środa, 4 listopada 2009

Nie ma dobrej bajki bez amputacji kciuka

Na stronie brytyjskiego Guardiana przeczytać można ciekawy felieton Sama Leitha w związku z niedawną premierą filmu Where the Wild Things Are na podstawie powieści Maurice'a Sendaka. Autor artykułu wykazuje, dlaczego nie powinno się odbierać dzieciom strachu w książkach i filmach. Powołuje się nie tylko na okropności w bajkach braci Grimm, czy na wyżej wspomnianą książkę Sendaka (wydaną w 1963 roku!, a u nas do tej pory nie wydana), ale też na dementorów z Harry'ego Pottera, czy pajęczycę Szelobę z Władcy Pierścieni. Stwierdza też to, czego ja dowiedziałam się po lekturze Bajek rozebranych - że dzieci odbierają rzeczy straszne na innych poziomach niż dorośli:
The prime ingredient – the thing that gives art directed at children its kick – is fear. It goes straight to the hindbrain. And the nature of that fear is unlike the adult sort. Adult fear seems to run on rails: 99% of intentionally scary films, books and plays (actually, there aren't many scary plays, except for The Woman in Black, which is terrifying) are concerned with being murdered, meeting dead people, or even being murdered by dead people.
Fear in children's books is more open, more ambient. Sendak's Where the Wild Things Are is a good example. It's unsettling rather than scary: it exists in its own world. The sound of it is spooky – those pregnant breaks that give its opening sentence the strangeness and gravity of poetry: "The night Max wore his wolf suit and made mischief of one kind . . . and another . . . " And that's even before Max sails off to where the wild things are, to join their savage carnival. "We'll eat you up, we love you so . . . " 
Jaki z tego morał wiecie już na pewno:-)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza