wtorek, 22 maja 2012

O jeden motyw za daleko - "Mroczne Cienie", scenariusz: Seth Grahame-Smith & John August, reżyseria: Tim Burton, 2012


Miałam przeczucie, że najnowszy film Tima Burtona będzie w pewnym sensie powtórzeniem Alicji w Krainie Czarów pod względem stylistyki. A ponieważ Alicja w Krainie Czarów nie podobała mi się, obawiałam się, że nie spodoba mi się również opowieść wampiryczna reżysera. I moje obawy okazały się słuszne. Burton po raz kolejny udowodnił, jak daleko odszedł od mroczno-groteskowego motywu na rzecz przekolorowanej plastikowatości. Być może w Mrocznych Cieniach miało to służyć obśmianiu wątku wampira i wszystkich paranormal romance, które jeszcze jakiś czas temu rosły jak grzyby po deszczu. Jednak moim zdaniem Burton posunął się za daleko, drętwota żartów i nazbyt wyraźna teatralność bohaterów psuje humorystyczny efekt.

Fabuła jest klasycznie romansowa. Jest XVIII wiek, rodzina Collinsów przybywa z Anglii do Stanów Zjednoczonych i rozkręca biznes rybny. Bogaty panicz Barnabas (Johnny Depp) romansuje z piękną Angelique (Eva Green), ale kiedy lekkomyślnie odrzuca jej uczucia, ta postanawia zrobić wszystko, by go ukarać. Nie zdający sobie z niczego sprawy młodzieniec (to tylko umowne określenie, Depp nawet odmłodzony nie jest młody) zakochuje się w pięknej Josette (gra ją naprawdę urocza Bella Heathcote) i poślubia ją. Nie wie, że Angelique jest potężną wiedźmą. A ponieważ nie ma nic gorszego ponad gniew kobiety, w dodatku wiedźmy, Angelique postanawia się okrutnie zemścić – czarami sprowadza śmierć na Josette, a samego Barnabasa zmienia w wampira i doprowadza do pogrzebania go przez mieszkańców Collinsport. Mijają dwa stulecia. W trakcie prac budowlanych w okolicy Collinsport robotnicy natrafiają na zakutą w łańcuchy trumnę. Barnabas powraca i postanawia pomóc swoim krewnym odzyskać reputację i bogactwo, a przy okazji zakochuje się w Victorii, guwernantce, uderzająco podobnej do Josette. Aby ocalić miłość i rodzinę, musi ponownie zmierzyć się z dawnym wrogiem.

Prosta historia, prawda? Wiadomo też, jak się zakończy, to z łatwością można przewidzieć i nawet Burton by od tego nie uciekł, tym bardziej, że reżyser lubi szczęśliwe zakończenia. Ale w jego wypadku czeka się na to, co jest pomiędzy początkiem a końcem. Na tę mieszankę horroru, groteski, komedii, kiczu, napięcia i emocjonalnego piękna. Takie wrażenia wywołuje Sok z żuka, Edward Nożycoręki czy mój ulubiony Jeździec bez głowy. W Mrocznych Cieniach jest mnóstwo kiczu i słabej komedii. Poza tym opowieść ma ogromne fabularne dziury, irytuje brakiem logiki w postępowaniu bohaterów, a szczególnie ich przerysowanym i wyolbrzymionym zachowaniem. Nie wspominając o zakończeniu, które, żeby nie używać brzydkich słów, jest szczytem nielogiczności.

Przede wszystkim rozczarował mnie Johnny Depp, który już chyba całkowicie zamienił się w Jacka Sparrowa. Jako Barnabras Collins różni się jedynie tym, że nie chodzi krzywo i nie pije rumu. Podoba mi się natomiast jego charakteryzacja – krótkie włosy, odstające uszy, niesamowita bladość skóry i ciemne obwódki wokół oczu upodabniają go do jednego z najstraszliwszych wampirów w historii kina – Nosferatu z Symfonii grozy F.W. Murnaua. Również zachowaniem Depp nawiązuje do potwora z początku XX wieku – to jak układa szponiaste dłonie, sztywno chodzi, wstaje z trumny itp. Jednak Barnabas nie budzi przerażenia nawet na sekundę, a szkoda, bo odrobina grozy by tu na pewno nie zaszkodziła.

