Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Morawski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Morawski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lipca 2017

Ciągle zmienna, zawsze doskonała (autorka cyklu, nie przedmiot tytułowy) - "Zgubna trucizna", Katarzyna Kwiatkowska, Znak 2017 r.

Kolejna książka z cyklu Jan Morawski trafiła do mnie z końcem marca tego roku. Z różnych względów życiowych potrzebowałam jednak aż tyle czasu, żeby ją zrecenzować, z którego to powodu bardzo mi przykro wobec autorki, wydawnictwa i samej siebie. Powieść czytałam dwukrotnie, bo pierwszym razem tak się zatopiłam w historię i Poznań początków XX wieku, że nie odnotowałam wszystkiego, co chciałam o tej książce napisać. A Zgubna trucizna zasługuje na więcej niż kilka zdań.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to objętość powieści. Książka jest cudownie grubaśna, co mnie wyjątkowo ucieszyło, bo z reguły nie przepadam za takimi. Miłą też odmianą jest, że akcja dzieje się w mieście i to w najgorętszym towarzysko okresie - karnawale. Tym razem akcja powieści już się rozpoczęła, zanim rozpoczęła się sama powieść. Bardzo cenię w autorce te nowości, eksperymenty, dzięki temu każda książka jest inna. Co więcej, te eksperymenty za każdym razem są świetnie opracowane i doskonale współgrają z formą konwencji, jaką wybrała Katarzyna Kwiatkowska. Dodatkowo na bardzo wysokim poziomie utrzymane są styl, fabuła, tło historyczne. Także normą (i to dobrą) jest, że oprócz wątku głównego mamy kilka pobocznych, jak szukanie przez rząd niemiecki powodów do dokręcenie śruby “zaborowej” Polakom przez śledzenie i pogrążanie duchowieństwa, czy wątek miłosny z udziałem samego Jana, czy też perypetie rodzinne Mateusza. Styl powieści jest bez zarzutu, lekki, obrazowy, konkretny w scenach opisujących metody fałszerstwa czy innych sztuk, mniej kryminalnych. Dialogi i opisy dopełnione są poczuciem humoru, subtelnym, eleganckim, inteligentnym. Metafory są również wyszukane, zgodne wręcz z klimatem epoki.

Jak zawsze wątek kryminalny toczy się powoli, co jakiś czas dochodzą nowe fakty, które pozwalałam Janowi składać w całość. Sama już się nad nimi nie zastanawiałam, cieszyłam się z samej lektury i możliwości obserwacji. Oczywiście wokół Jana pojawiają się także kolorowe postaci, a ponieważ akcja toczy się w mieście, to jest ich o wiele więcej niż w poprzednich książkach. Szczególną sympatię budzi doktor Franciszek Chłapowski, postać zresztą historyczna, i jego żona Maria. Antypatię natomiast szybko czuje się do Anastazji Nowackiej, manipulantki i intrygantki kryjącej się pod maską niewinnego blondwłosego aniołka. Intrygującą bohaterką jest również Izabela Boratyńska, która szybko staje się partnerką Jana w prowadzeniu śledztwa. Przy okazji wydaje mi się, że Kwiatkowska zaczęła skupiać się na teraźniejszym życiu Jana, niż na jego przeszłości. Morawski znalazł się w podwójnie niebezpiecznej sytuacji, z jednej strony mierzy się z niemiecką policją, ponieważ jest podejrzany o morderstwo. Z drugiej strony na celownik wzięły go niemal wszystkie mamy z towarzystwa, które upatrywały w nim idealną partię dla swych córeczek. Autorka nie pozostawia wątpliwości co do tego, że druga strona ataku jest znacznie bardziej niebezpieczna. Również o wiele więcej dowiadujemy się o przeszłości Mateusza, która dosłownie wprasza się z impetem do hotelowego pokoju.

Autorka raczy niuansami ówczesnej socjety. Zabawne i przerażające są opisy targowania się o małżeństwa, posag. Związek nie jest tu niczym romantycznym, wszystkim chodzi wyłącznie o pieniądze. Kwiatkowska nie kryguje się, dialogi rodziców z przyzwoitkami są tu bardzo bezpośrednie i zdecydowanie stanowią największą część rozrywkową i przeciwwagę dla toczących się wydarzeń. Dowiadujemy się również, jak wykonywało się fałszerstwa banknotów, czy w jaki sposób funkcjonowała komunikacja dorożkarska. Mamy więc unikalny wgląd w życie niemal wszystkich warstw społecznych Poznania w czasie zaborów. Kwiatkowska, jak w każdej z książek, ukazuje również bogate tło historyczne, którego jest zdecydowanie więcej niż w poprzednich książkach. Zadziwia kreatywność Polaków w walce o zachowanie swojej narodowej odrębności, solidarność w działaniu (spółdzielnie pożyczkowe) i pomaganiu. Przy okazji napawa smutną refleksją wobec obecnych czasów. Wielu wydarzeń z historii tego czasu nie pamiętam z lekcji historii (bo i o wielu się nie mówiło), dodatkową frajdę sprawiało mi więc buszowanie w innych źródłach. Ale spokojnie, i bez tego można śledzić akcję powieści z równym zafascynowaniem.

Lekturę Zgubnej trucizny zakończyłam z refleksją, że nie ma złych Niemców (wstaw inną narodowość) i dobrych Niemców, są źli ludzie i dobrzy ludzie, to my decydujemy, jak się zachowamy w każdej sytuacji, i czy będziemy w tych decyzjach zwracali uwagę na dobro innych i czy będziemy podchodzić do innych z szacunkiem. Ten wniosek jest ważny tym bardziej teraz i po raz kolejny udowadnia, że historia się powtarza, a my niczego się z niej nie uczymy...

Za udostępnienie książki do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Kto był inspiracją dla Jana Morawskiego, o czym najtrudniej pisać, dlaczego Jan a nie Konstancja... - Wywiad z Katarzyną Kwiatkowską

12 sierpnia miała premierę Zbrodnia w szkarłacie. Wrażeniami z lektury podzieliłam się na krótko przed premierą. Dzisiaj z przyjemnością zapraszam Was do przeczytania wywiadu z autorką kryminałów o Janie Morawskim, Katarzyną Kwiatkowską.

Skąd pomysł na powieść detektywistyczną? I dlaczego retro?
Podobno każdy pisze to, co sam chciałby przeczytać, ja więc piszę kryminały, bo to mój ulubiony gatunek. A spośród odmian kryminałów najbardziej lubię powieści detektywistyczne, w których czytelnik, na równi z głównym bohaterem, może prowadzić śledztwo i odkrywać winnego.Bardzo interesuje mnie życie zwykłych ludzi w przeszłości, tamte obyczaje i sprawy. Dlatego akcję moich książek umieściłam w czasach, które mnie fascynują.
Pani powieści to mieszanka kryminału, obyczajówki, historii. Jaki obszar zajmuje Panią najbardziej? Bez którego z nich absolutnie nie wyobraża Pani sobie swoich powieści?
Staram się tworzyć zrównoważoną kompozycję z tych elementów, które Pani wymieniła, ale gdybym absolutnie musiała wybrać jeden składnik, chyba byłaby to historia. Nie wiem, czy chciałabym pisać o czasach obecnych, choć nie zarzekam się, że to nigdy nie nastąpi.
Czy jest jakiś obszar, który sprawia Pani największą trudność w pisaniu?
Zdecydowanie jest to pisanie o emocjach. Sama jestem osobą skrytą, dlatego wywlekanie na światło dzienne czyichś uczuć i przeżyć wydaje mi się naruszeniem prywatności. Jest to dość zabawne, bo ta niechęć dotyczy również postaci wymyślonych.
Jak długo pracuje Pani nad książką, od pomysłu do oddania jej do wydawcy?
Szczegółowe planowanie zabiera mi 4-6 miesięcy, pisanie pierwszej wersji 1,5 do 2 miesięcy, potem odkładam tekst na kilka tygodni. Ostatni etap trwa 2-3 miesiące i polega na uzupełnianiu pozostawionych luk, czytaniu, poprawianiu i wycinaniu. Zwłaszcza wycinaniu.
Ile czasu zajmuje Pani zbieranie informacji do książki? Czy ma Pani już kompletną bazę i tylko z niej wybiera odpowiednie dane, jak opisy dworów, obyczajów, wydarzeń?
Nie potrafię ocenić, jak długo trwa zbieranie informacji. Wydawałoby się, że pisząc kolejną książkę umiejscowioną w tym samym regionie i w tym samym czasie, powinnam dysponować kompletną bazą danych. Tak jednak nie jest. Oczywiście, nieustannie gromadzę informacje, czytam właściwie tylko książki dotyczące XIX wieku, posiadam sporą kolekcję albumów ze zdjęciami dworów, całe roczniki „Tygodnika Ilustrowanego”, wiele tomów wspomnień. Zbrodnia w szkarłacie tym się jednak różni od poprzednich książek o Janie, że opisuje konkretne zjawisko historyczne; jest mocniej zakotwiczona w czasie, a także w przestrzeni, gdyż akcję umieściłam w prawdziwym miejscu. To wymagało dodatkowych badań.
Tyle Pani wie o historii Polski, i tak prosto i przejmująco Pani o niej pisze w powieściach. Myślała może Pani, aby napisać książkę naukową historyczną?
Bardzo dziękuję za komplement, ale moja wiedza historyczna ogranicza się właściwie do sfery codzienności i obyczajów, czyli tego, co mnie interesuje. W innych aspektach jest dość fragmentaryczna. A gdy ogarnia mnie przekonanie, że już sporo wiem, czytam sobie fragment mojej ulubionej Europy Normana Daviesa i szybko pozbywam się tego miłego samozadowolenia. Zresztą książek o zwyczajach ziemiaństwa jest już wiele i moja zapewne nie wniosłaby niczego nowego.

Do tej pory tłem dla akcji były spokojne kurorty albo prowincjonalne domostwa. Czy planuje Pani pokazać Jana (albo Konstancję) w jakiejś szpiegowskiej intrydze, w niebezpiecznym otoczeniu?
Hm, wydaje mi się, że nie ma sprzeczności między prowincjonalnym domostwem a niebezpiecznym otoczeniem, tak jak nie ma sprzeczności między kurortem a szpiegowską intrygą. Zdarzają mi się chwile, gdy korci mnie, by moje historie zbrutalizować, a bohaterów unurzać w krwi, ale to tylko chwile. Pewniej się czuję, konstruując precyzyjne zagadki i umieszczając je w świecie, który przeminął.
Dlaczego dla swoich dwóch ostatnich powieści wybrała Pani opcję self publishing? Co było powodem tej decyzji?
Za każdą chyba decyzją o wyborze takiej ścieżki kryje się jeden powód: wydawnictwa tradycyjne nie były zainteresowane moją książką.
Co jest plusem takiego rozwiązania Pani zdaniem, a co przydałoby się poprawić?
Plusem jest nieograniczony właściwie wpływ autora na tekst i ostateczny kształt książki, ale ten plus jest też minusem, gdyż autor nie jest alfą i omegą, są więc sprawy, na których ktoś inny zna się lepiej i ktoś inny powinien być za nie odpowiedzialny. Każda książka potrzebuje surowego oka redaktora, który powie jasno: „to wyciąć, to dodać, to zmienić”, każda książka potrzebuje też czujnego korektora. Self-publishing, z którym ja się zetknęłam, nie zapewnia pieczy redaktorsko-korektorskiej na takim poziomie, jak wydawnictwa tradycyjne.
Dlaczego zdecydowała się Pani na Jana jako głównego bohatera, a nie wybrała Pani Konstancji?
Od początku wiedziałam, że tematem Zbrodni w szkarłacie będzie walka o ziemię, a bardziej odpowiednim bohaterem dla takiej historii był Jan. Konstancja, jako kobieta, byłaby odsunięta na boczny tor.
Czy uczynienie Konstancji główną postacią planowała Pani już wcześniej?
Konstancja pojawiała się już w dwóch pierwszych książkach i zamierzałam wprowadzić ją kiedyś do akcji jako współpracownicę Jana. Po Ablu i Kainie zapragnęłam jednak zmiany. Chciałam, by pierwszoplanowym bohaterem stał się Neapol i jego okolice, a jako dodatkowy komponent fabuły miała się pojawić intryga szpiegowska. Do takiego poplątanego, chaotycznego śledztwa lepiej pasowała kobieta-amatorka. Tak narodził się pomysł umieszczenia Konstancji – bez Jana – w świetle reflektorów.
Czy Konstancja będzie jeszcze prowadzącą bohaterką w jakiejś powieści? Poznamy jej dalsze losy?
Bardzo chciałabym opowiedzieć o dalszych przygodach Konstancji ( i ciotki Victorii:)), mam nawet wstępny pomysł, ale ponieważ historie o Janie spotkały się z przychylniejszym odzewem Czytelników, Konstancja będzie musiała trochę poczekać na swój czas.
W Pani książkach jest wiele autentyzmu. Powołuje się Pani na prawdziwe miejsca, wydarzenia historyczne. A jak to jest z postaciami? Przyznam, że starałam się znaleźć w sieci Jana Morawskiego, ale wyniki pokazują dwóch panów o tym nazwisku i żaden z nich nie nadaje się wiekiem na bohatera Pani książek… Czy Jan jest kimś inspirowany, jakąś historyczną postacią?
Postać Jana nie ma pierwowzoru. Nazwisko otrzymał od Krzysztofa Morawskiego, autora Wspomnień z Turwi, pierwszej książki o Wielkopolsce, jaką przeczytałam. Imię „Jan” zaś należy do moich ulubionych. A jeślibym miała wskazać inspirację literacką, to byłby nim molierowski Filint, którego Boy nazwał człowiekiem stuprocentowo wyrozumiałym, zdolnym pojąć każde szaleństwo i dziwactwo; kimś, kto żył według własnych zasad, ale szanował zasady innych.
Relacja Jana i Mateusza jest bardzo intrygująca i niezwykła, biorąc pod uwagę tamte czasy i obyczaje. Czy poznamy genezę ich znajomości?
Mateusza zatrudnił ojciec Jana, gdy ten skończył 18 lat. Od tej pory kamerdyner towarzyszy Janowi, a ponieważ młody Morawski nigdzie nie zagrzewa miejsca, taki tryb życia sprzyja zażyłości. Być może kiedyś opiszę przygody obu panów poprzedzające Zbrodnię w błękicie.
Sam Mateusz to bardzo ciekawa postać. Czy o nim samym dowiemy się więcej?
Tak, specjalnie z myślą o wielbicielkach Mateusza zamierzam zdradzić kilka jego tajemnic z przeszłości.
Pani Katarzyno, bardzo dziękuję za udzielenie odpowiedzi:)

Zachęcam także do przeczytania innego wywiadu z Katarzyną Kwiatkowską - pytania nie są takie same, więc warto zajrzeć.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kryminał wielofunkcyjny - "Zbrodnia w szkarłacie", Katarzyna Kwiatkowska, Znak 2015 r.

Po lekturze Zobaczyć Sorrento i umrzeć Katarzyny Kwiatkowskiej sądziłam, że będzie to moja ulubiona jej książka i że autorka nie przeskoczy już sama siebie, ale że chociaż utrzyma ten styl. W końcu kryminały to dość skostniała konwencja i niewiele można w niej namieszać. Zbrodnią w szkarłacie Katarzyna Kwiatkowska pokazuje, że ona jednak namieszać potrafi i z pewnością jeszcze niejednym pomysłem zaskoczy swoich czytelników. Tak jak postarała się pisarka, postarało się też wydawnictwo – piękna okładka, inicjały autorki złożone w proste, szykowne logo, dobre słowo od uznawanego za mistrza kryminału retro Marka Krajewskiego i ten zacny tytuł pierwszej damy dla autorki, na który w pełni zasługuje.

Autorka coraz śmielej sobie poczyna, wplatając w fabułę coraz więcej wątków, i idzie jej to doskonale! Mamy tu morderstwo, romans, obyczajowość, kwestię zagarniania majątków polskich, cichej walki z zaborcą, poszukiwanie skarbu. Trudno za tym nadążyć, ale nie można się poddawać, a zabawa jest przednia! Autorka doskonale operuje humorem, zarówno dialogowym, jak i sytuacyjnym. Pojawia się on w idealnych momentach, a jest ich całkiem sporo. Do tej wielofunkcyjności powieści dochodzi zatem jeszcze funkcja komediowa. Aż dziwne, że udało się to wszystko zmieścić na niecałych czterystu stronach. Co ciekawe żaden z elementów nie przytłacza, nie miałam wrażenia, że czegoś jest za dużo, a czegoś zbyt mało. Z książki na książkę jest coraz lepiej! Zbrodnia w szkarłacie pokazuje świadomość pisarską Kwiatkowskiej, która eksperymentuje z konwencją kryminału. Pokazała to już w Zobaczyć Sorrento i umrzeć. Tutaj także zmienia schemat prowadzenia akcji, nadal co prawda pozostając w głównej konwencji. W Zbrodni w szkarłacie tym razem "pomocnikiem" Jana nie jest wyjątkowo Mateusz, który prawie się w powieści nie przewija.

Zwykle gdy czytam kryminały, to nieznacznie uczestniczę w akcji jako detektyw, nie angażuję się w rozwiązywanie zagadki, bo wiem, że nie mam wielkich szans i raczej pozwalam autorowi się prowadzić. Przy książkach Kwiatkowskiej zamieniam się w prawdziwego śledczego, analizuję, wracam do poprzednich wydarzeń, robię sobie notatki i staram się wyprzedzić myśli i kroki Jana. Kilkakrotnie udało mi się to chociaż na chwilę i wtedy byłam z siebie bardzo dumna.

Zbrodnia w szkarłacie to plejada cudownie wyrazistych, żywych bohaterów. To zachwycające, że każda z postaci w książkach Kwiatkowskiej jest inna, niepowtarzalna. To bardzo rzadka umiejętność - takie tworzenie postaci, aby się od siebie odróżniały nie tylko w jednej powieści, ale także różniły się od postaci z innych książek. Oczywiście, nie różnią się od siebie diametralnie, wiele cech mają podobnych, ale posiadają swoje unikalne właściwości. Każda z tych osób mogłaby opowiedzieć swoją historię. A przy tym są to prawdziwi ludzie, chciałoby się ich poznać, porozmawiać z nimi, uczyć od nich. O samym Janie można się wreszcie więcej dowiedzieć! Autorka zdradza bardziej intymne, prywatne szczegóły z życia Morawskiego, jak jego wspomnienia z dzieciństwa, czy mniejsze lub większe grzeszki. Mamy okazję być świadkiem jego bardziej osobistych przemyśleń, widzimy jak przeżywa emocje, którym dotąd zdawał się nie poddawać. Bardzo podoba mi się także zachowanie ciągłości w książkach. Co jakiś czas pojawiają się wzmianki o bohaterach z wcześniejszych, dzięki temu łatwiej się zaangażować w te historie, wydają się prawdziwe.

Jak w poprzednich powieściach, tak i tutaj przewija się polska historia. Tym razem bardziej szczegółowo można poczytać o Związku Ziemian, o którym Jan dowiedział się już w powieści Abel i Kain. Wyjątkowo Zbrodnia w szkarłacie jest też bardzo na czasie, mimo że tło historyczne jest odlegle. Zdaje mi się, że autorka wyraża w powieści swoje zdanie na temat trwającej od kilku dobrych lat sytuacji w naszym kraju i ja się z nią zgadzam. Obnaża bezmyślność, chciwość naszych przodków, którą odziedziczyliśmy i niewiele nas nauczyły przeszłe doświadczenia.

W każdej książce Kwiatkowskiej odznacza się miłość do wielkopolskich dworów jako budynków, architektury, przestrzeni, ale w Zbrodni w szkarłacie szczególnie to widać. Dwór w Jeziorach zdaje się być pełnoprawnym, barwnym bohaterem opowieści. Fascynacja dworami wielkopolskimi doskonale zgrywa się z moją miłością do dworów i zamków! Malownicze i dokładne opisy architektury sprawiają, że miałam ochotę się spakować i tam pojechać choćby zaraz. Jeziory są na mojej liście miejsc do odwiedzenia, a w podroż zabiorę te książkę jako przewodnik.

Chociaż zawsze staram się delektować opowiadaną przez autorkę historią, czytać uważnie i powoli, to zawsze się łamię i ostatnie pięćdziesiąt stron czytam już w amoku, głodna rozwiązania wszystkich wątków, nie zważając na to, że to już trzecia nad ranem, a o szóstej pobudka do pracy…


Za udostępnienie recenzenckiego egzemplarza dziękuję autorce i wydawnictwu Znak.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Książkowego 2015 w kategorii:
  • W tytule jest kolor