poniedziałek, 29 sierpnia 2011

I Ziemię pokryją wody niezmierzone... - "Wodny świat", scenariusz: Peter Rader & David Twohy, reżyseria: Kevin Reynolds & Kevin Costner, 1995


Chociaż przez wielu krytyków Wodny świat jest uważany za kiczowaty, dla mnie jest to jeden z lepszych obrazów science fiction pokazujący wcale nie tak fantastyczną przyszłość – świat bez lądu, w którym ludzie przystosowali się do wodnego życia. Film Kevina Reynoldsa i Kevina Costnera (aktor nie był wymieniany w obsadzie jako reżyser) pokazuje odwieczne prawo dżungli w ludzkim ujęciu – przetrwa najsilniejszy, gnębiąc i wykorzystując słabszych. Dobitnie i z przerysowaniem uświadamia, że w chwilach zagrożenia cywilizowany człowiek zmienia się w potwora, gorszego od jakiegokolwiek zwierzęcia na Ziemi. Zamiast sobie pomagać, ludzie obracają się przeciwko sobie, wychodzi ich chciwość, gniew, brak tolerancji wobec odmieńców powodowany strachem o przetrwanie. Nieustannie dzielą się między sobą, jakby nie mogli żyć w symbiozie i współpracy. Muszą być drapieżnicy (dymiarze) i pozostali, którzy im służą bądź żyją w ciągłym lęku przed nimi.

Film udowadnia również, że człowiek jest zdolny do wszystkiego, żeby przeżyć. Mieszkańcy wód wykorzystują wszelkie wcześniejsze wynalazki: karabiny, tratwy, samochody, skutery wodne, platformy wiertnicze, samoloty. I żyją legendą. Nie o mocarnych bogach i herosach, ale o mitycznym skrawku lądu, na którym mogliby się osiedlić, a do którego prawie nikt nie zna drogi. To jest również nadzieja dla widzów, że chociaż zatopimy nasze kraje przez ciągłą eksploatację energii, to kiedyś woda opadnie; tylko czy tego dożyjemy?

Wodny świat przedstawia też proces przystosowania genetycznego człowieka – po niezmierzonych oceanach pływają mutaki, ludzie posiadający skrzela i płetwy między palcami stóp, nowy gatunek, którego zwyczajni śmiertelnicy panicznie się obawiają i nie chcą dopuścić do jego rozwoju. Przypadkiem wodny samotnik (Kevin Costner) ratuje kobietę i dziecko z rąk podburzonych mieszkańców wodnej osady i cała trójka podróżuje zmodyfikowanym katamaranem. Znajdziemy tu wiarygodną relację między człowiekiem i inną istotą, mutak żyje bowiem według swoich zasad, bezwzględność pozwala mu przeżyć, brak mu tych odruchów, które my nazwalibyśmy ludzkimi – współczucia, wsparcia, zrozumienia – bo i skąd miałby wiedzieć, czym są, skoro ludzie okazują mu jedynie nienawiść. Jego towarzyszki poniekąd to rozumieją i przełamują lęk, dostrzegając pod maską obojętności strach. Zarówno one, jak i on uczą się koegzystować, co wcale nie okazuje się łatwe.

Ciężko mówić tutaj o grze aktorskiej, bo ta nie jest rzeczywiście na najlepszym poziomie. Najlepiej wypada właśnie trójka wędrowców, Costner umiejętnie wcielił się w postać odmieńca-samotnika, Tina Majorino naturalnie zagrała niezwykłą dziewczynkę Enolę, natomiast Jeanne Tripplehorn sprawdziła się w roli opiekunki, kobiety gotowej na wszystko, by chronić dziecko, nawet kosztem własnego życia. Dużo słabiej wypadł Dennis Hopper w roli przywódcy dymiarzy, wyrachowanego psychopaty, który nie był ani straszny, ani śmieszny.

Wodny świat najbardziej podobał mi się od strony muzycznej i wizualnej. Przepiękne zdjęcia i dobre efekty specjalne jak na owe lata. Rewelacyjna, dopasowana do tempa akcji muzyka w kompozycji Jamesa Newtona Howarda. Nie jest to może arcydzieło kina, ale całkiem dobry film-apel do człowieka o dbałość o swój dom oraz współplemieńców.

niedziela, 28 sierpnia 2011

piątek, 26 sierpnia 2011

Zdobyć przyjaźń smoka - "How to Train Your Dragon", scenariusz: William Davies, Dean DeBlois, Chris Sanders, reżyseria: Dean DeBlois & Chris Sanders, 2010


W 2014 roku ukaże się druga część przygód Hiccupa (Czkawki) i jego przyjaciela, smoka o imieniu Night Fury Toothless. Mam nadzieję, że będzie tak samo dobra, jak pierwszy film, ponieważ How to Train Your Dragon jest jedną z moich ulubionych animacji, oglądałam ją co najmniej dwadzieścia razy i nadal bawi mnie tak samo.

Hiccup (Jay Baruchel) jest nastolatkiem żyjącym w wikińskiej wiosce, której mieszkańcy walczą ze stadami smoków napadającymi na ich pola i porywającymi ich zwierzęta. Chłopak nie ma wyglądu ani siły swego ojca (Gerard Butler), ale bardzo pragnie uznania w jego oczach, wymyśla więc najróżniejsze sposoby, aby pozbyć się skrzydlatych wrogów, co częściej powoduje jeszcze większe szkody. Dlatego nikt nie wierzy, że Hiccup przy pomocy swojej wyrzutni postrzelił najgroźniejszego ze smoków, zwanego Night Fury. Kiedy okazuje się, że chłopiec nie potrafi zabić rannego zwierzęcia, uwalnia je i zaczyna obserwować. Na jego nieszczęście ojciec zmusza go do uczestniczenia w wikińskim szkoleniu „Jak zabić smoka”, którego zwycięzca będzie miał zaszczyt pozbawienia życia swojego pierwszego wroga. Hiccup stara się pogodzić tajemnicę z nauką, jego nietypowe sposoby wzbudzają zainteresowanie całej wioski, nie podobają się jednak Astrid (America Ferrera), która stawia sobie za cel wypaść na treningu jak najlepiej.

Bajka w reżyserii Deana DeBloisa i Chrisa Sandersa, chociaż jest tylko bajką, w dodatku z bardzo klarownym przekazem zarówno do dzieci, jak i do dorosłych, aczkolwiek bardziej do tych drugich, to doskonała zabawa dla każdego. Dzieci pokochają ludzkich i smoczych bohaterów, kolorowych, zwyczajnych, zabawnych, sprytniejszych od swoich opiekunów. Dorosłym natomiast spodoba się duża doza ironii i dystansu, z którego słyną już chociażby najpopularniejsze serie, Shrek czy Epoka lodowcowa. Główne przesłanie historii, propagowane przez wielu twórców filmowych, skierowane jest do wszystkich – inność nie jest usprawiedliwieniem do jej niszczenia, a człowiek nie jest panem wszechświata i powinien w końcu zacząć liczyć się z innymi istotami zamieszkującymi Ziemię. Dzieci mogą się z filmu nauczyć, że nie trzeba rezygnować z własnych pasji, aby się dopasować do grupy i być jej częścią, wielu rodzicom być może przykład Hiccupa i jego ojca uzmysłowi, że akceptacja osobowości dziecka jest dla młodego człowieka bardzo ważna i nie można całkowicie dostosowywać jego wychowania pod własnym kątem. Że własnych marzeń i nieosiągniętych celów nie można wtłaczać w kogoś innego.

How to Train Your Dragon pokazuje również, jak wiele wysiłku musi włożyć człowiek, by móc porozumiewać się i zdobyć przyjaźń zwierzęcia, i że nie pomoże mu w tym topór - tytuł jest więc tutaj ironiczny i nie należy rozumieć go dosłownie. Większą wartość ma cierpliwość i kreatywność, wykorzystanie inteligencji zamiast siły. Sceny śmieszne przeplatają się z dramaturgią, wzmacniane cudownymi zdjęciami i genialną muzyką w kompozycji Johna Powella. Rewelacyjne dialogi w wykonaniu hollywoodzkich sław dopełniają świetnej zabawy.

czwartek, 25 sierpnia 2011

O wspomnieniach

- [...] Bardzo mi przykro, że wykopałam z pani pamięci straszne wydarzenia.
- Och, te straszne nigdy nie są problemem - powiedziała Eskarina z uśmiechem. - Natomiast z przyjemnymi trudno sobie poradzić.
Terry Pratchett, W północ się odzieję, Prószyński i S-ka 2011.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

J.K. Rowling na przynętę

Na rynku książkowym pojawia się coraz więcej wydawnictw publikujących "na żądanie", które kuszą niskimi cenami publikacji dla spragnionych sławy autorów. Niedawno jedno z nich, Publish America z Frederick w Maryland, postanowiło posłużyć się nie lada fortelem w celu przyciągnięcia większej ilości chętnych, ale lękających się odrzucenia przez potencjalnych czytelników swoich dzieł. Oferowało mianowicie przesłanie do zaopiniowania nadesłanej książki przez samą J.K. Rowling, która miałaby najpierw otrzymać książkę do przejrzenia. Pragnący opinii bestsellerowej autorki przyszły pisarz mógł dołączyć również list do pani Rowling nie przekraczający jednak 100 słów. To wszystko za niewielką opłatą 49 dolarów.

Co ciekawe, wydawnictwo nie gwarantowało odpowiedzi autorki... W publicznym oświadczeniu przedstawiciele pisarki określili obietnice PA jako całkowicie nieprawdziwe i zapowiedzieli podjęcie odpowiednich środków prawnych.

Prawnicy wydawnictwa odpowiedzieli natychmiast listem obronnym, w którym stwierdzili, że PA nie podjęło żadnych kroków mających na celu szykanowanie autorki ani naruszenie jej prywatności, a adres jej rezydencji jest powszechnie znany z jej własnej strony internetowej, czyli, delikatnie mówiąc, jest sama sobie winna. To się nazywa mieć tupet...

Rowling nie jest jedyną osobą, na którą wydawnictwo powołuje się w swoich ofertach. Według Publishers Weekly PA w 2010 roku wydało ponad 3 tys. książek. Ciekawa jestem tylko, w jaki sposób wydawnictwo tłumaczyło początkującym autorom, dlaczego żadna odpowiedź nie nadeszła...

[źródło: Guardian]

niedziela, 21 sierpnia 2011

Wiecznie dobra pragnąc, wiecznie chaos czyni - "Nieprzyjaciel Boga", Bernard Cornwell, tłumaczenie: Jerzy Żebrowski, Erica 2010