Gdy zobaczyłam Evę Green na ekranie, ucieszyłam się, ponieważ to bardzo utalentowana aktorka, idealnie nadająca się do roli złej czarownicy. Niestety jej postać jest pretensjonalna, jej egzaltacja i sztuczna wyniosłość drażniły mnie coraz bardziej. Nie zawiodła mnie natomiast Michelle Pfeiffer jako Elizabeth Collins, piękna dama z klasą, gotowa zrobić wszystko, by jej rodzina przetrwała ciężkie czasy, lojalna wobec Barnabasa mimo jego ohydnej natury. Również Helena Bohnam Carter spisała się w roli uzależnionej od alkoholu doktor psychiatrii, wywołując sporo zabawnych sytuacji swoim podejściem do Barnabasa. Oczarowała mnie Bella Heathcote, która dopiero zaczyna swoją aktorską karierę. Burton ma niezwykłe wyczucie w wybieraniu kobiecych bohaterek. Jako Josette/Victoria Bella sprawdza się znakomicie – delikatnej urody, łagodna, ale jednocześnie zdecydowana i silna, zyskuje sympatię wszystkich członków rodziny Collinsów i miłość Barnabasa (chociaż tę głównie przez podobieństwo do jego zmarłej żony). Na uwagę zasługują również postacie drugoplanowe – Jackie Earle Haley jako Willie, trochę głupkowaty kuzyn, ale za to oddany przyjaciel, oraz Ray Shirley jako Pani Johnson. Johnny Lee Miller wcielający się w łasego na kobiece wdzięki i kompletnie niezaradnego Rogera Collinsa odstręcza swoją naturą i wyglądem paniczyka, który nie chce wziąć odpowiedzialności za syna, Davida. Kilkunastoletni Gulliver McGrath w przyszłości z pewnością złamie niejedno kobiece serce, tymczasem w Mrocznych Cieniach jest uroczym, zagubionym i nieszczęśliwym chłopcem, rozmawiającym ze swoją zmarłą matką. Przezabawna (niestety do czasu) jest Chloë Grace Moretz jako upojona kulturą hipisów nastoletnia córka Elizabeth, Carolyn, kryjąca w sobie pewną tajemnicę, która dla mnie okazała się przepełnieniem czary goryczy, właśnie z nią związany jest tytuł tego wpisu.

Burton swobodnie bawi się konwencją wampira, miłości potwora i śmiertelniczki, czasoprzestrzeni, magii. Jest w Mrocznych Cieniach kilka zabawnych, zaskakujących momentów (nigdy byście na przykład nie wpadli na to, jak wygląda współczesny Mefistofeles), ale nie mogą one zrekompensować ogólnej nudy i miałkiej historii. Tak jak nie zrobią tego przepiękne zdjęcia. Wizualnie Mroczne Cienie to uczta dla oka – wyraziste kolory, piękne krajobrazy, dobre efekty specjalne. Mnie urzekło przede wszystkim zamczysko i zwiewny duch Josette. Podobnie jak do poprzednich filmów, tak i do tego muzykę skomponował Danny Elfman, niestety z żalem muszę stwierdzić, że ścieżka dźwiękowa nie powala, nie wyróżnia się specjalnie.

Brakuje mi dawnego Tima Burtona. Jeszcze w tym roku do kin ma trafić kolejny jego film. Tym razem będzie to animacja Frankenweenie, utrzymana w stylistyce Gnijącej Panny Młodej. Będzie to remake filmu krótkometrażowego Burtona z 1984 roku. Trailer wygląda obiecująco. W Stanach Zjednoczonych premiera w październiku. Mam nadzieję, że jest na co czekać i Burton potrafi jeszcze pozytywnie zaskoczyć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza