Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 sierpnia 2017

Bliżej ziemi - "Spider-Man: Homecoming", scenariusz: John Francis Daley, Jonathan Goldstein, Jon Watts, Christopher Ford, Chris McKenna, Erik Sommers; reżyseria: Jon Watts, 2017 r.

Pamiętam, jak pisałam, że Spider-Man w wykonaniu Andrew Garfielda bardzo mi się podobał. Jednak kolejna część była już bardzo słaba, nie ze względu na aktora, tylko wszystko inne. Spider-Man: Homecoming ma być rebootem do rebootu i przyznam, że efekt końcowy wyszedł bardzo, bardzo dobrze.

W jakiś dziwny sposób ten film jest jednocześnie dziecinny i dorosły, a żeby tego było mało, to jest o wiele mniej infantylny niż poprzednie części. Bardzo podoba mi się jak twórcy łączą wątki między filmami, wszystko ma swoje miejsce, logiczne (często oczywiście fantastyczne) wyjaśnienie, powiązania łączą się w jednolitą układankę.

Tom Holland świetnie pasuje do roli Petera, możliwe że to dlatego, że on jeszcze nie zapomniał jak być nastolatkiem (aczkolwiek 14-latek, serio?). Jako wsparcie pojawia się jak zwykle bezkompromisowy i gwiazdorski Tony Stark, tfu, Robert Downey Jr. (czy to na pewno jeszcze dwie osoby?), a także ciocia May, piękna i luzacka Marisa Tomei. Ekipa Petera ze szkoły również jest dobrze dobrana, może poza Liz, która za bardzo przypomina Jane, jednocześnie tak się od niej różniąc, ale może o to właśnie chodziło. Sceny między nimi są jednak bardzo naturalne. Spider-Man: Homecoming ma też ciekawego, złożonego i przerażającego złoczyńcę (rewelacyjny Michael Keaton). Poza tym to chyba pierwszy taki, z którego zdaniem się zgadzam - rodzina jest najważniejsza i rząd ma nas, maluczkich, w dupie. To również jedyny, poza Normanem Osbornem (granym przez Willema Defoe w 2002 roku), antagonista, który budzi autentyczny lęk.

Film ma kilka zaskakujących zwrotów akcji, ma sporo zabawnych, niewymuszonych scen, a to dzięki dobremu scenariuszowi i obsadzie. Bardzo dobre efekty specjalne, chociaż trochę za dużo CGI, w wielu momentach widać, że postaci są bardzo komputerowe. Film jest też zrównoważony w ilości akcji i przestojów. Do ideału brakuje mu troszkę - kilka sytuacji nie potrzebowało dosłownego wyjaśniania, jednak mimo wszystko twórcy naprawdę się tutaj powstrzymali w porównaniu z wieloma innymi. Spider-Man: Homecoming to dobra rozrywka, przy okazji skłaniająca do refleksji w nienachalny sposób.

czwartek, 27 lipca 2017

Skrzyżowanie Mikey'a i Sherlocka - "King Arthur: Legend of the Sword", scenariusz: Joby Harold, Lionel Wigram, Guy Richie, reżyseria: Guy Richie, 2017 r.

Najnowszy film Guya Richiego nie był na mojej liście "must see 2017". Dwa tygodnie temu jednak chciałam pójść do kina, a nie było innego filmu, który by mi odpowiadał na samotny wypad. I tak oto obejrzałam Richiego wersję arturiańskiej legendy szybciej niż zamierzałam. I nie żałuję. King Arthur: Legend of the Sword to bowiem dobre kino rozrywkowe, a przy tym ciekawie grające z konwencją najpopularniejszej bodaj legendy.
  
To, co zwraca uwagę od pierwszych scen, to świetna muzyka w kompozycji Daniela Pembertona, mocna, nacechowana folkowymi rytmami, bardzo zgrywajaca się z filmem. Na pewno trafi do mojej składanki soundtracków filmowych. Również oprawa wizualna jest godna podziwu. Zarówno efekty specjalne, jak i scenografia i kostiumy (przede wszystkim kostiumy!). Te ostatnie wprawdzie bardziej oddają epokę Szekspira niż wczesne średniowiecze, jednak wykonane są bez zarzutu. Podobnie jest ze scenografią. Camelot robi wrażenie swoją wielkością, Londinium ilością ludzi i wszechobecnym brudem... Mocną stroną filmu jest także zabawa Richiego formą, ujęciami, językiem, dialogami, co jest dla niego mocno już charakterystyczne, podobnych zabiegów używa bowiem w każdej swojej produkcji.

Aktorsko to jest film Jude'a Law, czyli filmowego Vortigerna. Aktor świetnie się dostosował do charakteru postaci. Jego Vortigern to prawdziwy diabeł, który dla władzy zrobi wszystko. Przy tym Law bardzo realistycznie pokazuje grę emocji, jakie targają bohaterem, coś, czego nie dostrzega się we wcześniejszych wcieleniach Vortigerna. Charlie Hunnam to dobry Artur, tak sobie wyobrażałam jego postać z książek Cornwella, tylko ten jest lepszy, bo nie bezwolny. Artur u Richiego to dziecko ulicy, które wyrosło na przebiegłego, potrafiącego się dostosować do każdych warunków mężczyznę. To człowiek przede wszystkim inteligentny, sprytny i charyzmatyczny, który zdaje sobie sprawę, że jego największą siłą są ludzie wokół niego. Dlatego być może sama postać wydaje się "przezroczysta", jej charyzma nie polega na wybijaniu się przed szereg, jak Vortigern, lecz działanie w tłumie. Ciekawą postacią jest również czarodziejka o nieznanym imieniu, grana przez Astrid Bergès-Frisbey, budząca respekt kobieta mocy, która czynnie i pełnoprawnie wspiera Artura w jego przeznaczeniu. Z rodzącej się drużyny okrągłego stołu moją największą sympatię zdobył nonszalancki sir William (Aldan Gillen). Pozostali nie wyróżniają się niczym szczególnym.

Nie sądziłam, że da się jeszcze w nowy sposób opowiedzieć arturiańską legendę, a właściwie jej początki, a jednak scenarzystom i twórcom historii do filmu Richiego udało się mnie mile zaskoczyć. Ciekawa jestem, czy reżyser podejdzie do tematu po raz kolejny, King Arthur ma bowiem potencjał na kontynuację i, prawdę mówiąc, ja chętnie bym taką zobaczyła.

czwartek, 15 czerwca 2017

Moja nowa bohaterka - Wonder Woman, scenariusz: Allan Heinberg, reżyseria: Patty Jenkins, 2017 r.

Wonder Woman to dobry film. To zaskoczenie, mimo krążących już pozytywnych opinii wśród znajomych. Idąc do kina, nie spodziewałam się, że film mnie czymkolwiek ujmie, ot, jeszcze jedna historia ze świata superbohaterów, który od dawna już nie fascynuje, nie bawi. A tu proszę, niespodzianka.

Wiedziałam, że Gal Gadot jest idealna do tej roli w chwili, kiedy zobaczyłam ją w beznadziejnie nudnym Batman v Superman: Dawn of Justice. Aktorka jest piękna, pełna wdzięku, waleczności, współczucia, to prawdziwa amazońska wojowniczka. Gal jest genialnie bezpretensjonalna, jej cierpienie okazywane ofiarom wojny, zachwyt i fascynacja z nieznanych rzeczy (jak śnieg) są prawdziwe. Jej naiwność jest zupełnie racjonalna i nie śmieszy, wręcz budzi współczucie. Gdy widziałam Chrisa Pine’a w trailerze jako głównego bohatera męskiego, nie wzbudził on mojego zachwytu. Aktor jest już związany z jedną serią, marudziłam, że producenci mogliby zatrudnić jakiegoś innego, mniej nawet znanego. Jednak Pine przypomniał mi, że nadaje się do takich ról. Jego na wskroś amerykański Steve Trevor jest naprawdę ujmujący, zabawny i zadziwiająco zwyczajnie odważny. Ponadto między Dianą a Steve’em aż iskrzy od wzajemnej fascynacji, aktorzy są doskonale dopasowani. Sceny między nimi są naturalne i są najmocniejszymi w całej opowieści, a nienachalny humor rozbraja do łez. Równie dobrzy są odtwórcy ról drugo- i trzecioplanowych. Przede wszystkim sekretarka Trevora, Etta (Lucy Davis), i Sameer (Said Taghmaoui).

Fabuła nie jest specjalnie odkrywcza, jednak film się nie dłuży, nie traci ani na moment dynamiki. Podobało mi się zwłaszcza przedstawienie legendy o narodzinach ludzkości i Amazonek w postaci animacji. Film jest momentami przepełniony patosem, jednak są to krótkie chwile. Przebijają się z niego te fragmenty, w których jest albo zabawnie, albo dramatycznie, albo też refleksyjnie. Zdjęcia są cudowne, nasycone kolorami, dopełnione kostiumami. Sceny walk zapierają dech, zwolnienia tempa zachodzą w odpowiednich momentach. Rytmu dodaje też świetna, energetyczna muzyką Ruperta Gregsona Williamsa. Jedynym minusem są źli: generał Ludendorff (Danny Huston), chemiczka (Elena Anaya) i sam Ares, zbyt szablonowi i przewidywalni.

Wonder Woman to jednak jeden z nielicznych filmów o superbohaterach, które naprawdę polubiłam. Mam nadzieję, że twórcy nie zniszczą potencjału i że, przede wszystkim, sama bohaterka pojawi się jeszcze jako główna postać, a nie towarzyszka Batmana.


czwartek, 3 listopada 2016

Boleśnie schematyczny - Suicide Squad, scenariusz i reżyseria: David Ayer, 2016 r.

Przyznaję, był moment, w którym interesowałam się premierą Suicide Squad. To było wtedy, kiedy zobaczyłam krótki trailer z Jaredem Leto w roli Jokera. Później jednak okazało się, że chociaż Jokera widać bardzo na plakatach i w trailerach, w filmie pokazuje się on epizodycznie, co spowodowało, że moje zainteresowanie spadło znacznie. Którejś niedzieli postanowiłam jednak pójść do kina. I właściwie uznaję Suicide Squad za jedno z moich większych rozczarowań filmowych roku 2016, przy bardzo niskich oczekiwaniach.

Zacznę jednak od rzeczy dobrych, bo kilka takich się filmowi przytrafiło. Przede wszystkim Suicide Squad ma świetny soundtrack, którego słucham od czasu obejrzenia filmu i jeszcze mi się nie znudził.

Tak jak oczarowała mnie i rozłożyła na łopatki postać Furiosy w Mad Max: Fury Road, tak tutaj kompletnie zachwyciła mnie Harley Quinn. Margot Robbie dała tej postaci złożoność, której się nie spodziewałam. Doskonale wtóruje jej także Jared Leto, szkoda, że na tak krótko pokazuje się w filmie. Leto jest wręcz idealnym Jokerem - przerysowanym, nieobliczalnym, groźnym.

Tyle o rzeczach dobrych.

Dużo rozczarowania przyniosła mi postać Enchantress i nie jest temu winna piękna Cara Delevingne, a realizacja i sztampowość tej bohaterki, której potencjał w ogóle nie został wykorzystany. Jej osoba boleśnie przypomina Apocalypse z ostatnich X-Menów czy Ronana z Guardians of the Galaxy. Najbardziej jednak irytował mnie Will Smith, który w ogóle się nie starał do, jakby nie było, złożonej roli. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy widziałam jego aktorstwo, a nie gwiazdorstwo i ciężko mi idzie... Viola Davis dostała chyba rolę Amandy dzięki swojej grze w How to Get Away with Murder, jednak jej postać w ogóle mnie nie przekonuje, zbyt dużo w niej zadęcia, zbyt mało wyrachowania, które jest widoczne w czynach, ale nie w oczach. O wiele bardziej wiarygodnie postać Amandy Waller oddaje Cynthia Addai-Robinson z serialu Arrow. I piszę to z całą moją sympatią dla Davis, która aktorką jest dobrą.

Do znudzenia już powtarza się schemat fabularny, oklepane żarty nie śmieszą (chyba że wypowiada je Harley, która stała się moją nową idolką i chętnie zobaczyłabym ją w samodzielnym filmie). Niestety, nie mogę powiedzieć, że pomysł miał w ogóle potencjał, bo historia to zwykła sieczka.

Hitch? Bad Boys?...

czwartek, 13 października 2016

Na skróty IV - Cafe Society, scenariusz i reżyseria: Woody Allen, 2016 r.

Cafe Society to jeden z najlepszych i najdojrzalszych filmów w karierze Allena, w dawnym klimacie jego pierwszych obrazów, błyskotliwa satyra na towarzyskie życie Hollywood nie tylko lat 30.

Właściwie to nie jest jedynie satyra na życie ludzi filmu. Nie jest to komedia w pełnym rozumieniu tego słowa, prawdziwie zabawnych scen jest zaledwie kilka, częściej śmiałam się z niejakim rozgoryczeniem i żalem nad życiem niż z prawdziwej radości. Jak zwykle w filmach Allena tematem są ludzkie uczucia, ludzkie decyzje i konsekwencje tych decyzji.

Początkowo nie podobało mi się postępowanie głównego bohatera, materializm Vonnie. Nadal uważam, że Kristen Stewart nie potrafi grać, jednak Allen sprawił, że była mniej drewniana niż zwykle. Jesse Eisenberg to doskonała, młodsza kopia reżysera, cechuje go podobna neurotyczność, dlatego też świetnie odnalazł się w roli młodego, początkującego rekina Hollywoodu.

Jednak to nie oni byli dla mnie najlepsi w filmie. Moje serce skradła całkowicie Anna Camp (True Blood, Pitch Perfect), która pojawia się w jednej krótkiej scence zaraz na początku filmu. Aktorka jest jednocześnie urocza, nieporadna, niewinna i tak naturalna, że aż szkoda, że to nie ona jest główną postacią kobiecą. Również Corey Stoll, który gra starszego brata Bobby'ego, Bena, jest przezabawny. Jego poczynania w przestępczym światku Nowego Jorku są doskonałą instrukcją, jak nie być gangsterem, przewrotność i humor sytuacji, w których bierze on udział, to jedne z najmocniejszych stron filmu. To właśnie te i wiele innych wątków pobocznych, czy raczej scenek rodzajowych "robi" najnowszy film Allena. Cafe Society ma o wiele więcej warstw, niż jakikolwiek dotychczasowy obraz tego reżysera. W trakcie oglądania przez moją głowę przesuwało się tysiące refleksji o moim własnym życiu, nie spodziewałam się, że będę tak poruszona jeszcze na długo po zakończeniu seansu.

czwartek, 21 lipca 2016

Na skróty IV - Film o baranach i... baranach, "Barany. Islandzka opowieść", scenariusz i reżyseria: Grímur Hákonarson, 2015 r.

Barany. Islandzka opowieść to stonowany, spokojny, oszczędny w środkach wyrazu film o rodzinie, życiu, pasji, tradycji. Z prawdziwą przyjemnością obserwowałam historię dwóch braci, jednocześnie podzielonych i mocno ze sobą związanych. Obaj aktorzy wcielający się w Gummiego (Sigurður Sigurjónsson) i Kiddiego (Theódór Júliusson) zachowywali się bardzo naturalnie, zupełnie jakby nie grali tej historii, a byli w niej. Magiczne krajobrazy mroźnej i tajemniczej Islandii uzupełniają ten obraz, jak ostatni, idealnie pasujący puzzel.

Film jest miejscami zabawny, w świetnie wyważonych momentach wzrusza do łez i pokazuje, że więzy krwi są wiecznie trwałe. Pięknie oddany jest wątek rodzinny, prawdziwie, zmusza do refleksji o własnych relacjach, nie tylko rodzinnych. Polecam. Islandia udowodniła, że można zrobić dobry film bez wybuchów i międlenia, jak to robi Hollywood.

czwartek, 5 maja 2016

W rytmie disco - "Córki dancingu", reżyseria: Agnieszka Smoczyńska, scenariusz: Robert Bolesto, 2015 r.

Córki dancingu to ciekawa, tragikomiczna wersja baśni o małej syrence Andersena, zmiksowanej z mitologicznym wizerunkiem syren. Srebrna, ani tym bardziej Złota, nie przypomina w niczym disnejowskiej Arielki. Motyw baśniowy i gra z konwencją urzekły mnie najbardziej, syreny to w końcu krwiożercze, bezwzględne istoty, mamiące swym głosem ogłupionych mężczyzn. Magnetyzm sióstr pokazany jest bardzo wiarygodnie. Jest to z pewnością film oryginalny, dobre i odważne połączenie musicalu (folkowe teksty piosenek są cudowne) i groteski, nawet z elementami gore i świetną charakteryzacją.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Jak ubić szlachcica - "Kind Hearts and Coronets"; scenariusz: Robert Hamer & John Dighton, reżyseria: Robert Hamer; 1949 r.

Od jakiegoś czasu odczuwam niedosyt dobrych, inteligentnych komedii. Mam wrażenie, że poziom jakościowy tego gatunku spada coraz bardziej i co roku jest naprawdę dobrych komedii niewiele. Rzadko kiedy zdarza się, że jakiś współczesny film spełnia moje wymagania. Żeby było jasne, za dobrą komedię uważam taką, która potrafi mnie rozbawić grą z jakąś konwencją, ciętymi dialogami, stanowiącymi dobry komentarz do obecnej rzeczywistości, niewymuszonymi żartami słownymi, humorem sytuacyjnym o innym poziomie niż epatowanie rzyganiem, pierdzeniem czy wydurnianiem się bohaterów, naturalnością w grze aktorskiej, ciekawym komentarzem do wydarzeń lub zachowań ludzkich. Absurd sytuacyjny, dialogowy, sarkazm i czarny humor również są mile widziane. Cudownie, jeśli film spełnia wszystkie moje warunki, ale też jestem zupełnie zadowolona, jeżeli posiada chociaż jeden z tych elementów.

czwartek, 17 marca 2016

Na skróty III: To nie film o duchach, to film z duchami w tle - "Crimson Peak", scenariusz: Guillermo del Toro & Matthew Robbins, reżyseria: Guillermo del Toro, 2015 r.

Tytuł wpisu mówi wszystko, co potrzeba o fabule. Obraz jest ucztą dla oczu, ma cudowne, nasycone zdjęcia, aktorzy noszą wspaniałe kostiumy z epoki. Historia jest niby prosta, i niby przewidywalna, jednak ma zaskakujące momenty. Kilka oczywistych zabiegów akcji wywołuje śmiech, raczej nie zamierzony przez scenarzystów czy reżysera, ale to nie przeszkadza w odbiorze, raczej delikatnie rozładowuje napięcie.

czwartek, 25 lutego 2016

Śmiech, krew i śnieg - "The Hateful Eight", scenariusz i reżyseria: Quentin Tarantino, 2016 r.

The Hateful Eight to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam i z pewnością znajdzie się w czołówce najlepszych filmów tego blogowego roku. To idealne połączenie świetnych dialogów z genialnym aktorstwem w cudownej oprawie wizualnej i muzycznej. Obawiałam się trochę trzygodzinnego seansu, w którym wszyscy bohaterowie zostają zmuszeni do spędzenia doby w gospodzie. Ponadto miałam wątpliwości dotyczące formy westernu - Django zostawił mnie z lekkim niedosytem dobrego, ale nie oszałamiającego filmu. The Hateful Eight okazał się majstersztykiem i w ogóle nie poczułam tych trzech godzin!

czwartek, 28 stycznia 2016

Give me more Fury, less Mad! - "Mad Max: Fury Road", scenariusz: Nick Lathouris, Brendan McCarthy, George Miller, reżyseria: George Miller, 2015 r.

Mam wiele sentymentu do Mad Maxa i do wcielającego się w jego postać Mela Gibsona. Uwielbiam Tinę Turner w Mad Max Beyond Thunderdome. Kocham surrealizm i absurdalność tego postapokaliptycznego świata. Dlatego też niespecjalnie śpieszyło mi się do kina na Mad Max: Fury Road. Bałam się, że ten film zniszczy moje wspomnienia, że nie ma w nim klimatu serii – tak, obawiam się takich rzeczy w kinematografii i grach nauczona własnymi doświadczeniami. Jednak po wysłuchaniu kilku pozytywnych opinii z różnych znajomych źródeł, postanowiłam odsunąć swoje oczekiwania i obawy. W końcu to Mad Max.

czwartek, 14 stycznia 2016

I człowiek zapytał ptaka: "Dlaczego jesteś w parku, skoro możesz polecieć wszędzie?", ptak mu odpowiedział: "A Ty?" - "Zupełnie Nowy Testament", scenariusz: Jaco Van Dormael & Thomas Gunzig, reżyseria: Jaco Van Dormael, 2016 r.

Zupełnie Nowy Testament to jedna z lepszych komedii, jakie widziałam ostatnio. Nietuzinkowy pomysł, rewelacyjnie aktorsko oddany film, zwłaszcza przez Pili Groyne. Ta młodziutka aktorka wcieliła się w rolę boskiej córki. Wspaniale gra emocjami, dojrzale i z wrażliwością dorosłej osoby. Także mój ukochany Benoit Poelvoorde w roli boga jest genialny, chociaż szkoda, że tak niewiele go w tym obrazie. Niejednokrotnie wyobrażałam sobie boga jako okrutnego i wyrachowanego, jednak obraz, jaki serwuje nam tutaj Jaco Van Dormael przekracza najśmielsze wyobrażenia, a Poelvoodre świetnie tu pasuje! Wspaniała jest także Yolande Moreau, która gra żonę boga. Wprawdzie ta zahukana kura domowa niewiele się odzywa, ale jej wyraz twarzy starczy za tysiące słów! Dawid Murgia, grający Jezusa Chrystusa, dopełnia portretu tej niezwykłej i zupełnie odmiennej od wszelkich wyobrażeń boskiej rodziny.

