Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016/2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016/2017. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 września 2017

Całkiem nieźle się bawią - "Zabawa w Boga", ŚKF 2017 r.

Zabawa w Boga to zbiór opowiadań, w którym autorzy dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat boskości, nieograniczonej niemal władzy (tak, przede wszystkim władzy), nieśmiertelności i konsekwencji, jakie one ze sobą niosą. Większość zbioru to dobre historie, biorące na warsztat znane motywy. Kilka z nich tworzy z nich nową jakość, kilka pozostaje w schematyczności, ale plusuje stylem, wykreowanym światem. W całym zbiorze jedno opowiadanie szczególnie mnie poruszyło, i formą, i tematem. Zbiór opatrzony jest ślicznymi, autorskimi ilustracjami Alicji Tempłowicz.

Korona północy Anny Askaldowicz to wzruszająca, sprawnie napisana wariacja na temat dalszych losów Ariadny i Dionizosa, o tym jak miłość, choć bezsensowna, może trwać wieki, o tym jak bardzo bóg jest podobny do człowieka, o tym, jak lubimy się zadręczać. Sarkastyczny ton opowiadania Kary i żywioły Jesiona Kowala wyróżnia się wśród całego zbioru, w którym autor płynnie przechodzi między tonami opowieści, z sarkazmu w powagę i odwrotnie, a gdzieś w tle majaczy inspiracja Szekspirem. Serce Vann Karoliny Fedyk przedstawia przede wszystkim ciekawy świat, który chętnie poznałabym lepiej. To również intrygująca i trzymająca w napięciu historia, zaskakująca zakończeniem, napisana w dobrym stylu, w której autorka podważa stary jak świat wątek - uzurpowanie przez człowieka prawa do boskości. Tylko imię jednego z bohaterów niefortunne; Zaim czytam za każdym razem jak zanim… Od innej strony do tematu podchodzi Anna Hrycyszyn w opowiadaniu Chirurg, dramatycznej i przejmującej historii obdarowanego mocą uzdrawiania chirurga, która pobudza do refleksji, czy taka moc jest darem, czy przekleństwem. Do grupy ciekawych, intrygujących opowiadań zaliczam także Przyjmujący nowe Benjamina Rosenbauma, przede wszystkim ze względu na wątek przekazywania dziedzictwa klanowego, wspomnień i swoistej reinkarnacji (Ghennungi), który jest podstawą całego opowiadania. Wniosków z lektury można wyciągnąć kilka, najbardziej wyrazisty jest chyba jednak ten mówiący, że im większa potęga, tym większa degeneracja. Interesujący świat wykreowany jest także w opowiadaniu Magdaleny Czarneckiej. Ordan trochę mi przypomina western, kojarzy się z serialem Firefly, trochę z Mad Maxem, to chyba przez ten pustynny klimat i osadzenie akcji na innej planecie. Nie do końca satysfakcjonuje mnie zakończenie tej historii, spodziewałam się większej puenty albo huku.

Perełką zbioru jest dla mnie Mrok zabije wieloryba Olgi Nizołek. To ciekawe w formie opowiadanie o inności, nietolerancji, lękach przed nieznanym i niezbadanym, ale przede wszystkim o miłości, często niespodziewanej i nie wyczekiwanej, o dopełnianiu się dwojga ludzi. A w pierwszej chwili sądziłam, że najlepsze w zbiorze będzie opowiadanie Lek Marty Potockiej, ze względu na bardzo aktualne i budzące emocje tematy - rak, długowieczność, manipulacje na szczeblach polityki i... emerytura. Sama fabuła jest dość niepokojąca, jednak psuje ją puenta, nie do końca pasująca mi do brzmienia opowiadania. A w dodatku coś, co wydawało się puentą, nią nie było, i przez taką przerwę opowiadanie zupełnie straciło tempo. Opowiadaniem, w którym z kolei puenty mi brakowało całkowicie, jest Wyliczanka Agnieszki Zapart. To wizja niedalekiej przyszłości, przedstawiona w prostym stylu, chociaż naszpikowanego zbędnymi i zbyt wydumanymi metaforami, zawierającego wiele powtórzeń. Im dalej jednak w historię, tym mniej wadzi styl. Autorka polemizuje z wieloma opiniami, według których gry planszowe to strata czasu. A jej argumenty są mocne, mimo dość łagodnej formy ich wyrażania. Jedynie zakończenie mi nie brzmi, nie pasuje do całości, brakuje puenty. Bardzo dobrym, chociaż mocno rozpraszającym dla mnie, opowiadaniem jest także Marzenie Rotha Małgorzaty Bińkowskiej. W lekturze rozpraszały mnie przede wszystkim pytania o to, kim (lub czym) jest tytułowy Roth, w jaki sposób funkcjonuje, jak praca na makiecie z figurkami pomaga w zmianie funkcjonowania wielkich biznesów... Ale mimo wszystko udało mi się przezwyciężyć mój logiczny umysł i z rosnącą fascynacją czytałam do końca jedno z lepszych opowiadań w zbiorze. Warunek początkowy Krystyny Chodorowskiej to najbardziej techniczne ze wszystkich opowiadań, o tym w jaki sposób można stworzyć bota naturalnego i do czego może doprowadzić fascynacja sztuczną inteligencją. Chociaż sama tematyka i sposób jej przedstawienia mnie znudziła i okazała się zbyt mało obrazowa, to doceniam szczegółowość i realistyczność opisu, a najbardziej interesujący był dla mnie aspekt psychologiczny, któremu autorka również poświęciła sporo miejsca.

Kiedy zaczynałam pisać tę recenzję, sądziłam, że więcej opowiadań będzie zdecydowanie średnich. Tymczasem tak naprawdę nie przekonały, nie podobały mi się tylko dwa z nich. Kot z pudełka Łukasza Marka Fiemy trąci myszką, jest bardzo nierówne, fabuła rozkręca się zbyt powoli jak na opowiadanie. My eter Alicji Tempłowicz, przedstawiające zdegenerowane społeczeństwo arystokracji “borykające” się z problemem długowieczności, jest naładowane wulgarnością, jednak nie widzę w nim żadnego przekazu, nic też innego mnie tutaj nie urzekło.

Za udostępnienie zbioru dziękuję Śląskiemu Klubowi Fantastyki i trzymam kciuki za kolejną, tak udaną antologię, Skafander i melonik.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Bliżej ziemi - "Spider-Man: Homecoming", scenariusz: John Francis Daley, Jonathan Goldstein, Jon Watts, Christopher Ford, Chris McKenna, Erik Sommers; reżyseria: Jon Watts, 2017 r.

Pamiętam, jak pisałam, że Spider-Man w wykonaniu Andrew Garfielda bardzo mi się podobał. Jednak kolejna część była już bardzo słaba, nie ze względu na aktora, tylko wszystko inne. Spider-Man: Homecoming ma być rebootem do rebootu i przyznam, że efekt końcowy wyszedł bardzo, bardzo dobrze.

W jakiś dziwny sposób ten film jest jednocześnie dziecinny i dorosły, a żeby tego było mało, to jest o wiele mniej infantylny niż poprzednie części. Bardzo podoba mi się jak twórcy łączą wątki między filmami, wszystko ma swoje miejsce, logiczne (często oczywiście fantastyczne) wyjaśnienie, powiązania łączą się w jednolitą układankę.

Tom Holland świetnie pasuje do roli Petera, możliwe że to dlatego, że on jeszcze nie zapomniał jak być nastolatkiem (aczkolwiek 14-latek, serio?). Jako wsparcie pojawia się jak zwykle bezkompromisowy i gwiazdorski Tony Stark, tfu, Robert Downey Jr. (czy to na pewno jeszcze dwie osoby?), a także ciocia May, piękna i luzacka Marisa Tomei. Ekipa Petera ze szkoły również jest dobrze dobrana, może poza Liz, która za bardzo przypomina Jane, jednocześnie tak się od niej różniąc, ale może o to właśnie chodziło. Sceny między nimi są jednak bardzo naturalne. Spider-Man: Homecoming ma też ciekawego, złożonego i przerażającego złoczyńcę (rewelacyjny Michael Keaton). Poza tym to chyba pierwszy taki, z którego zdaniem się zgadzam - rodzina jest najważniejsza i rząd ma nas, maluczkich, w dupie. To również jedyny, poza Normanem Osbornem (granym przez Willema Defoe w 2002 roku), antagonista, który budzi autentyczny lęk.

Film ma kilka zaskakujących zwrotów akcji, ma sporo zabawnych, niewymuszonych scen, a to dzięki dobremu scenariuszowi i obsadzie. Bardzo dobre efekty specjalne, chociaż trochę za dużo CGI, w wielu momentach widać, że postaci są bardzo komputerowe. Film jest też zrównoważony w ilości akcji i przestojów. Do ideału brakuje mu troszkę - kilka sytuacji nie potrzebowało dosłownego wyjaśniania, jednak mimo wszystko twórcy naprawdę się tutaj powstrzymali w porównaniu z wieloma innymi. Spider-Man: Homecoming to dobra rozrywka, przy okazji skłaniająca do refleksji w nienachalny sposób.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wsi spokojna, wsi wesoła, wsi słowiańskich demonów pełna... - "Stara Słaboniowa i spiekładuchy", Joanna Łańcucka, Oficynka 2013 r.

Stara Słaboniowa i spiekładuchy to lekkie, zabawne opowiadania w sielskim klimacie polskiej wsi. Tradycyjne w formie, nie ma tu zabawy z konwencją, a autorka całymi garściami czerpie z dawnych legend i mitów słowiańskich, przesądów i wierzeń naszych przodków. 

Życie w Capówce toczy się wolno, leniwie, spokojnie, od czasu do czasu tylko zakłócane przez tytułowe spiekładuchy, ale i one nie są jakoś specjalnie agresywne (poza jednostkowymi przypadkami). Można się rozpłynąć w takim życiu, z pewną tęsknotą zaczytywałam się w kolejnych opowieściach. Wspomnieniami wracałam do mojego dzieciństwa na wsi, tego, że każdy znał każdego i ludzie starali się sobie pomagać, mimo oczywiście nieodłącznych plotek. Zbiór Łańcuckiej to taka realistyczna idylla, bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zwolnić gonitwę, wsłuchać się w siebie, spojrzeć na ludzi, poznać sąsiadów...

Większość potworów występujących w opowiadaniach są przywoływane z ludzkiej przyczyny, z bezmyślności lub okrucieństwa. Z nauk kościelnych i podejścia księży do opisywanych wydarzeń autorka kpi, ale bez potępienia, raczej traktuje to jak dobry kabaret. Wytyka klerowi obżarstwo i chciwość, hipokryzję i biurokratyczne, rutynowe podejście. Mieszkańcy Capówki to w większości prości ludzie, targani niejednokrotnie silnymi emocjami i pragnieniami, jak my wszyscy. Na straży spokoju wioski stoi schorowana, stara Słaboniowa, tutejsza Mądra, żyjąca nieco z boku wszystkich wydarzeń, ale w razie trwogi to do niej każdy zwraca się o pomoc.

Ten zbiór opowiadań to lektura w sam raz na letnie wieczory i dla tych, co chcą się oderwać od codziennych trosk, a wstydzą się baśnie czytać.

czwartek, 27 lipca 2017

Skrzyżowanie Mikey'a i Sherlocka - "King Arthur: Legend of the Sword", scenariusz: Joby Harold, Lionel Wigram, Guy Richie, reżyseria: Guy Richie, 2017 r.

Najnowszy film Guya Richiego nie był na mojej liście "must see 2017". Dwa tygodnie temu jednak chciałam pójść do kina, a nie było innego filmu, który by mi odpowiadał na samotny wypad. I tak oto obejrzałam Richiego wersję arturiańskiej legendy szybciej niż zamierzałam. I nie żałuję. King Arthur: Legend of the Sword to bowiem dobre kino rozrywkowe, a przy tym ciekawie grające z konwencją najpopularniejszej bodaj legendy.
  
To, co zwraca uwagę od pierwszych scen, to świetna muzyka w kompozycji Daniela Pembertona, mocna, nacechowana folkowymi rytmami, bardzo zgrywajaca się z filmem. Na pewno trafi do mojej składanki soundtracków filmowych. Również oprawa wizualna jest godna podziwu. Zarówno efekty specjalne, jak i scenografia i kostiumy (przede wszystkim kostiumy!). Te ostatnie wprawdzie bardziej oddają epokę Szekspira niż wczesne średniowiecze, jednak wykonane są bez zarzutu. Podobnie jest ze scenografią. Camelot robi wrażenie swoją wielkością, Londinium ilością ludzi i wszechobecnym brudem... Mocną stroną filmu jest także zabawa Richiego formą, ujęciami, językiem, dialogami, co jest dla niego mocno już charakterystyczne, podobnych zabiegów używa bowiem w każdej swojej produkcji.

Aktorsko to jest film Jude'a Law, czyli filmowego Vortigerna. Aktor świetnie się dostosował do charakteru postaci. Jego Vortigern to prawdziwy diabeł, który dla władzy zrobi wszystko. Przy tym Law bardzo realistycznie pokazuje grę emocji, jakie targają bohaterem, coś, czego nie dostrzega się we wcześniejszych wcieleniach Vortigerna. Charlie Hunnam to dobry Artur, tak sobie wyobrażałam jego postać z książek Cornwella, tylko ten jest lepszy, bo nie bezwolny. Artur u Richiego to dziecko ulicy, które wyrosło na przebiegłego, potrafiącego się dostosować do każdych warunków mężczyznę. To człowiek przede wszystkim inteligentny, sprytny i charyzmatyczny, który zdaje sobie sprawę, że jego największą siłą są ludzie wokół niego. Dlatego być może sama postać wydaje się "przezroczysta", jej charyzma nie polega na wybijaniu się przed szereg, jak Vortigern, lecz działanie w tłumie. Ciekawą postacią jest również czarodziejka o nieznanym imieniu, grana przez Astrid Bergès-Frisbey, budząca respekt kobieta mocy, która czynnie i pełnoprawnie wspiera Artura w jego przeznaczeniu. Z rodzącej się drużyny okrągłego stołu moją największą sympatię zdobył nonszalancki sir William (Aldan Gillen). Pozostali nie wyróżniają się niczym szczególnym.

Nie sądziłam, że da się jeszcze w nowy sposób opowiedzieć arturiańską legendę, a właściwie jej początki, a jednak scenarzystom i twórcom historii do filmu Richiego udało się mnie mile zaskoczyć. Ciekawa jestem, czy reżyser podejdzie do tematu po raz kolejny, King Arthur ma bowiem potencjał na kontynuację i, prawdę mówiąc, ja chętnie bym taką zobaczyła.

czwartek, 20 lipca 2017

Limit szans wyczerpany - "Noc Kupały", Katarzyna Berenika Miszczuk, W.A.B. 2017 r.

Jak to się dzieje, że cykle Katarzyny Bereniki Miszczuk bawią mnie jedynie przy pierwszym tomie? Mam wrażenie, że autorka wkłada najwięcej wysiłku i serca właśnie w pierwsze książki, po czym w trakcie pisania kolejnej jej impet, kreatywność spadają. Operowanie schematami, tym samym poziomem humoru w mniejszych ilościach staje się dla mnie zdecydowanie mniej atrakcyjne podczas lektury drugich tomów. Tak było z trylogią Wiktoria Biankowska, gdzie ledwo doczytałam drugi tom i nie miałam ochoty czytać ostatniego. Podobnie jest w przypadku cyklu Kwiat paproci. Noc Kupały jest moim pożegnaniem się z twórczością Katarzyny Bereniki Miszczuk. Nie mam już nadziei, że styl czy pomysłowość autorki wejdą na wyższy poziom literatury rozrywkowej.

O ile w pierwszym tomie sceny komiczne były naturalne i naprawdę zabawne, o tyle tutaj wiele z nich jest wymuszonych, niepotrzebnych i nielogicznych (jak scena dobijania się Mieszka do drzwi, mógł zwyczajnie krzyknąć). Dotyczy to również wielu innych fragmentów, które wydają się zupełnie niepotrzebne lub też wręcz nielogiczne. Jak nauka walki sztyletami, którą Mieszko wymusza na Gosi, czy motyw Gosia kontra wyznawcy Mokosz, który jest wyłącznie wypełniaczem, nie służy niczemu. Autorka bawi się historią, szkoda, że nie poświęca jej więcej uwagi. A wizja słowiańskiej, niechrześcijańskiej współczesnej Polski bardzo mi się podoba, Miszczuk mogłaby spokojnie eksplorować ten motyw i uczynić z niego tło dla powieści. Niestety czerpie z legend i mitów, nie dając wiele od siebie.

Niewiele da się także powiedzieć o bohaterach. Postacie nie rozwijają się, nie przyciągają swoimi historiami (dotyczy to również Jarogniewy, o której czytelnicy dowiadują się nieco więcej). Gosia jest całkowicie zdana na innych, nie potrafi sama się wyratować z opresji, a najbardziej żałosne jest to, że często nawet nie próbuje. Podoba mi się w niej, że jest niezdarna, nie zawsze wie, co powiedzieć i jak się zachować, ale stara się być w zgodzie ze sobą. Natomiast nie można powiedzieć o niej, że jest naiwna, w większości sytuacji wykazuje się już głupotą. Poza tym chore jest jej uczucie do Mieszka, zupełnie się w niego zapatrzyła, a przecież nie jest nastolatką. Byłoby o wiele zabawniej i realistycznie gdyby Gosia zachowywała się bardziej dojrzale, jak pewna siebie, niezależna kobieta, a nie podlotek. Mimo jej dwudziestu kilku lat, to wciąż jest dziewczynka, nie kobieta. Miszczuk ma szansę rysować swoim czytelniczkom dobry i godny naśladowania wzór kobiecy, niestety nie podejmuje się tego.

Naprawdę sądziłam, że Kwiat paproci będzie dobrym czytadłem, zabawnym i wciągającym, akurat na spokojne popołudnia lub wieczory przy winie. Powieść miała potencjał na ciekawą historię, która mogła być również edukująca. Niestety, drugi tom rozczarowuje i zniechęca skutecznie do lektury kolejnych części.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 4 lipca 2017

Ciągle zmienna, zawsze doskonała (autorka cyklu, nie przedmiot tytułowy) - "Zgubna trucizna", Katarzyna Kwiatkowska, Znak 2017 r.

Kolejna książka z cyklu Jan Morawski trafiła do mnie z końcem marca tego roku. Z różnych względów życiowych potrzebowałam jednak aż tyle czasu, żeby ją zrecenzować, z którego to powodu bardzo mi przykro wobec autorki, wydawnictwa i samej siebie. Powieść czytałam dwukrotnie, bo pierwszym razem tak się zatopiłam w historię i Poznań początków XX wieku, że nie odnotowałam wszystkiego, co chciałam o tej książce napisać. A Zgubna trucizna zasługuje na więcej niż kilka zdań.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to objętość powieści. Książka jest cudownie grubaśna, co mnie wyjątkowo ucieszyło, bo z reguły nie przepadam za takimi. Miłą też odmianą jest, że akcja dzieje się w mieście i to w najgorętszym towarzysko okresie - karnawale. Tym razem akcja powieści już się rozpoczęła, zanim rozpoczęła się sama powieść. Bardzo cenię w autorce te nowości, eksperymenty, dzięki temu każda książka jest inna. Co więcej, te eksperymenty za każdym razem są świetnie opracowane i doskonale współgrają z formą konwencji, jaką wybrała Katarzyna Kwiatkowska. Dodatkowo na bardzo wysokim poziomie utrzymane są styl, fabuła, tło historyczne. Także normą (i to dobrą) jest, że oprócz wątku głównego mamy kilka pobocznych, jak szukanie przez rząd niemiecki powodów do dokręcenie śruby “zaborowej” Polakom przez śledzenie i pogrążanie duchowieństwa, czy wątek miłosny z udziałem samego Jana, czy też perypetie rodzinne Mateusza. Styl powieści jest bez zarzutu, lekki, obrazowy, konkretny w scenach opisujących metody fałszerstwa czy innych sztuk, mniej kryminalnych. Dialogi i opisy dopełnione są poczuciem humoru, subtelnym, eleganckim, inteligentnym. Metafory są również wyszukane, zgodne wręcz z klimatem epoki.

Jak zawsze wątek kryminalny toczy się powoli, co jakiś czas dochodzą nowe fakty, które pozwalałam Janowi składać w całość. Sama już się nad nimi nie zastanawiałam, cieszyłam się z samej lektury i możliwości obserwacji. Oczywiście wokół Jana pojawiają się także kolorowe postaci, a ponieważ akcja toczy się w mieście, to jest ich o wiele więcej niż w poprzednich książkach. Szczególną sympatię budzi doktor Franciszek Chłapowski, postać zresztą historyczna, i jego żona Maria. Antypatię natomiast szybko czuje się do Anastazji Nowackiej, manipulantki i intrygantki kryjącej się pod maską niewinnego blondwłosego aniołka. Intrygującą bohaterką jest również Izabela Boratyńska, która szybko staje się partnerką Jana w prowadzeniu śledztwa. Przy okazji wydaje mi się, że Kwiatkowska zaczęła skupiać się na teraźniejszym życiu Jana, niż na jego przeszłości. Morawski znalazł się w podwójnie niebezpiecznej sytuacji, z jednej strony mierzy się z niemiecką policją, ponieważ jest podejrzany o morderstwo. Z drugiej strony na celownik wzięły go niemal wszystkie mamy z towarzystwa, które upatrywały w nim idealną partię dla swych córeczek. Autorka nie pozostawia wątpliwości co do tego, że druga strona ataku jest znacznie bardziej niebezpieczna. Również o wiele więcej dowiadujemy się o przeszłości Mateusza, która dosłownie wprasza się z impetem do hotelowego pokoju.

Autorka raczy niuansami ówczesnej socjety. Zabawne i przerażające są opisy targowania się o małżeństwa, posag. Związek nie jest tu niczym romantycznym, wszystkim chodzi wyłącznie o pieniądze. Kwiatkowska nie kryguje się, dialogi rodziców z przyzwoitkami są tu bardzo bezpośrednie i zdecydowanie stanowią największą część rozrywkową i przeciwwagę dla toczących się wydarzeń. Dowiadujemy się również, jak wykonywało się fałszerstwa banknotów, czy w jaki sposób funkcjonowała komunikacja dorożkarska. Mamy więc unikalny wgląd w życie niemal wszystkich warstw społecznych Poznania w czasie zaborów. Kwiatkowska, jak w każdej z książek, ukazuje również bogate tło historyczne, którego jest zdecydowanie więcej niż w poprzednich książkach. Zadziwia kreatywność Polaków w walce o zachowanie swojej narodowej odrębności, solidarność w działaniu (spółdzielnie pożyczkowe) i pomaganiu. Przy okazji napawa smutną refleksją wobec obecnych czasów. Wielu wydarzeń z historii tego czasu nie pamiętam z lekcji historii (bo i o wielu się nie mówiło), dodatkową frajdę sprawiało mi więc buszowanie w innych źródłach. Ale spokojnie, i bez tego można śledzić akcję powieści z równym zafascynowaniem.

Lekturę Zgubnej trucizny zakończyłam z refleksją, że nie ma złych Niemców (wstaw inną narodowość) i dobrych Niemców, są źli ludzie i dobrzy ludzie, to my decydujemy, jak się zachowamy w każdej sytuacji, i czy będziemy w tych decyzjach zwracali uwagę na dobro innych i czy będziemy podchodzić do innych z szacunkiem. Ten wniosek jest ważny tym bardziej teraz i po raz kolejny udowadnia, że historia się powtarza, a my niczego się z niej nie uczymy...

Za udostępnienie książki do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Znak.

czwartek, 29 czerwca 2017

Wikingowie zdemitologizowani - "Furia ludzi Północy", Philip Parker, tłumaczenie: Norbert Radomski, Rebis 2016 r.

Furia ludzi Północy. Dzieje świata wikingów jest książką, którą powinien przeczytać każdy fascynat epoki wikingów. Musi jednak uważać, ponieważ może mocno się rozczarować. Jest to bowiem jeden z nielicznych rzeczywistych obrazów tych wojowników, całkowicie niemal odzierający ich z legendarnej wielkości. Nie jest to również praca łatwa w odbiorze, prawdę mówiąc, jest jedną z gorszych, jakie kiedykolwiek czytałam. Ponieważ cenię sobie nie tylko akuratne oddanie epok historycznych, lecz także oddanie ich w dobrym stylu, musiało minąć sporo czasu, żebym uznała jej wartość merytoryczną jako wiele większą nad językową.

Furia ludzi Północy to bowiem praca mocno nieskładna, nie dająca wiele tła historycznego do opisywanych postaci, wydarzeń. Autor bombarduje faktami, datami, imionami; ciężko się w tym odnaleźć, tym bardziej, że imiona wikińskich władców często się powtarzają. Dopiero notowanie kolejnych dat oraz imion pozwoliło mi panować nad lekturą. Dodatkowo ani autor, ani tym bardziej redaktor nie wyjaśniają pojęć tam, gdzie są używane po raz pierwszy, tylko przy innej okazji.
Układ rozdziałów jest również nielogiczny - rozdział drugi powinien być trzecim, a trzeci drugim. Jakby tego było mało, autor często się powtarza - w różnych kontekstach przywołuje te same wydarzenia, co tylko wprowadza dodatkowy chaos.

Język książki jest nijaki, suchy, bezbarwny, chwilami jedynie autor przejawia sarkastyczne poczucie humoru. W dalszych rozdziałach, gdzie jest mniej dat i postaci, opowiadających o bardziej ustabilizowanym życiu wikingów, specyficzne poczucie humoru staje się trochę częstsze, a do stylu można przyzwyczaić i nie przeszkadza tak bardzo w odbiorze.

Teraz czas na plusy, które mogą przyćmić powyższą krytykę. Opisywane są tutaj nie tylko wydarzenia czy kultura wikingów, lecz także pojmowanie ich historii przez historyków oraz ich potomków, co daje szerokie spektrum wpływu, jaki wciąż mają wikingowie na życie obecnych. Książka jest niezwykle bogata w szczegóły wykopalisk, sposobów badań historyków i archeologów, zestawia bardzo dużo źródeł z literatury naukowej i sag, co daje bardzo pełny obraz kultury i społeczeństwa wikingów. Jestem pełna podziwu dla drobiazgowej pracy archeologów, którą opisuje autor, i dla samego autora za motywację zebrania ich wyników i okraszenia ich własnymi komentarzami.

Philip Parker już na zawsze zmienił moje postrzeganie o wikingach, jednak dzięki tej książce jestem bogatsza o cenną wiedzę nie tylko o historii wojowników, ale też o podejściu do badań historycznych w ogóle. A w kolejce czeka już Młot i krzyż. Nowa historia wikingów Roberta Fergusona.

czwartek, 22 czerwca 2017

Królowa, nałożnica i książęta - Damy ze skazą; Kamil Janicki, Znak 2017 r.

Damy ze skazą to kontynuacja Kobiet z żelaza i jest równie wciągająca i naszpikowana szczegółowymi informacjami o średniowieczu, co jej poprzedniczka. Zdecydowanie wolę ten okres od złotego wieku Polski. Tym razem głównymi bohaterkami są Rycheza, żona Mieszka II, i Przedsława, nałożnica Bolesława Chrobrego.

Autor ponownie zadziwia rozległą wiedzą i detektywistycznym zacięciem, utrzymuje uwagę stylem o szybkim tempie, sensacyjnymi zwrotami, mnóstwem ciekawostek. Zupełnie inaczej postrzega się opisane tutaj nie tylko ówczesne społeczeństwo, lecz także wydarzenia w ogóle, które my (w sensie moje pokolenie lat 80.) znamy z przekłamanych podręczników. Dla mnie książki Janickiego są zupełnie inną wizją Polski i historii niż uczyłam się w szkole. Wizją pełniejszą, o wiele też ciekawszą i pasjonującą. Ja uczyłam się o królu Bolesławie, królu Mieszku II,  nie wspominano o rządach Bezpryma czy Rychezy. Oczywiście należy mieć na względzie, że Janicki snuje więcej domysłów niż faktów (czego sam nie ukrywa w posłowiu), łączy je jednak w bardzo zgrabną opowieść, którą świetnie się czyta. W dodatku autor ma dobre poczucie humoru, które momentami jest wręcz rozbrajające.

Tak jak w poprzedniej części, tak i tutaj można dowiedzieć się wiele o życiu społeczności. W kontraście stawia autor zwyczaje i kulturę (przede wszystkim polityczną) z tą panującą (a raczej nie) w Polsce. Książka zawiera mnóstwo dodatkowych informacji o zwyczajach ogólnej średniowiecznej społeczności. Dowiemy się z niej między innymi, jak zrodziła się legenda Świętego Mikołaja, kim naprawdę był Popiel, poczytamy również o statystykach dotyczących samobójstw, gwałtów, morderstw w rodzinach królewskich.

Autor przede wszystkim skupia się na obrazie kobiet w ówczesnych czasach, nie tylko swoich bohaterek. To zadziwiające, jak bardzo zmienił się on w zaledwie kilka stuleci. Wczesne średniowiecze ceniło i rozwijało mądrość kobiet z wysokich rodów. Zastanawiające, jak to się stało, że ten szacunek tak szybko zamienił się w pogardę i uprzedmiotowienie.

Bardzo podoba mi się w książkach Janickiego, że do każdego wydarzenia, niemal każdej wzmianki o jakimś symbolu, dodaje on szeroki kontekst historyczny, dzięki czemu czytelnik poznaje nie suche fakty, a bogate życie tamtego okresu. Książki te są dowodem na to, że wczesne średniowiecze nie było epoką ciemną.

czwartek, 15 czerwca 2017

Moja nowa bohaterka - Wonder Woman, scenariusz: Allan Heinberg, reżyseria: Patty Jenkins, 2017 r.

Wonder Woman to dobry film. To zaskoczenie, mimo krążących już pozytywnych opinii wśród znajomych. Idąc do kina, nie spodziewałam się, że film mnie czymkolwiek ujmie, ot, jeszcze jedna historia ze świata superbohaterów, który od dawna już nie fascynuje, nie bawi. A tu proszę, niespodzianka.

Wiedziałam, że Gal Gadot jest idealna do tej roli w chwili, kiedy zobaczyłam ją w beznadziejnie nudnym Batman v Superman: Dawn of Justice. Aktorka jest piękna, pełna wdzięku, waleczności, współczucia, to prawdziwa amazońska wojowniczka. Gal jest genialnie bezpretensjonalna, jej cierpienie okazywane ofiarom wojny, zachwyt i fascynacja z nieznanych rzeczy (jak śnieg) są prawdziwe. Jej naiwność jest zupełnie racjonalna i nie śmieszy, wręcz budzi współczucie. Gdy widziałam Chrisa Pine’a w trailerze jako głównego bohatera męskiego, nie wzbudził on mojego zachwytu. Aktor jest już związany z jedną serią, marudziłam, że producenci mogliby zatrudnić jakiegoś innego, mniej nawet znanego. Jednak Pine przypomniał mi, że nadaje się do takich ról. Jego na wskroś amerykański Steve Trevor jest naprawdę ujmujący, zabawny i zadziwiająco zwyczajnie odważny. Ponadto między Dianą a Steve’em aż iskrzy od wzajemnej fascynacji, aktorzy są doskonale dopasowani. Sceny między nimi są naturalne i są najmocniejszymi w całej opowieści, a nienachalny humor rozbraja do łez. Równie dobrzy są odtwórcy ról drugo- i trzecioplanowych. Przede wszystkim sekretarka Trevora, Etta (Lucy Davis), i Sameer (Said Taghmaoui).

Fabuła nie jest specjalnie odkrywcza, jednak film się nie dłuży, nie traci ani na moment dynamiki. Podobało mi się zwłaszcza przedstawienie legendy o narodzinach ludzkości i Amazonek w postaci animacji. Film jest momentami przepełniony patosem, jednak są to krótkie chwile. Przebijają się z niego te fragmenty, w których jest albo zabawnie, albo dramatycznie, albo też refleksyjnie. Zdjęcia są cudowne, nasycone kolorami, dopełnione kostiumami. Sceny walk zapierają dech, zwolnienia tempa zachodzą w odpowiednich momentach. Rytmu dodaje też świetna, energetyczna muzyką Ruperta Gregsona Williamsa. Jedynym minusem są źli: generał Ludendorff (Danny Huston), chemiczka (Elena Anaya) i sam Ares, zbyt szablonowi i przewidywalni.

Wonder Woman to jednak jeden z nielicznych filmów o superbohaterach, które naprawdę polubiłam. Mam nadzieję, że twórcy nie zniszczą potencjału i że, przede wszystkim, sama bohaterka pojawi się jeszcze jako główna postać, a nie towarzyszka Batmana.


niedziela, 28 maja 2017

Miała być trylogia... I dobrze, że nie jest - "Topory i sejmitary", Radosław Lewandowski, Akurat 2017 r.

Topory i sejmitary to trzeci tom cyklu o wikingach Radosława Lewandowskiego. Moim zdaniem jest to najlepsza z części, jak do tej pory. Najbardziej spójna, w ogóle się nie dłuży, mimo że akcja nie jest tak dynamiczna, jak w poprzednich tomach.

Właściwie to niewiele nowego mogę napisać o tym tomie. Ponieważ nie opisuję treści książek, recenzja będzie chyba najkrótszą. Siłą powieści Lewandowskiego jest mocne ich osadzenie w historii. Pamiętam, że kiedy zabierałam się do czytania pierwszego tomu, sądząc, że będzie to fantasy z luźnym wątkiem historycznym, byłam przez chwilę rozczarowana, kiedy zorientowałam się, że jednak nie jest to powieść fantasy. Z czasem jednak zmieniłam zdanie i uważam, że fantasy byłoby zdecydowanie złym kierunkiem. Ponadto bardzo doceniłam (chociaż początkowo to również mnie denerwowało, psuło bowiem moje wyobrażenie o skandynawskich wojownikach), że Lewandowski przedstawia wikingów jako zwykłych ludzi, nie złoci ich, jak wielu autorów, wzorujących się bardziej na bohaterach sag, niż na źródłach naukowych.

Kolejna mocna strona to bohaterowie. Ciekawi, różni; nawet jeśli pojawiają się tylko na chwilę, zapadają w pamięć, wyróżniają się. Jak wspominałam już przy okazji drugiej części, Oddi Asgotsson jest jedną z najlepiej skonstruowanych postaci, autor świetnie poprowadził jego przemianę z tchórzliwego, zaszczutego dzieciaka w doświadczonego, mądrego wodza, prawdziwego przywódcę. Jego charyzma może nie poraża, ale cicho zdobywa sobie każdego, z kim się zetknie i budzi szacunek.

Topory i sejmitary wchodzą na tereny słowiańskie. I znowu Lewandowski świetnie zestawił różne kultury - wikingów, Indian, Rusów, Wenedów. Malowniczo i ciekawie opisane jest osadnicze życie w Smoleńsku, Kijowie. Bardzo podoba mi się też sposób, w jaki bohaterowie rozmawiają o życiu, tłumaczą sobie różne kwestie z pomocą sag i mitów. Tak bardzo odmienne jest to podejście od współczesnego, czasami żałuję, że nie żyję w tamtych czasach, wtedy wszystko było prostsze (przynajmniej z dzisiejszej perspektywy). Przy czym nie ma się wrażenia dygresyjności, co czasami można spotkać w powieściach - autor próbuje podać informacje o historii, pochodzeniu świata, niby wtrąca to do rozmowy bohaterów, a w lekturze odczuwane jest to jako zbędna wstawka, dygresja, jest sztuczna. W powieści Lewandowskiego te fragmenty są jednymi z ciekawszych.

I miało tutaj być podsumowanie trylogii… Jednak podsumowania nie będzie, ponieważ słowo trylogia w odniesieniu do tych powieści nie jest już właściwe, o czym z pewnością już wiecie. Podczas spotkania z Radosławem Lewandowskim na pikniku wikingów w Jomsborgu (tym warszawskim) dowiedziałam się, że trwają prace nad czwartą częścią, której akcja będzie się działa… na Sycylii. Jak dobrze pójdzie książka ukaże się pod koniec tego roku. Autor ma też pomysł na część piątą (w której chciałby posłać wikingów do Afryki - tak, oni też tam byli!), ale powstanie książki uzależnione jest od nas, czytelników. Kupujmy więc, czytajmy, bo jest na co czekać!

Dziękuję wydawnictwu Akurat za udostępnienie książki do recenzji.


czwartek, 22 grudnia 2016

Mało Meryl w Meryl - Michael Schulman, "Meryl Streep. Znowu ona!", Robert Waliś, Marginesy 2016 r.

Kocham Meryl Streep. Pokochałam ją w ostatnich latach, kiedy zaczęła częściej pojawiać się w komediach (za melodramatami, dramatami nie przepadam). Zdobyła moje serce w The Devil Wears Prada, a moje zauroczenie przerodziło się w prawdziwą miłość po It’s complicated oraz Hope Springs. Staram się być na bieżąco z filmografią tej niezwykłej aktorki, co jakiś czas dzięki niej dokształcam się również w klasycznym kinie dramatycznym. Kiedy więc dowiedziałam się o premierze biografii Meryl Streep, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Po lekturze książki Schulmana muszę powiedzieć, że Znowu ona nie jest biografią w pełnym rozumieniu tego słowa. To przede wszystkim całkiem wnikliwy obraz społeczeństwa i przemian, które stanowią tło dla życia aktorskiego Meryl Streep. Schulman skupia się bardziej na specyfice aktorskiej pracy jako takiej, teatralnym trybie życia, które wydaje się być bardzo intensywne, często wyniszczające. Streep stanowi punkt odniesienia dla opisywanych wydarzeń, ale nie do końca jest w centrum uwagi. To ona bardziej jest tłem dla zmian społecznych, działania rynku teatralnego i filmowego niż odwrotnie. Zbyt mało dla mnie informacji choćby o podejściu Meryl do aktorstwa, o jej działaniach feministycznych. Schulman skupił się zaledwie na dziesięciu pierwszych latach kariery Streep, czego moim zdaniem nie da się określić biografią, a raczej wycinkiem biografii. Szkoda.

Schulman idzie przez karierę Streep, kolejne rozdziały poświęcając jej (i nie tylko jej - Fredo) najważniejszym rolom, które rozwinęły i ukształtowały jej talent, ale i życie (Izabela). Oczywiście jest to subiektywny wybór autora biografii, jednak ma sens. Schulman pokazuje, jak z beztroskiej, nieświadomej dziewczyny Meryl zmienia się w dojrzałą kobietę i pracowitą aktorkę. Aktorkę niezwykle metodyczną, skrupulatną, profesjonalną, ale i z niezwykłym wyczuciem i intuicją. Streep w obrazie Schulmana jest magicznym kameleonem.

Denerwował mnie trochę cyniczny, złośliwy i stronniczy styl autora. Zawsze w biografii spodziewam się raczej obiektywizmu. Na szczęście trafia się on rzadko.

Lektura książki zostawiła mnie z dużym niedosytem. O ile autor świetnie i bardzo obrazowo opisuje tło społeczne i życie aktorskie w ogólności w czasach rodzącej się kariery Streep, o tyle o niej samej dowiedziałam się bardzo mało. I nie chodzi mi o jej życie prywatne, do którego aktorka ma zupełne prawo i ochronę którego doskonale rozumiem. Chciałam poznać Meryl - aktorkę. To, co oferuje Schulman w swojej książce, to zdecydowanie za mało. Z drugiej strony szanuję autora, że nie wybrał drogi detektywa sensacji i plotek i nie raczy czytelnika informacjami z niepotwierdzonych źródeł, jak to często się zdarza w “biografiach” aktorskich. A jeśli chodzi o Meryl Streep, nie pozostaje mi nic innego, jak cieszyć się jej filmami i z nieśmiałą nadzieją wyczekiwać pełniejszej biografii (bo na autobiografię raczej nie mam co liczyć). 

czwartek, 8 grudnia 2016

Bądźmy bardziej Indianami - Radosław Lewandowski, "Wikingowie. Najeźdźcy z Północy", Akurat 2016 r.

Drugi tom cyklu Wikingowie dzieje się w całości w półmitycznej Winlandii, czyli Ameryki Północnej. Tym razem za główne tło społeczne służy kultura indian. Nie tylko to się zmieniło. Książka dostała piękną, wypieszczoną okładkę (nie tylko zewnętrzną) autorstwa Tomka Marońskiego.

Radosław Lewandowski skupia się tutaj na losach Oddiego Asgotsona, który trafia do indiańskiej wioski, co w dużej mierze zmienia jego światopogląd. Nie dowiemy się z tej części, co się wydarzyło u innych bohaterów, jednak zapowiedź trzeciej części na tylnej okładce powieści daje pewność, że Lewandowski do nich wróci. Podoba mi się ten zabieg zderzania kultury wikińskiej z innymi - w debiucie było to chrześcijaństwo i nieco islamu, drugi tom to wikingowie “kontra” Indianie. W ten sposób z pewnością lepiej przyswaja się wiedzę o obyczajach każdej z tych społeczności, nie mówiąc już o tym, że w wyobraźni można stworzyć ciekawy kolaż największych ich mądrości. Wiele miejsca autor poświęca tym kontrastom i, prawdę mówiąc, kultura wikińska wcale nie wydaje mi się już taką kuszącą.

To porównywanie światopoglądów i szczegółowo opisane życie plemion Windlandii, podobnie jak w pierwszym tomie, jest najmocniejszą stroną powieści. Ponadto dbałość Lewandowskiego w doborze cytatów z Eddy poetyckiej do każdego z rozdziałów jest imponująca. Poza tym styl nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest to mieszanka poetyki ze skandynawskich sag ze współczesnym językiem. Jednak jest to na pewno sygnatura autora i chociaż nie należy do moich ulubionych, nie da się go “smakować”, dość szybko się do niego przyzwyczajam i skupiam się całkowicie na opowiadanej historii. Podoba mi się też dłuższe posłowie od autora, w którym wyjaśnia, co jest fikcją, co wziął z historii, pozwala to osadzić powieść w kontekście historycznym, paradoksalnie dając jej większą wiarygodność.
  
Podobnie jak w poprzednim tomie, tak i tutaj jest kilkoro ciekawych postaci. Oprócz Oddiego najwięcej głosu autor oddaje Shaa-naan, młodej, pięknej (no jakże by inaczej), niezależnej i mądrej Indiance, która, zupełnie jak Pocahontas, tłumaczy przybyszowi z dalekich ziem prawdy jej świata. Poza nią uwagę przykuwa jeszcze jeden z wodzów, Snae-Kol, który okazuje się być bliższy Oddiemu, niż ten by przypuszczał. Sam Oddi bardzo się zmienił podczas swojej wyprawy. Ujęło mnie to, że nie zapomniał o swojej rodzinie, matce i siostrze, które postanowił uratować lub pomścić. Niby jest to oczywista oczywistość dla każdego pisarza, aby bohater nie tracił głębi emocjonalnej, jednak nie każdy potrafi to odpowiednio wplatać w rozwijającą się fabułę. Lewandowski ma wszystko dokładnie przemyślane, zwroty akcji, zaskoczenia i te bardziej wzruszające, emocjonalne momenty mają swoje miejsce, idealnie się ze sobą przeplatają, każdy w odpowiednim tempie. Czego mi brakuje to niedopowiedzeń w postaciach, ich złożoności. Czytelnik wie dokładnie, co i jak myśli każdy z bohaterów, nie ma tu miejsca na tajemnice czy wyzwania dla czytającego.

Oprócz opowiadanej historii powieść ma wyraźny ton refleksyjny, chwilami wręcz naiwnie moralizatorski. Próbuje mianowicie uświadomić, jak bardzo staliśmy się niewolnikami pieniądza i materialnych dóbr. I że zrobiliśmy się nimi wieki temu, co nie daje niestety wielkiej nadziei na zmianę. Może jednak taka nadzieja istnieje, może takie książki, jak Wikingowie Lewandowskiego, wzbudzą refleksję i zwiększą świadomość czytelników, oprócz niekwestionowanej rozrywki. Ja tymczasem przechowuję w pamięci mądrości plemienia Beothuków i czekam na trzeci tom.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat.

czwartek, 24 listopada 2016

Tajemnica lady Audley, Mary Elizabeth Brandon, tłumaczenie: Mira Czarnecka, Zysk i S-ka 2016 r.

Mimo pewnych elementów, które mi przeszkadzały, Tajemnica lady Audley to ciekawa powieść kryminalno-psychologiczno-obyczajowa. Złożona, dojrzała literacko, intrygująca i tajemnicza. Chociaż miejscami może okazać się nudna dla współczesnego odbiorcy, to z pewnością warta jest polecenia wszystkim, którzy lubią powieści retro, powieści historyczne, kryminały.

czwartek, 10 listopada 2016

Przychodzi diabeł do terapeuty - Lucifer, sezon I, 2016 r.

Polubiłam ten serial. Może dlatego, że trochę przypomina mi Castle'a, jest oparty o podobną formułę i główny bohater dostarcza sporo humoru. Lucifer to serial w sam raz na ponure jesienne wieczory, nie trzeba przy nim myśleć, jest na kogo popatrzeć, jest się z czego pośmiać. Mnie bawi przede wszystkim gra z konwencją postaci diabła. I soundtrack jest cudowny! Prawdziwa kopalnia utworów, nie tylko w diabelskiej tematyce.

Lucyfer to postać z cyklu komiksowego o Sandmanie, który ma też swoją serię komiksów. Nie wiem na ile serialowy diabełek jest podobny do komiksowego. Do Sandmana przymierzam się od lat, jest to jedyny element twórczości Neila Gaimana, z którą się nie zapoznałam. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment, być może porównam serial z komiksem.

Jest kilka elementów, które mi w serialu nie pasują. Największym jest relacja Chloe Decker z Lucyferem. Naprawdę trudno jest mi uwierzyć, że pani detektyw nic kompletnie nie czuje do Lucyfera poza niechęcią, która przeradza się w przyjacielską sympatię. A może to Lauren German nie potrafi dobrze sprzedać swoich emocji. Aktorka z jednej strony pasuje mi do roli, z drugiej strony nie jest do końca wiarygodna. Tomowi Ellisowi idzie całkiem nieźle pokazanie mieszanych odczuć, jakie ma w stosunku do swojej partnerki, zaskoczenia swoim własnym zachowaniem. Drugim drażniącym elementem jest pojawianie się co jakiś czas zdrobnienia imienia Lucyfer do Luci, którym głównego bohatera raczy jego brat Amenadiel. 

To, co najbardziej mi się podoba, to komediowa forma i sposób przedstawienia samego diabła. Lucyfer nie kryje się ze swoją osobowością, wręcz się z nią obnosi i nikt mu nie wierzy, dopóki nie zobaczy na własne oczy lub nie doświadczy na własnej skórze. Jak wspomniałam, Tom Ellis dobrze oddaje charakter swojej postaci. Jego zaskoczenie i fascynacja własną przemianą jest całkiem wiarygodna. Zwłaszcza w momentach, w których zupełnie nieświadomie pomaga innym i nagle orientuje się, co uczynił. Jednak Lucyfer jest bardziej ludzki niż diabelski czy demoniczny. To taki zepsuty, próżny chłopak, zbuntowany przeciwko ojcu i jego planom. Z drugiej strony jego cierpienie wynikające z roli, na jaką skazał go ojciec, powoli się zaznacza i mam nadzieję (jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi), że ten element będzie bardziej widoczny w drugim sezonie. Koncepcja Lucyfera jako kata, wykonawcy kar na ludziach popełniających zło, ale nie jako istoty namawiającej do zła, nie jest może specjalnie oryginalna, ale żywo przemawiająca.

