Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008/2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008/2009. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 października 2009

Niezły chłyt marketingowy - "Marika", Krzysztof Kotowski, Cat Book 2008

Kupiłam Marikę zachwycona Nocą Kapłanów, o której pisałam tutaj i bardzo, ale to bardzo się rozczarowałam. Przez cały czas zastanawiałam się, jak to możliwe, że tak świetny autor, który zachwycił mnie swoim stylem, celnością uwag, humorem, napisał taką nijaką książkę. Teraz wiem, jak to się stało. Otóż, Marika to jedna z pierwszych powieści tego autora, wydana pierwotnie w 2005 roku, a Cat Book po sukcesie Nocy Kapłanów zaczęło wznawiać jego wszystkie książki bez informacji, że są to wznowienia.

Jednym słowem, dałam się nabrać;-) Ta wiadomość wcale nie sprawiła bynajmniej, że Marikę oceniłam z dystansu jakoś lepiej, o nie. Nadal uważam, że jest to słaba książka, ale przynajmniej pokazuje jasno ewolucję Kotowskiego. Na lepsze, całe szczęście.
O co chodzi w książce? Skrócony opis:
Kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy w miejscu ukrytym głęboko w puszczy bez śladu znikają ludzie. Opowieści o tych wypadkach nie tylko przerażają okolicznych mieszkańców, ale także podejrzanie wzmagają aktywność grupy byłych, dawno uśpionych agentów KGB. Rozpoczyna się cichy, bezlitosny i krwawy pojedynek między nimi, a polskimi służbami specjalnymi o dostęp do przerażającej tajemnicy sprzed wielu lat. Aleksander Kołynin - dawny rosyjski szpieg, niegdyś odsunięty za zakazany związek z młodą polską opozycjonistką, musi wybrać po której stanąć stronie. Nikt nie wie, że tylko on zna prawdziwą tajemnicę Mariki.
Przyznam, że intryga całkiem zmyślna i nawet ciężko się połapać, o co w tym wszystkim chodzi. Jednak brak polotu w opisywanych wydarzeniach, zaledwie zarys psychologii bohaterów i wymuszony humor nie czynią z powieści wdzięcznej lektury. Ot, zwyczajne czytadło, które wylatuje z pamięci wkrótce po dotarciu do zakończenia.

poniedziałek, 28 września 2009

Wariacja na temat mitu wampira - "True Blood", sezon I, 2008

Zaczęłam oglądać serial dzięki Śmietance. Zaczęło się od odcinka 6, w dwa tygodnie połknęłam całą pierwszą serię w powtórkowych emisjach HBO. Już dawno nie oglądałam tak zabawnego i tak dobrze zrealizowanego serialu. Podobno jest tysiąc razy śmieszniejszy i wciągający niż książka, na podstawie której powstał scenariusz. Nie wiem, nie czytałam, ale w przyszłości zamierzam to nadrobić, żeby móc sobie porównać.

Wracając do serialu, to przede wszystkim zauroczyła mnie jego obsada aktorska. Anna Paquin, rozsławiona już jako dziecko za fenomenalną rolę w Fortepianie, zagrała główną bohaterkę - Sookie Stackhouse, prowincjonalną, niby stereotypową blondynkę, mimo dwudziestu kilku lat ciągle dziewicę wierzącą w wieczną miłość, ponadto posiadającą uciążliwą umiejętność czytania wszystkim w myślach. Sposób, w jaki Paquin przedstawia Sookie jest nie do opisania, to po prostu majstersztyk aktorstwa! Jej miny, naiwność, która gwałtownie zmienia się w pewność siebie, bezbronność przechądząca gładko w wojowniczość. Początkowo sama jej nie znosiłam, irytowała mnie każdym gestem, szybko jednak moje zdenerwowanie przeszło w zachwyt nad umiejętnościami aktorskimi Anny.

Gdy na swojej drodze spotyka wampira Billa (Bill?! Wampir Bill?! Myślałam, że wampiry noszą bardziej arystokratyczne imiona, jak... Edward), w którego wciela się pociągający Stephen Moyer, Sookie nareszcie może się zrelaksować, nie słyszy bowiem jego myśli. Między tym dwojgiem rozwija się niezwykle silne uczucie, najpierw pożądania, później miłości. I nie jest to tylko i wyłącznie miłość piękna i wzniosła, ale pełna wyrzeczeń - dziewczyna szybko zaczyna sobie zdawać sprawę, że życiem (albo nieżyciem) wampira rządzą już inne prawa. Bill, chociaż stara się panować nad swoimi instynktami i zachowywać jak dżentelmen, nie zawsze potrafi. Kieruje się także nieco innym systemem wartości - może zabić bez skrupułów, ale tylko wtedy, gdy uzna to za stosowne (przeważnie w obronie Sookie). Dla swojej ukochanej jednak stara się zachować w sobie choćby cząstkę człowieczeństwa.

Świetne są też kreacje bohaterów drugoplanowych. Przyjaciółkę Sookie, Tarę, gra Rutina Wesley. Tara jest zupełnym przeciwieństwem Sookie - cyniczna, często wręcz chamska i odpychająca innych, w głębi duszy jednak jest bardzo nieszczęśliwa, pragnie jedynie życia młodej kobiety, która mogłaby cieszyć się przyjaciółmi i pracą, znaleźć prawdziwą miłość, zamiast znosić upokorzenia ze strony wiecznie pijanej matki. Przyjacielem Sookie jest także Sam Merlotte (Sam Trammell), skrycie kochający się w dziewczynie i starający się ją chronić, mający jednak własne, mroczne tajemnice. To też postać niejednoznaczna, poszukująca własnej tożsamości, usiłująca zachować pozory normalności w zwariowanym świecie. Prześmieszny jest brak Sookie, Jason (Ryan Kwanten), typowy, wręcz przerysowany playboy, były gwiazdor drużyny sportowej ze szkoły średniej, pusty do granic możliwości, któremu jednak los nie szczędzi problemów. I, oczywiście, jest też Eric (Aleksander Skarsgard), blondwłosy wampir, przełożony Billa, właściciel klubu wampirzego Fangtasja (czyż nie urocza nazwa?). Jestem pewna, że większość damskiej części widowni ogląda serial właśnie ze względu na niego. Ten to wampir z krwi i kości, chciałoby się rzec - wysoki, przystojny Nord (za życia był Wikingiem), roztaczający wokół siebie aurę chłodnego magnetyzmu, znudzony i zblazowany ponad wszelkie wyobrażenie, co przedstawia poniższy screen:
Ja gram w gameboya, a Ty mnie wielbij
Świat True Blood to rzeczywistość, w której wampiry wyszły z ukrycia i walczą o poszanowanie swoich praw. Zakładają stowarzyszenia, głosują, mają wpływ na bieżącą politykę kraju. Nie są to jednak mili sąsiedzi z naprzeciwka i wszyscy dobrze o tym wiedzą. Większości ludzi nie podoba się ich towarzystwo, jednak prawo zabrania jakiejkolwiek dyskryminacji ze względu na... rasę. Ludzie zafascynowani wampirami, które nieodmiennie i tutaj kojarzą się z wyuzdanym seksem, stają się ich zabawkami, z których mogą upuszczać sobie krwi stopniowo do czasu zużycia terminu przydatności lub do znudzenia. Wampiry mogą istnieć obok ludzi dzięki syntetycznej krwi, tytułowej Tru Blood, produkowanej przez... Coca Cola Company. Ich prawdziwa krew natomiast, nazywana V, jest wśród ludzi potężnym i szybko uzależniającym narkotykiem. W świecie True Blood każdy czyn ma jednak swoje konsekwencje, nic nie dzieje się bez przyczyny.

Uwielbiam humor dialogowy i sytuacyjny tego serialu! Poniżej kilka przykładów:
- Twoja mama wie, że tu jesteś?
- Moja mama nie żyje.
- To tak jak ja.
Sookie do Billa po ich pierwszej wspólnej nocy:
- Jestem taka osłabiona...
- To normalne, piłem twoją krew. Bierz witaminę B12.
Sookie: Po prostu tęsknię za Billem...
Terry (pracownik w Merlotte's): Tak, mi też czasem brakuje kilku zmarłych...
W połączeniu z mimiką bohaterów wychodzi zabawna mieszanka.

True Blood to świetny serial w umiejętny sposób dekonstruujący mit wampira. Mamy tutaj wszystkie (no, jeszcze nie, bo przed nami kolejne sezony) zabobony i pojęcia związane z wampiryzmem, które są w subtelny i nienachalny sposób wyśmiewane. Harris wyśmiała nawet Zmierzch Stephenie Meyer, a przecież Martwy aż do zmroku został wydany dwa lata wcześniej! Obecne są też tutaj ludzkie problemy i słabości - choćby dyskryminacja ze względu na orientację seksualną, patologia w rodzinie, uzależnienia, psychozy.

Oczywiście, jest też seks i to całkiem sporo i całkiem otwarcie prezentowany, ale to w końcu serial dla dorosłych i wszystko na wysokim poziomie dobrego erotyku.

True Blood obejrzałam już dwa razy, teraz czekam z niecierpliwością na drugi sezon. Tym, którzy kręcą nosami na takie a nie inne przedstawienie fabuły - w przeciwieństwie do cyklu Zmierzch True Blood nie traktuje tematu poważnie.

środa, 23 września 2009

Ciężkie jest życie czarownicy - "Przynieście mi głowę wiedźmy", Kim Harrison, tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz, MAG 2009

Dzisiaj premiera książki Przynieście mi głowę wiedźmy. Miałam okazję zapoznać się z lekturą na krótko przed, a skutki tego spotkania przedstawiam poniżej. Jednocześnie, chcę się pochwalić, że od teraz, niektóre z moich recenzji można czytać także na portalu fantastycznym Katedra, do którego niedawno dołączyłam jako redaktor:-)

A teraz do rzeczy.

Przynieście mi głowę wiedźmy to pierwsza powieść Kim Harrison z cyklu Rachel Morgan. Główna bohaterka to czarownica – agentka ISB (Inderlandzkiej Służby Bezpieczeństwa), której zadaniem jest „przyszpilać” (w ludzkim języku „aresztować”) łamiących międzynarodowe prawo Inderlanderów (zaliczają się do nich czarownice, czarodzieje, wampiry, wilkołaki i wszelkie inne istoty o magicznym pochodzeniu). Świat Rachel Morgan to alternatywa naszego, w którym kilkadziesiąt lat temu ludzkość została zdziesiątkowana przez śmiercionośny wirus przenoszony w jednym, zdradzieckim… pomidorze. Epidemii nie poddali się jedynie odporni na nią Inderlanderzy, co wyrównało statystyki i sprawiło, że nieludzie wyszli z ukrycia. Miasta podzieliły się – w jednej części mieszkali ludzie, w drugiej, zwanej Zapadliskiem – Inderlanderzy. I właśnie w jednym z nich, położonym w Cincinnati, pracuje Rachel. Zniechęcona jednak kiepskimi zleceniami, postanawia rzucić swoje stanowisko agentki i rozpocząć działalność na własną rękę. Przyłącza się do niej Jenks, złośliwy pixy o oryginalnym poczuci humoru, znudzony ciepłą posadką. Kiedy do dziwnego zespołu przyłącza się, z sobie tylko znanych pobudek, wampirzyca Ivy, gwiazda i najlepsza agentka ISB, jej szef wydaje na Rachel wyrok śmierci, domyślając się związku między jednym a drugim odejściem. Jedynym ratunkiem dla czarownicy jest rozwikłanie dla ISB zagadki przemytów Siarki (inderlanderski narkotyk) i podanie na tacy głównego winowajcy.

Mimo całkiem zmyślnego pomysłu na kryminalną intrygę nie była ona ani trochę intrygująca. Przeszkodziło temu kilka rzeczy. Po pierwsze, przewidywalna fabuła, zapełniana niepotrzebnymi szczegółami z pominięciem niektórych ważniejszych wątków, oraz pełna drobniejszych, ale znaczących niedociągnięć. Czytelnik jest zarzucany ogromem informacji w sposób chaotyczny – czasem wyjaśnienia pewnych terminów pojawiały się kilkanaście stron dalej, kiedy już wyrażenie poszło w niepamięć. Niewiarygodnie został też przedstawiony jeden z głównych wątków, mianowicie wyrok śmierci na głównej bohaterce. Dlaczego instytucja strzegąca prawa ściga w sposób jawny (np. wysyłając zabójców w miejsca publiczne) zupełnie nie zagrażającą jej byłą agentkę? Rozumiem, prywatne porachunki i zwykła zemsta, ale żeby świadkiem tego było pół miasta?

Autorka zaserwowała bardzo ogólnikowe opisy Inderlanderów jako społeczności, nie skupiała się też na przedstawionym przez siebie świecie. Interesująco natomiast pokazani są niektórzy Inderlanderzy. Najwięcej miejsca Harrison poświęciła wampirom, jakże modnym i już nieco przereklamowanym w ostatnich latach. W odróżnieniu jednak od powieści Stephenie Meyer, czy Anne Rice, wampiry w Przynieście mi głowę wiedźmy to wyrachowane, okrutne istoty, chociaż nadal będące obiektem fascynacji niektórych ludzi. W dodatku, wampiryzm to wirus, co nasuwa skojarzenie z Jestem legendą Richarda Mathesona, jednak w cyklu Harrison ludzie są nim rzadko zarażani, a roznoszony jest on wśród starych, wampirzych rodów. Mamy tutaj także wampiry żywe i martwe – te pierwsze albo urodziły się już jako wampiry, albo to ludzie w nie przemienieni, martwymi stają się wszyscy krwiopijcy… po fizycznej śmierci. I to ci drudzy są naprawdę niebezpieczni, gdyż kierują się wyłącznie niepohamowanym instynktem i pragnieniem krwi. Wśród wampirów żywych także istnieje podział, na praktykujące (pijące krew) i niepraktykujące. Chociaż Ivy należy do niepraktykujących, w obecności Rachel musi bardzo panować nad chęcią rzucenia się na nią, tak właściwie nie wiadomo dlaczego. To kolejny, kulawy wątek całej historii. Być może Kim Harrison chciała opisem napiętych relacji obu kobiet wzbudzić oczekiwanie w czytelniku na to, czy Ivy ulegnie pokusie. I wzbudziła oczekiwanie, ale na to, kiedy wreszcie dadzą sobie spokój. Jakby tego było mało, pisarka wprowadziła wątek miłosny (tym razem hetero), a właściwie quazi-miłosny, bo tak niewiele poświęciła mu miejsca, że nawet nie miałam okazji poczuć żadnych emocji z nim związanych.

Harrison nie bardzo się przyłożyła do podejścia technicznego do zawodu czarownicy – sporządzania wywarów, amuletów, opisywania działania składników – a szkoda, bo wzmianki o przygotowaniach Rachel stanowiły ciekawsze momenty i na ponad 500 stron powieści spokojnie można im było poświęcić więcej miejsca. Książka nie broni się też humorem, którego w niej jak na lekarstwo. Ponieważ jednak Przynieście mi głowę wiedźmy jest debiutem literackim amerykańskiej pisarki, trzeba mieć nadzieję, że w kolejnych tomach jej styl się poprawił, a fabuła jest bardziej wciągająca i pozostanie na dłużej w pamięci.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 21 września 2009

Totalna porażka - "Ghost Rider", scenariusz i reżyseria: Mark Steven Johnson, 2007

Już dawno nie zdażyło mi się obejrzeć tak kiepskiej ekranizacji komiksu, chyba od czasu Daredevila (2003) z Benem Affleckiem. Od czego by tu zacząć krytykę?... 

Po pierwsze - i chyba najważniejsze, rola Nicolasa Cage'a, którą można określić takimi przymiotnikami, jak: beznadziejna, niewiarygodna, nadęta, koszmarna itp. To smutne, że aktor znany z doskonałych filmów (Zostawić Las Vegas, Oczy węża, Pan Życia i Śmierci) upadł tak nisko i odstawił, łagodnie mówiąc, fuszerkę. Nie postarał się ani o oddanie psychologii postaci (choćby minimalną), ani o jej zhumoryzowanie. I, na bogów, jego wygląd! Przystojnego i męskiego Johnny'ego Blaze'a z nastolęctwa (w tej roli Matt Long) przypominał jedynie... kolorem włosów, swoją drogą kompletnie mu niepasującym, nie mówiąc już o tej makabrycznej, krótkiej grzywce - czy on nosił perukę?

Po drugie - efekty specjalne. Marność nad marnościami. Było kilka całkiem dobrych, owszem, ale możnaby je policzyć na palcach jednej ręki. Za niski budżet? Brak doświadczenia? Nie wiem i nie obchodzi mnie to, przy takiej produkcji, gdzie główny bohater przez większą część akcji jeździ na wygenerowanym motocyklu jako płonący kościotrup, efekty specjalne powinny stać chociaż na dobrym poziomie.

Po trzecie - katastrofalny humor, żenujące gagi i dialogi; to, co miało śmieszyć, irytowało swoją głupotą. Kilka komiksów o Ghost Riderze czytałam parę ładnych lat temu i pamiętam, że humor w nich mi się podobał.

Po czwarte - ani Mefistofeles (Peter Fonda!), z tymi pożalcie się bogowie oczkami świecącymi się jak jarzeniówki, ani Czarne Serce (Wes Bentley), bardziej zachowujący się jak nieodpowiedzialny szczeniak, niż pozbawiony skrupułów czarny charakter, nie byli w żadnej chwili przerażający.

Nie broni tego filmu nawet muzyka w kompozycji Christophera Younga ani urocza Eva Mendes, będąca niewątpliwą ozdobą produkcji i spisująca się dzielnie w swojej roli mimo kiepskiego scenariusza.

piątek, 18 września 2009

Dawno temu w Peru - "Gawędziarz", Mario Vargas Llosa, tłumaczenie: Carlos Marrodan Cassas, Znak 2009

Niedawno wypomniałam Krzysztofowi brak recenzji książek, a sama zorientowałam się, że od dłuższego czasu (ponad miesiąc) nie zamieściłam żadnej swojej. Zamierzam się poprawić.
 
Mario Vargas Llosa jest pisarzem bardzo cenionym także w naszym kraju, nazywany jest jednym z najwybitniejszych twórców współczesnych. Osobiście nie mam zaufania do tego typu rekomendacji, wychodzę bowiem z założenia, że jest jakiś szwindel w tym całym nieustannym chwaleniu. Do zmiany zdania nie przekonała mnie jego książka.

Gawędziarza dostałam w prezencie i przyznam, że zaintrygował mnie opis na okładce, książka bowiem traktować miała o peruwiańskim plemieniu Macziguengów i jego wierzeniach oraz roli, jaką pełnił wśród nich tytułowy gawędziarz.

Po pierwszych stronach powieści chciałam ją rzucić w kąt, tak mnie zirytował konstrukcyjny bałagan, nie wiadomo było, co jest narracją, a co dialogiem. Zacisnęłam jednak zęby (bo prezent, bo do recenzji) i czytałam dalej. Szybko się zorientowałam, że książka jest swoistą przeplatanką wspomnień narratora (pisane w pierwszej osobie sugeruje, że jest to sam Llosa) z opowieścią snutą przez gawędziarza.

Nie sprawiło to bynajmniej, że czytało mi się przyjemniej, zwłaszcza stylizowany na mistrza Yodę język gawędziarza. Przez te chaotyczne, momentami bezsensowne zwroty ciężko było się przebić i zrozumieć wiarę peruwiańskich plemion. Tak naprawdę, nie jest ona wcale taka oryginalna i to mnie najbardziej uderzyło (nie mylić z "rozczarowało") - mimo różnic w nazwach i porządku świata kultura peruwiańska podobna jest do europejskich. To niezwykłe, że oddalone od siebie o tysiące kilometrów, rozwijające się niezależnie kultury są ściśle ze sobą połączone choćby osobą takiego gawędziarza (w Europie byli bardowie, dziad chodził po słowiańskich wioskach), bóstwami Księżyca, Słońca, niejednoznacznego Zła i Dobra.

Dużo lepiej czyta się wspomnienia o przyjacielu Llosy z lat studenckich, Saulu Zuratasie, zafascynowanym peruwiańską kulturą, który zniknął bez śladu. Tutaj padają konkretne informacje o dziejach Macziguengów. Tutaj też Llosa stawia bardzo ważne pytanie - czym jest cywilizacja i czy dla każdego jest ona dobra w "białej" formie (bo to przecież biali ludzie podbijają świat, urabiają go na swoją modłę, pozostali starają się żyć w zgodzie z naturą)? Czy nie lepiej zostawić te wymierające plemiona w spokoju, niż zbliżać się do nich w rzekomym celu ich poznania, a tak naprawdę po to, aby je zmienić?
[...] dla potomków Inków nie ma powrotu do czasów minionych. Pozostaje im tylko integracja. Przyspieszyć to, co zostało w pół drogi, całkowicie włączyć się w cywilizację zachodnią, a im szybciej się to dokona, tym lepiej. Dla nich obecnie to mniejsze zło[...] Ale w Amazonii wszystko ma się zupełnie inaczej. Tam nie doszło jeszcze do wielkiego psychicznego urazu, który z Inków uczynił naród wasali i lunatyków. Zadaliśmy amazońskim plemionom wiele ciosów, ale ich nie pokonaliśmy. Teraz już wiemy, jakie potworności kryją się za niesieniem postępu, za unowocześnianiem na siłę ludów prymitywnych. Po prostu ich zagłada. Nie popełniajmy tej zbrodni.
Llosa przedstawia również sposoby unowocześniania tychże plemion za pomocą... No zgadnijcie! Chrystianizacji, oczywiście. Pokazuje, jak działa cały mechanizm, jak podchodzą do dawnej kultury misjonarze, nie oceniając tego wprost jako brak szacunku, ale ja tak to właśnie odebrałam po tym, jak przeczytałam słowa misjonarza Edwina Schneila:
[...] Setki lat wierzeń, pewnych obyczajów nie są w stanie zniknąć tak z dnia na dzień. To musi potrwać. Najważniejsze, że zaczęli się zmieniać. Obecni Macziguengowie nie przypominają Macziguengów z czasów, kiedy tu przyjechaliśmy, mogę pana zapewnić.
Jakby jedyną słuszną drogą rozwoju było chrześcijaństwo i zachodnia cywilizacja, a reszta to prymitywizm. A kto niszczy nasz świat?

Nie zaprzeczam, że Gawędziarz jest książką ważną, właśnie z powodów wymienionych powyżej, jednak nie jest to powieść wybitna. Nie wyróżnia się oryginalnością fabuły, stylem, nie wywołała we mnie żadnego emocjonalnego wstrząsu, jedynie potwierdziła, że na całym świecie istnieją podobne problemy. Ponadto łatwo się pogubić w wierzeniach peruwiańskich temu, kto nie zna wcale tej kultury. Mi brakowało przypisów do wyrażeń peruwiańskich, których nie wyjaśniono w książce; myślę że jakiś słowniczek lub chociażby przypisy od tłumacza pozwoliłby lepiej się wciągnąć w lekturę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Powiedz, jaką bajkę lubisz, a powiem Ci, kim jesteś - "Bajki rozebrane", Katarzyna Miller & Tatiana Cichocka, JK 2008

Wypatrzyłam recenzję tej książki na blogu Śmietanki, pożyczyłam i... jestem bardzo zadowolona, że przeczytałam.

Tę książkę powinien przeczytać każdy, kto uważa baśnie za bzdurne, wyzute z treści i moralizatorskie opowiastki wyłącznie dla dzieci, a także każdy, kto interesuje się baśniami, a nie prenumeruje Zwierciadła. To też książka dla rodziców, którzy uważają, że nie należy czytać dzieciom prawdziwych wersji baśni braci Grimm czy Andersena i karmią swoje pociechy uładzonymi wersjami:
Część ludzi boi się skonfrontować dziecko z okrucieństwem bajki. Tak jak z prawdą, z życiem niepolukrowanym. Jednak oni czytają bajki z perspektywy bycia dorosłym, ale nie dojrzałym. Wtedy to wszystko wydaje się okropne, te bebechy, krew. Tymczasem dziecko tego tak nie widzi. Dla niego okrucieństwo bajkowe ma wymiar symboliczny, nie realny.
I jeszcze:
Baśnie są właśnie po to, by nauczyć dzieci radzić sobie z takimi tematami, nastrojami, strasznymi stanami psychicznymi. Pokazują, jak sprostać temu, co przychodzi wraz ze świadomością, że matka czy ojciec nie są tylko dobrzy, że świat nie jest na nasze usługi, a rzeczywistość nie głaszcze po głowie - wymaga trudnych rzeczy, często zbyt trudnych.
To w zasadzie zapis rozmów, jakie Tatiana Cichocka przeprowadziła z wybitną psycholog Katarzyną Miller, obejmujący omówienie psychologiczne najważniejszych i najbardziej znanych baśni. W zasadzie role obu pań są tutaj jasne - Miller opowiada o baśniach od strony psychologicznej, socjologicznej, Cichocka głównie zadaje pytania, stara się doprecyzować, czasem wtrąca coś od siebie. Są tutaj więc rozmowy na temat Kopciuszka, Śpiącej Królewny , Małej Syrenki, Dziewczynki z zapałkami, Jasia i Małgosi, Kota w Butach, ale też o Szewczyku Dratewce, Głupim Jasiu, Sinobrodym (osobiście nigdy tej bajki nie czytałam, a szkoda, może uchroniłaby mnie przed wieloma błędami, jakie zdążyłam popełnić w życiu).
Okazuje się - i udowodniła to psychologia - że baśnie odczytujemy podświadomie. Nawet gdy świadomie nie wiemy, co znaczą, nie rozumiemy ich, nie jesteśmy w stanie ich zinterpretować, to ich głębsze znaczenia trafiają bezpośrednio do naszej podświadomości. Dzieci przecież nie potrafią interpretować, ale intuicyjnie odbierają przekazy zawarte w baśniach. Dla mnie było to odkrycie, że jeśli jest jakaś baśń, którą w dzieciństwie czytałaś wielokrotnie [...] to znaczy, że właśnie w niej został uchwycony twój proces rozwojowy.
Od zawsze wiedziałam, że baśń to o wiele więcej, niż magiczna opowieść dla najmłodszych, nie sądziłam jednak, że w każdej mieści się aż tyle informacji o człowieku! Dzięki tym rozmowom uświadomiłam sobie, jak bardzo wielowymiarowa jest baśń, ile w każdej można odnaleźć o sobie samym, o własnych lękach, wątpliwościach, jak mocno kształtują one nasze życie (jeśli ktoś oczywiście je czytał lub były mu czytane w dzieciństwie; żal mi tych, którzy nigdy baśni nie czytali lub czytali wersje okrojone). Omawianie poszczególnych baśni daje autorkom pretekst do rozprawienia się z wieloma stereotypami, przede wszystkim kobiet, ale także mężczyzn i dzieci.  Momentami miałam wrażenie, że ciągną temat na siłę, żę za bardzo odbiegają od tematu, jednak ogólne odczucia miałam pozytywne. Czytając Bajki rozebrane, dowiedziałam się wiele o sobie samej, chociaż nie była omawiana żadna z moich ukochanych baśni (Żelazne trzewiczki, Trzynaście miesięcy), ale teraz już mam klucz do chociażby częściowego ich przeanalizowania.
Bajki przecież konfrontują nas z lękami. Uczą nas te lęki oswajać. Śmierć istnieje. Ale się jej boimy. Zło istnieje. Przemoc istnieje. Możemy udawać przed sobą i dziećmi, że to nieprawda, że świat jest różowy i słodki jak lukier, ale tak nie jest. I dziecko prędzej czy później się o tym przekona. Nie mówiąc o tym, że zwykle bardzo nie doceniamy własnych dzieci. Wyobraźnia dziecka bywa bujna, tworzy czasem takie obrazy i takie strachy, które przekraczają wszystko, co napisano.
A Wy jakie baśnie lubiliście czytać w dzieciństwie?

wtorek, 18 sierpnia 2009

Amerykański Robin Hood? - "Wrogowie publiczni", scenariusz: Ronan Benett, Ann Biderman, Michael Mann, reżyseria: Michael Mann, 2009

Lipcowy plan kinowy zrealizowałam w stu procentach. Byłam na wszystkich filmach, które chciałam obejrzeć. Zrecenzowałam już dwa - Epokę lodowcową i Harry'ego Pottera - teraz czas na Wrogów publicznych. Ostrzegam, że będą małe spojlerki. Bardzo lubię filmy, których akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych w latach 30. i 40. ubiegłego wieku, te kręcone wówczas i te stylizowane, rzadko jednak są to filmy gangsterskie (nie znoszę np. wszystkich części Ojca Chrzestnego). Dramat Michaela Manna jest jednym z lepszych w tej kategorii, jakie widziałam, a to z kilku powodów. Przede wszystkim zachwyciły mnie doskonałe zdjęcia, kolorystycznie stylizowane na stare, obraz jest w lekkiej sepii. Niezwykle precyzyjnie wykonane zbliżenia i zwolnienia akcji w odpowiednim momencie, nie dające wrażenia przeładowania i nieprzeszkadzające w odbiorze. Doskonałym pomysłem były również ujęcia stylizowane na nakręcone amatorską kamerą, co zwiększało realizm akcji, a czasem czułam się, jakbym była w teatrze, a wydarzenia rozgrywały się tuż przede mną na scenie! Tutaj wszelkie pochwały należą się operatorowi Dantemu Spinottiemu. Wtopiona w film, odzywająca się tylko w niektórych momentach, muzyka w kompozycji Elliota Goldenthala sprawiała, że niemal czułam się tak, jakbym przeniosła się w lata 30. Godna uwagi jest także świetna charakteryzacja, zwłaszcza Deppa. Poniżej fotka prawdziwego Dillingera i aktora:
John Dillinger
Po drugie, podobało mi się ujęcie obu postaci i zagranie ich przez wybitnych aktorów - Johnny'ego Deppa jako Johna Dillingera i Christiana Bale'a w roli ścigającego go Melvina Purvisa. Moim zdaniem to nie jest film o dobrych gangsterach i złych glinach, jak to sugeruje sylwiapecyna przy okazji recenzowania książki Young Dilligner, ani odwrotnie. Zarówno John, jak i Melvin kierują się swoimi pobudkami, każdy z nich ma swoje racje, pokazani są w obiektywnym świetle, z żadnym nie mogłam sympatyzować, chociaż rzeczywiście momentami John wydawał mi się czarujący (efekt ten prysł jednak w chwili, kiedy po raz pierwszy zagadnął Billie, graną przez Marion Cottilard, czyli niemal na początku filmu). Mann w umiejętny, nienachalny sposób pokazał, dlaczego Dillinger zdobył sobie popularność i sympatię mieszkańców Chicago - brawurowe napady na banki, pozostawianie obywatelom ich wypłat przy kasie z tekstem w stylu: Okradamy banki, nie zwykłych ludzi, kierowanie się "bandyckim honorem", poczucie humoru, swoista buta, ale też dobre wychowanie wobec kobiet (oddanie płaszcza przywiązywanej do drzewa zakładniczce, żeby nie zmarzła w oczekiwaniu na policję) - można powiedzieć, że robił sobie świetny PR, z czego zresztą zdawał sobie sprawę agent Purvis. Nie można jednak nie zauważyć, że John Dillinger to bardziej złożona postać - trochę taki duży chłopiec, pragnący uwagi, bo nie otrzymywał jej w dzieciństwie, który brał sobie to, co chciał, czego akurat potrzebował, który chciał być kochany za wszelką cenę. Depp świetnie poradził sobie z tą rolą, przedstawił człowieka niejednoznacznego, który w jednej chwili potrafi być brutalny i zabić z zimną krwią, by zaraz potem śpiewać piosenkę uciekając przed pościgiem...

Tak swoją drogą, to taka odmienna postać w wykonaniu Deppa (ostatnio oglądam go w rolach najróżniejszych dziwaków w komediowej nucie) bardzo mi się spodobała i chciałabym teraz zobaczyć go w roli jakiegoś psychopaty... Trochę w cieniu stoi tutaj Christian Bale jako agent FBI, ale w końcu to nie on jest głównym bohaterem i nie jest to żaden zarzut z mojej strony. Jego Melvin Purvis to człowiek opanowany, świadomy swoich metod. Kieruje tworzącym się dopiero wydziałem FBI z godną podziwu stanowczością wobec rozbestwionych nieco policjantów, tak jak powinien robić to prawdziwy komendant. Nie jest jednak przedstawiony jako niezłomny, do końca uczciwy stróż prawa, potrafi zabić z zimną krwią, ma też wiele wątpliwości co do kierunku, w jakim poszedł rozwój biura śledczego. Przy okazji możemy poznać, w jaki sposób kształtowało się FBI, wystarczy zacytować jedno zdanie z tego filmu: Nareszcie możemy zdjąć białe rękawiczki (ten sam motyw wykorzystał Robert DeNiro w przedstawieniu początków CIA w swoim filmie Dobry agent).

Jedyne, co mi w tym filmie nie zagrało, to wątek miłosny - brakowało chemii między Deppem a Cotillard, co przełożyło się na relacje ich postaci, które wydawały się wykreowane na siłę. Winę, moim zdaniem, ponosi tutaj ekipa reżysersko-scenariuszowa, która prowadziła rolę Billie niekonsekwentnie, przez co i aktorka wypadła jakoś tak blado i mało przekonująco.

piątek, 14 sierpnia 2009

"Harry Potter i Książę Półkrwi", scenariusz: Steve Kloves, reżyseria: David Yates, 2009

Kolejna już, szósta, część losów czarodzieja Harry'ego, jego przyjaciół i ich zmagań z Voldemortem. Kolejna wierna adaptacja książki J.K. Rowling, zawierająca to, co najlepsze w jej prozie (i dobrze, przynajmniej nie muszę męczyć się czytaniem). Cały świat czarodziejów i władze mugoli wiedzą już, że Harry nie kłamał, mówiąc o powrocie do żywych Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. W tym roku niewielu uczniów przybyło na nauki do Hogwartu. Ci uczniowie, którzy jednak do szkoły przyjechali, mogą liczyć na rok pełen niespodzianek. Jedną z nich, jak co roku, jest nowy nauczyciel, tym razem jednak nie obrony przed czarną magią (tej wreszcie uczy mój ulubiony nie do końca czarny bohater, Severus Snape), a od eliskirów - to profesor Slughorn. Harry, oprócz obijania się po korytarzach, wypatrywania Ginny i potajemnego wzdychania do niej, prowadzi dwa śledztwa. Pierwsze dotyczy Draco Malfoy'a, zachowującego się bardziej tajemniczo i odpychająco niż zwykle i znikającego w mrokach szkolnych korytarzy. Drugą sprawą, jaka nurtuje Harry'ego, jest autor jego podręcznika od eliksirów - Książę Półkrwi. Jakby tego było mało, profesor Dumbledore prosi czarodzieja o przysługę związaną ze zniekształconym wspomnieniem o Tomie Riddle'u. Pojawia się również wyjaśnienie możliwości powrotu Voldemorta.

Harry Potter i Książę Półkrwi to jeden z lepszych filmów rozrywkowych 2009 roku, nie tylko ze względu na powalające efekty specjalne. To przede wszystkim dobry film o młodzieży, opowiadający umiejętnie i z wyczuciem o ich rozterkach, wątpliwościach, nieporozumieniach. To nie jest już zdecydowanie film dla dzieci, zresztą nie jest nim już od 4. części, ale tutaj nie ma beztroskich wakacji, czy przyjemnych chwil spędzonych w Hogsmeade. Wszędzie czai się niebezpieczeństwo, każdy czyn ma swoje konsekwencje, nie zawsze pozytywne. Fabułę doskonale, jak w każdej części zresztą, uzupełnia muzyka, ponownie w kompozycji Nicholasa Hoopera (jest autorem ścieżki dźwiękowej do Harry Potter i Zakon Feniksa).

To, co najbardziej podoba mi się w całej serii, to przedstawienie wzajemnych relacji Harry'ego, Rona i Hermiony, a w późniejszych częściach pokazanie ewolucji uczucia dwojga ostatnich. Duża zasługa w tym samej Rowling, która to wszystko opisała w wiarygodny i przezabawny sposób, ale także aktorskiego trio, które rewelacyjnie oddało słowa na ekranie. W Księciu Półkrwi trochę więcej dowiadujemy się również o Draco i te informacje mogą zmienić widzowi kierunek myślenia o tym bohaterze, chociaż dla mnie on nigdy nie wydawał się wredny. W ogóle, to niesamowita frajda móc obserwować dorastanie bohaterów i grających ich aktorów wraz z powstawaniem kolejnych części. Daniel zmężniał, wydoroślał i wyprzystojniał (tylko, cholera, niski jest), Emma wyrosła na młodą kobietę o delikatnej, zwiewnej urodzie, a Ron... ten się niewiele zmienił i na całe szczęście:-)
Brakowało mi jednak w Księciu Półkrwi kilku rzeczy. Przede wszystkim wątku Zakonu Feniksa i Armii Dumbledore'a - z poprzedniej części jasno wynikało, że młodzi czarodzieje nie poddadzą się w prowadzeniu ćwiczeń, ale w Księciu Półkrwi nie ma o tym ani słowa. Kolejna sprawa to spłycenie pewnych wątków, ważnych w powieści - uczucia Harry'ego do Ginny i jego obaw związanych z reakcją Rona na ich ewentualny związek; niewiele było również o Tomie Riddle'u, o którym dowiadujemy się jedynie, że był porzuconym chłopcem, odmieńcem, chorobliwie ambitnym, z tego co pamiętam, w książce Rowling bardziej go "uczłowieczyła", wyjaśniając poniekąd, dlaczego stał się Lordem Voldemortem. Chociaż film trwał 2,5 godziny, miałam wrażenie, że jest za krótki i że dodatkowe pół godziny pozwoliłoby rozwinąć te dwa wątki bez szkody dla całości.

Czekam teraz na ostatnie dwie części przygód Harry'ego i z przyjemnością je obejrzę, bo o ile cyklu powieściowego nie darzę sympatią, serię filmową lubię bardzo.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Ateńska gejsza - "Fryne Hetera", Witold Jabłoński, SuperNOWA 2008

Jestem już po lekturze Fryne Hetery i... moja fascynacja Jabłońskim się umocniła:-) Ale po kolei.

Najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego opisuje dzieje najsłynniejszej ateńskiej hetery. Żyjąca w IV w p.n.e. Fryne zdobyła popularność wśród Ateńczyków ze względu na swoją niebywałą urodę, była kochanką i muzą rzeźbiarza Praksytelesa, który uwiecznił ją m.in. jako Afrodytę z Knidos (podobno).

W moim odczuciu postać Fryne była pretekstem dla Jabłońskiego do ukazania prawdziwej, pogańskiej (w rozumieniu chrześcijan), pozbawionej wstydu i pojęcia grzechu mentalności starożytnych Greków. O ile sama bohaterka nie wzbudziła we mnie pozytywnych emocji, to opis Aten, ale także Macedonii, sprzed wieków i ówczesnej kultury, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Niezwykle barwny i plastyczny styl pisarza i umiejętność podzielenia się ogromną wiedzą (o czym świadczy całkiem pokaźna bibliografia z tyłu książki) sprawiły, że książkę czytało się z prawdziwą przyjemnością. Przez słowa czuć klimat Aten, jego cały urok i piękno. Powieść odbrązowiła także samą historię, nie pomijając ważnych dla starożytnych spraw, takich jak religia, przyjemności, polityka. Nie jest to z pewnością historia, jaką większość ludzi zna z podręczników i niejednego może zaszokować (zwłaszcza zagorzałych katolików), ale trzeba sobie uzmysłowić wreszcie, że taka była prawda.

Układ książki przypomina nieco schemat powieści Anne Rice - mamy starożytną, nieśmiertelną kurtyzanę, która do tajemniczego kabaretu zaprasza poetę, aby opowiedzieć mu o swych losach. Jabłoński włożył wiele wysiłku w oddanie psychologii Fryne, która mimo tego nie zdobyła mojej sympatii i taka wizja kobiety jest zupełnie dla mnie nie do przyjęcia, wiem jednak, że inaczej wyglądało życie kobiet kilkaset wieków temu. Sama Fryne to kobieta piękna, przez co jest także niezwykle próżna i pusta, całkiem inteligentna, chociaż nie we współczesnym rozumieniu. Mimo wszystko brakowało mi w niej realizmu, odnosiłam wrażenie, że jest pozbawiona charakteru, wyrazu i że gdyby nie jej uroda, nie miałaby nic do zaoferowania. Fryne jest kobietą bez samoświadomości, nauczona jednej roli i tylko w niej się spełniająca. Jaki z tego morał? Cieszmy się, drogie panie, z tego co osiągnęłyśmy i możemy walczyć o więcej!

Chociaż we Fryne Heterze pojawiają się wątki magiczne, to powieść przede wszystkim historyczna, a wszelka siła wyższa jest częścią świata przedstawionego. Szczegóły historyczne, mimo że oddane z perspektywy niezbyt interesującej się polityką kobiety, zostały przedstawione z niezwykłą dbałością. Mamy tutaj całą plejadę historycznych postaci, filozofów, królów i królowych - gdy czytałam o Aleksandrze Wielkim i jego matce Olimpias, nie mogłam pozbyć się wizerunku filmowego Colina Farrella i Angeliny Jolie, którzy teraz jeszcze bardziej pasują mi do wybranych ról. Autor w barwny sposób i z nostalgią ukazuje także koniec pewnej epoki, do którego dzięki niemu znacznie przyczyniła się Fryne, powodowana swoją próżnością, której tak u niej nie lubię.

Dużo seksu! I to w każdej postaci. Sceny erotyczne, w większości homoseksualne (to jest określenie współczesnych, starożytni Grecy nie znali tego pojęcia) opisane w sposób znany z najlepszych harlequinów, z mnóstwem eufemizmów, często mnie jednak bawiły, momentami nawet irytowały (nie, żebym chciała czytać to wszystko wprost, ale w pewnym momencie zaczynało to być nużące po prostu).

Dla ciekawskich interesujący artykuł Miłość w czasach Aleksandra.

I jeszcze mała śmiesznostka na zakończenie:-) W trakcie spotkania autorskiego na Avangardzie Witek opowiadał, że nie miał żadnych problemów z przestawieniem pisania z męskiego na kobiece, i że z łatwością przychodziło mu np. przechodzenie od "mówiłam" do "mówił"... Trochę chyba ściemniał, bo ja wypatrzyłam następujący fragmencik:
Miałam zachęcać swym dziecięcym, czystym i wysokim głosikiem do nabywania kaparów. Traktowałam to jako zabawę, chociaż widziałem przy tym, że moje zabiegi odnoszą pożądany skutek i wielu kupujących ulega owej urokliwej perswazji.
Nikt nie jest idealny;-) A ja już odkładam na cykl o Witelonie i z niecierpliwością czekam na kolejną powieść, którą Witek kończy pisać...

czwartek, 6 sierpnia 2009

Jaki absurdalny jest ten świat - "Najpiękniejsza para piersi na świecie", Roland Topor, tłumaczenie: Ewa Kuczkowska & Jan Kortas, L&L 1995

Roland Topor (1938-1997) - francuski scenarzysta, reżyser filmowy i teatralny, pisarz, rysownik, aktor, scenograf. Urodził się w polskiej rodzinie żydowskiej, która tuż przed II wojną światową wyemigrowała do Paryża. W swojej twórczości inspirował się dokonaniami surrealizmu, groteską; słynął z czarnego humoru graniczącego z makabreską. Bawił się swobodnie konwencjami literackimi, drwił jawnie z mentalności ludzkiej, przede wszystkim francuskiej.
 
Zbiór opowiadań Najpiękniejsza para piersi na świecie jest kwintesencją zainteresowań Topora, o czym sygnalizuje już okładka. Niewielka książeczka liczy sobie ledwo ponad 50 krótkich, czasem mieszczących się w ramach jednego akapitu, opowiadań. Pisane barwnym stylem, z pokręconą fabułą, zakończone przeważnie zaskakującymi puentami, śmieszą do rozpuku, ale też dają do myślenia. Topor bez skrupułów drwi sobie z obyczajowości, tematów tabu. Był też wizjonerem - przewidział, jak będą wyglądały dzisiejsze związki (Dzisiejsza miłość). Niektóre z tekstów mogą wydać się kontrowersyjne, a na pewno wzbudzały dyskusje w latach 70. i 80., kiedy ukazały się we Francji (Maria, nadzieja i miłość). Przestrzegając konwenansów ukazuje w jasnym świetle (dosłownie i w przenośni), czym jest hipokryzja; czytając to opowiadanie, płakałam ze śmiechu:-). Topor pisze dużo o sztuce pisania i nie jest szczególnie przychylnie nastawiony do wszelkiego rodzajów bestsellerów (Wosk i żar) ani do dzieł "wielkich " (Śmiertelna walka - jedno z moich ulubionych).

Oczywiście, zdarzyły się także opowiadania pozbawione (przynajmniej dla mnie) większego sensu, ciętego dowcipu, który tak polubiłam, np. większość z nazwą Panika w tytule (zapewne mają ścisły związek z Grupą Paniczną, której Topor był współzałożycielem) , czy Sekretarz Gubernatora.

Ogólnie rzecz biorąc, zbiorek jest ciekawy, pełen zabawnych i jednocześnie zjadliwych, ale prawdziwych spostrzeżeń na temat społeczeństwa w ogóle, polityki, sztuki. Najlepiej jednak opowiadania sobie dawkować, czytać po kilka raz na kilka dni, gdyż czytanie ich jednym ciągiem trochę męczy i przeładowuje czarnym humorem, który może stać się niestrawny. Ponadto, do czytania zniechęcały mnie lekko błędy redakcyjne (przede wszystkim literówki), których jest legion. Dlatego, chociaż czekają na mnie jeszcze dwa zbiory opowiadań, postoją jakiś czas na półce, zanim po nie sięgnę.

Przy tej okazji warto też wspomnieć, że wydawnictwo Sonia Draga wydała w tym roku, a dokładnie 15 lipca, powieść Rolanda Topora zatytułowaną Księżniczka Angina, w której opowieść została zilustrowana (podobnie jak w oryginale) rysunkami samego autora wzorowanymi na XIX-wiecznych rebusach. Opis wydawcy:
Księżniczka Angina zajmuje w dorobku Rolanda Topora miejsce wyjątkowe. Łączy w sobie najlepsze cechy jego twórczości: poezję, czarny humor, błyskotliwą inteligencję, zamiłowanie do gier językowych, zmysł dostrzegania na pozór nieistotnych szczegółów, umiejętność ciągłego zaskakiwania czytelnika. Stanowi lekturę obowiązkową dla wielbicieli Alicji w Krainie Czarów, Zazi w metrze i innych opowieści o niegrzecznych dziewczynkach. W niewielu książkach znaleźć można tak znakomity mariaż tekstu z intrygującymi ilustracjami.








To wprawdzie wznowienie, w 1996 roku powieść wydało już wydawnictwo W.A.B. we współpracy z Wydawnictwem Małe, ale i tak cieszy, że Topor wciąż jest popularny. Poza tym książka w twardej oprawie kosztuje niecałe 30 złotych.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Poślubiłem... zwłoki - "Corpse Bride", scenariusz: John August, Caroline Thompson, Pamela Pettler, reżyseria: Tim Burton & Mike Johnson, 2005

Kocham gotyckie filmy Tima Burtona! Ich mroczną stylistykę, humor, oryginalność, obrazowość, a w nich muzykę, aktorów, zdjęcia... Nie wiem dlaczego tak długo zabierałam się do obejrzenia Corpse Bride, ale w końcu obejrzałam i jestem zachwycona!

Victor musi poślubić Victorię. Jego rodzicom pozwoli to wżenić się w rodzinę o bogatych tradycjach, rodzicom Victorii zaś pozwoli wyjść z długów. Narzeczeni poznają się w dniu ślubu i coś iskrzy, ale... Victor jest tak przerażony i zdenerwowany, że nie jest w stanie wymówić poprawnie małżeńskiej przysięgi, zdenerwowany pastor odwołuje ślub do czasu, aż młody nauczy się jej na pamięć. Zrozpaczony Victor idzie do lasu, żeby poćwiczyć przysięgę. I nareszcie! Udaje mu się wypowiedzieć ją poprawnie, obrączka ląduje na spróchniałej gałęzi, która... okazuje się być palcem zamordowanej przed laty panny młodej, która z kolei bierze słowa przysięgi dosłownie. I zaczynają się kłopoty...

Animacja jest przewrotną komedią romantyczną w najlepszym wydaniu, pełną humoru sytuacyjnego i dialogowego, ale też wzruszającą historią o miłości, zdradzie, utraconej nadziei, cierpieniu. Lekkość opowieści nawet w przekazywaniu poważnych tematów (ale nie tracą przez to na wyrażeniu), wspaniały dubbing w wykonaniu Johnny'ego Deppa (Victor), Heleny Bonham Carter (Martwa Panna Młoda), Emily Watson (Victoria), Tracey Ullman (matka Victora), Joanny Lumley (matka Victorii), Alberta Finney'a (ojciec Victorii), Christophera Lee (pastor).

Niesamowite zdjęcia! Doskonały odpoczynek od cukierkowych bajek dla dzieciodorosłych albo wyeksploatowanych animacji komputerowych. I oczywiście, wspaniała oprawa muzyczna w kompozycji Danny'ego Elfmana.

Świetna zabawa, jeśli nie widzieliście jeszcze, marsz do wypożyczalni! Ja muszę mieć to na DVD:-)

czwartek, 30 lipca 2009

Słowa za życie - "Pokuta", scenariusz: Christopher Humpton, reżyseria: Joe Wright, 2007

Uwaga: spoilery
Chyba po raz pierwszy będą spoilery, ale nie potrafię bez nich napisać tego, co czułam podczas oglądania filmu na podstawie powieści Iana McEwana. Dostał tyle pochwał i nominacji do prestiżowych nagród (samych statuetek zdobył niewiele), że w końcu postanowiłam obejrzeć. Cóż, nie powalił mnie na kolana, ale z pewnością nie jest to łzawy melodramat.

To co mi się w Pokucie nie podobało, to przedstawienie w niej wojny oraz gra aktorska. Sceny wojenne przedstawione zostały w mdławych, pastelowych kolorach, w formie slajdów, puzzli złożonych z pojedynczych i niewiele znaczących obrazków. Gdzieś tam są żołnierze ukrywający się przed Niemcami, zaraz potem scenka z wymordowanymi uczennicami jakiejś francuskiej szkoły, leżącymi pokotem na łące... Największe wrażenie wywarła na mnie scena egzekucji koni. O grze aktorów równie niewiele można powiedzieć, co o wojennych perypetiach bohaterów. Miałam wrażenie, że są gdzieś indziej, nie widziałam w nich prawdziwych emocji. Dotyczy to przede wszystkim Keiry Knightley, która zwyczajnie i po prostu nie jest aktorką i nie umie wykrzesać z siebie więcej ponad spojrzenie niewiele rozumiejącej panienki i zaciśniętych, i tak już wąskich usteczek. Lepiej poradził sobie James McAvoy, chociaż i jemu nie udało się pokazać, co dzieje się ze zhańbionym człowiekiem, poza jedną sceną. O wiele więcej emocji pokazał w Wanted. Jedyną dobrze skrojoną postacią jest Briony Tallis i to ona, według mnie, jest główną bohaterką, osią wszystkich wydarzeń. Grające ją trzy aktorki - Saorise Ronan (13 lat), Romola Garai (18) i jak zawsze doskonała Vanessa Redgrave (starsza Briony) - poradziły sobie świetnie z pokazaniem jej charakteru, dzięki czemu jej postać zachowała płynność.

Pokuta to historia kobiety, która całe życie żyła złudzeniami, nie potrafiła pogodzić się z własną winą, bo wcześniej nie rozróżniła dobra od zła (ale też nikt jej tego nie nauczył). To film pokazujący, jak bardzo można uciec w siebie, w stworzony przez siebie świat, byle tylko oddalić się od prawdziwego życia, od krzywdy, którą się wyrządziło, choćby nawet nieumyślnie. Tytułowa pokuta nie jest przez Briony rozumiana w prawdziwym znaczeniu tego słowa - ona zamiast wyznać swoją winę naprawdę, zrobiła to na kartach powieści, bo nie miała odwagi. Przez swoje tchórzostwo odebrała dwojgu ludziom prawdziwe wspólne życie, a w zamian dała im "szczęście" w swojej książce i nie widziała, lub nie chciała widzieć, w tym różnicy - to chore. Jednak nie jest to jej wyłączna wina, miała w końcu zaledwie 13 lat i odseparowana od normalnego świata, znająca życie wyłącznie z książek i własnej wyobraźni, w tę wyobraźnię właśnie uciekła, by wyjaśnić sobie pewne wydarzenia. Czy późniejsza zmiana jej zeznań coś by zmieniła? Robbie był synem służącej, co z tego, że skończył studia, że był zawsze porządny? Policja uwierzyła w to, w co chciała uwierzyć, bo przecież świadkiem była dobrze wychowana panienka, a ofiarą jej kuzynka (która sama okłamała wcześniej Briony). Któż inny, jeśli nie chłopak z nizin, mógłby popełnić podobną zbrodnię?

Film oprawiony został piękną muzyką ze stukotem maszyny do pisania w tle, skomponowaną przez Daria Marianellego. To kolejny film, który pokazuje, jak daleko wrażliwy pisarz może wejść w wykreowany przez siebie świat, kiedy nie jest w stanie rozróżnić rzeczywistości od fikcji. Książka McEwana ląduje na mojej liście zakupów.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Kulisy inkwizycji - "Ars Magica", Nerea Riesco, tłumaczenie: Teresa Gruszecka-Loiselet, Albatros A. Kuryłowicz 2009

Przeczytałam książkę zaciekawiona recenzją na blogu Śmietanki. Przyznam, że już dawno nie czytało mi się tak ciężko i z trudnością przebrnęłam przez opasłe tomiszcze. Od czasu opisywanej przeze mnie Nocy blizn nie napotkałam na powieść, w której panowałby taki bałagan konstrukcyjny i brak logiki. A tu proszę, trafiło mi się.
 
Chaos wprowadzają liczne i często zupełnie niepotrzebne dygresje, nie mające wiele wspólnego z fabułą i nie zasługujące również na miano pobocznych wątków. Autorka namotała także mnóstwem retrospekcji, które nie są do rozpoznania tak od razu. W czytaniu przeszkadzał mi prosty, za prosty język i kompletny brak stylizacji historycznej; prosty chłop wysławia się tutaj niczym rycerz:
Na Boga! Co pani wyprawia! Ma pani szczęście, że życie nauczyło mnie pertaktacji i rycerskości, bo dawniej, jak miałem słabe nerwy i silne pięści, już by było po pani. [podkreślenia moje; no sami powiedzcie, czy chłopina, który może ma za sobą podstawy edukacji, zna nie tyle te słowa, co ich znaczenie?]
Fabuła stylizowana jest chyba na rodzaj przypowieści, jak to robi Coelho, z którego twórczością nieodmiennie kojarzyła mi się opisywana dzisiaj lektura. Początkowo podobał mi się lekko ironiczny i zdystansowany ton pisarki, widoczny już od prologu, jednak w toku powieści stawał się on coraz bardziej irytujący. Odnosiłam wrażenie, że sama autorka nie bardzo wiedziała, czy pisać poważnie czy drwić.

Beznadziejny wątek miłosny! Całkowicie infantylny, pretensjonalny, mdły, a przez to niewiarygodny. Biedny Inigo zakochał się w Mayo tylko dlatego, że był półprzytomny i, co tu dużo mówić, lekko naćpany (nasmarowano go maścią zawierającą składniki halucynogenne); czyli tak naprawdę, nie pokochał żywej dziewczyny, a wyobrażenie niebieskiego anioła - i to ma być wzruszające? pocieszające? To raczej żałosne... Nie wspominając już o tym, że momenty erotyczne opisywane są bez żadnej subtelności i wrażliwości, jakby się można tego spodziewać (w końcu oboje to mają naście lat i nigdy jeszcze nie kochali), natomiast momenty kompletnie nieerotyczne ukazywane są w taki właśnie sposób, co budzi niesmak. Przewidywalna jest też sama intryga, zakończenie znane jest na długo wcześniej, niż zostaje podane; zero napięcia, akcji.
Także od strony redakcyjnej książka pozostawia wiele do życzenia. Mnóstwo (!) głupich literówek, błędów logicznych i stylistycznych typu "obleli" zamiast "oblali", "śmieli się" zamiast "śmiali się". Aż oczy bolą przez tak proste błędy!

Co mnie jednak trzymało przy lekturze Ars magiki, to przede wszystkim ładnie i całkiem wiarygodnie oddane tło historyczne hiszpańskiej Inkwizycji. To bowiem nie jest książka o magii, tylko o Inkwizycji właśnie, mówi o tym, co sprawę polowań czarownic w kraju Basków spowodowało. Widać, że Riesco postudiowała historię swojego kraju z tego okresu. Bardzo zręcznie wplotła też w fabułę starodawne wierzenia (na co zwróciła już uwagę Śmietanka i co mnie tak zaintrygowało), które wyznawali wszyscy, nie tylko prości ludzie, ale również księża. Magia jest tutaj częścią świata, nie należy do zjawisk odrębnych, mistycznych, wszyscy używają prostych uroków i zaklęć. Ale i tutaj brak wprawności pisarskiej w opisywaniu kolejnych receptur, podanych prostym, naiwnym i lekko ironicznym językiem, co wywołuje wrażenie naśmiewania się z własnej kultury, a chyba nie o to chodziło...

Kuleje psychologia postaci, chociaż widać, że autorka starała się pogłębić wątpliwości, rozterki bohaterów. Udało jej się jedynie w przypadku Salazara. Ars magica to w dużej mierze powieść o człowieku wątpiącym, który szuka diabła, by odnaleźć Boga:
Kiedy inkwizytor generalny [...] powiedział mu o sytuacji, w jakiej znaleźli się inkwizytorzy Valle i Becerra, i zapoznał z rozpaczliwymi doniesieniami o diabelskiej sekcie, która dręczyła ludność, kiedy Salazar usłyszał, co demon tam wyczynia [...] poczuł, że jest dla niego nadzieja. Nie zdołał znaleźć śladów Boga, ale ma jeszcze szansę spotkać demona. Jeśli Zły istnieje naprawdę, jeśli jego władza jest wyjaśnieniem wszelkich nieszczęść spadających na ziemię, jeśli w tej odwiecznej, zaciekłej walce między dobrem a złem Szatan odnosi chwilowe zwycięstwo, to znaczy, że jest jeszcze nadzieja. Bo jeśli istnieje diabeł, to istnieje dlatego, że istnieje Bóg, a jeśli Bóg istnieje, Salazar na nowo w Niego uwierzy [...]
Wydaje mi się, że można było książkę bardziej dopracować, przede wszystkim napisać więcej o samych procesach czarownic i śledztwach Salazara, o których poczytać można jedynie na początku; skrócenie dygresji i uporządkowanie pewnych wątków wyszłoby powieści tylko na lepsze, bo jednak przeczytanie ponad 450 stron napisanych niewyszlifowanym językiem, który zamiast wciągać w lekturę męczy, jest nie lada wysiłkiem.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Mama Sid - "Epoka lodowcowa 3: Era dinozaurów", scenariusz: Michael Berg, reżyseria: Carlos Saldanha, 2009

Byłam, zobaczyłam (nawet w 3D, co jednak nie było wielkim plusem, bo noszenie dwóch par okularów jest niewygodne) i uśmiałam się niezwykle. Trzecia część przygód niezwykłego stada zwierząt epoki lodowcowej (no bo czy mamuty, tygrys szablozębny, leniwiec i dwie postrzelone łasice tworzą normalne stado?) bawiła mnie podobnie jak poprzednie części.

Chwała twórcom za oryginalność i niepowtarzanie błędów innych produkcji (Shreka chociażby, którego 3. część oglądałam z niesmakiem), świetny humor sytuacyjny i cięte, zabawne dialogi. Sid przeszedł samego siebie, zostając... mamą... ale kogo, to już nie zdradzę. I oczywiście nie zabrakło fenomenalnego Scrata, wiewióra mającego obsesję na punkcie żołędzia (symptomatyczne, co, panowie?), który niespodziewanie... zakochuje się w uroczej i sprytnej wiewiórzycy - wspaniały wątek wykpiwający relacje męsko-damskie i udowadniający, kto tutaj naprawdę rządzi. Pojawia się też jeszcze jeden bohater, odważny, waleczny, łasicowaty Buck, któremu samotność pomieszała lekko w głowie, ale dzięki niemu całe towarzystwo może przeżyć.
Dobra zabawa gwarantowana, a dodatkowo pojawia się wątek rodziny i przynależności do niej, chociaż jak dla mnie, zbytnio to wszystko uładzone. Co mnie jeszcze uderzyło i to raczej smutna refleksja, to fakt, że bajka pokazuje, że tylko piękni mają szansę na miłość rodzinną. Trochę to przykre, że można wyłapać taki przekaz z bajki dla dzieci przecież, zwłaszcza, że podobno żyjemy w świecie tolerancyjnym, gdzie powinno liczyć się piękno i dobro wewnętrzne, a nie powłoka... No ale to może tylko takie moje spostrzeżenie.
Jeśli komuś podobały się poprzednie części, z pewnością nie zawiedzie się, oglądając trójkę. Jak dla mnie, to jeden z hitów tego lata, a już na pewno najlepsza animacja tego roku.

środa, 15 lipca 2009

To nie Amelia, to Audrey - "Coco Chanel", scenariusz: Christopher Hampton, Anne Wiazemsky, Anne i Camille Fontaine, reżyseria: Anne Fontaine, 2009

Coco Chanel to film o kobiecie, której nie trzeba przedstawiać, niezależnej i mającej świadomość samej siebie. Na jej temat powstało kilka filmów i powieści. Najnowszy obraz powstał w oparciu o zbeletryzowaną biografię autorstwa Edmonde'a Charlesa-Roux'a. W legendę mody wcieliła się Audrey Tautou, która wyglądem przypomina prawdziwą Coco. Aktorka, która od 2001 roku nazywana jest nie inaczej, jak Audrey "Wieczna Amelia" Tautou, dzięki tej roli zerwała z wizerunkiem lekko nawiedzonej, zwariowanej dziewczyny z sąsiedztwa, szarej myszki, która pomaga wszystkim. Może niezupełnie, bo jednak Amelia bardzo mocno naznaczyła karierę Tautou, ale aktorce udało się pokazać nie tylko silną, niezwykłą kobietę, o radykalnych poglądach na to, kim chce być, ale także zagubioną, pragnącą miłości dziewczynę. Film ukazuje nie tylko genezę "narodzin" samej Coco (projektantka naprawdę nazywała się Gabrielle), jej dojrzewanie do bycia projektantką (marzyła, by zostać aktorką), ale też rozwój duchowy i drogę odkrywania samej siebie i własnej wolności i wartości jako człowieka (a nie jedynie jako dodatku do mężczyzny). 

Coco Chanel
Coco Chanel to także film o przyjaźni, niezwykłej i nietuzinkowej, Coco z Etienne'em Balsanem, nieokrzesanym hodowcą koni wyścigowych, przy którym, wbrew pozorom, Coco mogła tej wolności spróbować i dowiedzieć się, czego na pewno nie chce (ponoć już małe dziewczynki, chociaż jeszcze nie zdają sobie sprawy czego chcą, wiedzą dobrze, czego nie chcą - coś w tym jest). Jest też wątek miłosny - to u Balsana Coco poznaje miłość swojego życia, Arthura "Boy'a" Capela, który pozwala jej rozwinąć skrzydła i zostaje jej kochankiem.

To film pokazujący konsekwencje pewnych decyzji i konieczności zmierzenia się z nimi. Jednocześnie, nakręcony z klasycznym, francuskim polotem i humorem, dzięki czemu ogląda się go z prawdziwą przyjemnością, a po seansie wychodzi z głową pełną myśli i pytań, jaka naprawdę była Coco... Film czaruje przepięknymi zdjęciami, strojami i muzyką skomponowaną przez Alexandre'a Desplata.

sobota, 11 lipca 2009

Kosmita na Podlasiu - "Alkomator", Jerzy Socała & Igor Strumiński, MUZA 2006

Dzisiaj recenzja będzie krótka, bo i książka niewielkiej warta uwagi, a poza tym zmęczona jestem licznymi obowiązkami ogrodowymi i nawet komputera włączać mi się nie chce...

Alkomator to w założeniu powieść komediowo-sensacyjna z lekka science fiction o kosmicie, który przypadkiem wylądował w okolicach Suwałk. Autorzy złożyli hołd ukochanym terenom podlaskim i jego mieszkańcom. Mnie nie zachwyciła, bo: 1. nie byłam nigdy na Podlasiu, a przez Suwałki przejeżdżałam tylko raz i nic mi nie mówiły opisy krajobrazów, które dość ciężko było sobie wyobrazić nie znając tych miejsc; 2. humor użyty w powieści był jak dla mnie wymuszony, a scenki rodzajowe dopasowywane na siłę do określonych wydarzeń i postaci współczesnych; 3. autorzy nie potrafili opanować nadmiaru wątków, jakie sami stworzyli i w rezultacie przerzucali się nimi niezbyt składnie; zupełnie jakby część napisał Socała, część Strumiński, potem złożyli to razem, a wydawnictwo bez większej redakcji wydało książkę.

Jedyne, czego w powieści jest naprawdę dużo, to alkoholu lejącego się do gardeł kolejnych bohaterów. Ogólnie rzecz biorąc, takie sobie czytadło, szkoda pieniędzy i czasu na przeczytanie.

I to by było na tyle. I koniec, i kropka.

czwartek, 9 lipca 2009

Każdy ma swoją gwiazdę - "Gwiezdny pył", Neil Gaiman; scenariusz: Jane Goldman & Matthew Vaughn, reżyseria: Matthew Vaughn, 2007

Kiedy dwa lata temu przeczytałam książkę Gwiezdny pył, niezbyt mi się spodobała, - uważałam ją za najmniej ambitną z powieści Neila Gaimana, brakowało mi czarnego humoru pisarza i jego realistycznego stylu. Natomiast adaptację filmową uwielbiam i uważam za jedną z najlepszych fantasy ostatnich lat. Niedawno postanowiłam wrócić do książki i przeczytać  ją raz jeszcze, tym razem patrząc na nią nie tylko jako czytelnik, i porównać z filmem.

Przede wszystkim to dobra lektura dla młodszych czytelników, mniej gaimanowska co prawda, ale nie traci na stylu i przesłaniu. Głównym wątkiem jest tu miłość oczywiście, jednak znajdziemy też choćby problem odmienności, bezradności, nieśmiałości, poświęcenia, rywalizacji o władzę, co przecież dotyczy nas wszystkich, a zwłaszcza młodszych, dopiero wkraczających w życie ludzi. Wersja filmowa została dostosowana do potrzeb rynku starszych widzów - to komedia romantyczna osadzona w realiach fantastycznych. Jest też bardziej mroczna i więcej w niej przemocy, niż w książkowym oryginale, ale - co bardzo ciekawe - zakończenie ma dużo bardziej optymistyczne od powieściowego (przez to książka wydaje się mieć mocniejszy wydźwięk, film jest po prostu dobrą rozrywką).

Dla konwencji filmowej pozmieniano pewne fakty (choćby imię głównego bohatera, związek jego rodziców, czy charakter kapitana Szekspira), jednak nie robi to różnicy w odbiorze. Doborowa obsada, zwłaszcza Michelle Pfeiffer i Robert DeNiro, sprawiły, że do filmu wracam z przyjemnością. I oczywiście wątek braci walczących o tron - goście są fenomenalni, płaczę ze śmiechu za każdym razem, gdy się pojawiają. W powieści bardziej wyraźny jest specyficzny humor Gaimana, niż w filmie, chociaż jego styl jest łagodniejszy, niż w książkach dla dorosłych. Co mi się też u niego podoba w ogóle, to nieomijanie kwestii estetycznych i higienicznych u bohaterów, dzięki czemu stają się oni bardziej prawdziwi i podejrzewam też, że młodzi chętnie czytają książki Gaimana. Dzisiaj już nie mogłabym powiedzieć, co jest lepsze, bo i film i książkę traktuję nieco inaczej.

środa, 1 lipca 2009

Nie tylko dla młodzieży - "Kamień na szczycie", Ewa Białołęcka, RUNA 2002

Ewę Białołęcką poznałam dobrych kilka lat temu, kiedy przeczytałam jej zbiór opowiadań Tkacz Iluzji, dzisiaj uzupełniony o kilka opowiadań i rozbity na dwie części zatytułowane Naznaczeni błękitem t. I i II przez wydawnictwo RUNA. Kamień na szczycie to kolejny tom cyklu Kronik Drugiego Kręgu i opowiada o dalszych losach Kamyka i jego przyjaciół na wyspie smoków, gdzie spotkali rodzinę maga Słonego. Sielanka prysła jednak, gdy okazało się, że błękitni magowie wiedzą o ich istnieniu i spiskują, w jaki sposób ich ukarać lub wykorzystać i zawładnąć skarbami, które zdobyli (pisząc skarby, mam na myśli starożytne księgi pozostawione w niezwykłej jaskini na Smoczym Archipelagu, gdzie dawniej przebywali magowie). Kamyk i ferajna postanawiają więc wrócić na ojczyste ziemie w myśl zasady "najciemniej pod latarnią" i tam szukać schronienia i pomocy. Podczas podróży wydarzy się wiele rzeczy, które wystawią przyjaźń członków Drugiego Kręgu na próbę, dojdzie także do nieoczekiwanych spotkań.

Tak najkrócej przedstawić można fabułę Kamienia na szczycie. Książka to jednak znacznie więcej, niż opowieść drogi o kilkorgu wyrzutkach i ich ucieczce przed starszyzną. To przepiękna, wzruszająca historia o przyjaźni, miłości, zdradzie, możliwościach wyboru... wbrew pozorom, o życiu po prostu, tyle że ubranym w szatę fantasy młodzieżowej. Świetnie narysowani bohaterowie, którym Białołęcka poświęca tyle samo uwagi, wciąż ewoluują, zmagając się z przeróżnymi emocjami. Te uczucia oddane są w sposób jak najbardziej prawdziwy - gniew, ból, wątpliwości, samotność, namiętność - czytelnik także je odczuwa.

Akcja prowadzona jest w pięknym stylu, chociaż zakończenie przyprawiło mnie niemal o zawał - zostałam kompletnie zaskoczona i uważam jednak, że brak wcześniejszych przesłanek zaszkodził fabule, przez to wyszła trochę nielogiczna, jakby autorka w trakcie pisania wpadła na pomysł dalszego ciągu i ciach!, wrzuciła to do książki bez patrzenia na konsekwencje. Fani Białołęckiej (lub ci, którzy czytali także jej dorosłe książki) na pewno zwrócą uwagę na inny rodzaj humoru, niż w jej powieściach dla dorosłych - jest niewymuszony, bez takiej ilości sarkazmu i złośliwości (co zrozumiałe), cieplejszy i o wiele bardziej zabawny, kilka razy popłakałam się ze śmiechu.

Jeśli chodzi o stronę redakcyjną - nie ma większych błędów; w odbiorze przeszkadzał mi mały odstęp między poszczególnymi wierszami, co przy małej czcionce powodowało zlewanie się tekstu. Ładna okładka - zupełnie inna od nachalnych grafik innych publikacji (chociaż jest to też minus, bo tak naprawdę nie zwraca na siebie uwagi, a młodych ludzi przyciąga jednak kolor, kontrast, jasny przekaz). Szkoda, że RUNA nie walczy o lepszą i bardziej agresywną promocję swoich pozycji, przynajmniej dla tych autorów, których promować warto.

Kamień na szczycie to, mimo upływu lat, dobra lektura nie tylko dla młodzieży. Dobrze będą się bawić przy niej również dorośli.

piątek, 26 czerwca 2009

Kryminał noir klasy B - "Kino Venus", Marcin Wroński, Red Horse 2008

Lublin lat 30., kryminalna intryga, przyciągająca uwagę okładka z wizerunkiem gwiazdy przedwojennego kina Marleny Dietrich (projekt Magdy Zawadzkiej) i recenzja na blogu Śmietanki skusiły mnie do przeczytania książki  Marcina Wrońskiego, chociaż byłam zniechęcona do tego pisarza po Wężu Marlo (moim zdaniem kompletnym nieporozumieniu pisarskim). Po lekturze Kina Venus stwierdziłam, że chociaż autor nie znajdzie się na mojej liście ulubionych pisarzy, to zdecydowanie lepiej wychodzi mu powieść kryminalna.

Kino Venus to kolejna książka z cyklu Wrońskiego o komisarzu Maciejewskim - przystojnym mężczyźnie, świetnym, ale i surowym policjancie, który nie zna słowa "niemożliwe". Tym razem do rozwiązania jest sprawa handlu kobietami, aktualna przecież i dziś. Plusy należą się powieści za kilka rzeczy: oryginalny pomysł, konkretnie osadzony w realiach lat 30.; momentami całkiem niezły humor; klimat Lublina z początku XX wieku, miasta, które dobrze znam i w którym często bywałam jeszcze kilka lat temu; a także wplecenie w fabułę autentycznych postaci z tamtych czasów - m.in. Józefa Zakrzewskiego (naprawdę nazywał się Józef Łobodowski) i Zenona Friedwalda. Książka jest sprawnie napisana, z dbałością (chociaż nieprzesadną) o stylizację, chociaż zauważyłam kilka błędów stylistycznych właśnie, nie jest to jednak wielki problem.

Mój ulubiony fragment (rzadko jednak zdarzały się takie perełki):
Kiedy Maciejewski podszedł do furtki, w ogródku na huśtawce siedziała dziewczynka, na oko pięcioletnia. Zyga wyrzucił papierosa i uśmiechnął się. Mała zeskoczyła na ziemię.
- Tato, tato, złodziej! - wołała, uciekając do domu.
Niestety, wszystkie te cechy nie wystarczyły, żeby powstała naprawdę dobra lektura z porywającą intrygą. Akcja prowadzona jest na podobieństwo słabych filmów noir z lat 40., nie ma tutaj żadnego zaskoczenia - czytelnik prowadzony jest za rączkę od punktu A do punktu B. Mimo prostej formuły w powieści panuje bałagan organizacyjny - postaci wyskakują nie wiadomo skąd. Lublin także wydał mi się wyidealizowanym, zbyt czystym i bezpiecznym miastem, jak na owe czasy, co odjęło mu cały mroczny urok. Drażnił mnie także schemat powieści - przystojny, świetny policjant i piękna femme fatale, której urokowi on ulega. Niewiarygodny jest obraz komisarza Maciejewskiego - inteligentny, elokwentny, wielbiciel Procesu Franza Kafki, najlepszy w swoim fachu, którego doświadczenie i intuicja nigdy nie zawodzą, a dał się uwieść tak prostej, nieciekawej, bezbarwnej i ani trochę intrygującej dziwce. Rozumiem, że siła podświadomości jest wielka (udawała panienkę z dobrego domu, nieudolnie zresztą), ale żeby aż tak... Od dobrej książki kryminalnej oczekuję albo dobrej, zaskakującej intrygi, albo psychologicznego przedstawienia bohaterów, czy to dobrych, czy złych (najlepiej, oczywiście, jeśli te cechy łączą się ze sobą). W Kinie Venus braku intrygi nie rekompensuje rys psychologiczny postaci, którego najzwyczajniej w świecie nie ma.

Artykuł, o którym pisała Śmietanka, znajdziecie tutaj.