Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakub Małecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jakub Małecki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 stycznia 2016

Lustro duszy - "Dygot", Jakub Małecki, SQN 2015 r.

Piękna jest najnowsza powieść Jakuba Małeckiego. Jest to jedna z nielicznych książek, w której się z przyjemnością zatapiałam i którą czytałam powoli, uważnie śledząc każde zdanie. Dygot, jak mało która proza, oddaje światy ludzkich dusz, tak różne, jak wielu jest tu bohaterów, skłaniając do wejrzenia we własne wnętrze.

piątek, 14 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XIII: Twój ulubiony pisarz

Kim jest ulubiony pisarz? Według mnie to taki autor, po którego książki sięgasz zawsze bez wahania, kupujesz, nie pożyczasz, bo chcesz mieć je wszystkie tylko Twoje. Ulubiony pisarz to taki, z którym nie zawsze się zgadzasz, nie wszystkie jego książki uwielbiasz, ale w każdej znajdziesz coś zaskakującego, coś, co rozbawi, wzruszy, skłoni do refleksji, w jakiś sposób zmieni Twoje życie. Jeszcze kilkanaście lat temu mogłam bez wahania powiedzieć, że moim ulubionym pisarzem jest Andrzej Sapkowski. Jednak już Trylogia husycka, słaba Żmija i makabrycznie słaby Sezon burz sprawiły, że utracił to miejsce. W ciągu kilku ostatnich lat pojawili się jednak inni i dzisiaj nie jestem w stanie zdecydować, kogo cenię bardziej ani że wszystkich cenię tak samo, ponieważ są to autorzy bardzo różni. Dlatego dzisiaj napiszę o pięciorgu moich ulubionych pisarzy. Kolejność zupełnie przypadkowa.

Niezwykle utalentowany, zaskakujący dojrzałością swoich tekstów, bezpośredni i bezkompromisowy w opisywaniu naszej rzeczywistości, potrafiący balansować na granicy grozy i horroru. Małecki oprócz umiejętności operowania słowem ma też świetne pomysły, jego bohaterowie to prawdziwi ludzie, różniący się od siebie i niepowtarzający się w kolejnych książkach. Zaintrygował mnie opowiadaniami zebranymi w tomie Zaksięgowani, przeczytałam też Przemytnika cudu i świetne W odbiciu. Pracuję nad uzupełnieniem swojej biblioteki o pozostałe jego książki, zanim napisze ich tyle, że stanie się to niemożliwością.

Twórczość Ani śledzę od samego początku, bardzo lubię jej wszystkie powieści i opowiadania, chociaż nie wszystkie w takim samym stopniu. Kańtoch ma niesamowitą wyobraźnię w tworzeniu światów, jej styl udoskonala się z książki na książkę. To dla mnie absolutna mistrzyni w budowaniu intrygi i dozowaniu napięcia poprzez rzucanie czytelnikowi malutkich kawałeczków układanki. Cenię jej subtelne poczucie humoru, zarówno słownego, jak i sytuacyjnego, ciekawych bohaterów i nietuzinkowe rozwiązania akcji.

Niejednokrotnie pisałam, że Philip K. Dick należy do grupy moich ukochanych twórców. Cenię go przede wszystkim za opowiadania, niezwykle treściwe, często bardzo oryginalne w pomysłach, pełne dowcipu i zaskakujące puentą. Lubię także jego powieści, chociaż (a może właśnie dlatego, że) porażają przygnębiającą wizją świata i ludzi. Filozoficzne rozważania, jakich pełno w książkach Dicka, udzielają mi się za każdym razem. To chyba jedyny autor, którego teksty zmuszają mnie do dłuższych refleksji o mojej rzeczywistości, o śmierci i życiu, innych ludziach i ich zachowaniach.