Z drugiego planu najlepszą postacią jest pani psycholog, grana przez Rachael Harris. Obserwowanie zmiany dynamiki jej relacji z Lucyferem stanowi jedno z moich głównych źródeł rozrywki w tym sezonie. Pozostali są zbyt drugoplanowi, żeby przykuwali moją uwagę. Przez chwilę myślałam, że ciekawą bohaterką będzie Mazikeen grana przez Lesley-Ann Brandt, ale nie wyszła ze swojego schematu. Przynajmniej na razie.

Całe szczęście sezon I ma trzynaście odcinków, nie zdążyłam się nim zmęczyć i z ciekawością czekam na kolejny.

czwartek, 3 listopada 2016

Boleśnie schematyczny - Suicide Squad, scenariusz i reżyseria: David Ayer, 2016 r.

Przyznaję, był moment, w którym interesowałam się premierą Suicide Squad. To było wtedy, kiedy zobaczyłam krótki trailer z Jaredem Leto w roli Jokera. Później jednak okazało się, że chociaż Jokera widać bardzo na plakatach i w trailerach, w filmie pokazuje się on epizodycznie, co spowodowało, że moje zainteresowanie spadło znacznie. Którejś niedzieli postanowiłam jednak pójść do kina. I właściwie uznaję Suicide Squad za jedno z moich większych rozczarowań filmowych roku 2016, przy bardzo niskich oczekiwaniach.

Zacznę jednak od rzeczy dobrych, bo kilka takich się filmowi przytrafiło. Przede wszystkim Suicide Squad ma świetny soundtrack, którego słucham od czasu obejrzenia filmu i jeszcze mi się nie znudził.

Tak jak oczarowała mnie i rozłożyła na łopatki postać Furiosy w Mad Max: Fury Road, tak tutaj kompletnie zachwyciła mnie Harley Quinn. Margot Robbie dała tej postaci złożoność, której się nie spodziewałam. Doskonale wtóruje jej także Jared Leto, szkoda, że na tak krótko pokazuje się w filmie. Leto jest wręcz idealnym Jokerem - przerysowanym, nieobliczalnym, groźnym.

Tyle o rzeczach dobrych.

Dużo rozczarowania przyniosła mi postać Enchantress i nie jest temu winna piękna Cara Delevingne, a realizacja i sztampowość tej bohaterki, której potencjał w ogóle nie został wykorzystany. Jej osoba boleśnie przypomina Apocalypse z ostatnich X-Menów czy Ronana z Guardians of the Galaxy. Najbardziej jednak irytował mnie Will Smith, który w ogóle się nie starał do, jakby nie było, złożonej roli. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy widziałam jego aktorstwo, a nie gwiazdorstwo i ciężko mi idzie... Viola Davis dostała chyba rolę Amandy dzięki swojej grze w How to Get Away with Murder, jednak jej postać w ogóle mnie nie przekonuje, zbyt dużo w niej zadęcia, zbyt mało wyrachowania, które jest widoczne w czynach, ale nie w oczach. O wiele bardziej wiarygodnie postać Amandy Waller oddaje Cynthia Addai-Robinson z serialu Arrow. I piszę to z całą moją sympatią dla Davis, która aktorką jest dobrą.

Do znudzenia już powtarza się schemat fabularny, oklepane żarty nie śmieszą (chyba że wypowiada je Harley, która stała się moją nową idolką i chętnie zobaczyłabym ją w samodzielnym filmie). Niestety, nie mogę powiedzieć, że pomysł miał w ogóle potencjał, bo historia to zwykła sieczka.

Hitch? Bad Boys?...

czwartek, 20 października 2016

Duma i uprzedzenie, Jane Austen, tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Świat Książki 2014 r.

Stało się. Zakochałam się w Jane Austen. Lubiłam i ceniłam filmy na podstawie jej powieści, ale w tym roku pokochałam twórczość pisarską. Zaczęłam od najbardziej uwielbianej książki - Dumy i uprzedzenia. W trakcie lektury nie mogłam się oprzeć przypominaniu sobie fragmentów z różnych wersji filmowych.

czwartek, 13 października 2016

Na skróty IV - Cafe Society, scenariusz i reżyseria: Woody Allen, 2016 r.

Cafe Society to jeden z najlepszych i najdojrzalszych filmów w karierze Allena, w dawnym klimacie jego pierwszych obrazów, błyskotliwa satyra na towarzyskie życie Hollywood nie tylko lat 30.

Właściwie to nie jest jedynie satyra na życie ludzi filmu. Nie jest to komedia w pełnym rozumieniu tego słowa, prawdziwie zabawnych scen jest zaledwie kilka, częściej śmiałam się z niejakim rozgoryczeniem i żalem nad życiem niż z prawdziwej radości. Jak zwykle w filmach Allena tematem są ludzkie uczucia, ludzkie decyzje i konsekwencje tych decyzji.

Początkowo nie podobało mi się postępowanie głównego bohatera, materializm Vonnie. Nadal uważam, że Kristen Stewart nie potrafi grać, jednak Allen sprawił, że była mniej drewniana niż zwykle. Jesse Eisenberg to doskonała, młodsza kopia reżysera, cechuje go podobna neurotyczność, dlatego też świetnie odnalazł się w roli młodego, początkującego rekina Hollywoodu.

Jednak to nie oni byli dla mnie najlepsi w filmie. Moje serce skradła całkowicie Anna Camp (True Blood, Pitch Perfect), która pojawia się w jednej krótkiej scence zaraz na początku filmu. Aktorka jest jednocześnie urocza, nieporadna, niewinna i tak naturalna, że aż szkoda, że to nie ona jest główną postacią kobiecą. Również Corey Stoll, który gra starszego brata Bobby'ego, Bena, jest przezabawny. Jego poczynania w przestępczym światku Nowego Jorku są doskonałą instrukcją, jak nie być gangsterem, przewrotność i humor sytuacji, w których bierze on udział, to jedne z najmocniejszych stron filmu. To właśnie te i wiele innych wątków pobocznych, czy raczej scenek rodzajowych "robi" najnowszy film Allena. Cafe Society ma o wiele więcej warstw, niż jakikolwiek dotychczasowy obraz tego reżysera. W trakcie oglądania przez moją głowę przesuwało się tysiące refleksji o moim własnym życiu, nie spodziewałam się, że będę tak poruszona jeszcze na długo po zakończeniu seansu.