poniedziałek, 1 grudnia 2008

Koszmarna noc blizn - "Noc blizn", Alan Campbell, tłumaczenie: Anna Reszka, MAG 2008

Skończyłam! Nareszcie! Po 3 miesiącach męczarni przeczytałam Noc blizn. Kupiłam książkę Alana Campbella zaintrygowana okładką i oczywiście opisem na tylnej stronie. Nigdy więcej.

Noc blizn to najgorzej napisana powieść, nie tylko fantasy, ale w ogóle powieść, jaką kiedykolwiek czytałam. Już nawet Noce i dnie były bardziej pasjonujące. Ale po kolei.
W starożytnym Deepgate mieszkają: młody anioł, zabójczyni i psychopatyczny morderca pragnący zemsty - lub odkupienia. Wstrząsający akt zdrady sprawi, że trójka niezwykłych bohaterów zjednoczny się w rozpaczliwej misji...
Tak głosi napis na tylnej okładce. I wszystko byłoby ok, gdyby... No właśnie. Młody anioł to jakiś niewydarzony wyrostek, który boi się wszystkiego i wszystkich i jest przewrażliwiony na punkcie swojego miecza. Po prawdzie, wzmianka o mieczu pojawia się częściej w całej książce niż imię jego właściciela. Freud miałby wiele do powiedzenia o autorze... Zabójczyni, należąca do cechu Spine asasynka, która tak bardzo chce przejść wszystkie mutacje, by nie czuć, że sama przestaje wiedzieć, czego chce naprawdę. Psychopatyczny morderca jest najlepszy. Nie wiem w ogóle, kto wpadł na pomysł, by tak go określić. To zrozpaczony utratą córki ojciec, któremu cierpienie pomieszało w głowie. Książka ma 419 stron, a tak naprawdę nie można do końca zorientować się, czym był ten "wstrząsający akt zdrady".

Fabuła jest tak nielogiczna, jakby autor kompletnie nie miał pomysłu, co dalej i pisał pod wpływem "strumienia świadomości". Motywacje i zachowania bohaterów prowadzą donikąd. Akcja prowadzona jest w sposób niezrozumiały i kompletnie chaotyczny. Niektóre fragmenty są całkowicie bez sensu i spokojnie Campbell mógł je sobie darować (tak jak napisanie książki, szczerze powiedziawszy). Żaden ze zwrotów wydarzeń mnie nie zaskoczyło, gorzej nawet, budziło wręcz mój niesmak i rozczarowanie.

To jakim językiem napisana jest książka też pozostawia wiele do życzenia. Gdyby to było jakieś 15 lat temu, pomyślałabym, że całą robotę schrzanił tłumacz. Jednak w dzisiejszych czasach, kiedy poziom języka angielskiego jest na wysokim poziomie, śmiem wątpić, czy sam autor zna go dostatecznie. Takich zwrotów jak "ból doskonały", czy "jego spojrzenie było tak twarde jak guziki od jego munduru" jest w tej powieści pełno, aż oczy bolą inteligentnego czytelnika. Opisy sprawiają wrażenie wymuszonych, a rzekomo "zwalająca z nóg wizja Deepgate" jest nie do wyobrażenia. Humor książki powala swoim brakiem:
Most linowy zakołysał się, kiedy na niego weszli.
- Jest bezpieczny? - spytał Dill.
- Oczywiście - odparł Devon. - O ile nie spadniesz.
Boki zrywać.

Odwrócony motyw boga i diabła jest niedorzeczny i naprawdę do niczego niepotrzebny i z niczego nie wynika. Autor zdaje się przywiązywać uwagę do szczegółów a swoim bohaterom i miejscom nadaje bezsensowne i paskudne imiona: Sypes, Dill (anioł, brzmi jak "Gil"), pan Nettle... Słownictwo książki jest bardzo ubogie, nie wiem, czy winić za to autora, czy tłumaczkę, ale któreś z nich na pewno nie wie jak wygląda słownik synonimów.

Jedyny, jeden jedyny dobry dialog, jest na stronie 309. Krótki, ale jest. Niestety moim zdaniem to zdecydowanie za mało, żeby nazwać książkę "jednym z najlepszych debiutów fantasy ostatnich lat". Jak dla mnie to jeden z najgorszych debiutów. Takie książki zniechęcają mnie do gatunku i przykro patrzeć, że w Polsce wydawcy sprzedają "chałę", opatrzoną łatką fantasy, przekonani, że fani i tak połkną. Połknęłam i mam teraz ogromny niesmak. Długo jeszcze nie spojrzę na półkę z książkami wydawnictwa MAG.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz