irytowały mnie liczne literówki, mające szczególne upodobanie w imionach bohaterów.

czwartek, 21 lipca 2011

Człowiek człowiekowi wilkiem - "Synowie boga", M.D. Lachlan, tłumaczenie: Kamil Lesiew, Prószyński i S-ka 2011

Synowie boga M.D. Lachlana to jedna z nielicznych książek, których informacja na okładce niemal w stu procentach zgadza się z zawartością. Niemal, ponieważ o ile prawdą jest, że powieść brytyjskiego pisarza można zaliczyć do mrocznej fantasy, brutalnej i posępnej, posiadającej niekonwencjonalne podejście do mitu wilkołaka, to moje wątpliwości budzi stwierdzenie „w najlepszym wydaniu”. A wątpliwości te zrodziła koszmarna okładka, niestaranna redakcja oraz nierówny styl autora, który miota się między narracją w duchu mitologicznej przypowieści a współczesnym językiem.

Książka wzbudziła we mnie mieszane uczucia, nie należy bowiem do najgorszych, jakie czytałam, ale także nie zaliczyłabym jej do tych lepszych. Argumentów za i przeciw jest mniej więcej tyle samo i żadna szala nie potrafi przeważyć. Powieść nie wciąga od pierwszych stron, wręcz przeciwnie, przez co najmniej sto zastanawiałam się, czy nie odłożyć książki, nie mogąc zrozumieć, dlaczego król Authun powiódł swoich najlepszych wojów na śmierć, by porwać chłopca, który miał mu zastąpić syna, ponieważ sam nie mógł go spłodzić, dlaczego nie wziął pierwszego lepszego dzieciaka. Kwestia proroctwa, wg którego chłopiec ma być wyjątkowy, niewiele wyjaśnia, ponieważ czytelnik dowiaduje się jedynie, że było jakieś proroctwo. To, że zamiast jednego dziecka król znajduje bliźnięta, z których jeden (Wali) skazany jest na żywot królewskiego dziedzica, drugi (Feileg) na życie wśród wilków, służy jedynie zmyleniu czytelnika, aby dociekał, który z nich odegra w fabule większą rolę. Nie dość, że obaj bracia nie rozpoznają się niemal do samego końca, to nie zastanawiają się nawet, dlaczego są tak do siebie podobni, przyjmują ten fakt za coś oczywistego, co wydaje mi się niezbyt prawdopodobne. Lachlan ożywia nordycki mit o odwiecznej walce Odyna z Wilkiem Fenrirem w sposób tak poplątany i z nawarstwieniem tylu wątków, że czytelnik może mieć problemy z odnalezieniem się w opowieści. Miałam wrażenie, że autor sam nie do końca był przekonany do swojej historii i w chwilach, w których nie mógł wymyślić dalszego ciągu, pchał akcję nieoczekiwanym zwrotem wydarzeń.

Całkowicie nie pasował mi wątek trójkąta miłosnego, zbyt sztampowy, żeby stał się wiarygodny – jeden brat nagle zakochuje się w wybrance drugiego brata, dziewczyna nagle zaczyna się miotać między jednym uczuciem a drugim, absurdalnie usiłując sobie wyobrazić życie u boku, jakby nie było, wilka. Adisla jest tu nikim więcej jak pretekstem ciągu fabuły, to po nią wyrusza Wali, gdy porywają ją barbarzyńcy, to przez nią mroczna opowieść zmienia się miejscami w mdły melodramat. Ponadto Lachlan nie potrafił oddać właściwie rozterek Feilega, który całe życie wychowywany jako wilk nagle zaczyna odczuwać ludzkie emocje, nie jest przez to jednak zagubiony, nie czuje niepokoju. Zresztą żaden z bohaterów powieści nie jest tu skomplikowany, wodzowie są wielcy i bezlitośni, ich wojowie lojalni i waleczni, magowie szaleni i błogosławieni, a bogowie tajemniczy i egoistyczni. Ale mam wrażenie, że to akurat celowy zabieg, zważywszy, że cała historia stylizowana jest na mityczną przypowieść, w której rys psychologiczny nie odgrywa większego znaczenia.

Udał się natomiast autorowi najważniejszy i najbardziej przeze mnie oczekiwany wątek – wilkołactwa. Motyw przemiany od początku do końca prowadzony jest konsekwentnie, stopniowo, powiedziałabym nawet w sposób „narastający”, i nietuzinkowy, opleciony w nordyckie mitologie. Książka świetnie się sprawdza od strony obyczajowej – wiarygodnie oddany został obraz ówczesnej mentalności plemion. Magia jest tutaj kluczową częścią świata, obecna w nim na równi z powietrzem. Lachlanowi udało się doskonale pokazać, w jaki sposób we wczesnym średniowieczu funkcjonowały mity w życiu ludzi, jak czczono bogów i bano się ich kapryśności, z jakim szacunkiem i lękiem podchodzono do czarów, którymi władać mogli jedynie wybrańcy, płacąc za nie wysoką cenę. W Synach boga krew i mrok są stale obecne, czy to na polu bitwy, czy podczas rytuałów. Autor nie unika realistycznych opisów – miasta są pełne brudu i smrodu, walka naznaczona posoką i rozprutymi flakami, ludzie żyjący jak zwierzęta zachowują się jak one.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 17 lipca 2011

Uważaj, o co prosisz, bo może się to spełnić - "Coraline", scenariusz i reżyseria: Henry Selick, 2009

Coraline to jedna z dwóch książek autorstwa Neila Gaimana, których nie czytałam. Drugą jest Odd i Lodowi Olbrzymi. Nie mogłam się jednak oprzeć pokusie obejrzenia animacji na podstawie pierwszej z wymienionych powieści, kiedy okazało się, że jest dostępna w telewizji. Obejrzałam Coraline z zachwytem i w nie mniejszym stopniu chcę przeczytać książkę.

Najpierw opiszę wrażenia z filmu. Animacja w reżyserii Henry’ego Selicka, który jest również reżyserem, jest współczesną baśnią, nie bajką, ale baśnią w pełnym tego słowa znaczeniu. Główna bohaterka, tytułowa Koralina Jones (Dakota Fanning), ma jedenaście lat i właśnie zamieszkała z rodzicami w różowym pensjonacie, gdzie państwo Jones zajmują się pracą nad katalogiem i nie poświęcają wiele uwagi córce. Koralina się nudzi, denerwuje ją nowy, stary dom, ekscentryczni sąsiedzi w osobie byłego cyrkowca trenującego mysie występy oraz dwóch podstarzałych aktorek rewiowych. Irytację dziewczynki wzbudza również jej wścibski, gadatliwy rówieśnik Wyborne (Robert Bailey Jr.), którego imię wymawiane po angielsku można zrozumieć jako Dlaczego urodzony?, z dziwacznym kotem. Wszystko się zmienia, kiedy Koralina znajduje niewielkie drzwi w ścianie salonu, a po ich drugiej stronie ten sam świat, chociaż zupełnie inny, ciekawszy, bardziej kolorowy i przyjazny i niezbyt niepokoi ją fakt, że jej nowi rodzice i przyjaciele mają czarne guziki zamiast oczu. Nie wiem, czy słusznie, ale stylistyka opowieści i zawiązanie akcji bardzo przypomina mi Alicję w Krainie Czarów Lewisa Carolla.

Film, chociaż chwilami może się wydawać zbyt mroczny i niepokojący, zdecydowanie skierowany jest do dzieci, nawet kilkuletnich (no, może powyżej pięciu lat, powiedzmy). Mamy tu wszystko, co powinna posiadać prawdziwa baśń – silny kontrast światów i postaci, mnóstwo kolorów, przetykanego cieniami, nienachalny, aczkolwiek wyraźny morał i prawdziwie dziecięce podejście do przedstawianej historii. Coraline to nie jest bajka dla dorosłych w animowanej postaci, chociaż dorosłym też przyda się obejrzenie animacji. Doskonała i nietypowa pod względem plastycznym, cudownie pomieszana kolorami tęczy i gotyckością krajobrazu, okraszona rewelacyjną muzyką, za której kompozycję odpowiedzialny jest Bruno Coulais. Wręcz chciałoby się poznać kolejne przygody bohaterów, ale do tego Neil Gaiman musiałby napisać następną książkę.

Gwoli wyjaśnienia - tytułu recenzji nie zaczerpnęłam z hasła reklamowego, to było moje pierwsze skojarzenie po obejrzeniu filmu, jak widać słuszne.

środa, 13 lipca 2011

Horror w stylu przypowieści - "Sierociniec", scenariusz: Sergio G. Sánchez, reżyseria: Juan Antonio Bayona, 2007

Nigdy nie byłam wielką fanką horrorów, za bardzo się boję bać, ale od czasu do czasu lubię zajrzeć za zakazane przeze mnie drzwi i poczuć dreszcz strachu na karku. Jeśli już tak się zdarza, sięgam po prozę Łukasza Orbitowskiego albo Stefana Grabińskiego, ostatnio jednak coraz częściej zaglądam w literackie rejony grozy i horroru, w planach mam zapoznanie się z klasyką gatunku. Filmowo nie znoszę obrazów epatujących przemocą i krwią, nigdy nie byłam w stanie wytrwać dłużej niż pięć minut w oglądaniu Obcego, natomiast Lśnienie oglądałam z rosnącą fascynacją. Jednym słowem, wolę horror psychologiczny, operujący klimatem niepokoju zamiast porozrzucanymi wszędzie flakami. Dlatego postanowiłam obejrzeć Sierociniec, zaintrygowała mnie historia opuszczonego domu, w którym wychowała się Laura, by po latach przywrócić mu dawną funkcję, tytułowego sierocińca. Okazuje się, że dom kryje makabryczną tajemnicę. 

Przyznam, że film po części spełnił moje oczekiwania, nie spodziewałam się takiego finału i byłam poruszona rolą Belén Ruedy grającej Laurę, główną bohaterkę. Zachwycały mnie zdjęcia i sam dom, fabuła przypominała historię Piotruś Pan. Sam rozwój akcji był jednak schematyczny do bólu i po części przewidywalny. Uszy raziła koszmarna muzyka, całkowicie nie pasująca do atmosfery, a w momentach, które zapewne miały mnie przerazić, wybuchałam śmiechem. Nie podobało mi się również potraktowanie przez twórców wątku matki, zdolnej zrobić wszystko, by odnaleźć ukochanego synka, w opozycji do ojca, który nie może znieść całego napięcia i wyjeżdża. Skąd taka mała wiara w mężczyzn? A może tego typu rozwiązania są odpowiedzią na kino akcji, w którym mężczyzna jest wojownikiem? Nie wiem, ale widziałam chyba zbyt wiele filmów o takiej strukturze i czuję się nimi po prostu zmęczona.

Wspomniałam o Piotrusiu Panie, kto obejrzał lub obejrzy Sierociniec być może wpadł/wpadnie na ten sam wniosek. W ogóle obraz utrzymany jest w tonie swoistej przypowieści, takiej baśni dla dorosłych, której morałem jest nakaz, by słuchać dzieci, gdyż one jako jedyne widzą to, co dla nas, starszych jest już niedostrzegalne. Lekceważenie najmłodszych może doprowadzić do tragedii, o czym się przekonała główna bohaterka w najgorszy możliwy sposób. Gdyby jeszcze do zakończenia dokręcić równie dobrą pozostałą część filmu, byłby to naprawdę dobry i mądry horror.

piątek, 8 lipca 2011

Odarty z legendy - "Zimowy monarcha", Bernard Cornwell, tłumaczenie: Jerzy Żebrowski, Erica 2010


Zimowy monarcha Bernarda Cornwella jest pierwszą częścią trylogii arturiańskiej uznawaną przez wielu za jedne z najlepszych i najwierniejszych historii książek o czasach mitycznego Artura. Historycy wciąż się spierają, czy taka postać w ogóle istniała, ale badania wskazują, że w średniowieczu rzeczywiście mógł żyć wódz o tym rzymskim imieniu, ale czy zjednoczył Brytanię w walce z Sasami bądź innymi najeźdźcami? Na to pytanie, jak i na wiele innych nikt nie jest w stanie odpowiedzieć.