Chociaż pierwszy tom trylogii Bernarda Cornwella wprawił mnie w szok i osłupienie i całkowicie zmienił moje postrzeganie arturiańskiej legendy, to autor wystarczająco mnie zaintrygował, żebym sięgnęła po Nieprzyjaciela Boga. I mimo że byłam przygotowana na zderzenie obowiązującego mitu z wersją Cornwella, to udało mu się jeszcze niejednokrotnie mnie zaskoczyć.
Autor sprawnie kontynuuje podjęte wątki, a poprzednie wydarzenia przypomina zarówno w przedmowie, jak i w toku akcji. Tym razem opowieść wciąga od pierwszych słów, mniej tutaj rozważań Derfla o własnej marności, nawet przestoje akcji są interesujące, bowiem stanowią część historii. W Nieprzyjacielu Boga wyodrębnić można trzy główne wątki. Jednym jest poszukiwanie artefaktu, największego skarbu Brytanii, magicznego Kotła, z którego pomocą Merlin pragnie przywrócić władzę dawnym bogom. Drugim życie samego Derfla. Narrator daje się poznać z romantycznej strony, czytelnik więcej dowiaduje się o jego prywatnym życiu i powiązaniach z ówczesnymi wydarzeniami. Trzecim i najważniejszym motywem są dążenia Artura do jedności brytyjskich plemion i wypędzenia Saksonów z wysp. Autor przedstawił już w Zimowym monarsze Artura jako świetnego stratega, tym razem czytelnik może obserwować również jego mroczniejszą stronę. I tak jak na początku podziwiałam tego bohatera, tak tutaj uznałam go za największego hipokrytę, naiwnego i słabego człowieka, którego największym marzeniem jest wieczny pokój i miłość nawet między wrogami. Rozumiem, w czym tkwiła jego wielkość, ale i jego największa porażka.
W drugim wątku zawiera się również motyw ścierania się religii. O ile pierwszy tom pokazuje obecność czarów w ludzkim świecie jako nieodłączną jego część, w którą jednak nie bardzo wierzą sami druidzi, o tyle tutaj magia traktowana jest z największym respektem. Wyrazem tego może być chociażby poszukiwanie wspomnianego Kotła. Nawet królowa Igraine, praktykująca chrześcijanka, za wszelką cenę pragnie czarów:
– Opowiadają jednak, że wszyscy zniknęliście – upiera się moja królowa. – Ludzie Diwrnacha utrzymywali, że odlecieliście z wyspy. To znana historia! Moja matka mi ją opowiadała. Nie możesz po prostu powiedzieć, że odeszliście! (s. 157-158)
Zgodnie ze świadectwami historii Cornwell przedstawia starą wiarę jako lokalną. Bóstwa tracą moce na terenach nie swojego panowania. Autor rewelacyjnie ilustruje słowami Derfla, poganina, walkę chrześcijan z innowiercami, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie dochodzi do szerzenia nienawiści i prób zwalczenia drugiej religii. Czytelnik coraz mocniej zdaje sobie sprawę, że stary świat odchodzi nieubłaganie, a wierzenia zachowają się w sercach jego wyznawców tylko do czasu ich śmierci. Co więcej, świat religii pokazany jest w silnej opozycji do rzeczywistości Artura. Sam tytuł powieści może być rozumiany dwuznacznie. Chociaż według narratora Nieprzyjacielem Boga wódz został nazwany przez chrześcijan, to nie wierzył on także w bogów Dumnonii. Pragnął za wszelką cenę przywrócić porządek rodzinnym ziemiom, co, jak powiedział Merlin, a potwierdził Derfel, jest niemożliwe:
Kiedy jednak panuje porządek, nie potrzebujemy już bogów. […] Jeżeli wszystko rozumiesz – mówiłem z namysłem – to nie ma już miejsca na czary. Wzywasz bogów tylko wtedy, kiedy jesteś zagubiony i wylękniony. Oni jednak lubią być wzywani, czują się bowiem wtedy potężni, i dlatego właśnie chcą, aby panował chaos. (s. 76)
Tak, w świecie, w którym człowiek wszystko pojmuje, nie ma miejsca na cuda ani na wiarę, bo po co wierzyć, skoro wszystko daje się wyjaśnić naukowym językiem? Czyż nie do tego dąży człowiek? Jakkolwiek Nieprzyjaciel Boga to powieść historyczna, nie sposób nie zauważyć, że doskonale wpisuje się w czasy współczesne.
Podobnie jak pierwsza część, tak Nieprzyjaciel Boga zachwyca historycznymi realiami i świetnie zobrazowanymi bohaterami, aczkolwiek subiektywizm w przedstawianiu niektórych osób i wydarzeń chwilami męczy. Żadna z postaci nie stoi w miejscu, każda w jakiś sposób ewoluuje, każdą czytelnik poznaje głębiej. Zgodnie z moim życzeniem w drugim tomie częściej pojawia się Ginewra, która dopiero tutaj ujawnia swe prawdziwe oblicze, a jednak nadal fascynuje i wydaje mi się jedną z najlepiej dopracowanych postaci w trylogii. Prym wiedzie natomiast Merlin, który swoim charakterem przypomina mi czarownika z filmu Excalibur (nakręconego na podstawie poematu Malory’ego) – jego potęga nie tkwi w znajomości zaklęć, ale w nieprzeciętnej inteligencji, przebiegłości, wyrachowaniu i stanowczości w dążeniu do celów, bezczelności i bucie, które budzą szacunek i lęk, sprawiają, że chociaż jest strażnikiem dawnej wiary, jego zdanie nadal liczy się wśród królów Brytanii. Autorowi udaje się uniknąć jednoznaczności w odebraniu Saksonów, różniących się kulturą, ale posiadających wśród swoich mądrych oraz marnych wodzów. Aelle czy Cedrik mogą się równać z niejednym władcą Brytów pod względem wielkości w walce, jednak żaden nie dorasta Arturowi do pięt.

Historia snuta przez Derfla wydaje się bardzo prawdziwa, aczkolwiek osoba jego samego nie daje zapomnieć, że to zaledwie jedna z wersji i trzeba się liczyć z tym, że nie jest obiektywna. Cierpiętnicza postawa narratora nadal mnie denerwuje, coraz częściej jednak zastanawiam się, dlaczego wybrał on życie zakonnika i służy znienawidzonemu przez siebie Sansumowi, skoro ten przedstawiany jest jako najczarniejszy z charakterów (zaraz po Lancelocie). Oprócz głównych wątków autor wplata w Nieprzyjaciela Boga opowieści związane z mitem arturiańskim, jak choćby historię miłości Tristana i Izoldy, nie mającą nic wspólnego z tą, którą znamy z liceum. Potężną dawkę romantyzmu, melodramatu nawet dostajemy w wydarzeniach z życia samego Derfla. W powieści zdarzają się też zwroty akcji, jakich nie powstydziliby się twórcy telenowel. Mimo wszystko lektura nie ciąży i nawet spora ilość błędów nie razi tak bardzo, jak by mogła przy nudniejszej i mniej wprawnie napisanej książce.


Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 18 sierpnia 2011

wtorek, 16 sierpnia 2011

A kto trzyma w szachu Twoje życie? - "Zaksięgowani", Jakub Małecki, Powergraph 2009


Głowa, w której rozgrywa się szachowa partia? Diabeł w damskiej torebce pod postacią psa? Pisarze fantastyki walczący w podziemiu o życie i prawdę o świecie? To i wiele więcej dziwacznych, pełnych groteski i absurdu pomysłów znajdziecie w opowiadaniach Jakuba Małeckiego Zaksięgowani. Balansujące na pograniczu grozy i horroru są tak prawdziwe, że czytania ich nie nazwałabym w żaden sposób przyjemnością. Powergraph po raz kolejny udowodnił, że wydawnictwo interesują nietuzinkowi twórcy, których koncepcje nie zawsze wydają się sensowne, ale z pewnością mówią prawdę o człowieku i otaczającym go świecie.

Nie zaczęłam lektury Zaksięgowanych od pierwszego opowiadania. Szach było co najmniej trzecim lub czwartym w kolejności i jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że stanowi ono intrygujące zaproszenie do świata wytworów wyobraźni Małeckiego (silly me). Dlatego Wy zacznijcie od niego od razu. Tak jak Szach otwiera zbiór, tak Mat go zamyka, przeczytajcie więc je dopiero na sam koniec, ponieważ to ono wiąże ze sobą wszystkie historie i stanowi zaskakującą klamrę. W czytaniu pozostałych opowiadań kolejność nie ma znaczenia. Chociaż różne w treści, przedstawiają inne odcienie człowieczeństwa, przeważnie mroczne i krwawe oblicza, sprawiające, że każda następna opowieść jest coraz trudniej przyswajalna. Nie jest to tom, który pochłania się w kilka godzin ani nawet kilka dni, autor bowiem ciągle dręczy czytelnika i na każdej stronie uświadamia mu ludzką małość, słabość i okrucieństwo, obnaża w bezlitosny i bezpośredni sposób naszą hipokryzję i egoizm. Czyni to, nie bawiąc się w metafory, posługując się mocnym, barwnym stylem, który dotyka czytelnika do żywego.

Moim pierwszym zderzeniem z tym światem był Strach przed Malarzem, niepokojące od pierwszych słów, chyba najbardziej w klimacie horroru w całym zbiorze, pokazujące, że największy koszmar przychodzi zawsze z najmniej spodziewanej strony. Autor zaraz potem zaskakuje przewrotnością w Pisarzach i Mordercach, gdzie przedstawia pokręconą wizję świata, w którym pisarze fantastyki schodzą do podziemi zwalczani przez despotyczny system. Opowiadanie Warszawa rozbroiło mnie pierwszym zdaniem, Małeckiemu rewelacyjnie udało się na kilku stronach pokazać kwintesencję pogoni za karierą w krzywym zwierciadle. Przeraził mnie z kolei Królem Rugerem na zbutwiałym tronie, jakby głoszącym hasło: Uważaj, w co się bawisz jako dziecko, ponieważ zabawa może stać się dla ciebie zabójcza, gdy dorośniesz. W Nic Małecki wkracza w najstraszniejsze zakamarki ludzkiego umysłu w depresji i aniołom odbiera stanowisko stróżów człowieka.

Najbardziej byłam ciekawa opowiadania Za godzinę powinna tu być, które kilka lat temu zbierało świetne recenzje i liczne wyróżnienia. Przedstawiona w nim historia jest przejmująca, uświadamia, jak bardzo człowiek jest zdolny poświęcić się dla miłości absolutnej i jak ciężko pogodzić się z losem, że największym dramatem jest niemoc. Ta niemoc ogarnęła i mnie, gdy autor przeciągał kulminację i przyznam, że do końca dobrnęłam lekko znudzona. Swoją puentą zaskoczyło mnie natomiast zakończenie Wybór, mocne, krótkie opowiadanko o tym, że los potrafi być bezlitosny, a bogowie, jeśli gdziekolwiek istnieją, bawią się naszym życiem, a każdy nasz wybór wpływa na przyszłość, której cofnąć nie można. To jedno z najlepszych opowiadań w Zaksięgowanych. Drugim jest Oszronione palce magików, najłagodniejsze w wyrazie, co nie oznacza, że budzące spokój, melancholijne i wzruszające, którego główną bohaterką jest śmierć. To jednak Każdy umiera za siebie wgniotło mnie w fotel całkowicie, wywołało najwięcej emocji. To zdumiewające, że autorowi w kilkunastu stronach udało się przedstawić kompletne historie kilku bohaterów, młodych żołnierzy uwięzionych w tonącej łodzi podwodnej.

Bardzo dobrym i jakże aktualnym komentarzem na niedawne wydarzenia w Polsce jest opowiadanie Czciciele, w szyderczy sposób i nadzwyczaj trafnie opisujące polską skłonność do fanatyzmu. Najlżejszą i zdecydowanie najmniej naładowaną cynizmem jest opowieść science fiction zatytułowana Śmierć szklanego Kazimierza, świetnie pokazująca absurdalność i płytkość ludzkich pragnień. Cena drwiny jest ściśle powiązana z zamykającym opowiadaniem, mam wrażenie, że jest też najbardziej moralizujące, udowadniające, że człowiek nie żyje wiecznie, więc nie powinien czuć się bezkarny wobec śmierci i musi szanować swoje istnienie.

Nie każdy przekaz wydawał mi się tak zrozumiały. Nie dotarł do mnie sens opowiadania Pan Pianista i czarty czy Pocałunek Białego Chłopca, niezbyt przekonała mnie wizja świata z perspektywy oka umieszczonego między palcami jakiegoś nieszczęśnika w Oku. Zaczęłam się natomiast zastanawiać nad tym, czy pisarze przystają do pojmowanej przeze mnie normalności, bo kto o zdrowych zmysłach przelewałby takie historie na papier, abstrahując już od tego, że w jego wyobraźni mieszczą się podobne obrazy? Być może nie wszystkie historie mają sens, być może potrzebuję szerszego kontekstu do zrozumienia treści tych trzech, może nawet nieprawidłowo odebrałam przekaz z pozostałych? Jestem jednak przeszczęśliwa, że w mojej głowie nikt nie rozgrywa partii szachów, ale czy na pewno gdzieś, w jakimś starym kinie, ktoś nie gra teraz o moje życie?

niedziela, 14 sierpnia 2011

O różnicy między mężczyznami a kobietami

Mężczyźni nie mają pojęcia, co się może zdarzyć. Są szczęśliwi. Kobiety natomiast zdają sobie sprawę ze wszystkich zagrożeń. Wiecznie się martwią.
Anne Rice, Lasher, t. I, Rebis 2009

piątek, 12 sierpnia 2011

Life sucks - "True Blood", sezon II, twórca: Alan Ball, 2009

Na jesieni w Polsce odbędzie się premiera czwartego sezonu jednego z moich ulubionych seriali. Tym razem z promocją True Blood przyjedzie Joe Manganiello, wcielający się w postać Alcide’a Herveaux (ciekawe, czy to będzie kolejna wizyta kameralna, jak w zeszłym roku było z przyjazdem Alexandra Skarsgårda, którego widzieli nieliczni wybrani). Ja obiecałam sobie, że obejrzę czwarty sezon dopiero po zrecenzowaniu drugiego i trzeciego, które już mam za sobą i zdążyłam obejrzeć wielokrotnie. Tym bardziej ciężko jest pisać o czymś, co się już tak dobrze zna, może też tak macie. W końcu jednak udało mi się przysiąść i voilà.

Pierwszy sezon zakończył się intrygującym cliffhangerem - znaleziono kolejne zwłoki, zaginął LaFayette -, a Sookie zaraz po tym, jak została zraniona przez tajemniczą istotę ze szponami i uratowana przez lekarza-karlicę, odnajduje czarnoskórego przyjaciela i niemal jednocześnie przyjmuje zlecenie od Erica Northmana odnalezienia przywódcy strefy w Dallas. Jakby tego było mało między Billem i Sookie narastają napięcia, pojawiają się problemy właściwe dla każdej pary – kwestia zaufania, różnic charakterów – chociaż wszystko jest dwa razy groźniejsze, widz i sami bohaterowie mają cały czas świadomość, że on jest wampirem, ona tylko człowiekiem. Różnice i konflikty między nimi budzi młoda wampirzyca, niedawno przemieniona, której trudno się pogodzić z nowym „życiem” i która z różnych źródeł musi się dowiadywać, na czym polega ten cały wampiryzm. Jessica przejmuje po Billu grę z konwencją z tą różnicą, że ona jest uosobieniem funkcjonujących schematów, podczas gdy Bill wiele z nich dementował.

Ten sezon nie skupia się już tak bardzo na relacji Sookie i Billa, chociaż nadal jest ona głównym wątkiem. Poznajemy tu pozostałych bohaterów, ich przeszłość. Dowiadujemy się przede wszystkim, jak trudną drogę przebył Bill, aby stać się tym, kim jest obecnie i ile siły woli musi wkładać, żeby panować nad wampirzymi instynktami. Mamy okazję obserwować odmienność Sama (Sam Trammell) i jego samotność, przez którą naraża się starożytnej kreaturze. Rozbrajający Jason Stackhouse (genialny Ryan Kwanten) po traumatycznych przeżyciach postanawia wkroczyć na nową ścieżkę życia i widz ma okazję się przekonać, że chłopak wcale nie jest taki głupi za jakiego uchodzi. Na nową drogę wstępuje także Tara (Rutina Wesley), która ponad wszystko na świecie pragnie miłości i bezpieczeństwa, przez co pakuje się w coraz większe kłopoty.

Bliżej poznajemy Erica (Alexander Skarsgård), nadal wyrachowanego i bezwzględnego, starającego się pozyskać względy blond barmanki wszelkimi sposobami, jednocześnie wzruszającego swoją lojalnością wobec swego stwórcy. Jak dotąd wciąż uważam, że to najlepiej zbudowana postać zarówno cyklu książkowego, jak i filmowego, a Skarsgårdowi udaje się uwypuklić wszystko, co w niej najważniejsze. W ogóle wszyscy aktorzy spisują się w swoich rolach znakomicie i do nikogo nie można mieć pretensji o takie czy inne poprowadzenie bohatera.

O ile w powieści U martwych w Dallas mamy tylko jeden plan, czyli Dallas, w którym przebywa Sookie, o tyle serial pozwala zobaczyć, co się dzieje pod nieobecność dziewczyny w Bon Temps, które powoli ogarnia coraz większe szaleństwo. Wnikamy w wampirzą hierarchię i poznajemy kolejne stanowiska, okazuje się, że także oni mają swoich władców. To właśnie w Dallas Sookie spotyka innego telepatę i jest wniebowzięta, że nie jest jedyna, niestety nie ma okazji zbyt długo porozmawiać z przerażonym boyem w hotelu Carmilla. Także postać dziewczyny się rozwija, pokazuje ona silną osobowość i niezwykłą determinację w walce o siebie i najbliższych, co prowadzi do odkrycia przez nią nowych, zaskakujących mocy.

Ten sezon jest bardziej krwawy, okazuje się, że nie tylko wampiry zagrażają ludziom czy innym istotom, serial dobitnie uświadamia, do czego prowadzi totalna anarchia i co brak jakichkolwiek zasad wyzwala w człowieku. Ale to potęgujące się i szerzące wszędzie rozpasanie w Bon Temps w pewnym momencie męczy, jest zbyt przesadzone i przerysowane, o wiele ciekawsze są wątki Sookie i Jasona. Ten ostatni przekonuje się boleśnie, co się dzieje, kiedy religia przekracza granice i staje się ślepym fanatyzmem podjudzanym nienawiścią spowodowaną strachem przed odmiennością. Widz patrzy na swoistą ewolucję chłopaka, który z bezmyślnego kobieciarza staje się obrońcą swego miasta, cichym bohaterem.

Scenarzyści prowadzą wszystkie postacie i wątki konsekwentnie, wydarzenia zazębiają się, jedne wpływają na kolejne, tworząc logiczną całość. Mimo wszystko uważam, że motyw wprowadzony w Bon Temps nie udał się najlepiej, niezbyt wystarczające jest wyjaśnienie powiązania potrzeb Tary i przeszłości Sama. Nadal serial zawiera mnóstwo aluzji do wampirzej tradycji, czym niezwykle bawi. Żaden bohater nie pozostaje tak naprawdę w cieniu, zarówno mieszkańcy Bon Temps, jak i wampiry z Dallas mają swoje problemy, którymi się dzielą bardziej lub mniej. Widz jest cały czas trzymany w napięciu, które sięga zenitu w ostatnim odcinku. Akcji towarzyszy genialna muzyka, której kompozycją ponownie zajął się Nathan Barr. Nie można fuszerki zarzucić również scenografii czy specom od efektów specjalnych, którzy utrzymują charakteryzację i różne fajerwerki na najwyższym poziomie.

wtorek, 9 sierpnia 2011

O starości

Oto właśnie najwstrętniejsza, najbardziej irytująca strona starości. Jeśli uda ci się dodać dwa do dwóch, wszyscy biją ci brawo!
Anne Rice, Lasher, t. I, Rebis 2009

niedziela, 7 sierpnia 2011

Łabędzi śpiew z fałszywą nutą - "Harry Potter i Insygnia Śmierci", część II, scenariusz: Steve Kloves, reżyseria: David Yates, 2011


Zapierałam się przysłowiowymi rękami i nogami, żeby nie zobaczyć ostatniej części cyklu Harry Potter w 3D. Udało mi się znaleźć kino, które udostępniało projekcję cyfrową, chociaż z dubbingiem. Uznałam jednak, że dubbing to mniejsze zło i wybrałam się na seans. I napiszę, że była to najgorsza część całej serii.

Druga, ostatnia część kultowego już cyklu rozpoczyna się w tym samym momencie, w którym skończyła się poprzednia. Voldemort zyskał czarną różdżkę, Harry zdołał się wymknąć i zachował miecz Gryffindora, teraz musiał zebrać siły na ostateczną walkę. A skoro już przy tym jesteśmy. Wszystko w tym filmie jest ostateczne: słowa, czyny, muzyka (skądinąd świetna), wszyscy się całują. Patosem twórcy rzucają w nas przy każdej okazji, zgodnie zresztą z książkowym oryginałem. W tym obrazie, podobnie jak w dwóch ostatnich częściach, widać, że akcja jest pocięta, wiele wydarzeń pojawia się znikąd i tylko ten, kto czytał książkę, może się w tym zorientować. Scenarzyści pozostawiali sceny, bez których film mógłby się spokojnie obejść, przez co zdarzały się dłużyzny i wzniosłe przynudzenia.

Dla mnie główną wadą obrazu był nadmiar słów. Wiele scen ich po prostu nie potrzebowało, myślę, że nawet do najmłodszych dotarłby ich przekaz, a starszym widzom nie wydawałby się wtedy taki żałosny. Co więcej, wszystkie zagadki nie znajdują rozwiązania, ale wiele z nich wyjaśnia się aż za bardzo – widać to na przykładzie postaci Snape’a, którego nachalnie zobrazowana przeszłość w ostatnich minutach seansu kojarzy się z ckliwym romansidłem. Dopiero ta część pozwala nam zrozumieć jego postępowanie, ta część pokazuje także drugie twarze innych postaci, których scenarzyści, a wcześniej i autorka, celowo nie odkrywali przed nami. Oczywiście powoduje to zamierzone zaskoczenie, ale w moim wypadku również skrzywienie na melodramatyczność taniego zwrotu akcji.

Nie zachwycały także efekty specjalne, winą jest tu oczywiście konwersja obrazu na 3D, aczkolwiek były też takie, które budziły podziw. Film ratuje nie tylko wspomniana wcześniej rewelacyjna muzyka w kompozycji Aleksandre’a Desplata, lecz także gra aktorska wszystkich poza Ralphem Fiennesem, czyli Voldemortem, który zamiast przerażać, śmieszył swoim nadętym tonem mowy i zarozumiałością szkolnego uczniaka. Scenarzyści zasługują na pochwałę umieszczenia scenek humorystycznych w momentach ciężkiego uniesienia, które naprawdę bawiły, również dzięki naturalności młodych aktorów, zwłaszcza Ruperta Grinta i Emmy Watson. Chwilami film może nawet przerazić i wzruszyć, chociaż nie ma w nim tego całego mroku, który tak podobał mi się w poprzednich częściach.

Ale nie te wszystkie wady zdecydowały o tym, że uznałam drugą część Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci za najgorszy film z cyklu. Kropką nad i był sam koniec, mdły, nieprawdziwy z punktu widzenia charakteryzacji, przesadzony i całkowicie niepotrzebny. Dzieciaki zapewne były takim zakończeniem zachwycone, mnie zbierało się na mdłości.

Zabawna rzecz. Przez cały rok oczekiwania na koniec końców myślałam o Harrym Potterze z nostalgią i żalem, że za rok nie pójdę już do kina na kolejny film z cyklu. Jakby nie było, spędziłam z bohaterami dziesięć lat swego życia, razem z nimi się śmiałam i płakałam, razem z nimi przeżywałam i walczyłam. Po wyjściu z kina w środę tydzień temu dotarło do mnie, że wcale nie będę tęsknić, a moje ulubione części zawsze mogę obejrzeć i sama sobie dopowiedzieć koniec historii, zupełnie inny od tego, którym zniechęciła mnie Rowling, a powtórzyli twórcy wersji kinowej. Chwała niech będzie za wyobraźnię!

wtorek, 2 sierpnia 2011

Do poczytania w sierpniu

Sezon ogórkowy się skończył, przynajmniej w nowościach literackich, tych ciekawych. Będzie czego poszukać w księgarniach.


KSIĄŻKI

Tytuł: Człowiek z wysokiego zamku
Autor: Philip K. Dick
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 03 sierpnia 2011

Czy pisałam już, że kocham jego twórczość? Wydawnictwo kontynuuje piękną serię, na mnie czeka już Blade Runner, mam zamiar zdobyć wszystkie książki tego pana.
„Człowiek z Wysokiego Zamku” to jedna z najlepszych książek Dicka. Rzecz dzieje się w świecie, w którym historia potoczyła się inaczej – Niemcy i Japonia wygrały II wojnę światową, Stany Zjednoczone Ameryki podzielone są na strefy okupacyjne. Podziemnym bestsellerem jest powieść science fiction, w której USA wojnę wygrały. Miłośnicy fantastyki dobrze wiedzą, kim jest Philip Dick, ale znaczenie tego pisarza wykracza daleko poza granice tej literatury – to po prostu jeden z najciekawszych autorów amerykańskich drugiej połowy XX wieku.
Tytuł: Historia stroju
Autor: Maguelonne Toussaint-Samat
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 3 sierpnia 2011

Książkę czytałam i zrecenzowałam dwa lata temu, tutaj umieszczam dla wszystkich, którzy się historią stroju (nie mody, to ważne) interesują oraz tym, którzy są ciekawi wszelkich aspektów życia ludzkiego z punktu antropologii. Cena może nieco wygórowana, ale w jakichś obniżkach poszukać warto.
Czy wiecie, że Indianie północnoamerykańscy wiązali sandały sznurem splecionym z ludzkich włosów? Czy dacie wiarę, że jedwabie z epoki Hanb (II-I w. p.n.e.) miały osnowę liczącą co najmniej sto sześćdziesiąt nici na centymetr? Czy słyszeliście kiedyś, że Katarzyna Sforza miała specjalną zbroję ciążową, bo często bywała brzemienna? Czy uwierzycie, że Karol VI zużywał rocznie ponad pięćset par rękawiczek, a na sam kaptur Izabeli Bawarskiej przeznaczono sto pięćdziesiąt skórek popielic? Czy zdawaliście sobie sprawę, że rozpowszechnienie się mini pociągnęło za sobą rewolucję bieliźniarską? Książka jest kopalnią wiedzy na temat poszczególnych elementów naszego ubioru, opowiada ich historię, pierwotne przeznaczenie i zmieniające się w czasie zastosowania. Autorka opisuje dawne metody wytwarzania odzieży, powstawanie nowych technik oraz ich wpływ na współczesny obraz mody. Pisze o stroju również w kontekście jego wielorakich kulturowych znaczeń i dzięki temu jej fascynująca kronika jest zarazem kroniką całej kultury.
Tytuł: Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie
Autor: Charles Yu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 16 sierpnia 2011

Wiele osób się podnieca wydaniem tej książki to i ja postanowiłam sprawdzić, tym bardziej, że cena nie przekracza 30 zł.
Klienci firmy Time Warner Time każdego dnia wsiadają do wehikułów czasu i usiłują zrobić jedyną rzecz, której robić nie powinni: zmienić przeszłość. Gdy któryś z nich wpadnie w tarapaty, Charles Yu śpieszy mu z pomocą. Czyhające na samotnych seksboty, paradoksy skaczące jak ceny akcji na giełdzie, więżące nieuważnych podróżników pętle czasowe – na użytkowników komercyjnych wehikułów czeka wiele niebezpieczeństw. Wszystko to blednie jednak w porównaniu z kłopotami, w jakie wplątał się Yu. Zaczęło się od tego, że zastrzelił przyszłego siebie. Teraz, mając za towarzyszy: TAMMY, czyli popadający w depresję system operacyjny, oraz Eda, nieistniejącego, ale ontologicznie niesprzecznego psa, Charles spróbuje ocalić swoją przyszłość. Wyrusza w nieznane, w przeszłość i w czas poza czasem. 


Tytuł: Próżny robot

Autor: Henry Kuttner
Wydawnictwo: Solaris
Data wydania: 16 sierpnia 2011

A tu zaintrygował mnie tytuł, okładka, dopiero na końcu sam autor, którego nazwisko nic mi nie mówi, no ale w końcu wielką fanką SF nie jestem, więc mam nadzieję, że Kuttner nie będzie się w grobie przewracał.
W serii Klasyka SF czasem umieszczamy nie wybory powieści a opowiadań. Dlatego, że wśród klasyków są pisarze, którzy najlepiej się realizowali właśnie w krótkiej formie. Tak było np. z Robertem Sheckleyem. Tak również było z Henrym Kuttnerem.Największe triumfy literackie święcił w latach 40. i 50., zmarł też przedwcześnie, więc nie mógł doczekać się laurów. Ale gdyby Hugo były wręczane w jego czasach, jesteśmy przekonani, że Henry Kuttner zbierał by tę nagrodę co roku. W tym tomie, który przygotowujemy znalazły się wszystkie jego najzabawniejsze i wzruszające opowiadania – o rodzinie mutantów z Atlantydy, Hogbenach i o zwariowanym i nadużywającym alkoholu wynalazcy Galegherze. I to mówi już chyba wszystko. To lektura obowiązkowa i w dodatku do wielokrotnego czytania! To the best of the best of the best.
Tytuł: Jądro ciemności
Autor: Joseph Conrad
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 22 sierpnia 2011

Książka należąca do kanonu kanonów literatury, czerpali z niej i inspirowali się nią pisarze, których liczba jest legion. Nie czytałam nigdy, nie oglądałam żadnej adaptacji, czas najwyższy.
Bolesne i niebezpieczne arcydzieło w nowym przekładzie.Anglia, koniec XIX wieku. Trzech gentlemanów słucha opowieści żeglarza włóczęgi Charliego Marlowa o jego wyprawie do Konga będącego wówczas kolonią belgijską. Podróż do placówki przedsiębiorstwa handlującego między innymi kością słoniową okazuje się wędrówką do tytułowego „jądra ciemności”, w otchłań własnej podświadomości i do granic zrozumienia. Wieńczące ją spotkanie z przerażającym i fascynującym Kurtzem, którego Marlow ma sprowadzić z powrotem do cywilizowanego świata, dokonuje ostatecznego przewartościowania jego myślenia.
Tytuł: Kraken
Autor: China Mieville
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 23 sierpnia 2011

Nie czekam na tę pozycję z utęsknieniem, nie mam najlepszych wspomnień z lektury książek Mieville'a, a mimo wszystko autor ten wciąż znajduje się w kręgu pisarzy, których chcę poznać. Może dobrym sposobem będzie nagradzany i wychwalany Kraken. Oby tylko było w tej książce coś więcej niż barwny i szczegółowy opis świata.
Nowa powieść laureata literackich nagród: Arthura C. Clarke’a, Locus oraz Hugo. „Kraken”, najnowsza powieść Chiny Miéville’a, to jedna z najdziwniejszych, najzabawniejszych i najbardziej mrożących krew w żyłach książek, jakie można przeczytać zarówno w tym, jak również w dowolnym innym roku. Autor uchyla drzwi do Londynu, jakiego nie widuje się codziennie: to niezwykła metropolia, poruszana odwiecznymi prądami mitów i magii, miejsce, gdzie przestępcy, policjanci, kultyści i magowie uwikłani są w bezwzględną wojnę, która może wywołać – lub zatrzymać – ostateczny koniec. Głęboko w skrzydle badawczym Muzeum Historii Naturalnej znajduje się bezcenny eksponat – jeden z tych, które trafiają się badaczom rzadziej niż raz na pokolenie – idealnie zachowana kałamarnica olbrzymia. Co może oznaczać nagłe tajemnicze zniknięcie tego okazu? Dla kustosza muzeum, Billy’ego Harrowa to jedynie początek drogi wiodącej w sam środek podziemnego Londynu, pełnego walczących kultów, surrealistycznej magii, apostatów i zawodowych zabójców. Możliwe, że istota, którą zakonserwował w formalinie, jest nie tylko biologiczną ciekawostka – niektórzy uważają, że to sam bóg. Bóg, którego wyznawcy modlą się o koniec świata.

KINO
Tytuł: Fright Night
Scenariusz: Marti Noxon
Reżyseria: Craig Gillespie
Data premiery: 19 sierpnia 2011

Kolejny film ze sfery wampirzej, tym razem na wesoło, w dodatku ze znaczną obsadą. Lubię Colina Farrella i cieszę się, że zobaczę go w roli zupełnie innej od cierpiętników albo macho, jakich w jakich wciela się przeważnie. W filmie pojawią się również: David Tennant, znany bardziej jako Doctor Who, Anton Yelchin (Terminator: Salvation), Toni Collette.
Życie nastoletniego Charliego Brewstera (Anton Yelchin) w końcu układa się tak jak trzeba: jest popularny i umawia się z najfajniejszą dziewczyną w szkole. Problemy pojawiają się z chwilą gdy do domu obok wprowadza się Jerry (Colin Farrell) – z pozoru świetny facet, ale jest w nim coś niepokojącego i tylko Charlie zdaje się to zauważać. Pozostali - wliczając w to matkę Charliego (Toni Collette) – nie dostrzegają odmienności nowego sąsiada. Po wnikliwych obserwacjach sąsiada nastolatek dochodzi do jedynego słusznego wniosku – Jerry jest wampirem, a Charlie na własną rękę musi pozbyć się potwora żerującego w jego dzielnicy.