Coraz bardziej cenię kino francuskojęzyczne. W ciągu zeszłego roku obejrzałam kilka komedii w tym języku i dochodzę do wniosku, że dzielę poczucie humoru Francuzów i Belgów. Podziwiam pomysłowość i odwagę w przełamywaniu tabu. Ci ludzie nie boją się dotknąć żadnego tematu, czego doskonałym dowodem jest Zupełnie Nowy Testament! Było w tym filmie kilka scen, które i we mnie wzbudziły lekkie skrzywienie, ale w większości śmiałam się do rozpuku i doskonale bawiłam grą z konwencją religii. Genialny scenariusz został ożywiony przez aktorów i powstała prawdziwa perełka, po którą sięgnę pewnie co najmniej jeszcze raz. Jednak nie jest to jedynie farsa, która kpi sobie z pruderyjności katolików. Zupełnie Nowy Testament pokazuje także prawdę o nas samych, pozostawia z pytaniami odnośnie do naszego życia, do naszych decyzji. Ja wyniosłam z niego jasne przesłanie - w cokolwiek wierzymy, to my jesteśmy panami swego życia, to my decydujemy, czy resztę swego czasu spędzimy na ławce w parku, czy otworzymy się na innych ludzi mimo doznanych rozczarowań, czy powstaniemy po upadku ze ślizgawki, jaką jest to życie. Film uzupełniony jest piękną muzyką i zdjęciami. Polecam szczególnie wielbicielom francuskiego kina i także tym, którzy cenią oryginalność i absurd, a zmęczeni są hollywoodzką papką.

czwartek, 29 stycznia 2015

W tempie - "Whiplash", scenariusz i reżyseria: Damien Chazelle, 2014 r.

Film Damiena Chazelle'a jest rewelacyjny! Nie wiem, czy w tym roku obejrzę coś chociaż w podobnym stopniu porywającego.

Miles Teller w roli Andrew Neimanna przechodzi samego siebie i przekracza granice aktorstwa i muzyczne. Przemiana, jaka zachodzi w Andrew, jest niebywała, a obserwowanie tej ewolucji to niesamowite doznanie! J.K. Simmons jako Terence Fletcher przerażał mnie tak jak swoich studentów i właściwie cały film przesiedziałam zestresowana, rozgniewana, wystraszona i przejęta jednocześnie. Miałam ochotę na przemian krzyczeć, bić w bębny, bić Fletchera, emocje Andrew udzielały mi się bardzo mocno i tylko przyjaciółka mnie powstrzymywała przed ruszeniem z fotela na ekran!

Podobnie silne emocje odczuwałam ostatnio oglądając Rush. Whiplash to kolejny film, który polecam, wręcz zalecam każdemu. Pokazuje życie i to, że jak chcesz być wielki, to możesz, i tylko Ty stoisz sobie na przeszkodzie. Nie ma przeznaczenia, szczęścia, pecha czy jakiegoś innego fatum. Wszystko nie leży w rękach któregoś z bogów, tylko w Twoich! Ludzie, zdarzenia wyzwalają w nas pewne procesy, uruchamiają emocje, refleksje, ale to, jak my na nie reagujemy i co się dzieje dalej, zależy od nas. Tylko Ty nadajesz wartość temu, co robisz. Jeśli na czymś Ci zależy, dąż do tego, działaj, nie zważając na to, co kto mówi o Tobie i o tym, co robisz.

Nie zgadzam się z Terencem Fletcherem, że znęcanie się nad kimś fizyczne i psychiczne to właściwa droga do wielkości, ale ten film uświadomił mi, że jesteśmy zbyt wychuchanym społeczeństwem, z pokolenia na pokolenie coraz bardziej. Nie jesteśmy odporni na krytykę, złe słowo czy gniew innych. Uwielbiamy zrzucać winę na resztę świata za swoje porażki, zamiast wziąć się do roboty i zająć sobą, uzależniamy nasze działania od innych, zamiast szukać motywacji w sobie.

Jestem pod wrażeniem tego, jak w tempie jest ten film - zaczął się od razu, bez wstępów, i skończył tak samo. Jest idealnie wymierzony i od pierwszych do ostatnich minut trzyma w napięciu. Nie ma w tym filmie nic zbędnego, żadnych dłużyzn. Przez dwie godziny seansu nie odrywałam wzroku od ekranu. Świetne zdjęcia i muzyka (ten jazz!) są dopełnieniem obrazu.

Polecam!

wtorek, 16 września 2014

środa, 16 lipca 2014

Obcy, nieobcy - "Frank", scenariusz: Jon Ronson & Peter Straughan, reżyseria: Lenny Abrahamson, 2014

Poszłam na film, nie wiedząc o nim wiele więcej, ponad to, że grają tam Michael Fassbender (nad którym zachwytów nie ma końca) oraz Domhnall Gleeson (bardzo podobała mi się jego rola w About Time, ale o tym może innym razem), nawet chyba nie widziałam trailera. Nie miałam więc w głowie żadnych opinii, informacji o reżyserze, fabule. Przeczuwałam jedynie, że może to być dobra produkcja. I nie myliłam się. Bawiłam się świetnie, a i kilka przemyśleń do mojej głowy trafiło. Frank to jeden z lepszych filmów, jakie widziałam ostatnio (co może nie jest wielką rekomendacją, bo przez ostatnie miesiące obejrzane przeze mnie filmy zmieszczą się na palcach obu rąk).

Frank to film, który można zakwalifikować jako komediodramat, ale poza tym ciężko określić, jakie jest jego konkretne przesłanie, chyba każdy może wynieść własne. Niektóre filmy odbieram jednoznacznie już podczas seansu, już wtedy docieram do pewnych wniosków, refleksji (jak choćby podczas oglądania Rush). Franka trawiłam kilka dni, wciąż zresztą nie wiem, czy to, co odebrałam dla siebie, jest właściwym dla mnie przekazem. Nie chcę przez to sugerować, że film jest trudny lub wydumany, po prostu nie uderza w widza, nie bombarduje go emocjami, pozwala mu się zastanowić, sprawia, że po dotarciu do napisów końcowych obraz w nim pozostaje na dłużej.

Dla mnie Frank to film mówiący o tym, że warto być sobą, nie zważać na konwenanse, nie ograniczać się schematami, iść razem z życiem, a nie pod prąd próbować wbrew sobie się zmieniać, podporządkowywać. Bo tylko zachowując siebie, będąc wobec siebie szczerym, nie ukrywając się przed innymi za maskami, nie żyjąc życiem innych, możemy być naprawdę spokojni i może nawet szczęśliwi. To też przestroga, aby nie ulegać fascynacji innymi ludźmi, nie zatracać się w nich, nie naśladować, inaczej niszczymy nie tylko siebie, ale też tego, kim jesteśmy zafascynowani.

Frank to film kameralny, z kilkoma aktorami, z których każdy jest wyjątkowy, bo każdy ma inną rolę do odegrania. Nie uważam, aby to była "życiowa" czy "zjawiskowa", czy też "mistrzowska" rola Michaela Fassbendera. Aktor świetnie się spisał i oczywiście dał z siebie wszystko, potrafił przekazać emocje widzowi nawet mimo zakrycia najważniejszej części swego aktorskiego ciała, czyli twarzy (a to, przyznacie, prawdziwa sztuka), ale ja jednak wolę patrzeć, jak on gra właśnie twarzą, bo to człowiek, który zaledwie jednym niewielkim grymasem, skrzywieniem warg, spojrzeniem umie powiedzieć wszystko, nie używając nawet słów. Jest dla mnie aktorem wyjątkowym, o niesamowitym talencie, który widać w każdym jego filmie, to doprawdy niezwykłe, klasa sama w sobie i nazwisko, które zawsze będzie na mojej liście ukochanych aktorów, a nie ma ich tam wielu. Bardzo dobrze zagrał również Domhnall Gleeson, ten uroczy rudzielec momentami mnie przerażał, bawił, wzruszał, fascynował, złościł... Dzięki niemu postać Jona była żywa. Podobnie na oklaski zasługują pozostali: Maggie Gyllenhaal jako neurotyczna Clara, Scott McNairy jako depresyjny Don, Carla Azar w roli małomównej, ale wyrazistej Nany i ciągle mówiący po francusku, rozbrajający Francois Civil jako Baraque.

Nie można nie wspomnieć oprawy muzycznej, w końcu to film o muzykach. Idealnie dopracowana, wplatająca się w fabułę, a jednak wybijająca się oprawa muzyczna to dzieło Stephena Rennicksa. Frank wart jest obejrzenia i posłuchania. Smaczku dodaje też fakt, że muzyka grana przez filmowy Soronprfbs była nagrywana na żywo przez obsadę, a sam film inspirowany jest życiem prawdziwych postaci.

czwartek, 29 maja 2014

Powstanie Warszawskie

Kiedy się dowiedziałam, że do kin wejdzie Powstanie Warszawskie, film będący zbeletryzowanym montażem archiwalnych filmów z sierpnia 1944 roku, wiedziałam, że muszę to obejrzeć. Zastanawiałam się, czy twórcom uda się stworzyć spójną historię, jak będzie wyglądał ten niezwykle oryginalny film. Zastanawiałam się też, w jaki sposób do niego podejdę – wiedziałam, że nie będę w stanie oceniać go jak każdej innej produkcji, przecież tutaj nie chodzi o akcję, głębię i wiarygodność psychologiczną bohaterów. Stwierdziłam więc, że pójdę do kina z taką właśnie ciekawością, bez oczekiwań. I wyszłam kompletnie oszołomiona.

Nie da się ukryć, że Powstanie Warszawskie to rzecz zupełnie wyjątkowa. Ekipa Muzeum Powstania Warszawskiego, dźwiękowcy, montażyści, nawet specjaliści od koloryzacji wykonali solidną pracę, dzięki której udało się przenieść widzów w wojenną rzeczywistość. Chociaż filmy kręcone były przez działaczy propagandy AK, to jednak w produkcji nie czuć pompy ani nacisku na patriotyzm. Nie znajdziecie tutaj pytań - czy było warto, czy był sens, tym bardziej nie znajdziecie na te pytania odpowiedzi - jesteście świadkami faktów, zdarzeń z przeszłości; oceny, pytania i odpowiedzi oraz wnioski będą tylko Wasze.

Powstanie Warszawskie pokazuje tę codzienność powstańców i cywili, której nie widać w żadnym innym filmie fabularnym – jak przygotowywali się do walk, jak przemykali się zbombardowanymi ulicami, gdzie i co jedli, jak się ubierali, z czego się śmiali, jak chowali bliskich, jak się kochali. Chociaż większość ujęć to nie wojenna zawierucha, okropieństwo walk czuć w każdym momencie. Mnie uderzyły te właśnie zwyczajne sytuacje, zrobiło mi się wstyd, że tyle narzekam, że ciągle wydaję pieniądze na niepotrzebne rzeczy, że marnuję swoje życie... Jak traktuję swoje dziedzictwo, swój kraj? Ten film jak żaden inny każe się cieszyć teraźniejszością i walczyć o lepsze jutro - banalnie, najlepiej zacząć od siebie.

Pięknie zmontowane projekcje podobały mi się nawet w kolorze, chociaż pokazano też oryginalne, czarno-białe ujęcia. Do filmu przygotowano również dobry scenariusz, dubbing wcale nie przeszkadzał, czego obawiałam się najbardziej, momentami było naprawdę zabawnie. Jedyne, co mnie irytowało, to Agnieszka Kunikowska w roli Joanny – jej płaczliwy, piskliwy głos zagłuszał mi niepokój postaci o męża.  Michał Żurawski i Maciej Nawrocki jako bracia Karol i Witek byli świetni. Dopełnieniem obrazu jest wspaniała, idealnie wkomponowana muzyka, za którą odpowiada Bartosz Chojdecki.

Powstanie Warszawskie to nie jest film, to 90-minutowy kawałek naszej historii, którą każdy powinien zobaczyć. Najlepiej jeszcze w kinie i to z bliższych rzędów, gdyż obraz nie jest pokazywany na całej rozpiętości ekranu.

O wiele ciekawiej o produkcji napisał Patryk Karwowski, zachęcam do przeczytania jego wrażeń.

czwartek, 20 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XIX: Ulubiona zekranizowana książka

Lew, czarownica i stara szafa. Jedna z moich ulubionych powieści z dzieciństwa i zdecydowanie najlepsza część Opowieści z Narnii. Jako dziecko kochałam ten cykl i czytałam go wielokrotnie. Bardzo podobał mi się serial na podstawie cyklu, filmowa ekranizacja również mnie zachwyciła. Świetnie dobrana obsada do ról rodzeństwa Pavensich, bardzo dobrze zagrana, dzieciaki są niezwykle naturalne i oddają charaktery z książki. Irytowała mnie co prawda Łucja, ale ona irytowała mnie również w książce, więc Georgie Henley wykonała porządną robotę. Najlepszą postacią z tej czwórki jest dla mnie Edmund, chociaż jako dziewczynka uważałam, że Zuzanna (no i Piotr, w którym byłam zakochana). Teraz jednak, kiedy przeczytałam powieść już jako dorosła osoba, Edmund wydaje się postacią najbardziej skomplikowaną, momentami tragiczną, a na pewno najbardziej wiarygodną psychologicznie.

Książkowa Biała Czarownica jest jedną z tych istot, które budziły we mnie prawdziwy strach. Skojarzenia z Królową Śniegu są tu oczywiste, zawsze były, ale wymiar zła, jaki nosi w sobie postać Lewisa, jest dużo silniejszy. Filmowa wiedźma jest wręcz taka, jaką sobie zawsze wyobrażałam. Tilda Swinton powinna za tę rolę dostać Oscara, jest to jednocześnie najgroźniejsza i najcudowniejsza postać filmu. Jej wygląd to mistrzostwo charakteryzacji (Isis Mussenden), które w połączeniu z aktorstwem zrodziły legendę.

Film zabrał mnie z powrotem do Narnii, w której nie byłam od wielu lat. Zachwyca nie tylko obsadą i aktorstwem, ale też pięknymi zdjęciami, cudowną muzyką, świetnymi efektami specjalnymi. Bardzo szkoda, że potencjał serii został zmarnowany już kolejnym filmem. Księcia Kaspiana jeszcze dało się obejrzeć, ale już Podróż Wędrowca do Świtu jest katastrofalnie zagrana i nakręcona (inny reżyser).

Lew, czarownica i stara szafa
C.S. Lewis
Scenariusz: Andrew Adamson, Christopher Marcus, Stephen McFeely, Ann Peacock
Reżyseria: Andrew Adamson

sobota, 15 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XIV: Książka zbezczeszczona ekranizacją

Ooooo na ten dzień czekałam długo! Wiedźmin Marka Brodzkiego, tfu, niech zginie i przepadnie! To jeden z najgorszych, jeśli nie najgorszy film polski w historii, a z pewnością najgorsza ekranizacja książki w historii filmografii światowej. Poszatkowana, nieskładna fabuła, tragiczne wręcz efekty specjalne, niedobrana obsada dla elfów, ale przede wszystkim chełpienie się przez reżysera, że nie czytał ani jednego opowiadania! O zgrozo! Jak już wcześniej wspomniałam, obejrzałam film zanim przeczytałam cykl, i wtedy nawet mi się podobał. Nadal uważam, że Michał Żebrowski bardzo dobrze wywiązał się z roli Geralta, podobnie jak Anna Dymna jako Nenneke, rewelacyjnie zagrał też Andrzej Chyra jako Borch Trzy Kawki. Zbigniew Zamachowski może nie pasował do Jaskra fizycznie, za to charakterem oddał go idealnie. W filmie wyróżniał się jeszcze Maciej Kozłowski jako Falvick. Natomiast pozostali to kompletna porażka - Daniel Olbrychski pluł wręcz pompą jako elfi książę, Grażyna Wolszczak zupełnie nie poradziła sobie jako Yennefer, nawet ta filmowa płakliwa dziunia, tuż za nią jest Dorota Kamińska i jej Eithne. Bardzo lubię aktorstwo Agaty Buzek, ale do roli pięknej księżniczki Pavetty nie nadawała się zupełnie, podobnie jak Dariusz Jakubowski nie pasował do roli Jeża. Najbardziej irytującą postacią była dla mnie Ciri, czyli Marta Bitner, w ogóle aktorstwo dziecięce w Polsce kuleje okropnie, ze świecą szukać młodziutkich z prawdziwym talentem. Filmowa Ciri to uosobienie sztuczności i braku jakiegokolwiek talentu aktorskiego. Mogłabym tak jeszcze wymieniać...

Za katastrofalny i chaotyczny scenariusz odpowiedzialny jest Michał Szczerbic, nie mający wielkiego doświadczenia w tej roli (ale Prawo ojca i Róża są świetne). Chociaż opowiadania z Ostatniego życzenia i Miecza przeznaczenia nie są w jednym ciągu przyczynowo-skutkowym, to jednak układają się w pewną całość. A tej całości nie widać w filmie ani serialu. Jest kilka dobrych dialogów, natomiast większość to teksty bez żadnej lekkości, często pełne teatralności i pompatyczności.
Najgorsze były tu efekty specjalne. Pamiętam jeszcze dzisiaj echo złośliwego rechotu widzów, w tym mój własny śmiech, z obrazu Villentretenmertha czy wyglądu kikimory, czyli wielkiej kukły z papier mache.

Gdyby nie to, że spodobał mi się Michał Żebrowski i Andrzej Chyra, nie sięgnęłabym po cykl i jestem pewna, że wiele osób właśnie ta ekranizacja odrzuciła od książek. Wszyscy przecież wiedzieli, że film jest ekranizacją dwóch tomów opowiadań, ci, którzy ich nie czytali, a obejrzeli Wiedźmina, musieli myśleć o tym, jak słaba musi być twórczość Sapkowskiego, skoro powstał z tego taki koszmarek.
Jedyna naprawdę dobra rzecz tego filmu, to muzyka Grzegorza Ciechowskiego, absolutne mistrzostwo kompozycji, oddające klimat całego cyklu. Nie dotyczy to oczywiście piosenki przewodniej w wykonaniu Roberta Gawlińskiego. Brrrr...

czwartek, 21 listopada 2013

Walka żywiołów - Rush, scenariusz: Peter Morgan, reżyseria: Ron Howard, 2013

Znacie to uczucie, kiedy po obejrzeniu jakiegoś filmu czy przeczytaniu książki lub przeżyciu czegokolwiek innego, jesteście tak pobudzeni, macie w sobie tyle emocji, że musicie się nimi z kimś podzielić, inaczej eksplodujecie? Ja właśnie tak się czuję po seansie Rush (polski tytuł nie oddaje w pełni siły rażenia tego filmu)! Już sam fakt, że nie mogłam wytrzymać i postanowiłam o nim tu napisać, przy mojej ostatnio długo trwającej niechęci do blogowania, niech o czymś świadczy. Wciąż jeszcze nie mogę ochłonąć, nawet trudno mi stukać w klawiaturę, ale nie mam wyjścia, słowa, które buzują w mojej głowie, muszą znaleźć ujście.

Rush to zdecydowanie najlepszy film, jaki widziałam w tym roku, a widziałam ich naprawdę sporo. Być może kiedy następnym razem będę go oglądać, zauważę jakieś niedociągnięcia, ale na tę chwilę widzę prawdziwe i tylko mistrzostwo: genialne zdjęcia, rewelacyjne aktorstwo (może z jednym, drobnym wyjątkiem, który nic dla mnie nie znaczy w kontekście całości), świetny montaż, doskonała muzyka, dialogi bez zarzutu, kunszt reżyserski… Ufff i właściwie na tym mogłabym skończyć, mogę już swobodniej oddychać, adrenalina powoli opada… Ale nie skończę. To teraz po kolei.

Przyznam, że nie jestem fanką Formuły 1, nigdy mnie ten sport nie pociągał, a relacje ze zwycięstw i porażek Roberta Kubicy nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Nie miałam pojęcia, kim jest Niki Lauda ani James Hunt. Aż do dzisiaj. Rush sprawił, że zmieniło się moje podejście i postanowiłam sobie, że wybiorę się chociaż na jeden taki spektakl na żywo. A dwóch bohaterów filmu zapamiętam na długo, jeśli nie do końca życia. Zwyczajny człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile niebezpiecznego piękna ma w sobie ten sport, ile wyrzeczeń, wysiłku poświęca mu nie tylko kierowca, lecz także cały jego zespół, o pieniądzach nawet nie wspominając. Ron Howard i jego ekipa filmowa świetnie to odmalowali – adrenalinę, poświęcenie, rywalizację, szacunek do maszyny i człowieka. Ogromną zasługę miały tu zdjęcia Anthony’ego Dod Mantle’a, wręcz genialne ujęcia z toru wyścigowego. Nigdy nie sądziłam, że w taką euforię wprawi mnie widok intensywnie poruszających się tłoków czy ryk silnika! Wizualnie podobał mi się cały film, zdjęcia dopasowano do lat 70., mają one w sobie ten rys niedoskonałości znany sprzed epoki HD i wygładzania wszystkiego, pięknie wmontowano również obrazy archiwalne. Wrażenia potęgowała muzyka skomponowana, o, kolejne zaskoczenie!, przez Hansa Zimmera (zaskoczona jestem prawdziwie, bo w tej ścieżce dźwiękowej nie ma utartych melodii, jakimi kompozytor posługiwał się w Piratach z Karaibów, Gladiatorze czy Sherlocku Holmesie).

