czwartek, 1 grudnia 2016

Zapowiedzi grudniowe 2016

Tytuł: Creative Control
Scenariusz: Benjamin Dickinson & Micah Bloomberg
Reżyseria: Benjamin Dickinson
Data premiery: 2 grudnia 2016 r.
Niedaleka przyszłość. David wykorzystuje nową technologię, aby romansować z dziewczyną swojego przyjaciela.
Tytuł: Sully
Scenariusz: Todd Komarnicki
Reżyseria: Clint Eastwood
Data premiery: 2 grudnia 2016 r.
Historia Chesleya "Sully'ego" Sullenbergera, pilota który wylądował uszkodzonym samolotem pasażerskim na rzece Hudson.
Tytuł: Dusigrosz
Scenariusz: Fred Cavayé, Nicolas Cuche, Laurent Turner
Reżyseria: Fred Cavayé
Data premiery: 25 grudnia 2016 r.
Pod prysznic wchodzi ze stoperem. Myje się wyłącznie w zimnej wodzie. Telewizję ogląda przez lornetkę w oknie sąsiada. W domu korzysta tylko ze światła ulicznych neonów. Utalentowany skrzypek Francois Gautier od dziecka jest chorobliwie skąpy. Nie ma przyjaciół, bo postawienie drinka kosz­towałoby go zawał serca. Nie związał się z kobietą, bo nawet zakup uschłych kwiatów to w jego oczach finansowe szaleństwo. Pewnego dnia świat Francois staje na głowie. Do orkiestry dołącza młoda i piękna wiolonczelistka, którą oczaruje jego muzyczny talent. Na domiar złego znikąd pojawia się 16-letnia Laura, przekonana, że jest jego córką. Biedny dusigrosz nagle po­czuje, że jest kochany przez dwie kobiety, które nie wiedzą, że jego serce jest już zajęte przez… lokatę bankową. 
Tytuł: Passengers
Scenariusz: Jon Spaihts
Reżyseria: Morten Tyldum
Data premiery: 25 grudnia 2016 r.
Po wybudzeniu się z hibernacji Jim i Aurora próbują przetrwać podróż do innej galaktyki.

czwartek, 24 listopada 2016

Tajemnica lady Audley, Mary Elizabeth Brandon, tłumaczenie: Mira Czarnecka, Zysk i S-ka 2016 r.

Mimo pewnych elementów, które mi przeszkadzały, Tajemnica lady Audley to ciekawa powieść kryminalno-psychologiczno-obyczajowa. Złożona, dojrzała literacko, intrygująca i tajemnicza. Chociaż miejscami może okazać się nudna dla współczesnego odbiorcy, to z pewnością warta jest polecenia wszystkim, którzy lubią powieści retro, powieści historyczne, kryminały.

czwartek, 17 listopada 2016

O drodze razem za Albertem Camus

Nie idź za mną - możliwe, że nie poprowadzę cię. Nie idź przede mną - możliwe, że nie pójdę za tobą. Idź obok, a zostaniemy jedną całością.
Radosław Lewandowski, Wikingowie. Najeźdźcy z Północy, Akurat 2016 r.

czwartek, 10 listopada 2016

Przychodzi diabeł do terapeuty - Lucifer, sezon I, 2016 r.

Polubiłam ten serial. Może dlatego, że trochę przypomina mi Castle'a, jest oparty o podobną formułę i główny bohater dostarcza sporo humoru. Lucifer to serial w sam raz na ponure jesienne wieczory, nie trzeba przy nim myśleć, jest na kogo popatrzeć, jest się z czego pośmiać. Mnie bawi przede wszystkim gra z konwencją postaci diabła. I soundtrack jest cudowny! Prawdziwa kopalnia utworów, nie tylko w diabelskiej tematyce.

Lucyfer to postać z cyklu komiksowego o Sandmanie, który ma też swoją serię komiksów. Nie wiem na ile serialowy diabełek jest podobny do komiksowego. Do Sandmana przymierzam się od lat, jest to jedyny element twórczości Neila Gaimana, z którą się nie zapoznałam. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment, być może porównam serial z komiksem.

Jest kilka elementów, które mi w serialu nie pasują. Największym jest relacja Chloe Decker z Lucyferem. Naprawdę trudno jest mi uwierzyć, że pani detektyw nic kompletnie nie czuje do Lucyfera poza niechęcią, która przeradza się w przyjacielską sympatię. A może to Lauren German nie potrafi dobrze sprzedać swoich emocji. Aktorka z jednej strony pasuje mi do roli, z drugiej strony nie jest do końca wiarygodna. Tomowi Ellisowi idzie całkiem nieźle pokazanie mieszanych odczuć, jakie ma w stosunku do swojej partnerki, zaskoczenia swoim własnym zachowaniem. Drugim drażniącym elementem jest pojawianie się co jakiś czas zdrobnienia imienia Lucyfer do Luci, którym głównego bohatera raczy jego brat Amenadiel. 

To, co najbardziej mi się podoba, to komediowa forma i sposób przedstawienia samego diabła. Lucyfer nie kryje się ze swoją osobowością, wręcz się z nią obnosi i nikt mu nie wierzy, dopóki nie zobaczy na własne oczy lub nie doświadczy na własnej skórze. Jak wspomniałam, Tom Ellis dobrze oddaje charakter swojej postaci. Jego zaskoczenie i fascynacja własną przemianą jest całkiem wiarygodna. Zwłaszcza w momentach, w których zupełnie nieświadomie pomaga innym i nagle orientuje się, co uczynił. Jednak Lucyfer jest bardziej ludzki niż diabelski czy demoniczny. To taki zepsuty, próżny chłopak, zbuntowany przeciwko ojcu i jego planom. Z drugiej strony jego cierpienie wynikające z roli, na jaką skazał go ojciec, powoli się zaznacza i mam nadzieję (jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi), że ten element będzie bardziej widoczny w drugim sezonie. Koncepcja Lucyfera jako kata, wykonawcy kar na ludziach popełniających zło, ale nie jako istoty namawiającej do zła, nie jest może specjalnie oryginalna, ale żywo przemawiająca.

Z drugiego planu najlepszą postacią jest pani psycholog, grana przez Rachael Harris. Obserwowanie zmiany dynamiki jej relacji z Lucyferem stanowi jedno z moich głównych źródeł rozrywki w tym sezonie. Pozostali są zbyt drugoplanowi, żeby przykuwali moją uwagę. Przez chwilę myślałam, że ciekawą bohaterką będzie Mazikeen grana przez Lesley-Ann Brandt, ale nie wyszła ze swojego schematu. Przynajmniej na razie.

Całe szczęście sezon I ma trzynaście odcinków, nie zdążyłam się nim zmęczyć i z ciekawością czekam na kolejny.

czwartek, 3 listopada 2016

Boleśnie schematyczny - Suicide Squad, scenariusz i reżyseria: David Ayer, 2016 r.

Przyznaję, był moment, w którym interesowałam się premierą Suicide Squad. To było wtedy, kiedy zobaczyłam krótki trailer z Jaredem Leto w roli Jokera. Później jednak okazało się, że chociaż Jokera widać bardzo na plakatach i w trailerach, w filmie pokazuje się on epizodycznie, co spowodowało, że moje zainteresowanie spadło znacznie. Którejś niedzieli postanowiłam jednak pójść do kina. I właściwie uznaję Suicide Squad za jedno z moich większych rozczarowań filmowych roku 2016, przy bardzo niskich oczekiwaniach.

Zacznę jednak od rzeczy dobrych, bo kilka takich się filmowi przytrafiło. Przede wszystkim Suicide Squad ma świetny soundtrack, którego słucham od czasu obejrzenia filmu i jeszcze mi się nie znudził.

Tak jak oczarowała mnie i rozłożyła na łopatki postać Furiosy w Mad Max: Fury Road, tak tutaj kompletnie zachwyciła mnie Harley Quinn. Margot Robbie dała tej postaci złożoność, której się nie spodziewałam. Doskonale wtóruje jej także Jared Leto, szkoda, że na tak krótko pokazuje się w filmie. Leto jest wręcz idealnym Jokerem - przerysowanym, nieobliczalnym, groźnym.

Tyle o rzeczach dobrych.

Dużo rozczarowania przyniosła mi postać Enchantress i nie jest temu winna piękna Cara Delevingne, a realizacja i sztampowość tej bohaterki, której potencjał w ogóle nie został wykorzystany. Jej osoba boleśnie przypomina Apocalypse z ostatnich X-Menów czy Ronana z Guardians of the Galaxy. Najbardziej jednak irytował mnie Will Smith, który w ogóle się nie starał do, jakby nie było, złożonej roli. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy widziałam jego aktorstwo, a nie gwiazdorstwo i ciężko mi idzie... Viola Davis dostała chyba rolę Amandy dzięki swojej grze w How to Get Away with Murder, jednak jej postać w ogóle mnie nie przekonuje, zbyt dużo w niej zadęcia, zbyt mało wyrachowania, które jest widoczne w czynach, ale nie w oczach. O wiele bardziej wiarygodnie postać Amandy Waller oddaje Cynthia Addai-Robinson z serialu Arrow. I piszę to z całą moją sympatią dla Davis, która aktorką jest dobrą.

Do znudzenia już powtarza się schemat fabularny, oklepane żarty nie śmieszą (chyba że wypowiada je Harley, która stała się moją nową idolką i chętnie zobaczyłabym ją w samodzielnym filmie). Niestety, nie mogę powiedzieć, że pomysł miał w ogóle potencjał, bo historia to zwykła sieczka.

Hitch? Bad Boys?...