Od tego mamy legendy, tajemnicze i pełne magii opowieści stawiające Artura na równi z bogami Brytanii, wysławiające jego odwagę, roztropność, męstwo, mądrość i silną wiarę w chrześcijańskiego boga. Motyw arturiański jest nadal jednym z najpopularniejszych w popkulturze, mierzyło się z nim zarówno wielu pisarzy, jak i twórców filmowych. Większość jednak pozostawała wierna legendzie w najważniejszych szczegółach: Artur był mądrym i sprawiedliwym królem, z wianuszkiem wiernie oddanych rycerzy, z piękną i łagodną, aczkolwiek niezależną żoną Ginewrą, która płomienną miłością obdarzyła najlepszego wojownika w całej Brytanii, Lancelota z Jeziora, oczywiście z wzajemnością. W każdym wypadku mamy do czynienia z trójkątem miłosnym, przeważnie miłość między dwojgiem młodych jest czysta i prawdziwa, a starzec (jako taki jest przedstawiany w wielu powieściach, o filmach nie wspominając, mi już zawsze będzie się z nim kojarzył Sean Connery) mimo poczucia zdrady rozumie ich uczucie. Przeważnie obecny jest też Merlin i/lub Morgana, ten pierwszy jako niezwykle mądry i potężny, jego uczennica przedstawiana jest zazwyczaj w mrocznym świetle. Jest Excalibur, Avalon, czasem Pani Jeziora. I chociaż czytane przeze mnie jakiś czas temu Mgły Avalonu częściowo pokazały inną, bardziej wiarygodną i mniej magiczną wizję tamtej Brytanii i tego wielkiego króla, to Bernard Cornwell pozbawił legendę wszelkiego czaru.

Zdarzyło się to w krainie zwanej Brytanią (s. 15) – takie jest pierwsze zdanie powieści, brzmi jak początek baśni. I na tym kończy się baśniowość książki. Zimowy monarcha jest bowiem powieścią historyczną, w której autor odarł wszystkich bohaterów legendy arturiańskiej z mitycznego nimbu i chwały, pozostawiając zwyczajnych ludzi targanych wątpliwościami, słabych wobec własnych emocji i pragnień, wyrachowanych w dążeniu do władzy, czasami nieporadnych, chwilami cierpiących. Wciąż nie jestem w stanie otrząsnąć się z szoku, jaki wywołała we mnie lektura Zimowego monarchy, chociaż minęło już sporo czasu. Nie jestem też pewna, czy taka wizja historii, nie legendy, nie mitu, nie baśni, ale historii właśnie, mi pasuje. Nie wiem, czy nie wolałam Artura jako pół herosa, Lancelota jako pełnego namiętności, ale honorowego wojownika, Ginewry jako mądrej i łagodnej damy miotającej się w uczuciach i poczuciu winy. Najpierw Marion Zimmer Bradley, a potem Bernard Cornwell, zwłaszcza on, odmienili ich wizerunki tak bardzo, że nigdy już nie będę o tych bohaterach myślała tak samo.

Ba, przez dwieście stron zastanawiałam się, czy nie dać sobie jednak spokoju, bowiem opowieść Cornwella nudzi i męczy rozwlekłym tempem, irytuje osobą narratora, byłego barbarzyńcy, w chwili spisującego historię będącego już zestarzałym mnichem, wciąż przepraszającym swojego chrześcijańskiego boga. W wytrwałości trzymała mnie jedynie dbałość autora o zgodność ze źródłami historycznymi i świetnie odwzorowana obyczajowość tamtejszych ludzi. Potem dałam się całkowicie wciągnąć i prowadzić prostemu, aczkolwiek barwnemu stylowi autora, chociaż cały czas denerwował mnie narrator. Cornwellowi udało się coś, co rzadko wychodzi pisarzom – sprawił, że czytając książkę, czułam się tak, jakbym obserwowała ich życie i wybory, stojąc wśród nich. Rewelacyjnie odmalowana została ówczesna mentalność, zwłaszcza obecność wiary i mitów w życiu, proces przemian religijnych, które stają się wątkiem przewodnim powieści.

Sposób ukazania charakterów przypominał mi postaci z Mgieł Avalonu. Podobnie przedstawiony jest Artur, którego wielkość nie tkwi w posturze czy szlachetności, ale w inteligencji, umiejętności postępowania z ludźmi, nawet przebiegłości i wyrachowaniu. Wielbicielki Lancelota będą rozczarowane portretem, jaki mu namalował Cornwell, natomiast mi osobiście taki obraz odpowiadał, ten z legend wydawał się mdły. Bardzo podobne podejście autor ma również do druidów, których przedstawia jako potężną kastę polityków, mających świadomość, w czym tkwi ich władza:
Druidom nie wolno niczego zapisywać, to wbrew zasadom […] Słowo pisane staje się dogmatem. Ludzie zaczynają dyskutować, wyrażają własne zdanie, nawiązują do tekstu, tworzą kolejne manuskrypty, wdają się w polemiki i wkrótce zaczynają się zabijać. Gdy niczego nie zapisujemy, nikt nie wie, co dokładnie powiedzieliśmy, i zawsze można wszystko zmienić. (s. 330)
Cornwell uczciwie przedstawia również kobiety. Nie są one tłem ani bezwolnymi nagrodami mężczyzn, mają własne zdanie i dużą samoświadomość. Podobnie jak Bradley autor Zimowego monarchy stawia w opozycji kobietę chrześcijańską i barbarzyńską. Jedyną chrześcijanką jest tutaj królowa Igraine, która namawia Derfla do spisania historii o Arturze, typowa średniowieczna dama łaknąca romantycznych opowieści, pragnąca magii i tajemnicy, obwiniająca siebie za niemożność wydania na świat dziecka swemu mężowi. Pozostałe bohaterki, zarówno Morgana i Nimue, jak i Ginewra nie mają w sobie nic z uległych panien trzepoczących rzęsami i w pokorze słuchających mężów i księży. Obie druidki rywalizują ze sobą wprawdzie o względy Merlina, jest to jednak bardziej walka o władzę, o pozycję w Avalonie niż kwestia zdobycia mężczyzny czy przypodobania się jemu. Ginewra natomiast jest tu postacią niejednoznaczną. Nie wiem, czy naprawdę kochała kiedykolwiek Artura, czy omotała go po to tylko, aby zdobyć władzę, a o jej związku z Lancelotem czytelnik dowiaduje się z niepewnych plotek. Na pewno jednak ta rudowłosa piękność nie jest chrześcijańską fanatyczką, doskonale zna swoją wartość, jest niezwykle inteligentna i silna, bardzo mi zaimponowała i muszę przyznać, że chciałabym, aby była bardziej obecna w kolejnych częściach.

Jak wcześniej wspomniałam, Cornwell doskonale operuje skąpymi, historycznymi faktami, w obrazowy sposób pokazuje tworzenie się narodowości Brytów, konflikty społeczne i wojenne. W opisach jest oszczędny, co nie przeszkadza w dokładnym wyobrażeniu sobie poszczególnych władców czy sytuacji, w jakich się znajdują. Zimowy monarcha to kawałek dobrej historycznej prozy, intrygujący wstęp do losów Brytanii, Artura i pozostałych bohaterów. Szkoda tylko, że polska redakcja nie postarała się tak jak autor, w książce w oczy rzuca się mnóstwo błędów interpunkcyjnych czy literówek, niektóre strony sprawiają wrażenie w ogóle nie sprawdzonych. Nie przeszkodzi mi to jednak w zapoznaniu się z dalszym ciągiem historii.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Dajcie kotom już spokój! - "Jedenaście pazurów", SuperNOWA 2010


Kot – jaki jest każdy widzi, ale czy na pewno? Od wieków uważany za kroczącego na granicy dwóch światów – ludzi i duchów, i dzisiaj postrzegany jest jako zwierzę pełne tajemnic. Fascynuje i irytuje nas jego niezależność, to, że chodzi własnymi drogami. Człowiek, zdobywca i władca całego świata, nie może sobie podporządkować jednego stworzenia. Zapewne z tych wszystkich względów osobowość kota jest ściśle związana z fantastyką, wielu jej twórców jest wielbicielami tych czworonogów, kot stał się swoistym symbolem fantasty. Jest bohaterem lub chociażby pojawia się w literaturze i wydawałoby się, że o kotach napisano już wszystko i w każdy możliwy sposób. Swoją cegiełkę w tym temacie dorzuciła SuperNOWA w 1997 roku antologią Trzynaście kotów, do której opowiadania napisali autorzy mniej lub bardziej związani z wydawnictwem. Ponieważ fascynacja kotami nie gaśnie i trwać będzie, wydawnictwo postanowiło powtórzyć sukces sprzed lat i rok temu ukazał się zbiór Jedenaście pazurów. Mam nadzieję, że kolejnej próby nie podejmie.

Jedenaście pazurów to jedenaście opowiadań, bardzo różnych w formie i jakości, jak to zwykle bywa w antologiach. Nie jest to jednak zbiór choćby w połowie tak dobry, jak Trzynaście kotów. Głównie dlatego, że Andrzej Sapkowski napisał tu tylko wstęp, a to jego opowiadania – Słoneczne popołudnie i Muzykanci – stanowiły najmocniejszą część poprzedniego zbioru. Jedenaście pazurów jest także bardziej mroczne, twórcy postawili na klimat niepokoju wywoływany przez kocią naturę, która, chociaż nadal tajemnicza i niezależna, jest przede wszystkim groźna i nie do końca przychylna ludzkości czy jakimkolwiek innym stworzeniom. Pomysł sam w sobie dobry, ponad połowie autorom nie bardzo się udał.

W moim przekonaniu błędem było otwarcie tomu opowiadaniem Jagi Rydzewskiej. Kot Szrekingera co prawda intryguje narracją kilkuletniej dziewczynki, wciągając w jej nieco chaotyczną, naiwną opowieść o tytułowym kocie, ale w pewnym momencie autorka stopuje akcję i rozwleka je, miejscami nudząc, co może zniechęcić do reszty utworów. Dużo ciekawszy jest Koszmar w Providence Łukasza Orbitowskiego, tchnące niepokojem i psychodelicznością opowiadanie ukazujące mroczne zakamarki kociego umysłu, w którym bohater, jeden z najważniejszych twórców grozy we własnej osobie, zdany jest na łaskę i niełaskę śpiącego zwierzęcia. Nietak Mirosławy Sędzikowskiej znowu mnie rozczarowało, tym właściwie, że prawie nic nie pamiętałam już na drugi dzień po przeczytaniu całkiem zabawnej historyjki o przedziwnych skutkach rzucania uroków na obczyźnie. Na długo w mojej pamięci pozostanie natomiast Kociarka. Piotr Patykiewicz przykuwa uwagę już pierwszym zdaniem i udowadnia, że dawne wierzenia w moc kotów wciąż istnieją, a to tylko ludzie zamknęli się we współczesności. Dobranocka Pawła Ciećwierza kontynuuje dobrą passę – to jedno z najlepszych opowiadań w antologii i jedno z najlepszych o Brighelli, którego autor przedstawił w Nekrofikcjach. Charakterystyczny cynizm rozpoznawalny już w pierwszych zdaniach używających kota jako pretekstu słownego do ukazania w krzywym zwierciadle obyczajowej scenki miłości starszego mężczyzny do młodej kobiety przypomina ostatnie filmy Woody’ego Allena.

Potem jednak przyszło kolejne rozczarowanie słabym opowiadankiem Marcina Wełnickiego o poetyckim tytule Nocą czarną jak kot, grającym schematem kota-obrońcy ludzkości, odwiecznego czuwającego w ukryciu, o którego mocach ludzie nie mają pojęcia. Na szczęście sytuację rozładował Witold Jabłoński Kotikiem, w iście kwiecistym stylu przedstawiający motyw przemiany w kotołaka, przed którym nie uchroni się żaden człowiek. Podobny motyw wykorzystał Paweł Kempczyński w bardziej mikropowieści niż opowiadaniu, Podłe życie, podła śmierć, aczkolwiek autor Requiem dla Europy poszedł w kierunku zagrożenia totalnego z kosmosu, świetnie pokazując zachowanie człowieka wobec takowego, atmosfera paniki i chaosu przenika z każdej strony. Także w tonie science fiction, chociaż o wiele zabawniejsza i najmocniejsza w całym zbiorze, jest historia Artura Baniewicza. Szczyt piramidy przedstawia alternatywną, oryginalną wizję świata, w której ludzie są zwierzyną hodowlaną dla… tego nie zdradzę, dość powiedzieć, że koty i tak są najmądrzejsze i najbardziej przebiegłe ze wszystkich istot. Gry z konwencją Baniewicza nie przebił Donat Szyller stylizowanym na czarny kryminał opowiadaniem Paskudny dzień w mieście. Wprawdzie bohaterem jest mój ulubiony prywatny detektyw (no, prawie) i chwilami opowieść jest nawet zabawna, ale język naszpikowany górnolotnymi porównaniami irytuje nieustająco. Najtrudniej było mi jednak przebrnąć przez fabułę skonstruowaną przez Marcina Przybyłka w Aquili, Aquili, a wszystko przez ogromną ilość technicznych szczegółów, która pozbawiła mnie zainteresowania akcją już po drugiej stronie, a musiałam zmęczyć jeszcze sześćdziesiąt!

Podsumowanie zatem nie wypada optymistycznie. Pięć dobrych opowiadań na jedenaście to marny wynik, zwłaszcza w kontekście hucznych zapowiedzi wydawnictwa jeszcze sprzed dwóch lat, na Polconie chociażby, że będzie inaczej, bardziej oryginalnie i zaskakująco. Jest inaczej niż w Trzynastu kotach, ale ta oryginalność się nie sprawdziła, zbyt naciągana, by mogła bawić tak dobrze jak przy poprzednim zbiorku.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 26 czerwca 2011

Powrót do przeszłości - "Świat zaginiony", Artur Conan Doyle, tłumaczenie: Tadeusz Evert, Prószyński i S-ka 1998


To nie będzie długa recenzja, ponieważ o Świecie zaginionym nie można wiele powiedzieć ponad to, że jest dobrym czytadłem przygodowym, zabierającym czytelnika w pradawną przeszłość, która kryje się na rozległym płaskowyżu niemal całkowicie odciętym od reszty świata, gdzieś w amazońskiej dżungli. Książka liczy sobie zaledwie trzysta stron (albo i nawet nie dwieście, zależy od wydania) i stanowi jedynie wprowadzenie do serii przygód, które Artur Conan Doyle kontynuował w Trującym paśmie oraz niewydanych w Polsce The Land of Mist, The Desintegration Machine i When the World Screamed. A jednak powieść inspirowała twórców filmowych i literackich, to przecież ona stała się podstawą dla Michaela Crichtona do napisania powieści z cyklu Park Jurajski.

Jak już wspomniałam, Świat zaginiony jest czytadłem na jeden wieczór, jednak w dobrym wydaniu. Barwny styl Doyle’a wciąga w naszkicowany, ale jak najbardziej wiarygodny świat dinozaurów, o których autor pisze z pełną dostępną wówczas wiedzą. Nie spotkamy wprawdzie tyranozaura (przynajmniej nie twarzą w twarz), ale razem z bohaterami trafimy na olbrzymie stado pterodaktyli czy poczciwe stegozaury. Staniemy również oko w oko z przodkami człowieka, groźnymi małpoludami, z którymi przyjdzie walczyć dzielnym śmiałkom.

Ale wróćmy do początku przygody. Przyczyną bowiem całej wyprawy, jak podobno wszystkiego, co się dzieje na świecie, jest kobieta. A dokładnie Gladys Hungerton, w której szaleńczo zakochany jest Edward Malone, dziennikarz „Daily Gazette”. Ona to właśnie żąda od młodzieńca wyruszenia na jakąś szaleńczą, niebezpieczną misję w dowód miłości. Gdy więc Malone w trakcie wywiadu z profesorem George’em Challengerem otrzymuje propozycję uczestniczenia w wyprawie do Ameryki Południowej w celu udowodnienia tez profesora o zaginionym świecie, mężczyzna nie waha się długo. I tak w wyniku publicznego wyzwania zorganizowany zostaje wyjazd, w którym udział biorą, oprócz Malone’a i Challengera, oponent Challengera profesor Summerlee i poszukiwacz przygód lord John Roxton. Doyle skrupulatnie opisuje przebieg podróży włącznie ze sprzętem i potrzebnymi pomocnikami, których śmiałkowie najmują na miejscu. Uzmysławia tym samym czytelnikowi, że to nie jest zwyczajna wycieczka z jednym plecakiem.

Samo dostanie się na płaskowyż wymaga nie lada trudu, a kiedy już się to bohaterom udaje, wcale nie mają lepiej – odcięci od drogi powrotnej muszą sobie radzić w obcym zupełnie środowisku, pełnym przeróżnych dinozaurów i człekokształtnych. Wszelkie ślady tych istot są tłumaczone z naukowego punktu widzenia. Czytelnik ani na chwilę się nie nudzi, przeżywając kolejne wydarzenia na równi z dzielnymi postaciami. Skoro mowa o nich, to autor przestawił każdego z mężczyzn inaczej, chociaż nie rozwodził się nad ich charakterami, nakreślił osobowości wyrazistymi kreskami. Łatwo sobie wyobrazić niedoświadczonego, naiwnego, ale żądnego przygód i miłości Edwarda Malone’a, którego przeciwieństwem jest rozważny lord Roxton mający za sobą z pewnością niejedną tajemnicę. Moją sympatię wzbudził również profesor Summerlee, zagorzały przeciwnik Challengera, jednak wyrażający swoje poglądy ze spokojem i kulturą. Profesor Challenger irytował mnie natomiast cały czas swoim napuszonym, zarozumiałym i życzeniowym zachowaniem i muszę przyznać, że wcale nie cieszyłam się z jego triumfu.

Opisy nie są pozbawione humoru, autor niejednokrotnie traktuje swoją historię i bohaterów z przymrużeniem oka. Uważnemu czytelnikowi nie umknie również obraz brytyjskiego społeczeństwa z końca XIX wieku, głodu wiedzy, pojmowania świata, mentalności, podejścia mężczyzn do kobiet i kobiet do mężczyzn, miałkości średniozamożnej socjety, którą całą sobą reprezentuje Gladys Hungerton czy sposobu traktowania ludzi różniących się kolorem skóry. Wyraźne jest w książce poczucie autora o przynależnym jego bohaterom prawie posiadania służących tylko z racji tego, że są białymi ludźmi, a zatem zdobywcami świata.

Świat zaginiony to kawałek doskonałej rozrywki, zawierający w sobie wszystko, co powinna posiadać literatura przygodowa. Jeśli tylko będę miała okazję, nie omieszkam przeczytać pozostałych części cyklu.