Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 września 2017

Całkiem nieźle się bawią - "Zabawa w Boga", ŚKF 2017 r.

Zabawa w Boga to zbiór opowiadań, w którym autorzy dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat boskości, nieograniczonej niemal władzy (tak, przede wszystkim władzy), nieśmiertelności i konsekwencji, jakie one ze sobą niosą. Większość zbioru to dobre historie, biorące na warsztat znane motywy. Kilka z nich tworzy z nich nową jakość, kilka pozostaje w schematyczności, ale plusuje stylem, wykreowanym światem. W całym zbiorze jedno opowiadanie szczególnie mnie poruszyło, i formą, i tematem. Zbiór opatrzony jest ślicznymi, autorskimi ilustracjami Alicji Tempłowicz.

Korona północy Anny Askaldowicz to wzruszająca, sprawnie napisana wariacja na temat dalszych losów Ariadny i Dionizosa, o tym jak miłość, choć bezsensowna, może trwać wieki, o tym jak bardzo bóg jest podobny do człowieka, o tym, jak lubimy się zadręczać. Sarkastyczny ton opowiadania Kary i żywioły Jesiona Kowala wyróżnia się wśród całego zbioru, w którym autor płynnie przechodzi między tonami opowieści, z sarkazmu w powagę i odwrotnie, a gdzieś w tle majaczy inspiracja Szekspirem. Serce Vann Karoliny Fedyk przedstawia przede wszystkim ciekawy świat, który chętnie poznałabym lepiej. To również intrygująca i trzymająca w napięciu historia, zaskakująca zakończeniem, napisana w dobrym stylu, w której autorka podważa stary jak świat wątek - uzurpowanie przez człowieka prawa do boskości. Tylko imię jednego z bohaterów niefortunne; Zaim czytam za każdym razem jak zanim… Od innej strony do tematu podchodzi Anna Hrycyszyn w opowiadaniu Chirurg, dramatycznej i przejmującej historii obdarowanego mocą uzdrawiania chirurga, która pobudza do refleksji, czy taka moc jest darem, czy przekleństwem. Do grupy ciekawych, intrygujących opowiadań zaliczam także Przyjmujący nowe Benjamina Rosenbauma, przede wszystkim ze względu na wątek przekazywania dziedzictwa klanowego, wspomnień i swoistej reinkarnacji (Ghennungi), który jest podstawą całego opowiadania. Wniosków z lektury można wyciągnąć kilka, najbardziej wyrazisty jest chyba jednak ten mówiący, że im większa potęga, tym większa degeneracja. Interesujący świat wykreowany jest także w opowiadaniu Magdaleny Czarneckiej. Ordan trochę mi przypomina western, kojarzy się z serialem Firefly, trochę z Mad Maxem, to chyba przez ten pustynny klimat i osadzenie akcji na innej planecie. Nie do końca satysfakcjonuje mnie zakończenie tej historii, spodziewałam się większej puenty albo huku.

Perełką zbioru jest dla mnie Mrok zabije wieloryba Olgi Nizołek. To ciekawe w formie opowiadanie o inności, nietolerancji, lękach przed nieznanym i niezbadanym, ale przede wszystkim o miłości, często niespodziewanej i nie wyczekiwanej, o dopełnianiu się dwojga ludzi. A w pierwszej chwili sądziłam, że najlepsze w zbiorze będzie opowiadanie Lek Marty Potockiej, ze względu na bardzo aktualne i budzące emocje tematy - rak, długowieczność, manipulacje na szczeblach polityki i... emerytura. Sama fabuła jest dość niepokojąca, jednak psuje ją puenta, nie do końca pasująca mi do brzmienia opowiadania. A w dodatku coś, co wydawało się puentą, nią nie było, i przez taką przerwę opowiadanie zupełnie straciło tempo. Opowiadaniem, w którym z kolei puenty mi brakowało całkowicie, jest Wyliczanka Agnieszki Zapart. To wizja niedalekiej przyszłości, przedstawiona w prostym stylu, chociaż naszpikowanego zbędnymi i zbyt wydumanymi metaforami, zawierającego wiele powtórzeń. Im dalej jednak w historię, tym mniej wadzi styl. Autorka polemizuje z wieloma opiniami, według których gry planszowe to strata czasu. A jej argumenty są mocne, mimo dość łagodnej formy ich wyrażania. Jedynie zakończenie mi nie brzmi, nie pasuje do całości, brakuje puenty. Bardzo dobrym, chociaż mocno rozpraszającym dla mnie, opowiadaniem jest także Marzenie Rotha Małgorzaty Bińkowskiej. W lekturze rozpraszały mnie przede wszystkim pytania o to, kim (lub czym) jest tytułowy Roth, w jaki sposób funkcjonuje, jak praca na makiecie z figurkami pomaga w zmianie funkcjonowania wielkich biznesów... Ale mimo wszystko udało mi się przezwyciężyć mój logiczny umysł i z rosnącą fascynacją czytałam do końca jedno z lepszych opowiadań w zbiorze. Warunek początkowy Krystyny Chodorowskiej to najbardziej techniczne ze wszystkich opowiadań, o tym w jaki sposób można stworzyć bota naturalnego i do czego może doprowadzić fascynacja sztuczną inteligencją. Chociaż sama tematyka i sposób jej przedstawienia mnie znudziła i okazała się zbyt mało obrazowa, to doceniam szczegółowość i realistyczność opisu, a najbardziej interesujący był dla mnie aspekt psychologiczny, któremu autorka również poświęciła sporo miejsca.

Kiedy zaczynałam pisać tę recenzję, sądziłam, że więcej opowiadań będzie zdecydowanie średnich. Tymczasem tak naprawdę nie przekonały, nie podobały mi się tylko dwa z nich. Kot z pudełka Łukasza Marka Fiemy trąci myszką, jest bardzo nierówne, fabuła rozkręca się zbyt powoli jak na opowiadanie. My eter Alicji Tempłowicz, przedstawiające zdegenerowane społeczeństwo arystokracji “borykające” się z problemem długowieczności, jest naładowane wulgarnością, jednak nie widzę w nim żadnego przekazu, nic też innego mnie tutaj nie urzekło.

Za udostępnienie zbioru dziękuję Śląskiemu Klubowi Fantastyki i trzymam kciuki za kolejną, tak udaną antologię, Skafander i melonik.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wsi spokojna, wsi wesoła, wsi słowiańskich demonów pełna... - "Stara Słaboniowa i spiekładuchy", Joanna Łańcucka, Oficynka 2013 r.

Stara Słaboniowa i spiekładuchy to lekkie, zabawne opowiadania w sielskim klimacie polskiej wsi. Tradycyjne w formie, nie ma tu zabawy z konwencją, a autorka całymi garściami czerpie z dawnych legend i mitów słowiańskich, przesądów i wierzeń naszych przodków. 

Życie w Capówce toczy się wolno, leniwie, spokojnie, od czasu do czasu tylko zakłócane przez tytułowe spiekładuchy, ale i one nie są jakoś specjalnie agresywne (poza jednostkowymi przypadkami). Można się rozpłynąć w takim życiu, z pewną tęsknotą zaczytywałam się w kolejnych opowieściach. Wspomnieniami wracałam do mojego dzieciństwa na wsi, tego, że każdy znał każdego i ludzie starali się sobie pomagać, mimo oczywiście nieodłącznych plotek. Zbiór Łańcuckiej to taka realistyczna idylla, bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zwolnić gonitwę, wsłuchać się w siebie, spojrzeć na ludzi, poznać sąsiadów...

Większość potworów występujących w opowiadaniach są przywoływane z ludzkiej przyczyny, z bezmyślności lub okrucieństwa. Z nauk kościelnych i podejścia księży do opisywanych wydarzeń autorka kpi, ale bez potępienia, raczej traktuje to jak dobry kabaret. Wytyka klerowi obżarstwo i chciwość, hipokryzję i biurokratyczne, rutynowe podejście. Mieszkańcy Capówki to w większości prości ludzie, targani niejednokrotnie silnymi emocjami i pragnieniami, jak my wszyscy. Na straży spokoju wioski stoi schorowana, stara Słaboniowa, tutejsza Mądra, żyjąca nieco z boku wszystkich wydarzeń, ale w razie trwogi to do niej każdy zwraca się o pomoc.

Ten zbiór opowiadań to lektura w sam raz na letnie wieczory i dla tych, co chcą się oderwać od codziennych trosk, a wstydzą się baśnie czytać.

czwartek, 16 czerwca 2016

Powieści - tak, opowiadania - niespecjalnie - "Gra na wielu bębenkach", Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie 2010 r.

Niedawno w swoim księgozbiorze odkryłam tom opowiadań Olgi Tokarczuk. Gra na wielu bębenkach wydała mi się idealnym odpoczynkiem od dłuższej formy, ponadto dawno już nie czytałam Tokarczuk, od czasów lektury Prowadź swój pług przez kości umarłych. Postanowiłam więc przypomnieć sobie styl autorki, tym bardziej, że Księgi Jakubowe czekają. Sądziłam, że będzie to dobry pomysł na wprawienie się przed dłuuuugą formą najnowszej powieści Tokarczuk. Nie był.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Magia w stylu wiktoriańskim - "Damy z Grace Adieu", Susanna Clarke, tłumaczenie: Małgorzata Strzelec, MAG 2015 r.

Lata temu próbowałam przeczytać powieść Susanny Clarke Jonathan Strange i pan Norrell i książka kompletnie nie przypadła mi do gustu. Wydawała mi się nudna, powolna… Do sięgnięcia po zbiór opowiadań tej autorki zachęciła mnie… Jane Austen, z której twórczością dopiero niedawno zaczęłam się zapoznawać. Gdzieś przeczytałam (albo ktoś mi powiedział, nie pamiętam), że Susanna Clarke w twórczości inspiruje się stylem tej wspaniałej XIX-wiecznej pisarki. Lubię i cenię Jane Austen, postanowiłam więc jeszcze raz wrócić do Clarke. Zaczęłam od opowiadań i dzisiaj żałuję, że nie mam już w swojej bibliotece Jonathana Strange’a i pana Norrella, bo z pewnością byłaby to książka, do której sięgnęłabym po zakończeniu lektury opowiadań Clarke.

czwartek, 7 stycznia 2016

Najwyższy czas na Annę Kańtoch, nie Anię – Anna Kańtoch, „Światy Dantego”, Uroboros 2015

Odważny, intrygujący, wciągający, różnorodny – to cechy najnowszego zbioru opowiadań jednej z najlepszych autorek polskiej fantastyki. Nie prenumeruję żadnego z czasopism, nie kupuję tematycznych zbiorów opowiadań (chyba że są o kotach), nie mam czytnika, dlatego cieszę się, że wydawnictwo Uroboros zdecydowało się wydać tom złożony z opowiadań Anny Kańtoch. Dzięki temu mogłam poznać kolejne strony twórczości tej niezwykle utalentowanej pisarki. Anna Kańtoch pokazała już, że nie boi się eksperymentować w żadnym aspekcie pisarskim, czy to fabularnym, czy w budowaniu postaci, czy też stylu. Ten zbiór utrwala jej wizerunek jako nietuzinkowej pisarki.

Światy Dantego zawiera w sobie nie tylko tytułowe opowiadanie, lecz także osiem innych tekstów, każdy inny pod względem tematu, bohaterów, pomysłu i jego rozwinięcia. Smykałkę do eksperymentów widać moim zdaniem najbardziej w Człowieku nieciągłym i Oknie Myszogrodu. Pierwsze to intrygujące, budzące niepokój opowiadanie z wątkiem niespójności czasu i przewrotnym zakończeniem. W Oknie Myszogrodu również pojawia się temat czasu i jego płynności. Chociaż pomysł wydawał mi się ciekawy, to jakby w jego realizacji coś przygasło i nie poruszyła mnie opowiadana tutaj historia. Plusem natomiast jest cudowna wizja dawnego Krakowa, jakby XIX wiecznego miasta, którego atmosfera kładła się subtelną mgłą na fabule. Autorka ma prawdziwy dar w oddawaniu klimatu retro, co też doskonale zrobiła w mrocznym Cmentarzysku potworów. To dla mnie jedna z najlepszych opowieści w tym zbiorze, idealne połączenie niepokojącej historii pewnego iluzjonisty wplątanego w rodzinną tajemnicę z umiejętnie dozowanym napięciem i akcją wymagającą pełnej uwagi czytelnika. Na pierwszym miejscu postawiłabym Światy Dantego. Wizja piekła, jaką stworzyła tutaj Kańtoch, sprawia, że bardzo mnie cieszy, że nie wierzę w żadne piekło (poza tym ziemskim). Zaszczytne, trzecie miejsce zajmuje u mnie opowiadanie Duchy w maszynach, które zawiera jedno z lepszych pierwszych zdań, z jakimi spotkałam się w literaturze. Swoim stylem i wątkiem przypomina mi lekko trylogię o Przedksiężycowych. Przedstawiony tutaj świat, pełen szamanów, obcych, wskrzesicieli, duchów karmiących się krwią martwych ludzi, spokojnie nadaje się na rozwinięcie w osobną powieść.

Mimo różnorodnej tematyki widać w dalszym ciągu, że to, w czym Anna Kańtoch czuje się najlepiej, to specyficzne pomieszanie grozy i tajemnicy. Te opowiadania mają o wiele brutalniejszy wydźwięk niż to, co do tej pory czytałam tej autorki. Kańtoch pokazuje, że doskonale radzi sobie w każdym stylu i potrafi go dostosować do opowieści. Jest też mistrzynią w budowaniu napięcia, zmusza do ciągłej uwagi. Tym często mnie irytuje, bo odwleka rozwiązanie, karmi mnie drobnymi szczegółami i gdy już mi się wydaje, że rozgryzłam zagadkę, dostaję element wywracający całą moją koncepcję. Chociaż taki klimat mają właściwie wszystkie historie, najpełniej tę atmosferę oddają opowiadania Miasteczko, Rodzina w lustrze, Za siedmioma stopniami i Szczęścia i wszelkiej pomyślności. W Miasteczku i Szczęścia… to napięcie i groza układają się we wspaniałe historie z dreszczykiem. Zwłaszcza Szczęścia i wszelkiej pomyślności, gdzie dochodzi do tego świetnie oddany wątek rodzinny. Za siedmioma stopniami wydawało mi się doskonałym przykładem na igranie autorki z czytelnikiem, które nie pozwoliło mi się oderwać od lektury. Jednak rozwiązanie całej tajemnicy rozczarowuje, jest zbyt proste, jak na tak skrupulatnie zbudowaną intrygę. Najmniejsze wrażenie w całym zbiorze wywarło na mnie, o zgrozo!, opowiadanie z Domenikiem Jordanem. Uwielbiam historie w Zabawki diabła i Diabeł na wieży, często do nich wracam. Rodzinę w lustrze z trudem doczytałam do końca. Chociaż jest utrzymane w klimacie zbiorów sprzed dziesięciu lat, to wydaje mi się wymuszone, jakby autorka nie bardzo chciała wracać do tego bohatera. Przyczyną może być też fakt, że zagadka właściwie rozwiązuje się sama i Domenic jest tylko „popychaczem” akcji, sam nie ma w tym specjalnego udziału. Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie pogratulowała autorce nie tylko zachowania stylu, ale też wiarygodnego przedstawienia niedoświadczonego w tematyce śledztwa i demonów bohatera (to jego pierwsza sprawa).

Tak jak szeroki jest wachlarz tematów autorki, tak wiele potrafi ona stworzyć postaci, a każdy będzie inny. Dzieci, młodzież, młodzi, dojrzali, starsi, kobiety, mężczyźni, nie ma to znaczenia - każdego Anna Kańtoch potrafi wiarygodnie przedstawić, o wielu chciałoby się poczytać więcej. Autorka szczególnie w tych opowiadaniach pokazuje, że jest świetnym obserwatorem społecznym i umiejętnie przelewa te obserwacje na papier, pokazując ludzi w rzeczywistych sytuacjach, nawet jeśli nie opisuje akurat rzeczywistego świata. Doskonale tutaj widać, że usiłuje przeniknąć przez ludzkie umysły, dotrzeć do genezy ich zachowań, zwłaszcza tych kontrowersyjnych, nie boi się wnikać głębiej, pod skórę, w te najdalsze i najohydniejsze zakątki ludzkiego mózgu. Uwielbiam jej dziecięcych i nastoletnich bohaterów. Wydaje mi się, że jest to jedna z niewielu pisarek, która tak świetnie potrafi zobrazować dziecięcą psychikę. Dzieciaki nie są tu pokazane jako niewinne, nieświadome istoty, za jakie są jednak nadal uważane w naszym społeczeństwie. Przedstawiając portrety swoich nieletnich bohaterów, Kańtoch skłania do zastanawiania się, co tak naprawdę myślą dzieci i zachęca do traktowania ich jak równych dorosłym, bo przecież często są mądrzejsze tą nieskażoną, pierwotną mądrością.

Zbiór jest opatrzony wstępem i posłowiem autorstwa Jakuba Ćwieka. Pisarz popełnił także krótkie wstępy do każdego z opowiadań. Zgodnie z moją tradycją czytałam wszystko po lekturze opowiadań i byłam zaskoczona, jak zbieżne są moje odczucia z emocjami, którymi podzielił się autor do każdej z historii. Moim zdaniem zbiór nie potrzebował tej oprawy, zbyt sentymentalnej jak na mój gust i przedstawiającej autorkę jako Anię, koleżankę po piórze, niepozorną, zamkniętą, która siedzi sobie w kąciku i coś tam pisze, co zaskakująco okazuje się dobrą literaturą… A to jest Anna Kańtoch, proszę państwa, dojrzała pisarsko, wciąż doskonaląca swój dobry warsztat pisarka i najwyższy czas, aby Anią była już tylko prywatnie.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 22 października 2015

Nie dla mnie opowieści w stylu chińskim - "Drugie odkrycie ludzkości. Nostrilla", Cordwainer Smith, tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz, MAG 2015 r.



Twórczość autorstwa Cordwainera Smitha było pierwszą od dawna książką science fiction, którą przeczytałam. Spodziewałam się filozoficznych przemyśleń na temat współczesności (czy też ówczesności, twórczość Cordwainera to lata 50-70. XX wieku), treści skłaniających do refleksji. Przyznam, że część opowiadań, a zwłaszcza powieść dały mi to, czego oczekiwałam. Jednak jest coś w tej twórczości, co przeszkadzało mi ją w pełni odbierać, a lektura przychodziła mi ciężko ze względu na styl autora i wątki fabularne, które mnie zwyczajnie nudziły.

Początkowo obawiałam się, że nie będę w stanie pojąć pełni świata bez braku kontekstu, genezy przedstawianej teraźniejszości, która wydawała się być zawarta w opowiadaniach w tym zbiorze nieobecnych. Jednak okazało się, że opowiadania służą bardziej do objaśniania wizji świata Instrumentalności niż do przedstawienia samych historii. W lepszej orientacji pomagały też krótkie wstępy do każdego z nich. Rozmach przedstawianego świata jest doprawdy imponujący, wiele jego aspektów wydaje się dobrze przemyślanych, zwłaszcza obyczajowość i układ społeczny, wątek mechanizacji ludzkości. Świat przyszłości autora jest bardzo rozbudowany i bogaty w ciekawe definicje, wyjaśnione z zachowaniem zasad wszelkiej logiki. Było jednak kilka zgrzytów, które sprawiły, że nie czułam się do końca przekonana. Autor przedstawia niby fikcyjne uniwersum przyszłości (nietrudno odnieść jednak wrażenie, że jest to nasza przyszłość), gdzie wszystko jest zmechanizowane, plaże są sztuczne, pogoda jest sterowana, kobiety są wyzwolone do granic wolności, a mimo wszystko ludzie nadal korzystają z instytucji małżeństwa z miłości, kobiety nadal ze wstydem i po kryjomu usuwają ciąże… Wydaje się, że były elementy, których Smith nie potrafił swoją kreatywnością przekroczyć. 

SF jest tu pretekstem do pokazania moralnych dylematów, pewnej filozofii przekonań o ludzkiej kondycji i zachowaniach, które nie zmieniają się nawet, kiedy ludzie przestają być ludźmi. Jednak najbardziej odczuwalny, i w dłuższej perspektywie męczący, był dla mnie romantyzm i nostalgia, stanowiące silne tło tych historii. Bohaterowie Smitha cierpią często z powodu utraconej, tragicznej albo wypaczonej miłości. Świat Instrumentalności to świat, w którym najważniejsza jest chłodna logika a nie odczuwanie, kolejne udoskonalenia techniczne i coraz dalsza eksploracja wszechświata. Mam wrażenie, że sama treść fabuły i osobowości bohaterów nie były dla autora specjalnie istotne, a te dwa aspekty opowieści są dla mnie jako czytelnika jednymi z ważniejszych. Styl tych historii jest prosty, przejrzysty, czasami lekko zabarwiony ironicznym humorem, jednak brakuje w nim życia. To przede wszystkim monotonia języka i tematyki sprawiały, że potrzebowałam dłuższych przerw między jedną a drugą opowieścią. Wyjątkiem są opowiadania: Na próżno żyją skanerzy (realistyczny obraz świata z uśpionymi ludźmi i opiekującymi się nimi tytułowymi skanerami, w którym chłodna logika jest najwyższą wartością); O damie, co Duszą żeglowała (plastyczna wizja podróży kosmicznych z ciekawym wątkiem miłosnym), Gra w szczurosmoka (oryginalna opowieść o sztuce wojennej w kosmosie z wątkiem emocji w tle i przewrotnym zakończeniem), Umarła lady z Miasta Prostaczków (ciekawe spojrzenie na rewolucję, które można odczytywać zarówno jako pochwałę działań powstańczych, jak i ich krytykę; klimat tej historii przypominał mi lekko Przedksiężycowych Anny Kańtoch), Zbrodnia i chwała komandora Suzdala (przerażająca i romantyczna wizja konsekwencji ludzkiej adaptacji do każdych warunków), Ballada o zagubionej Ka-Mell (przyjemnie opowiedziana historia niespełnionej miłości z wątkiem rewolucyjnym) i Planeta zwana Shayol (bardzo realistyczne przedstawienie piekła, podczas lektury cały czas miałam przed oczami obrazy Hieronima Boscha). Te historie przeczytałam z przyjemnością, dały mi wiele do myślenia i pozostaną ze mną jeszcze przez jakiś czas.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra. 

czwartek, 15 października 2015

W stylu Gaimana, czyli kameleonem być - "Drażliwe tematy. Krótkie formy i punkty zapalne", Neil Gaiman, tłumaczenie: Paulina Braiter, MAG 2015 r.

Ostatnimi czasy Gaiman kojarzył mi się tylko z opowieściami dla dzieci. Wydanie najnowszego zbioru opowiadań powitałam więc z ogromną radością. Wreszcie coś dla dorosłych! Drażliwe tematy przypomniały mi, jak oryginalnym pisarzem jest Neil Gaiman i jak bardzo lubię jego krótkie formy, do których nie zaglądałam od czasu Rzeczy ulotnych. Chociaż nie wszystkie historie przypadły mi do gustu, to lektura przeważającej większości sprawiła mi dużą przyjemność, wielokrotnie skłaniała do refleksji i często budziła uśmiech. Wszystkie opowiadania dowodzą, jak wielką wyobraźnię posiada Brytyjczyk i że nie można go zaszufladkować do żadnego stylu, ponieważ jego stylem jest zmienność stylu. I ta zmienność jest cudowna, autor bowiem ciągle potrafi zaskoczyć ciekawym pomysłem, formą, odświeżeniem znanego schematu.

Tematem przewodnim zbioru są opowieści „drażliwe”, jak głosi tytuł książki, takie, które powodują, że wypadamy z bezpiecznego, normalnego świata w miejsce znacznie mroczniejsze i mniej gościnne [s. 7]. Z całego tomu mogę wybrać zaledwie kilka takich historii, które mnie do takiego miejsca zabrały, które sprawiły, że czułam się nieswojo, zaniepokojona, wystraszona. Ich klimat jest rzeczywiście mroczny, może wywołać lekki dreszcz, momentami nawet grozę. Taka jest Prawda to jaskinia w czarnych górach…, lekko przewrotna, mroczna historia zemsty z fantastycznym tłem. To jedno z moich ulubionych opowiadań. Na pograniczu grozy i humoru jest Klik-Klak Grzechotka, króciutka dobranocka niezupełnie dla dzieci. Z każdym kolejnym zdaniem czułam się jak jej bohater: chociaż przeczuwałam, co się wydarzy, i tak czytałam, jak zahipnotyzowana… Podobnie niepokój wzbudza Problem z Cassandrą, intrygująca, zabawna i przewrotna opowieść o sile ludzkiej wyobraźni. W tonie lekkiej groteski z dreszczykiem jest utrzymana Moja ostatnia gospodyni opowiadająca o zgryźliwej, wiecznie narzekającej gospodyni, przestrzegającej swoich lokatorów przed niebezpieczeństwami morza. Najbardziej niepokojącą opowieść zawierają chyba Żeńskie końcówki, podtrzymujące napięcie i skupiające uwagę, ponieważ opisywana tu historia nie jest oczywista. Mroczny klimat ma także Śpiąca i wrzeciono, która jest zaskakującym połączeniem dwóch najbardziej znanych baśni. Najlepsza jednak opowieść i moje ulubione opowiadanie w tym zbiorze, będące idealną mieszanką grozy, smutku i chłodu, to Czarny pies z Cieniem z Amerykańskich bogów w roli głównej. Pisana w specyficznym, powolnym tonie powieści sprawiła, że zatęskniłam za tym światem. Pełen spokoju, metodyczny, osadzony w sobie, świadomy dwóch wymiarów Cień jest jednym z ciekawszych bohaterów, z jakimi się zetknęłam.

Wiele opowieści cechuje absurdalne, specyficzne gaimanowskie poczucie humoru, jak Przygoda, pokręcona, zdecydowanie zbyt krotka opowieść o pewnej przygodzie, jaka przydarzyła się ojcu głównego bohatera, a którą bardzo chaotycznie opowiedziała bohaterowi jego matka. Autor doskonale uchwycił zdolność ludzi do pokrętnego opowiadania historii, w której miesza się wiele faktów i z której w sumie niewiele można zrozumieć… Także Pomarańcz jest prześmieszną historią w ciekawej formie rządowego kwestionariusza, która zasadza się na skutkach przedawkowania samoopalacza do ciała. Absolutnym popisem humoru Gaimana jest natomiast I zapłaczę jak Aleksander, które podaje bardzo proste uzasadnienie, dlaczego niektóre pomysły rodem z science fiction nie zostały zrealizowane. Mniej zabawna, ale też posiadająca pewien urok, jest baśń dla dorosłych Brylanty i perły: baśń, być może inspirowana baśnią Wróżki Perraulta, uwspółcześniona i nie kończąca się szczęśliwie. Piękne językowo, przyjemne i z lekkim humorem jest opowiadanie o czasie i przestrzeni zatytułowane Inwokacja indyferencji. Podobnie Godzina Nic, będąca wyrazem uwielbienia Gaimana do Doktora Who, łączy w sobie elementy serialowego humoru, absurdu oraz lekkiej grozy.

Są także historie smutne, jeśli nie w całości, to w dużej części, jak wspomniany już Czarny pies czy Prawda to jaskinia w czarnych górach…. Najmocniej chyba w te emocje bije jednak W bezsłoneczną morska toń, krótka, ale idealnie wymierzona historia ogromnej rozpaczy i bezbrzeżnego smutku po stracie, który prowadzi w szaleństwo. Filozoficzne i budzące wiele refleksji jest opowiadanie Powrót Chudego Białego Księcia, w którym bohater zastanawia się, czy to, że gdzieś wiecznie gonimy oznacza, że uciekamy od czegoś, czy do czegoś zmierzamy. Podobnie „Jerozolima” sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad tym, co ważne w życiu, jacy naprawdę są ludzie, czym jest wiara. Filozoficzna jest także historia Śmierć i miód z Sherlockiem Holmesem w roli głównej. To utrzymana w klimacie rewelacyjnego Studium w szmaragdzie niespieszna i klimatyczna opowieść o starym detektywie, który ostatnie lata życia spędza na rozwiązaniu największej zagadki ludzkości. Obok Czarnego psa jest to najlepsze opowiadanie całego tomu.

Godna podziwu jest umiejętność Gaimana do tworzenia opowieści na błahej podstawie, jak choćby otwierające zbiór Robienie krzesła. Wstęp, w którym autor opisuje genezę swoich opowiadań, pokazuje w jak niezliczonej ilości różnych projektów bierze on udział i że jego mozg dosłownie co chwila „wyrzuca” pomysły. Zwieńczeniem jednego z takich projektów jest kompilacja historyjek zawarta w Opowieści kalendarzowej, po jednej na każdy miesiąc roku. Najbardziej podobały mi się z nich Opowieść marcowa, zawierająca w sobie echo pirackich przygód, Opowieść czerwcowa, która udowadnia, że wieczna niezgoda w związku nie musi oznaczać braku miłości, piękna jest też Opowieść sierpniowa o ogniu, popiołach i ludzkiej zarozumiałości, a także Opowieść październikowa  będąca romantyczną baśnią o spełnianiu życzeń i dawaniu. 

Dużo w tych opowiadaniach samego Gaimana. Krótkie formy są o wiele bardziej osobiste niż jego powieści. Drażliwe tematy to nie jest zbiór doskonały, niektóre historie w ogóle mnie nie poruszyły, wypadły z mojej głowy tuż po ich przeczytaniu. Jednak warto było sięgnąć po ten pięknie wydany tom dla tych kilkunastu historii. Z pewnością nie tylko fani autora znajdą tutaj coś dla siebie.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 17 września 2015

Ani dla dorosłych, ani dla młodzieży - "Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury", Philip Pullman, tłumaczenie: Tomasz Wyżyński, Albatros 2014 r.

Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach nowe wydanie „Baśni braci Grimm” w opracowaniu Philipa Pullmana, byłam ciekawa, ile tu będzie nowego i opracowania. Zabrałam się do lektury, jak tylko dostałam książkę. Szybko stwierdziłam, że trudno będzie zrecenzować taką pozycję, wszak baśnie tutaj zebrane należą do klasyki, większość z nich jest znanych w oryginalnej wersji, co tu oceniać? Baśń jest na tyle specyficzną formą literacką, przemawia do zupełnie innych rejonów ludzkiej wrażliwości (zwłaszcza dziecięcej), że niesprawiedliwym byłoby poddawanie jej takiej analizie jak innych gatunków prozy. Wiadomo, że jedne są strukturalnie lepsze, inne gorsze, o czym świadczy fakt, że tylko niektóre baśnie Grimmów zyskały nieśmiertelną popularność i mają ogromną nośność nawet w dzisiejszych czasach. Ja sama znam tylko kilka z nich, zawsze bardziej do mnie przemawiały baśnie polskie zebrane w tomie „U złotego źródła” (oczywiście dziś wiem, że są to inne wersje baśni Grimmów czy rosyjskich lub białoruskich, ale to niczego nie zmienia) czy „Baśnie” Hansa Christiana Andersena. Podobała mi się forma tych opowieści, ich klimat, stylizacja.

Philip Pullman postanowił oczyścić z literackich naleciałości (zwłaszcza ze stylizowanej formy) wybrane baśnie Grimmów, przywracając, swoim zdaniem, ich formę sprzed wieków. Swoją motywację wyjaśnia we wstępie, w którym też prezentuje własne podejście do tego, czym baśń jest i czym powinna pozostać. Tłumaczy też, dlaczego niektóre baśnie z przedstawionych w zbiorze zmodyfikował według własnego uznania. Przyznam, że wstęp to najlepszy fragment książki autorstwa Pullamana, z pewnością o wiele bardziej ciekawy niż opracowania poszczególnych historii. Przede wszystkim dlatego, że uzmysławia, jak ciężko, wbrew pozorom, jest stworzyć dobrą baśń. Udowadnia też, że historie baśniowe najlepsze są, gdy są żywe, gdy są zmieniane, udoskonalane, o ile nie naruszają przekazu.

Komentarzy wieńczących każdą z baśni nie można nazwać opracowaniem, niczego bowiem nie wnoszą, niczego nie uczą, niczego nie uzmysławiają. Istotne informacje w nich zawarte dotyczą źródeł, z których pochodzą, podobnych baśni, jakie zostały spisane oraz typów według „The Types of International Folktales”. Liczyłam na głębszą analizę, na odniesienia do konwencji, na autorski komentarz względem wersji ludowej a tego, jak bardzo się zmieniła z czasem.

Niestety zbiór przedstawiony przez Pullmana najbardziej zainteresuje dzieci, dla których wciąż baśnie tu zawarte będą swoistymi drogowskazami. Ani młodzież, ani dorośli nie znajdą w nim interesującej zawartości.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Katedra.

czwartek, 6 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień V: Książka, która sprawia Ci radość

I dzisiaj przyszła kolej na Anię Kańtoch i jej opowiadania o Domenicu Jordanie. Wyłamię się ze schematu jednej książki, ponieważ nie umiem stwierdzić, który tom opowiadań podoba mi się bardziej - uwielbiam czytać zarówno Zabawki diabła, jak i Diabeł na wieży.

Domenic Jordan to dla mnie jedna z ciekawszych postaci literackich. Tajemniczy, inny niż cała reszta młodzieniec o nienagannych manierach i właściwie całkowitym braku emocji. Podążający własną ścieżką szlachcic, którego losy poznajemy dopiero po jakimś czasie, zdaje się interesować wyłącznie ciekawymi zagadkami i rozwiązuje je z prawdziwym zacięciem detektywa. Jego szczerość i bezpośredniość, a często również nieczułość na ludzkie słabości, nie zjednuje mu przyjaciół, budzi natomiast fascynację.

Fabuły każdego z opowiadań są wciągające i intrygujące od początku do końca. Autorka doskonale stopniuje napięcie i wie, jak zarzucać wskazówki, by czytelnik złapał się na haczyk. Robi to tak umiejętnie, że zastanawiasz się, kto, jak i dlaczego, a i tak nie jesteś w stanie zgadnąć. Historie te mają też jedną niezwykłą właściwość - po jakimś czasie od ich przeczytania zapominam, co stanowiło rozwiązanie tajemnicy i jak główny bohater do niego doszedł. Dzięki temu za każdym razem mogę się cieszyć lekturą, jakbym sięgała po zbiory opowiadań po raz pierwszy.

Bardzo lubię też wykreowany przez Anię Kańtoch świat. Zachowania, wydarzenia, opisy strojów i miejsc sugerują, że akcja mogłaby się dziać w XVIII- lub XIX-wiecznych Włoszech, może we Florencji albo Wenecji, ale jest to oczywiście zupełnie fikcyjna rzeczywistość. Doskonałym pomysłem jest również wątek świętych, którzy mogą karać, błogosławić, chronić, ale także zabijać, nie będąc w pełni materialnym istotami.



Diabeł na wieży, Zabawki diabła

Anna Kańtoch
Fabryka Słów
2005-2006

wtorek, 4 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień III: Twoja ulubiona seria

Nie lubię serii. Już niejednokrotnie o tym pisałam - jeśli to nie jest trylogia albo kwadrologia, często nawet się nie zainteresuję. Bardzo niewielu autorów potrafi utrzymać moją uwagę - Charlaine Harris znudziłam się po piątej powieści, Adrian Tchaikovsky nie przekonał mnie drugim tomem Imperium Czerni i Złota, Tad Williams zdenerwował mnie, kiedy oznajmił, że Marchia Cienia będzie kwadrologią - ostatniego tomu nie tknęłam. Poza tym uważam, że cykl powinno się czytać ciurkiem, od pierwszego do ostatniego tomu. Dlatego czekam, aż George R.R. Martin skończy Grę o tron (albo umrze - co zważywszy na tempo jego pisania i stan zdrowia jest przez niektórych uważane za bardziej prawdopodobne). Ostatnio dowiedziałam się, że Scott Lynch z trylogii o Locke'u Lamorze postanowił zrobić siedem (poprawka - niedawno okazało się, że będzie co najmniej osiem) powieści i stwierdziłam, że w takim razie poczekam i być może, kiedy już się pojawią wszystkie, powrócę do tego bohatera.

Być może dlatego (ale nie głównie dlatego) w tej kategorii nie miałam żadnych wątpliwości - cykl wiedźmiński Andrzeja Sapkowskiego.

Mam pierwotne wydania z cudownymi okładkami Bogusława Polcha, po które sięgam co jakiś czas, chociaż już od kilku lat nie odświeżyłam sobie całej historii. Obiecałam sobie to zrobić po nieszczęsnym i rozczarowującym Sezonie burz, któremu odmawiam miejsca w cyklu, ponieważ nie tylko jest to najsłabsza książka Sapkowskiego, ale też niczego nie wnosi w cykl. O wiele lepszą robotę w przywróceniu mi świata wiedźmina i wyjaśnieniu jego dalszych losów wykonali twórcy trylogii komputerowej, ale o tym być może innym razem.
Opowiadania i pięcioksiąg opowieści o Geralcie i Ciri to według mnie najlepsza historia polskiej fantasy i jedna z najlepszych na świecie. Książki czytałam wielokrotnie, były przedmiotem moich dwóch prac naukowych i myślę, że pozostaną na pierwszym miejscu do końca mojego życia.
Jest to dla mnie seria szczególna z tak wielu względów, że nie jestem w stanie ich wymienić. Z każdą lekturą daje mi coś innego, niezmiennie bawiąc mnie grą z konwencją, barwnym stylem, ciętymi dialogami i komentarzami, krwistymi i kompleksowymi postaciami. Cykl, jak żaden inny, potrafi we mnie wzbudzić radość, czysty śmiech, żal, smutek i rozpacz, nasuwa mnóstwo przemyśleń o rzeczywistości.
Zawsze z chęcią przenoszę się do świata słowiańskich potworów, śmieję się z rozmów bohaterów i złośliwości narratora, nienawidzę i kocham bohaterów, za każdą lekturą trochę inaczej i innych.
A wiecie, co skłoniło mnie do sięgnięcia po książki? Nie był to nikt ze znajomych, nie było ich w mojej bibliotece. Zaczęłam się interesować cyklem po obejrzeniu filmu Wiedźmin i po tym, jak zakochałam się w Geralcie Michała Żebrowskiego. Film to największy chyba koszmar kina polskiego i o nim będzie osobny wpis w tym wyzwaniu, ale w chwili, kiedy go oglądałam w sali kinowej, nie znając fabuły opowiadań, nawet mi się podobał. No dobra, spodobał mi się Michał Żebrowski. I mówcie, co chcecie, ale gdybym miała wybierać obsadę do cyklu, to nadal pozostałby on idealnym kandydatem. Tak więc zakochana po uszy w filmowym Geralcie, poruszyłam grono znajomych i udało mi się pożyczyć wszystkie książki. Przeczytałam je w ekspresowym tempie, zarywając noce i naukę. W zupełnie inny sposób zaczęłam je czytać na studiach i wówczas podobały mi się jeszcze bardziej. Przyznam, że trochę się boję powracać do świata wiedźmina po lekturze Sezonu burz, bo zaczęłam się zastanawiać, czy ostatnia książka Sapkowskiego jest tak słaba, czy może to moje podejście się zmieniło i cykl już mi się tak nie będzie podobał. Może się przekonam o tym w tym roku.

Miecz Przeznaczenia, Ostatnie Życzenie, Krew elfów, Czas pogardy, Chrzest ognia, Wieża Jaskółki, Pani Jeziora
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
1994-1999

sobota, 17 sierpnia 2013

Symbol, nie człowiek - "Conan i skrwawiona korona", Robert E. Howard; tłumaczenie: Tomasz Nowak, Rebis 2013

Kim jest Conan Barbarzyńca wie niemal każdy. To przecież Arnold Schwarzenegger owinięty włochatą pieluchą z wielkim mieczem w ręku walczący, no, z każdym. Niewiele mówiący, a właściwie mrukliwy osiłek, któremu nie straszna jest żadna bestia i przed którym klękajcie narody! Filmy o Conanie kojarzą mi się przede wszystkim z imponującą muskulaturą aktora, brutalnymi walkami, nudną, powtarzającą się akcją i Grace Jones. Już wtedy obraz wydawał mi się mało interesujący, w przedstawianych historiach nie było dla mnie nic ciekawego. Niedawno obejrzałam najnowszy film o Conanie z o wiele mniej imponującym, za to równie barbarzyńskim Jasonem Momoą i utwierdziłam się w przekonaniu, że ta postać nie zdobędzie mojego uznania. Twórcy Conana nie zachęciliby mnie do przeczytania opowiadań Roberta E. Howarda, odkąd jednak interesuję się konwencją fantastyczną, chciałam poznać chociaż kilka z nich, aby wyrobić sobie własne zdanie. Dzięki wydawnictwu Rebis miałam taką okazję i teraz podejrzewam, że scenarzyści raczej nie czytali twórczości amerykańskiego pisarza. Gdyby przeczytali, być może Conan nie kojarzyłby się większości ludzi z bezmyślnym osiłkiem potrafiącym wymówić jedynie „Hmmm” i „Na Croma!”.

Conan i skrwawiona korona to drugi tom oferujący oryginalne wersje historii Roberta E. Howarda w świetnym tłumaczeniu Tomasza Nowaka. Przez produkcje filmowe zawsze uważałam, że proza Howarda musi być kiepskiego sortu, a sam autor niezbyt utalentowanym twórcą bajek dla chłopców. Przyznam, że Ludzi Czarnego Kręgu czytałam z coraz większym zaskoczeniem. W zdumienie wprawił mnie przede wszystkim złożony, zamaszysty, kwiecisty styl autora, dałam się ponieść historii pisanej z emfazą prawdziwego entuzjasty przygodowych powieści. Wartka akcja, polityczne intrygi, porwania, walka, magia, a w środku tego wszystkiego on – Conan, symbol odwagi, honoru, nieustraszoności. Ten potężnej budowy wojownik pokona każdego wroga, ludzkiego i bestię, wyrwie się z każdych okowów, dokona czynów, które innym wydają się niemożliwe. Nie jest jednocześnie głupim, małomównym osiłkiem, to prawdziwy wódz, dobry strateg, potrafiący mówić dworsko, a jednocześnie pozostawać barbarzyńcą. Jest dumny ze swego pochodzenia, nie pragnie go ukrywać, wręcz przeciwnie, szczyci się tym, że nawet jako król w głębi serca pozostał barbarzyńcą, któremu bliższe życie na ostrzu noża niż wygody pałacowych komnat.

O ile w Ludziach Czarnego Kręgu ta gloryfikacja bohatera mi nie przeszkadzała, to już w Godzinie Smoka autor stanowczo przesadzał i to wszystko, co mi się podobało w jego twórczości, zaczynało drażnić tak, że z trudem dobrnęłam do końca jednej opowieści powtarzanej chyba z dziesięć razy. Wiedźma się narodzi ponownie zaskakuje, krótką historią oraz małą obecnością Conana, który mimo wszystko staje na wysokości zadania i ratuje przyjaciół i księżniczkę.

Howard wiedział, w jaki sposób przyciągnąć do siebie czytelnika. Jego opowieści rzeczywiście mają w sobie niepowtarzalny ładunek energetyczny, o którym wspomina Stephen King. Charyzmatyczny bohater ma wszystko, czego pragnie niemal każdy chłopiec/mężczyzna – siłę, odwagę, władzę, sławę, powodzenie u pięknych kobiet. Ach, te kobiety! Niejedna oszalała na punkcie Conana. No bo jakże miałby się nie podobać tym kruchym istotom potężny przywódca, wciąż pozostający barbarzyńcą, który jako jedyny potrafi połączyć dworską mowę z frywolnymi klapsami i gorącymi pocałunkami, które nawet księżniczka przyjmie z wdzięcznością. Ktoś mógłby się przyczepić, że Howard przedstawia kobiece bohaterki jako urocze dodatki do opowieści – zawsze piękne, młode, o gibkich i jędrnych ciałach (co autor notorycznie wręcz podkreślał), padające bohaterowi do stóp. Nic bardziej mylnego. Devi Yasmina z Ludzi Czarnego Kręgu czy psychofanka Conana, Zenobia z Godziny Smoka zdecydowanie należą do odważnych, silnych kobiet, nie wspominając już o Salome z Wiedźma się narodzi. I chociaż nie można powiedzieć, żeby Robert E. Howard był znawcą kobiecych charakterów, udało mu się stworzyć postaci, które zapadają w pamięć.

Proza Amerykanina okazała się dobrze wykonaną rzemieślniczą pracą, może czasami (po prawdzie to całkiem często) irytującą potoczystym językiem, przepełnionym przesadzonymi porównaniami i mnóstwem powtórzeń. Jednak to bogactwo stylu było dla mnie dobitnym świadectwem tego, że autor wiele czasu i uwagi poświęcał opowiadaniom, w czym jeszcze utwierdził mnie dodatek Varia. I chociaż dla mnie opowiadania Howarda są tylko niezłą rozrywką, to nie dziwi mnie, że niektórzy widzą w nich o wiele więcej, jak przekonuje Patrice Louinet w Rodowodzie hyboryjskim. Opowieści o przygodach Conana mogę polecić nie tylko fanom fantasy magii i miecza czy powieści przygodowych, ale też wszystkim tym, którzy pragną spędzić trochę czasu w nieskomplikowanej rzeczywistości zamierzchłej ery hyboryjskiej.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 11 września 2012

Był sobie kosmos - "Dzienniki gwiazdowe", Stanisław Lem, Wydawnictwo Literackie 2012


Do Stanisława Lema zraziłam się już w podstawówce. W lekturach były wówczas Opowieści o pilocie Pirxie. Książka mi się nie spodobała. W ramach pracy domowej mieliśmy również obejrzeć film, który także nie przypadł mi do gustu. Nie cierpiałam wówczas wszystkiego, co akcję miało w kosmosie, który był dla mnie jeszcze bardziej fantastyczny niż baśnie lub legendy. Moja niechęć do Lema pogłębiła się na studiach. Kiedy pisałam pracę licencjacką o cyklu wiedźmińskim, czytałam wybrane fragmenty Fantastyki i futurologii, w której autor wyrażał się niepochlebnie i lekceważąco o fantasy. Minęło kilka lat, zaczęłam się zaznajamiać z literaturą science fiction i oczywistym się stało, że wypadało poznać co najmniej kilka dzieł polskiego klasyka tego gatunku. Do przeczytania Dzienników gwiazdowych skłonił mnie charakter opowiadań – miały być to zabawne, ironiczne opowieści o naturze ludzkiej w kosmicznej łatce. I takie też są.

Zbiór opowiadań o Ijonie Tichym ma swoje wzloty i upadki. Kilka zachwyca rozbuchaną wyobraźnią, ironią, zmusza do refleksji nad własnym życiem i postępowaniem. Niektóre historie są powtarzalne i niespecjalnie oryginalne, czasem wręcz nudzą filozoficzno-naukowym stylem staroświeckiego i lekko bufoniastego bohatera. Jednak we wszystkich chodzi o jedno - o pokazanie, że człowiek nie ma prawa nazywać siebie panem wszechświata. Lem z lekkością i pod płaszczykiem humoru obnaża wszystkie nasze słabości i wady, mówi o nielicznych zaletach. Jego rozmyślania wkładane w usta Tichy'ego nie straciły na aktualności.

Autorowi nie można odmówić kreatywności, jego neologizmy zapełniają niemal każdą stronę. Celne spostrzeżenia i przewidywania zmuszają do refleksji nad istotą człowieczeństwa, utylitarnością, oryginalnością, podejściem do wiary. Jego rozważania nad istnieniem Boga i różnymi aspektami wiary i działań Kościoła zapewne nie przypadły do gustu zwolennikom chrześcijaństwa w czasach, kiedy opowiadania publikowano, teraz także nie spodobałoby się w tych kręgach. Lem nie kwestionuje istnienia sił wyższych, natomiast stawia pobudzające do myślenia pytania, na które tylko czytelnik może dać odpowiedź. Sama, czytając opowiadania, niejednokrotnie zgadzałam się z narratorem w podejściu do tematu wiary.

Główny bohater lekko mnie irytował fałszywą skromnością i jednocześnie obnoszeniem się ze swoją wiedzą, nie można mu jednak zarzucić braku mądrości. Można by pomyśleć, że Tichy jest alterego samego autora i z pewnością Lem mógłby wydać swoje przemyślenia w formie poważnych esejów. Tylko czy wtedy ktokolwiek chciałby go czytać? Z pewnością nie sięgnęliby po Dzienniki gwiazdowe młodzi ludzie albo ci, którzy jak ja, niewiele mieli do czynienia z prozą Lema. A sięgnięcie po rozrywkową formę dało pisarzowi możliwość do wypowiedzenia własnych spostrzeżeń. I chociaż pisane były na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zachowują swój tok myślowy i ton filozoficznych przypowieści.

Lektura Dzienników gwiazdowych to doskonały sposób na zaznajomienie się z twórczością Stanisława Lema, dla czytelnika w każdym wieku. Z pewnością niejeden czytelnik sięgnie po kolejne dzieła, ja może nawet powrócę do pilota Pirxa…

Recenzja pierwotnie ukazała się w portalu Katedra.

piątek, 9 marca 2012

Co za dużo, to niezdrowo - "Relacja z pierwszej ręki", Janusz A. Zajdel, SuperNOWA 2010

Jeszcze kilka lat temu nazwisko Zajdel kojarzyło mi się tylko z nagrodą przyznawaną twórcom fantastyki. Po lekturze zbioru Relacja z pierwszej ręki Janusz A. Zajdel przestał być dla mnie panem od nagrody, a znalazł się w czołówce pisarzy, których twórczość zaczęłam doceniać. Nie mogę tego powiedzieć w kontekście wszystkich opowiadań tam zawartych, ale znalazło się kilka, które mnie naprawdę zachwyciły i rozbudziły moją ciekawość.

Zbiór sam w sobie jest… za duży. Trzydzieści trzy opowiadania, nawet tak krótkie (najdłuższe liczą sobie trzydzieści kilka stron), to stanowczo za wiele jak na jeden tom. Być może ktoś, kto czytać będzie kilka raz na jakiś czas, nie poczuje się zmęczony, ale mi czytanie się dłużyło. Tym bardziej, że spośród wszystkich historii tylko jedenaście mogę uznać za naprawdę dobrych, większość jest przeciętna, kilka w ogóle nie trafiło do mojej wyobraźni. Wszystkie opowiadania jednak cechuje równy styl, lekko staroświecki, bardziej przypominający mi książki z lat czterdziestych niż sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Tematyka fantastyczna jest jedynie „łatką” dla opowieści o człowieku, współczesnym świecie, nieustających zmianach. I chociaż staram się nie porównywać pisarzy, to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Janusz A. Zajdel w sposobie postrzegania rzeczywistości podobny jest Philipowi K. Dickowi.

Największą zaletą Zajdla jest umiejętność przekształcania prostych, właściwie niewiele znaczących elementów rzeczywistości w rewelacyjne historie z zaskakującą puentą. Jak sam napisał w Iluzycie, skądinąd jednym z najsłabszych opowiadań:
Coraz trudniej, niestety, zaskoczyć czytelników czymś naprawdę ciekawym. Rzeczywistość depcze fantastom po piętach. Klasyczne tematy zostały wyeksploatowane. A w tym gatunku literatury najważniejszy, niestety, jest pomysł. Tu nie można się wyłgać samą formą albo intelektualnym dziwaczeniem. (s. 275)
Takie właśnie, pomysłowe, zaskakujące, rewelacyjne w swej prostocie, są Studnia (pokazuje, że okrutna ironia losu dosięga człowieka w najmniej oczekiwanych chwilach), Uranografia (i kosmici, i ludzie mają podobne problemy), Egipski kot (lekko niepokojące połączenie konwencji egipskiej i teorii spiskowych), Ogon diabła (odwołuje się do starej prawdy, jak to diabeł potrafi ogonem nakryć) czy Skorpion (prześmiewcza wizja pogoni ludzi za najnowszymi zdobyczami techniki i władzach, które usiłują kontrolować postęp). O wiele większą finezją autor wykazał się w historiach Dokąd jedzie ten tramwaj (gorzka satyra na chęć posiadania wykształcenia na papierku z pominięciem prawdziwej wiedzy), Prognozja (rewelacyjne połączenie amnezji i jasnowidztwa), Ten piękny dzień (przewrotna historia biblijna o stworzeniu i wieczności), Wyższe racje (opowiadanie wyśmiewające cenzurę, propagandę i władze totalitarne, niestety aktualne i dzisiaj). Największe wrażenie wywarły na mnie jednak dwa – …et in pulverem revertis i Relacja z pierwszej ręki. Chociaż bardzo różne od siebie pod względem fabuły, to łączy je podobna przewrotność, ironia i genialna wręcz umiejętność gry z konwencją – w pierwszym wypadku ekologiczną, w drugim biblijną.

To, co mnie najbardziej ujęło w twórczości Zajdla, to fakt, że potrafi on jednym zdaniem podsumować całą opowieść, wywołując zaskoczenie, śmiech, żal. Tematyka jego opowiadań nie traci na aktualności, mówi nie tylko o ekspansji człowieka w kosmosie i tego, co może być po drugiej stronie, lecz także globalizacji internetu, relacji międzyludzkich. Sporo miejsca poświęca literaturze, wiedzy, sposobach jej zdobywania i wykorzystywania – jak w opowiadaniach Bunt, Dyżur, Wszystkowiedzący, Dowód czy Raport z piwnicy. Nie braknie tutaj również historii o obcych, ukazywanych w pozornej opozycji do ludzi, których obraz jest jednak skrzywionym odbiciem naszego gatunku.

Z reguły Zajdel nie popisuje się swoją wiedzą, nie „paćka” opowiadań technicznym słownictwem, wręcz przeciwnie. Doświadczenia zawodowe potrafi przekształcić w przyjemną podróż po zagadnieniach swego naukowego świata. Udało mu się to całkiem wdzięcznie w Ekstrapolowanym końcu świata, Towarzyszu podróży, Blisko słońca, w których porusza problematykę postępu technicznego, przestrzeni czasowych, równoległych światów, schizofrenii. Pozytywnie zaskoczyła mnie historia ze Chrztu bojowego – zwyczajną i schematyczną opowieść o treningu młodego żołnierza, mającego bronić Ziemi przed inwazją Obcych, uratowała puenta udowadniająca, że są różne prawdy. Podobnie Jad mantezji, początkowo nudne przekształciło się w złośliwą przestrogę dla tych, którzy pragną do władzy i sławy dojść na skróty. Również Metodę dr. Quinna można zaliczyć do udanych opowiadań, to taki minithriller w lekko psychodelicznym tonie, w którym głównym motywem jest obecność obcych wśród ludzi. Niezłe okazało się Poczucie winy, postapokaliptyczne opowiadanie, drwiące z prawa Darwina, oraz Gra w zielone, ośmieszające mit równości i sprawiedliwości na świecie. Przyjemną odskocznią była Felicitas, zabawna historyjka miłosna o grze w przeznaczenie.

Zupełnie mi się natomiast nie podobał Diabelski młyn – autor sięgnął po bohatera z rewelacyjnej Studni i po tematykę eksperymentów genetycznych, jednak nawet jego ironiczny ton nie był mnie w stanie przekonać do prezentowanej historii. Podobne odczucia miałam wobec opowiadań Wyjątkowo trudny teren, Iluzyt, Sami i 869113325. Pierwsze to nieciekawa wizja sztuki przejmowania ciał ludzi przez obcych, drugie… w ogóle nie pamiętam, podobnie jak 869113325. Sami początkowo intrygowało (okazuje się, że Zajdel wymyślił Matrix na długo przed braćmi Wachowskimi), ale przerodziło się w filozoficzno-religijny bełkot. Nie rozumiem też, jak w zbiorku mogło się znaleźć tak marne opowiadanko jak Satelita, będące krótką satyrą na zachowanie młodzieży, które udowadnia jedynie, że w każdych czasach młodzież jest taka sama. Większych emocji nie wzbudziła we mnie opowieść w Psy Agenora. Prawdopodobnie miało być dramatycznie i przygnębiająco, a wyszło nijako i nudno.

Podsumowując, Relacja z pierwszej ręki to całkiem ciekawy przekrój twórczości Janusza A. Zajdla, pokazujący przede wszystkim jego wszechstronność, stanowiący dobry początek dla czytelnika na zapoznanie się z barwnym, wciągającym językiem i interesującymi historiami. Szkoda tylko, że wydawnictwo nie poddało opowiadań ponownej korekcie i pozostawiło mnóstwo irytujących literówek.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 16 sierpnia 2011

A kto trzyma w szachu Twoje życie? - "Zaksięgowani", Jakub Małecki, Powergraph 2009


Głowa, w której rozgrywa się szachowa partia? Diabeł w damskiej torebce pod postacią psa? Pisarze fantastyki walczący w podziemiu o życie i prawdę o świecie? To i wiele więcej dziwacznych, pełnych groteski i absurdu pomysłów znajdziecie w opowiadaniach Jakuba Małeckiego Zaksięgowani. Balansujące na pograniczu grozy i horroru są tak prawdziwe, że czytania ich nie nazwałabym w żaden sposób przyjemnością. Powergraph po raz kolejny udowodnił, że wydawnictwo interesują nietuzinkowi twórcy, których koncepcje nie zawsze wydają się sensowne, ale z pewnością mówią prawdę o człowieku i otaczającym go świecie.

Nie zaczęłam lektury Zaksięgowanych od pierwszego opowiadania. Szach było co najmniej trzecim lub czwartym w kolejności i jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że stanowi ono intrygujące zaproszenie do świata wytworów wyobraźni Małeckiego (silly me). Dlatego Wy zacznijcie od niego od razu. Tak jak Szach otwiera zbiór, tak Mat go zamyka, przeczytajcie więc je dopiero na sam koniec, ponieważ to ono wiąże ze sobą wszystkie historie i stanowi zaskakującą klamrę. W czytaniu pozostałych opowiadań kolejność nie ma znaczenia. Chociaż różne w treści, przedstawiają inne odcienie człowieczeństwa, przeważnie mroczne i krwawe oblicza, sprawiające, że każda następna opowieść jest coraz trudniej przyswajalna. Nie jest to tom, który pochłania się w kilka godzin ani nawet kilka dni, autor bowiem ciągle dręczy czytelnika i na każdej stronie uświadamia mu ludzką małość, słabość i okrucieństwo, obnaża w bezlitosny i bezpośredni sposób naszą hipokryzję i egoizm. Czyni to, nie bawiąc się w metafory, posługując się mocnym, barwnym stylem, który dotyka czytelnika do żywego.

Moim pierwszym zderzeniem z tym światem był Strach przed Malarzem, niepokojące od pierwszych słów, chyba najbardziej w klimacie horroru w całym zbiorze, pokazujące, że największy koszmar przychodzi zawsze z najmniej spodziewanej strony. Autor zaraz potem zaskakuje przewrotnością w Pisarzach i Mordercach, gdzie przedstawia pokręconą wizję świata, w którym pisarze fantastyki schodzą do podziemi zwalczani przez despotyczny system. Opowiadanie Warszawa rozbroiło mnie pierwszym zdaniem, Małeckiemu rewelacyjnie udało się na kilku stronach pokazać kwintesencję pogoni za karierą w krzywym zwierciadle. Przeraził mnie z kolei Królem Rugerem na zbutwiałym tronie, jakby głoszącym hasło: Uważaj, w co się bawisz jako dziecko, ponieważ zabawa może stać się dla ciebie zabójcza, gdy dorośniesz. W Nic Małecki wkracza w najstraszniejsze zakamarki ludzkiego umysłu w depresji i aniołom odbiera stanowisko stróżów człowieka.

Najbardziej byłam ciekawa opowiadania Za godzinę powinna tu być, które kilka lat temu zbierało świetne recenzje i liczne wyróżnienia. Przedstawiona w nim historia jest przejmująca, uświadamia, jak bardzo człowiek jest zdolny poświęcić się dla miłości absolutnej i jak ciężko pogodzić się z losem, że największym dramatem jest niemoc. Ta niemoc ogarnęła i mnie, gdy autor przeciągał kulminację i przyznam, że do końca dobrnęłam lekko znudzona. Swoją puentą zaskoczyło mnie natomiast zakończenie Wybór, mocne, krótkie opowiadanko o tym, że los potrafi być bezlitosny, a bogowie, jeśli gdziekolwiek istnieją, bawią się naszym życiem, a każdy nasz wybór wpływa na przyszłość, której cofnąć nie można. To jedno z najlepszych opowiadań w Zaksięgowanych. Drugim jest Oszronione palce magików, najłagodniejsze w wyrazie, co nie oznacza, że budzące spokój, melancholijne i wzruszające, którego główną bohaterką jest śmierć. To jednak Każdy umiera za siebie wgniotło mnie w fotel całkowicie, wywołało najwięcej emocji. To zdumiewające, że autorowi w kilkunastu stronach udało się przedstawić kompletne historie kilku bohaterów, młodych żołnierzy uwięzionych w tonącej łodzi podwodnej.

Bardzo dobrym i jakże aktualnym komentarzem na niedawne wydarzenia w Polsce jest opowiadanie Czciciele, w szyderczy sposób i nadzwyczaj trafnie opisujące polską skłonność do fanatyzmu. Najlżejszą i zdecydowanie najmniej naładowaną cynizmem jest opowieść science fiction zatytułowana Śmierć szklanego Kazimierza, świetnie pokazująca absurdalność i płytkość ludzkich pragnień. Cena drwiny jest ściśle powiązana z zamykającym opowiadaniem, mam wrażenie, że jest też najbardziej moralizujące, udowadniające, że człowiek nie żyje wiecznie, więc nie powinien czuć się bezkarny wobec śmierci i musi szanować swoje istnienie.

Nie każdy przekaz wydawał mi się tak zrozumiały. Nie dotarł do mnie sens opowiadania Pan Pianista i czarty czy Pocałunek Białego Chłopca, niezbyt przekonała mnie wizja świata z perspektywy oka umieszczonego między palcami jakiegoś nieszczęśnika w Oku. Zaczęłam się natomiast zastanawiać nad tym, czy pisarze przystają do pojmowanej przeze mnie normalności, bo kto o zdrowych zmysłach przelewałby takie historie na papier, abstrahując już od tego, że w jego wyobraźni mieszczą się podobne obrazy? Być może nie wszystkie historie mają sens, być może potrzebuję szerszego kontekstu do zrozumienia treści tych trzech, może nawet nieprawidłowo odebrałam przekaz z pozostałych? Jestem jednak przeszczęśliwa, że w mojej głowie nikt nie rozgrywa partii szachów, ale czy na pewno gdzieś, w jakimś starym kinie, ktoś nie gra teraz o moje życie?

poniedziałek, 4 lipca 2011

Dajcie kotom już spokój! - "Jedenaście pazurów", SuperNOWA 2010


Kot – jaki jest każdy widzi, ale czy na pewno? Od wieków uważany za kroczącego na granicy dwóch światów – ludzi i duchów, i dzisiaj postrzegany jest jako zwierzę pełne tajemnic. Fascynuje i irytuje nas jego niezależność, to, że chodzi własnymi drogami. Człowiek, zdobywca i władca całego świata, nie może sobie podporządkować jednego stworzenia. Zapewne z tych wszystkich względów osobowość kota jest ściśle związana z fantastyką, wielu jej twórców jest wielbicielami tych czworonogów, kot stał się swoistym symbolem fantasty. Jest bohaterem lub chociażby pojawia się w literaturze i wydawałoby się, że o kotach napisano już wszystko i w każdy możliwy sposób. Swoją cegiełkę w tym temacie dorzuciła SuperNOWA w 1997 roku antologią Trzynaście kotów, do której opowiadania napisali autorzy mniej lub bardziej związani z wydawnictwem. Ponieważ fascynacja kotami nie gaśnie i trwać będzie, wydawnictwo postanowiło powtórzyć sukces sprzed lat i rok temu ukazał się zbiór Jedenaście pazurów. Mam nadzieję, że kolejnej próby nie podejmie.

Jedenaście pazurów to jedenaście opowiadań, bardzo różnych w formie i jakości, jak to zwykle bywa w antologiach. Nie jest to jednak zbiór choćby w połowie tak dobry, jak Trzynaście kotów. Głównie dlatego, że Andrzej Sapkowski napisał tu tylko wstęp, a to jego opowiadania – Słoneczne popołudnie i Muzykanci – stanowiły najmocniejszą część poprzedniego zbioru. Jedenaście pazurów jest także bardziej mroczne, twórcy postawili na klimat niepokoju wywoływany przez kocią naturę, która, chociaż nadal tajemnicza i niezależna, jest przede wszystkim groźna i nie do końca przychylna ludzkości czy jakimkolwiek innym stworzeniom. Pomysł sam w sobie dobry, ponad połowie autorom nie bardzo się udał.

W moim przekonaniu błędem było otwarcie tomu opowiadaniem Jagi Rydzewskiej. Kot Szrekingera co prawda intryguje narracją kilkuletniej dziewczynki, wciągając w jej nieco chaotyczną, naiwną opowieść o tytułowym kocie, ale w pewnym momencie autorka stopuje akcję i rozwleka je, miejscami nudząc, co może zniechęcić do reszty utworów. Dużo ciekawszy jest Koszmar w Providence Łukasza Orbitowskiego, tchnące niepokojem i psychodelicznością opowiadanie ukazujące mroczne zakamarki kociego umysłu, w którym bohater, jeden z najważniejszych twórców grozy we własnej osobie, zdany jest na łaskę i niełaskę śpiącego zwierzęcia. Nietak Mirosławy Sędzikowskiej znowu mnie rozczarowało, tym właściwie, że prawie nic nie pamiętałam już na drugi dzień po przeczytaniu całkiem zabawnej historyjki o przedziwnych skutkach rzucania uroków na obczyźnie. Na długo w mojej pamięci pozostanie natomiast Kociarka. Piotr Patykiewicz przykuwa uwagę już pierwszym zdaniem i udowadnia, że dawne wierzenia w moc kotów wciąż istnieją, a to tylko ludzie zamknęli się we współczesności. Dobranocka Pawła Ciećwierza kontynuuje dobrą passę – to jedno z najlepszych opowiadań w antologii i jedno z najlepszych o Brighelli, którego autor przedstawił w Nekrofikcjach. Charakterystyczny cynizm rozpoznawalny już w pierwszych zdaniach używających kota jako pretekstu słownego do ukazania w krzywym zwierciadle obyczajowej scenki miłości starszego mężczyzny do młodej kobiety przypomina ostatnie filmy Woody’ego Allena.

Potem jednak przyszło kolejne rozczarowanie słabym opowiadankiem Marcina Wełnickiego o poetyckim tytule Nocą czarną jak kot, grającym schematem kota-obrońcy ludzkości, odwiecznego czuwającego w ukryciu, o którego mocach ludzie nie mają pojęcia. Na szczęście sytuację rozładował Witold Jabłoński Kotikiem, w iście kwiecistym stylu przedstawiający motyw przemiany w kotołaka, przed którym nie uchroni się żaden człowiek. Podobny motyw wykorzystał Paweł Kempczyński w bardziej mikropowieści niż opowiadaniu, Podłe życie, podła śmierć, aczkolwiek autor Requiem dla Europy poszedł w kierunku zagrożenia totalnego z kosmosu, świetnie pokazując zachowanie człowieka wobec takowego, atmosfera paniki i chaosu przenika z każdej strony. Także w tonie science fiction, chociaż o wiele zabawniejsza i najmocniejsza w całym zbiorze, jest historia Artura Baniewicza. Szczyt piramidy przedstawia alternatywną, oryginalną wizję świata, w której ludzie są zwierzyną hodowlaną dla… tego nie zdradzę, dość powiedzieć, że koty i tak są najmądrzejsze i najbardziej przebiegłe ze wszystkich istot. Gry z konwencją Baniewicza nie przebił Donat Szyller stylizowanym na czarny kryminał opowiadaniem Paskudny dzień w mieście. Wprawdzie bohaterem jest mój ulubiony prywatny detektyw (no, prawie) i chwilami opowieść jest nawet zabawna, ale język naszpikowany górnolotnymi porównaniami irytuje nieustająco. Najtrudniej było mi jednak przebrnąć przez fabułę skonstruowaną przez Marcina Przybyłka w Aquili, Aquili, a wszystko przez ogromną ilość technicznych szczegółów, która pozbawiła mnie zainteresowania akcją już po drugiej stronie, a musiałam zmęczyć jeszcze sześćdziesiąt!

Podsumowanie zatem nie wypada optymistycznie. Pięć dobrych opowiadań na jedenaście to marny wynik, zwłaszcza w kontekście hucznych zapowiedzi wydawnictwa jeszcze sprzed dwóch lat, na Polconie chociażby, że będzie inaczej, bardziej oryginalnie i zaskakująco. Jest inaczej niż w Trzynastu kotach, ale ta oryginalność się nie sprawdziła, zbyt naciągana, by mogła bawić tak dobrze jak przy poprzednim zbiorku.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 23 stycznia 2011

Dziś prawdziwych czarodziejów już nie ma - "Czarnoksiężnicy", redakcja: Jack Dann & Gardner Dozois, Rebis 2009

Zbiór opowiadań Czarnoksiężnicy zawiera osiemnaście utworów bardziej i mniej znanych twórców fantastyki w Polsce. Liczyłam właśnie na te mniej znane nazwiska i na nich się nie zawiodłam, w przeciwieństwie do autorów takich jak Tanith Lee, Garth Nix czy Nancy Kress.

Jak zwykle bywa w przypadku gdy w jednym tomie pojawiają się historie pisane przez wielu autorów, tak i tutaj opowiadania różnią się znacznie od siebie stylem i pomysłami. Niestety ta różnorodność nie idzie w parze z dobrą jakością. Większość tekstów to przeciętne utwory pisane dla dzieci i młodzieży, kilka z nich wydawały się być wyrwane z kontekstu, przez co jako samodzielne opowieści były niepełne. Zaledwie sześć opowiadań z całego zbioru zasługuje na uwagę i można o nich powiedzieć najwięcej dobrego, dwie historie to prawdziwe perły. W wielu opowiadaniach znajdziemy zupełnie innych czarnoksiężników, niż przywykliśmy spotykać w powieściach fantasy. Przeważnie nie są to stateczni starsi panowie z długą brodą, w kapeluszach ze szpicem. Autorzy udowadniają, że czarnoksiężnikiem może być każdy i często nie wyróżnia się on z tłumu.

Największym rozczarowaniem okazał się Neil Gaiman, chociaż nie jako pisarz sam w sobie. Po pierwsze dlatego, że opowiadanie Nagrobek czarownicy już znałam z Księgi cmentarnej. Przyznam, że najbardziej czekałam na tego autora, a wydawca nie poinformował o tytułach opowiadań. Drugim powodem jest fatalne tłumaczenie historii, jakby usilnie starało się być inne od, co tu kryć rewelacyjnego, przekładu Pauliny Braiter. Te dwa fakty tak mnie zraziły, że przeczytanie całego zbioru zajęło mi ponad rok.

Ostrokrzew i żelazo Nixa to kolejny z licznych w zbiorze przykładów zbyt dosłownego tłumaczenia. Jedyne, co pamiętam z tego opowiadania, to mnóstwo błędów stylistycznych, interpunkcyjnych, logicznych, które sprawiały, że prosty język był trudny do strawienia. Po dwóch nieudanych próbach trafił się ciekawy młodzieżowy tekst Mary Rosenblum. W Barwnej wizji opowiada ona o małej czarodziejce, która spogląda na ludzi przez pryzmat ich kolorowej aury i widzi słowa kolorami malowane. Nieskazitelny rubin Kage Baker przybrała natomiast formę przypowieści, całkiem sympatycznej, ale konserwatywnej, naiwnej i zupełnie nieaktualnej, o tym, co powinno się tak naprawdę liczyć dla każdej kobiety. W Ptasiej opowieści Eoina Colfera nie ma żadnego maga, jest za to wygadany ptak, który nie potrafi dobrze ściemniać. To przyjemna, zabawna opowiastka bez żadnego morału.

Prześlizgując się bokiem przez przeszłość to jedno z dwóch najlepszych opowiadań w zbiorze, zupełnie inne od lekkich, niewiele znaczących historii. Jane Yolen napisała bowiem wzruszająco i pięknie o koszmarze obozów śmierci z perspektywy młodziutkiej Żydówki. Opowieść jest mi tym bliższa, że amerykańska pisarka osadziła akcję w obozie na Majdanku pod Lublinem, niedaleko miejsca, gdzie się wychowałam i dobrze znam historię tego miejsca. Dobrym i mądrym opowiadaniem dla młodzieży zabłysnął również Tad Williams. Ręce obcego opisują, co się dzieje, gdy spełniają się nasze najskrytsze marzenia, o których często my sami nie mówimy głośno, oraz że w przyrodzie równowaga musi być zachowana i dlatego nie istnieje dobro bez zła. Nieporozumieniem jest natomiast współczesna bajka w disnejowskim stylu Patricii A. McKillip (Dzień Nadania Imienia), w której nachalny morał o tym, że dziecko powinno być posłuszne rodzicom i wyzbyć się egoizmu, razi infantylnością. Intrygujące opowiadanie zamieściła w zbiorze Elizabeth Hand. Żona Zima to inspirowana legendami Północy opowieść o pradawnej magii, której spokojna siła przeciwstawia się żądzy posiadania, a przy tym niepozbawiona subtelnego humoru.

I dochodzimy do drugiego najciekawszego opowiadania – Dioramy Krain Piekielnych, czyli dziewiątego pytania diabła Andy’ego Duncana, którego bohaterką jest młoda czarownica uwikłana nieco wbrew sobie w walkę z diabłem. Sednem tej ironicznej, pokrętnej w formie, nieco przypominającej styl Gaimana, opowieści jest motyw pogodzenia się z losem i poddania się przeznaczeniu. Zaraz potem wydawcy serwują Taniec w Barrens Petera S. Beagle’a. Opowiadanie zdaje się być wycięte ze środka większej całości, przez co pogmatwana fabuła jest niezrozumiała i tak naprawdę nie wiadomo, co autor miał na myśli. Podobnym do niego jest Kamienny człowiek Nancy Kress, którego największą wadą jest wielość wątków przytłaczająca krótką formę, oraz Zaklęcie Mantykory Jeffrey’a Forda, pisana lekko kpiącym tonem nie do końca logiczna historia tęsknoty czarnoksiężnika za ukochaną kobietą. Zmęczyła mnie swoim patosem nudna baśń Tanith Lee o walce dobra ze złem świata (Zinder). Rozbawiło natomiast krótkie, ciepłe opowiadanie Terry’ego Bissona o Billym i diable (Billy i czarodziej), który ożywa z pomocą największej istniejącej magii – dziecięcej wyobraźni, którą my dorośli zabijamy w sobie. Magycy Terry’ego Dowlinga rozczarowali niedopracowaniem dobrego pomysłu pokazującego czarnoksiężników w innym niż znane świetle, sprawiającym wrażenie, że jest częścią powieści nie samodzielnym opowiadaniem. Gene Wolfe także nie zachwycił odwróconą historią miłosną Merlina i Pani Jeziora w Magicznym zwierzęciu, chyba za bardzo chciał być oryginalny. Tom zamyka Orson Scott Card mikropowieścią zatytułowaną Ojciec kamienia. To jedno z lepszych, chociaż miejscami nużące opisami, opowiadanie wprowadzające do cyklu Mithermages będącego przedstawieniem wojny magów wody z magami kamienia.

Moje męczarnie, wywołane głównie złym tłumaczeniem i bólem oczu spowodowanym ilością błędów, dobiegły końca. Autorzy opowiadań niczego nowego nie odkryli, najlepsze opowiadania to właśnie te traktujące o prawdziwej magii i znanych z fantasy czarnoksiężnikach. Na długi czas mam dość antologii.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 9 lutego 2010

Krzywe zwierciadło rzeczywistości - "Cztery róże dla Lucienne", Roland Topor, tłumaczenie: Tomasz Matkowski, L&L 1995

Cztery róże dla Lucienne Rolanda Topora to, podobnie jak Najpiękniejsza para piersi na świecie, zbiór krótkich opowiadań, makabresek, przedstawiających współczesny świat w bardzo krzywym zwierciadle. Niewiele nowego mogę napisać, ponieważ to wciąż ten sam, groteskowy, absurdalny i genialny humor, który tak spodobał mi się w poprzednim zbiorze. Chociaż nie, tutaj więcej jest o zachowaniach ludzkich jako takich, o mentalności społeczeństwa, przerysowanej do niemożliwego stopnia, a jednak zachowującej prawdziwość, niż o trudach pisarskiego życia (te także autor opisuje). Topor odziera ludzkość z wszelkiej szlachetności i racjonalności, ukazując zwierzęcą wolę przetrwania (Sznycel górski) czy błędne podejście do misji szkolnictwa (Szkoła w przepaści). Bawi się także konwencją fantastyczną, pokazując jak magia wyglądałaby w naszym, logicznym świecie (Wróżka inna niż wszystkie). Pojawia się także wątek wampirzy (Zęby wampira), chociaż, jak można się spodziewać, przewrotny i zupełnie oryginalny, jedno Wam powiem, nie jest bezpiecznie zbierać znaczki... Drwi sobie z wiary w Świętego Mikołaja (Opowieść wigiljna) i z wiary ogólnie (Wypadek). Większość tych opowieści nie ma dobrego zakończenia, wyjątkiem są tytułowe Cztery róże dla Lucienne i przyznam, że akurat tutaj happy end mnie rozczarował, nie pasował mi do całości. Zdarza się Toporowi być również bardziej poważnym niż prześmiewczym, widać to w Ojcowskim poświęceniu. Autor porusza wiele wątków politycznych, pokazuje paradoksy snobizmu (Wstawać!), plusy i minusy rządzenia (Zgniłe królestwo, Przelotne burze) czy do czego stworzona jest królowa (Pociupciać królową).

Chociaż te krótkie historie czyta się szybko, lepiej nie czytać całego zbioru od razu, pomysły i sposób ich opowiadania mogą bowiem znudzić - brak schematyczności też po pewnym czasie staje się schematyczny.
Na koniec moje ulubione opowiadanko z tego tomu. Jeśli też podoba Wam się taki humor, będziecie zachwyceni twórczością Rolanda Topora. Wrażliwi i bardzo bogobojni niech jednak nie czytają.

Wypadek
Chrystus zdecydowanym krokiem wstąpił na wody jeziora Genezaret. Apostołowie, wciąż jeszcze z niedowierzaniem, obserwowali stopy Pana. Jezus szedł po wodzie! Nie zanurzał się ani na milimetr! Z oczyma wzniesionymi ku niebu, zdawał się nie pamiętać, gdzie się znajduje.
Krzyk wyrwał się z piersi apostołów. Za późno. Jezus nie zauważył skórki od banana. W czasie krótszym, niż można to sobie wyobrazić, poślizgnął się i roztrzaskał czaszkę o grzbiet fali.