Sama historia rywalizacji dwóch silnych osobowości, różniących się niczym ogień i woda, jest równie porywająca. Nie potrafię Wam powiedzieć, kto lepiej zagrał, ale też nie wydaje mi się, żeby to było istotne, ponieważ i Daniel Brühl, i Chris Hemsworth, doskonale się uzupełniali na ekranie. I chociaż fabuła wydaje się prosta – z jednej strony playboy i lekkoduch-przystojniak, z drugiej strony poważny i skupiony brzydal, ile razy już to widzieliśmy – to jednak wcale nie jest banalna i ograna. Zarówno Daniel Brühl (teraz mi się przypomniało, w jakim filmie go widziałam!), który w Bękartach wojny był taki niepozorny, jak i Chris Hemsworth, który od kilku lat jest utożsamiany z nordyckim bogiem piorunów z komiksu, w tym filmie udźwignęli cały dramatyzm prawdziwych postaci i wydaje mi się, że oddali wiernie ich samych oraz zachodzące między nimi relacje.

Największym zaskoczeniem jest, chyba dla wszystkich, właśnie Hemsworth. Jego rola wydaje się podobna do poprzednich, a jednak aktor potrafił oddać także ciemną stronę takiego życia, jakie prowadził Hunt. W cudownych niebieskich oczach i boskim uśmiechu (wybaczcie!) widniał czasami dobrze kryty smutek, gorycz, żal, poczucie winy. Ukazanie tego w naturalny sposób to czasem trudniejsze zadanie, niż zagranie tragicznego bohatera od początku do końca. Pochwał nie będę szczędziła również Brühlowi, który dał swemu bohaterowi prawdziwą siłę charakteru, nieugiętą wytrwałość w dążeniu do celu, do wygranej. Obaj się doskonale uzupełniają, na ekranie aż iskrzy od rywalizacji, która przechodzi na oczach widza przez wszystkie stadia. Zwykle jest tak, że chociaż film opowiada o dwóch równych bohaterach, jeden z aktorów zdominuje drugiego. W Rush Hemsworth i Bruhl idą, kolokwialnie mówiąc, łeb w łeb, obaj przyciągają uwagę i nie dają spokoju. Co więcej, jak mało którym, udało się im pokazać wzajemne współdziałanie, to, jak obaj sportowcy kształtują siebie nawzajem. W niewielu filmach udaje się to pokazać, ostatnim, jaki pamiętam, był Prestiż z Hugh Jackmanem i Christianem Bale’em, ale tam ten wpływ był destrukcyjny.

W Rush zabłysnęła mi także piękna Alexandra Maria Lara jako Marlene, która, chociaż nie miała wielkiej roli, zaznaczała swoją obecność od momentu pojawienia się, czego nie można powiedzieć o Olivii Wilde, odgrywającej tu raczej rolę hostessy niż jakąkolwiek inną, a nie wierzę, że taka miała być, miała okazję się wykazać i moim zdaniem nie zrobiła tego.

Nic w tym filmie nie jest niepotrzebne. Dialogi są dopracowane do ostatniego słowa, bawią, wzruszają, budzą gniew, refleksję, smutek. W Rush dzieje się naprawdę wiele. To nie tylko film o Formule 1, to przekrój wszystkiego, z czego składa się nasze życie. Jest tu wspomniana już przeze mnie rywalizacja i jej różne stadia, jest miłość, jest nienawiść i walka, jest przyjaźń, ta surowa i nietypowa, i ta ciepła, wspierająca. Jest adrenalina, narastająca w momencie startu, powoli opadająca po przekroczeniu mety. Jest przerażenie i strach, ból i śmierć. Ale też rozrywka, zatracenie, zapomnienie, które czasem budzi poczucie winy, a czasem pozostawia czystą radość. I mimo że Rush porusza aż tyle tematów, to wszystko razem ma swoje miejsce i pięknie współgra.

Nie wiem, jak ten film odebrali widzowie, którzy cenią i oglądają Formułę 1, znają przedstawioną historię, ale ja siedziałam w napięciu od pierwszych do ostatnich minut (tak mocno miałam napięte mięśnie, że po wyjściu z kina bolały mnie nogi i ręce) i cieszę się, że nie znałam zakończenia. Jeśli również nie jesteście fanami tego sportu i nie kojarzycie tych postaci, nie czytajcie o nich, dajcie się zaskoczyć!

Polecam! Idźcie, dopóki ten szaleńczy pęd trwa w kinach! (Sądziłam, że się uspokoję po opisaniu wrażeń, gdzie tam!)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Na skróty II – „Looper”, „The Amazing Spider-Man”, “The Dark Knight Rises”, “The Cabin in the Woods”, “Star Trek”

Dzisiaj kolejna paczka moich wrażeń z filmów w kilku krótkich zdaniach. Tym razem będzie w kolejności od najmniej do najbardziej lubianej przeze mnie produkcji.

5. Zapętleni, zasupłani – „Looper”, scenariusz i reżyseria: Rian Johnson, 2012

To film, co do którego miałam spore nadzieje. Trailer wyglądał obiecująco. Sądziłam, że będzie to ambitna produkcja science fiction, a przynajmniej ambitniejsza od innych hollywoodzkich obrazków. Looper zebrał naprawdę dobre recenzje na Zachodzie, również w Polsce. Nie wiem dlaczego. W filmie najbardziej podobały mi się zdjęcia, jakby surowe, przypominające klimatem 12 małp, i muzyka w kompozycji Nathana Johnsona. Poza tym się tylko rozczarowałam: miałkimi, przewidywalnymi dialogami, schematycznymi postaciami bez energii i życia, jakby aktorom nie bardzo się chciało opowiadać historię swych bohaterów, prostą fabułą, stylizowaną trochę (a przynajmniej mi się kojarzyła) na filmy z lat 80. Mam wrażenie, że Joseph Gordon-Levitt nie nadaje się do kina akcji, brakuje mu charyzmy, nie wiem, jak to określić, ale nie pasował mi on do roli płatnego zabójcy. A Bruce WillisNo cóż, to miłość mojego filmowego życia, kocham go odkąd pamiętam, ale, jak to teraz często jest powtarzane, już go nie lubię. W ostatnich latach więcej ma ról nieciekawych niż interesujących i do tych pierwszych właśnie zalicza się postać w Looperze. Może Johnson chciał połączyć film akcji z dramatem, przełożył sceny, w których dużo się dzieje, wolniejszymi sekwencjami, gdzie bohaterowie rozmawiają, rozmyślają, ja się jednak znudziłam i nie dostrzegłam większej głębi w tym obrazku.

4. Padłeś? Powstań! – „The Dark Knight Rises”, scenariusz: Christopher Nolan & Jonathan Nolan, reżyseria: Christopher Nolan, 2012

To chyba moje największe rozczarowanie filmowe zeszłego roku. Wprawdzie nie spodziewałam się, że trzecia część Batmana będzie lepsza od The Dark Knight, ale sądziłam chociaż, że będzie lepsza niż pierwsza część. Tymczasem ten, rozwleczony na niemal trzy godziny, seans został tak przeładowany patosem, czymś, co Stephen King nazwał w Danse macabre pionierskim duchem, że oglądałam film z prawdziwym niesmakiem. Brakowało mi mroku, którym Christopher Nolan operował w pierwszej, a mistrzowsko otoczył widza w drugiej części. Jedyną charakterystyczną postacią, która wywiązała się rewelacyjnie ze swego zadania, jest Anne Hathaway. Jej Kobieta-Kot to idealne uosobienie nowoczesnej heroiny, złośliwej, wyrachowanej, kryjącej się w masce nie tylko wtedy, kiedy ją nosi. Hathaway nie jest lepsza ani gorsza od Michelle Pfeiffer, zagrała swoją postać zupełnie inaczej, nadając jej nową wartość. Pozostali są bezbarwni, niemal przezroczyści. Nie ma w tym filmie prawdziwego złoczyńcy. Nie jest nim Bane, który łudząco przypominał mi Henriego Ducarda granego przez Liama Neesona w Batman Begins. Z całą pewnością nie jest nim Miranda, którą przejrzałam w pierwszej chwili, gdy tylko zobaczyłam ją na ekranie. Może Nolan miał nadzieję, że Marion Cotillard pokaże swoją ciemną, nieprzewidywalną stronę, jak to zrobiła w Incepcji, ale tutaj reżyser nie potrafił wykrzesać z niej nawet części tego. Dobre efekty specjalne, dopracowane zdjęcia i muzyka Hansa Zimmera nie są w stanie zrekompensować straty czasu, jaką zaserwował swoim fanom Nolan.

3. Zaczarowana chatka – „The Cabin in the Woods”, scenariusz: Joss Whedon & Drew Goddard, reżyseria: Drew Goddard, 2011

Zaraz po mdłym Looperze postanowiłam obejrzeć The Cabin in the Woods i było to przyjemną, całkiem zaskakującą odmianą. Bardziej się śmiałam niż bałam, ale takie chyba było założenie twórców, którzy postanowili pomieszać z konwencją horroru. Wyszło im to nawet zmyślnie, zwłaszcza pomysł z przerobieniem rytuału składania ofiar „bogom” w krwawe reality show dla wybranych. The Cabin in the Woods to niezła zabawa w odgadywanie nawiązań do takich klasyków, jak Cube czy Koszmar minionego lata (tuż po obejrzeniu miałam w głowie jeszcze kilka innych, ale już wyleciały mi z pamięci, fani horroru z pewnością potrafią przytoczyć ich więcej). Dobra jest to również parodia i szyderstwo z głupot scenariuszy niektórych filmów – moja ulubiona scena to ta, w której Curt (Chris „Thor” Hemsworth) w chwili nadciągającego niebezpieczeństwa mówi, że przyjaciele powinni się rozdzielić, a Marty się dziwi Really?! W ogóle to Marty (Fran Kranz) jest świetną postacią! Ten ciągle naćpany luzak okazuje się być kopalnią rewelacyjnych tekstów i najbardziej inteligentnym z całej piątki bohaterów. Bardzo go polubiłam.

2. Gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek - „Star Trek”, scenariusz: Roberto Orci & Alex Kurtzman, reżyseria: J.J. Abrams, 2009

Jako dziecko oglądałam serial Star Trek z zapartym tchem. Nie przeszkadzały mi kiepskie efekty specjalne, gumowe potwory i ludzcy obcy. Dla mnie była to doskonała rozrywka, na pokładzie USS Enterprise przemierzałam Wszechświat i wszystko wydawało się możliwe. Za filmami nie przepadałam, żadnego chyba nie obejrzałam do końca. Kiedy w 2009 roku do kin wchodził najnowszy obraz z serii, mający przywrócić jej świetność, niespecjalnie mnie to zainteresowało. I żałuję. O ileż lepiej bym się cieszyła filmem, gdybym oglądała go na dużym ekranie! To świetne przygodowe kino z rewelacyjnymi efektami specjalnymi, dobrym, chociaż schematycznym, scenariuszem, wspaniałymi bohaterami, których można odkrywać na nowo. Aktorzy wcielający się w członków załogi najpopularniejszego statku kosmicznego na świecie dali postaciom stworzonym przez Gene’a Roddnebery’ego nowe, barwniejsze życie. Chris Pine, Zachary Quinto (świetny duet różnych charakterów), Karl Urban, Zoe Saldana, Simon Pegg, John Cho, Anton Yelkin stworzyli załogę idealną. Jeszcze niedoświadczeni, popełniający błędy, mniej sztywni niż ich poprzednicy, ale tak samo zawzięci i ambitni. No i niezastąpiony Leonard Nimoy, będący wymarzonym pomostem między starym a nowym światem! I chociaż można się do kilku rzeczy przyczepić (najbardziej drażnił mnie fakt ukrytej matki Kirka – widzimy ją przy porodzie, później możemy się tylko domyślać, że związała się z przeciętnym mężczyzną, za którym młody James nie przepadał; doprawdy trudno mi uwierzyć, że wybrała kogoś takiego), z przyjemnością wracam do tej historii, a na Star Trek Into Darkness na pewno pójdę do kina.

1. Naprawdę niesamowity! – „The Amazing Spider-Man”, scenariusz: James Vanderbilt, Alvin Sargent, Steve Kloves, reżyseria: Marc Webb, 2012

Lubiłam Spider-Mana w wykonaniu Tobeya Maguire’a. Ale jeszcze bardziej spodobał mi się Andrew Garfield, którego Peter Parker nie jest tak naiwny ani porządny, jak bohater trylogii Sama Raimiego, który zamieniał się w złośliwego prześmiewcę po założeniu maski. Parker w wykonaniu Garfielda nie zmienia się, przywdziewając kostium człowieka-pająka, wręcz przeciwnie, ma jedynie nowe możliwości fizyczne, charakter pozostaje ten sam. The Amazing Spider-Man to chyba jedyny film o superbohaterze, w której zostaje on napiętnowany poczuciem winy, którego nieodpowiedzialność prowadzi na zupełnie nową ścieżkę, który poszukuje odkupienia, a nie tylko zemsty. Marc Webb i scenarzyści potrafili wydobyć dramatyzm postaci Parkera bez popadania w patetyczne tony, podobnie udało się to osiągnąć w wypadku doktora Curta Connorsa (Rhys Ifans), który przeraża i budzi sympatię, ale nie współczucie czy litość. Fabuła filmu, dialogi, współgranie postaci wypadają bardzo naturalnie, bez większych zgrzytów. The Amazing Spider-Man zachwyca efektami specjalnymi, pięknymi zdjęciami i poruszającą, ożywiającą obraz muzyką Jamesa Hornera. To również film zawierający jeden z najlepszych wątków miłosnych, jakie zdarzyło mi się obserwować na ekranie. Emma Stone i Andrew Garfield idealnie sprawdzają się w swoich rolach (co prawda są nieco zbyt poważni [widać, że są sporo starsi niż postaci, które grają], jak na licealistów [równie dobrze można było przenieść ich o kilka lat później, na studia], ale co tam). Gwen Stacy w dodatku to nie tylko śliczna licealistka, lecz także ambitna młoda kobieta, która potrafi zachować zimną krew w najgorszych momentach, zamiast wydzierać się z paniką w oczach. The Amazing Spider-Man znalazł się na liście moich ulubionych filmów i z pewnością będę do niego często wracać.