Pierwszą książką Gaimana, po jaką sięgnęłam, był tom opowiadań Dym i lustra, a skłoniło mnie do tego inne opowiadanie tego pisarza Studium w szmaragdzie, które ukazało się w którymś wydaniu Nowej Fantastyki. Do dzisiaj jest to moje ulubione opowiadanie Gaimana. Autor kupił mnie całkowicie oryginalnym językiem, świetnymi pomysłami, grą z konwencją, specyficznym poczuciem humoru, w którym wyczuwa się brytyjskość. Kupuję i czytam wszystkie jego książki, nawet te dla najmłodszych. Do moich ulubionych należą bezsprzecznie Nigdziebądź, Amerykańscy bogowie, Chłopaki Anansiego i ostatnio Ocean na końcu drogi. W tym roku mam plan nadrobić zaległości, ponieważ jeszcze kilku książek nie przeczytałam. No i czeka na mnie Sandman.

Norman Davies wywindował się i zmiótł Andrzeja Sapkowskiego z listy ulubionych pisarzy jedną zaledwie książką - Europą, o której pisałam w pierwszy dzień tego wyzwania. Imponująca jest wiedza tego człowieka, a umiejętność jej przekazywania zachwyca mnie jeszcze bardziej. Dzięki niemu każdy pokocha historię. Davies, tak jak Jakub Lichański i Krzysztof Mrowcewicz, to moja platoniczna miłość.

piątek, 30 sierpnia 2013

O duszy

Przetrąconą duszę widać tak samo jak nogę - wtedy, brnąc przez życie, człowiek też kuleje.
Jakub Małecki, W odbiciu, Powergraph 2011 r.

czwartek, 22 marca 2012

A kto mieszka pod Twoim łóżkiem? - "Przemytnik cudu", Jakub Małecki, Red Horse 2008

Z twórczością Jakuba Małeckiego zapoznałam się przy okazji lektury zbioru opowiadań jego autorstwa. Przemytnik cudu jest drugą powieścią w dorobku Małeckiego, a do jej zakupu, poza oczywiście dobrymi wrażeniami po Zaksięgowanych, skusiła mnie cudownie mroczna, niepokojąca okładka oraz opis. Przyznam jednak, że mam mieszane uczucia po przeczytaniu książki.

Małecki to autor dobrze operujący słowem, jego barwny, często niemal poetycki styl to spory plus. Początkowo nawet fabuła wydawała mi się intrygująca. Nocami przypadkowych podróżnych komunikacji miejskiej atakuje szalony rzeźnik i ucina im stopy, karząc w ten sposób za grzechy, których jeszcze nie popełnili, a które przychodzą im na myśl po spotkaniu z mężczyzną. W ciągu dnia natomiast równie przypadkowi ludzie spotykają tajemniczego Bogdana bez nazwiska, który werbuje ich do swojej organizacji pod niepokojącą nazwą „Dobro”. Czytelnik poznaje dwoje różnych bohaterów – Hubert to pracownik banku, nienawidzący swojej pracy, narzekający na zły los i dyrektora idiotę, często zaglądający do kieliszka, wypalony, spasiony trzydziestokilkulatek; Joasia jest młodą, nieśmiałą kobietą zarabiającą sprzątaniem, na utrzymaniu ma zniedołężniałą matkę, taka typowa „szara mysz”. Nigdy się nie spotkali, a stają się częścią niepokojących, makabrycznych wydarzeń, jakie nagle zachodzą w Poznaniu. W dodatku znajdują po obu stronach barykady w zmaganiach dobra ze złem i przewrotnie autor daje im role niezgodne z ich charakterami. Najpierw jednak Małecki oboje przedstawia w ich codzienności, nieprzyjemnej, prawdziwej rzeczywistości, wobec której i Joasia, i Hubert są tak samo bezwolni, co akurat we mnie nie budzi współczucia…

Powieść nawiązuje do jednej z poznańskich legend – w 1399 roku kilku Żydów namówiło pracującą u nich służącą do kradzieży hostii, które później mężczyźni nakłuli nożami, z hostii trysnęła krew mająca uzdrowicielską moc. Przerażeni Żydzi próbowali pozbyć się hostii, ale te za każdym razem unosiły się na powierzchni, więc zakopali je na bagnach za miastem i uciekli. Po tym jak jeden z pasterzy bydła zauważył unoszące się w powietrzu hostie, próbowano je umieścić w pierwotnym miejscu, jednak one zawsze niezwykłym sposobem przemieszczały się na bagna, gdzie ostatecznie stanęła drewniana kapliczka. Na jej miejscu król Władysław Jagiełło ufundował kościół Bożego Ciała oraz klasztor karmelitów trzewiczkowych i w tym miejscu modlił się za zwycięstwo przed bitwą pod Grunwaldem. (Opis legendy z Wikipedii). Autor lekko przeinacza legendę – Żydów, którzy zbezcześcili hostie, jest trzech, trzech jest również pasterzy, którzy je znaleźli. Od tamtej pory i jedni, i drudzy odradzają się w pokoleniach poznaniaków. O ile motywacje pasterzy, zwanych Misjonarzami, są jasne – uzdrawiają ludzi, którzy zetknęli się z siłami zła, o tyle poczynania trzech Żydów różnią się od siebie. Najmądrzejszy z nich ukrył się na poznańskiej Cytadeli i cierpliwie czeka na każdy koniec, nie robiąc nikomu krzywdy. Drugi uznał, że dostąpi wybawienia dzięki ułożeniu ścieżki do nieba z ludzkich stóp. Trzeci nie pragnie odkupienia, a władzy i prawdziwej nieśmiertelności, wydobywając z ludzi ich najgorsze uczynki, karmiąc się złem, które popełniali przypadkowo albo z głupoty.

Wszystko to dzieje się w mocno rzeczywistym Poznaniu, po którym narrator, a później Hubert i Joasia (narracja płynnie przechodzi z trzecioosobowej do pierwszoosobowej) oprowadzają czytelnika, tak że łatwo wyobrazić sobie poszczególne punkty miasta. Poznań kreowany jest na miejsce, w którym wiele się dzieje, nie różni się niczym od innych dużych polskich miejscowości, z całym przekrojem społeczeństwa, od najbogatszych po najbiedniejszych. To miasto, chociaż rozwijające się i pełne możliwości, ma również mroczne strony, które Małecki bez skrupułów wydobywa nie tylko z przeszłości. I te mroki zapadają w Poznaniu bez zapowiedzi, zgodnie z konwencją fantastyka wkracza w rzeczywistość i szybko się z nią miesza, bez wyjaśnień, bez powodów, jakby od zawsze tu była.

Niestety mniej więcej w jednej czwartej książki akcja zaczyna coraz bardziej wirować i mętnieć, autor zaczyna dodawać kolejne szalone wizje, które nie wydają się mieć wiele wspólnego z fabułą, a sprawiają wrażenie wrzuconych między okładki bez przemyślenia, jakby autor musiał się pozbyć ich ze swojej głowy. W tym samym czasie kiedy po mieście grasuje szalony tytułowy Przemytnik cudu, a Bogdan zdobywa nowych wyznawców dla swojego dziwnego stowarzyszenia, ze studzienek wypływa krew zamiast zanieczyszczonej wody, ulice porasta ludzka skóra, posągi lwów ożywają, w banku słychać płaczliwe głosy duchów wzywające Misjonarzy, a faks zamiast dokumentów wypluwa dziecięcy zniszczony rowerek. Wszystko to ma oczywiście swoje źródło w wydarzeniach sprzed stuleci, kiedy to trzech mężczyzn kradnie i bezcześci trzy kościelne hostie. Jak na niecałe trzysta stron to zdecydowanie za dużo wątków, przytłoczyły mnie i zamiast się przejmować wydarzeniami, zastanawiałam się, po co aż tyle tego opisywać. Nie mówiąc już o tym, że rozwiązanie akcji, chociaż z pewnością wykonane z przytupem, nie wzbudziło we mnie większych emocji, nie przekonało. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że autor sam nie wie, co chce osiągnąć.

Chociaż książka mnie trochę rozczarowała, to moją opinię o Małeckim jako jednym z najbardziej obiecujących polskich twórców fantastyki podtrzymuję. Nie można mu bowiem odmówić bezkompromisowości języka (sposób, w jaki opisuje pracę w banku sprawia, że żal mi wszystkich, którzy pracują w korporacjach), dobrego stylu, trafnych metafor, oryginalnej wyobraźni. Na niezbyt pozytywny odbiór Przemytnika cudu ma fatalna strona redakcyjna, w książce roi się bowiem od błędów i literówek.

sobota, 3 marca 2012

O tym, co mieszka pod łóżkiem

Ale nigdy, przenigdy nikt nie dopuści do siebie myśli, ze być może oto naprawdę jakaś ohydna istota o białych i zimnych dłoniach zamieszkuje pod łóżkiem. [...] Bo skoro pod łóżkiem mieszka istota nie z tego świata, to równie dobrze mogą istnieć czary, a - co za tym idzie - zdobycie pieniędzy, skończenie studiów czy ożenek z najładniejszą dziewczyną na osiedlu stają się proste jak linijka.
Jakub Małecki, Przemytnik cudu, Red Horse 2008 r.

wtorek, 16 sierpnia 2011

A kto trzyma w szachu Twoje życie? - "Zaksięgowani", Jakub Małecki, Powergraph 2009


Głowa, w której rozgrywa się szachowa partia? Diabeł w damskiej torebce pod postacią psa? Pisarze fantastyki walczący w podziemiu o życie i prawdę o świecie? To i wiele więcej dziwacznych, pełnych groteski i absurdu pomysłów znajdziecie w opowiadaniach Jakuba Małeckiego Zaksięgowani. Balansujące na pograniczu grozy i horroru są tak prawdziwe, że czytania ich nie nazwałabym w żaden sposób przyjemnością. Powergraph po raz kolejny udowodnił, że wydawnictwo interesują nietuzinkowi twórcy, których koncepcje nie zawsze wydają się sensowne, ale z pewnością mówią prawdę o człowieku i otaczającym go świecie.

Nie zaczęłam lektury Zaksięgowanych od pierwszego opowiadania. Szach było co najmniej trzecim lub czwartym w kolejności i jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że stanowi ono intrygujące zaproszenie do świata wytworów wyobraźni Małeckiego (silly me). Dlatego Wy zacznijcie od niego od razu. Tak jak Szach otwiera zbiór, tak Mat go zamyka, przeczytajcie więc je dopiero na sam koniec, ponieważ to ono wiąże ze sobą wszystkie historie i stanowi zaskakującą klamrę. W czytaniu pozostałych opowiadań kolejność nie ma znaczenia. Chociaż różne w treści, przedstawiają inne odcienie człowieczeństwa, przeważnie mroczne i krwawe oblicza, sprawiające, że każda następna opowieść jest coraz trudniej przyswajalna. Nie jest to tom, który pochłania się w kilka godzin ani nawet kilka dni, autor bowiem ciągle dręczy czytelnika i na każdej stronie uświadamia mu ludzką małość, słabość i okrucieństwo, obnaża w bezlitosny i bezpośredni sposób naszą hipokryzję i egoizm. Czyni to, nie bawiąc się w metafory, posługując się mocnym, barwnym stylem, który dotyka czytelnika do żywego.

Moim pierwszym zderzeniem z tym światem był Strach przed Malarzem, niepokojące od pierwszych słów, chyba najbardziej w klimacie horroru w całym zbiorze, pokazujące, że największy koszmar przychodzi zawsze z najmniej spodziewanej strony. Autor zaraz potem zaskakuje przewrotnością w Pisarzach i Mordercach, gdzie przedstawia pokręconą wizję świata, w którym pisarze fantastyki schodzą do podziemi zwalczani przez despotyczny system. Opowiadanie Warszawa rozbroiło mnie pierwszym zdaniem, Małeckiemu rewelacyjnie udało się na kilku stronach pokazać kwintesencję pogoni za karierą w krzywym zwierciadle. Przeraził mnie z kolei Królem Rugerem na zbutwiałym tronie, jakby głoszącym hasło: Uważaj, w co się bawisz jako dziecko, ponieważ zabawa może stać się dla ciebie zabójcza, gdy dorośniesz. W Nic Małecki wkracza w najstraszniejsze zakamarki ludzkiego umysłu w depresji i aniołom odbiera stanowisko stróżów człowieka.

Najbardziej byłam ciekawa opowiadania Za godzinę powinna tu być, które kilka lat temu zbierało świetne recenzje i liczne wyróżnienia. Przedstawiona w nim historia jest przejmująca, uświadamia, jak bardzo człowiek jest zdolny poświęcić się dla miłości absolutnej i jak ciężko pogodzić się z losem, że największym dramatem jest niemoc. Ta niemoc ogarnęła i mnie, gdy autor przeciągał kulminację i przyznam, że do końca dobrnęłam lekko znudzona. Swoją puentą zaskoczyło mnie natomiast zakończenie Wybór, mocne, krótkie opowiadanko o tym, że los potrafi być bezlitosny, a bogowie, jeśli gdziekolwiek istnieją, bawią się naszym życiem, a każdy nasz wybór wpływa na przyszłość, której cofnąć nie można. To jedno z najlepszych opowiadań w Zaksięgowanych. Drugim jest Oszronione palce magików, najłagodniejsze w wyrazie, co nie oznacza, że budzące spokój, melancholijne i wzruszające, którego główną bohaterką jest śmierć. To jednak Każdy umiera za siebie wgniotło mnie w fotel całkowicie, wywołało najwięcej emocji. To zdumiewające, że autorowi w kilkunastu stronach udało się przedstawić kompletne historie kilku bohaterów, młodych żołnierzy uwięzionych w tonącej łodzi podwodnej.

Bardzo dobrym i jakże aktualnym komentarzem na niedawne wydarzenia w Polsce jest opowiadanie Czciciele, w szyderczy sposób i nadzwyczaj trafnie opisujące polską skłonność do fanatyzmu. Najlżejszą i zdecydowanie najmniej naładowaną cynizmem jest opowieść science fiction zatytułowana Śmierć szklanego Kazimierza, świetnie pokazująca absurdalność i płytkość ludzkich pragnień. Cena drwiny jest ściśle powiązana z zamykającym opowiadaniem, mam wrażenie, że jest też najbardziej moralizujące, udowadniające, że człowiek nie żyje wiecznie, więc nie powinien czuć się bezkarny wobec śmierci i musi szanować swoje istnienie.

Nie każdy przekaz wydawał mi się tak zrozumiały. Nie dotarł do mnie sens opowiadania Pan Pianista i czarty czy Pocałunek Białego Chłopca, niezbyt przekonała mnie wizja świata z perspektywy oka umieszczonego między palcami jakiegoś nieszczęśnika w Oku. Zaczęłam się natomiast zastanawiać nad tym, czy pisarze przystają do pojmowanej przeze mnie normalności, bo kto o zdrowych zmysłach przelewałby takie historie na papier, abstrahując już od tego, że w jego wyobraźni mieszczą się podobne obrazy? Być może nie wszystkie historie mają sens, być może potrzebuję szerszego kontekstu do zrozumienia treści tych trzech, może nawet nieprawidłowo odebrałam przekaz z pozostałych? Jestem jednak przeszczęśliwa, że w mojej głowie nikt nie rozgrywa partii szachów, ale czy na pewno gdzieś, w jakimś starym kinie, ktoś nie gra teraz o moje życie?

piątek, 1 lipca 2011

O diabłach

Kiedyś każdy miał diabła, czekającego tylko na niego w wierzbowej dziupli, ale odkąd sami pielęgnujemy w sobie szatana, już ich nie potrzebujemy. [...] Ludzie. Ludzie to diabły. Prawdziwych, starych diabłów prawie już nie ma. Słabe, zagubione, zaszczute przez ludzi i miasto. Mało kto się ich boi, większość z nas nie ma na to czasu.
Jakub Małecki, Pan Pianista i czarty [w:] Zaksięgowani, Powergraph 2009