Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 września 2015

Polcon 2015

Chociaż Polcon trwał od czwartkowego popołudnia do popołudnia niedzielnego, to dla mnie były to dwa intensywne pod względem spotkań dni. Czy pod względem wrażeń? Raczej nie, wyjechałam z Poznania z myślą, że te zjazdy nie sprawiają mi już takiej radości, jak dawniej. Sam konwent, organizacja nie są tego przyczyną, chociaż jest jeden duży minus, który mnie do tych zjazdów zniechęca – marne przygotowanie prowadzących punkty programów. W ciągu tych dwóch dni byłam na kilku różnych spotkaniach i zaledwie trzy z nich mogę uznać za naprawdę ciekawe. Mam wrażenie, że z każdym rokiem poziom merytoryczny prowadzonych prelekcji spada, prowadzący albo nie potrafią swojej wiedzy przekazać w sposób zrozumiały i interesujący, albo ich wiedza jest zbyt powierzchowna. Do tego często dochodzi trema przed publicznymi wystąpieniami, która w porównaniu ze słabym przygotowaniem daje negatywne efekty.

Organizacyjnie Polcon był dobrze przygotowany – w czwartek zero kolejek do akredytacji, mimo sporej ilości osób na niewielkiej powierzchni Politechniki Poznańskiej nie odczuwałam ścisku, większość sal całkiem duża. Słabo było z oprawą żywieniową konwentu, na terenie Politechniki dwa punkty, w pobliżu jeden pseudopub z tanim, niezbyt dobrym alkoholem, i chyba trzy fastfoodownie, z czego jedną była bardzo źle zarządzana pizzeria. Sensowny posiłek można było zjeść na szczęście w pobliskiej Malcie. Swoją drogą, zabawnie było obserwować konwentowiczów, często poprzebieranych za postacie z komiksów, mang, filmów, książek, wśród „zwyczajnych” kupujących. Zwłaszcza w centrum handlowym robi wrażenie ten silny kontrast.

Najlepszą częścią konwentu były oczywiście spotkania ze znajomymi. Z niektórymi nie widziałam się bardzo długo, dobrze było odświeżyć kontakt. Poznałam też kilka nowych osób. Rozmowy, żarty, poczucie akceptacji i bycia na miejscu jest nieocenioną wartością.
Co do prelekcyjnej części konwentu, to moim planem w tym roku było wzięcie udziału w spotkaniach w tematach, na które dotąd nie chodziłam. Jak wyszło? Moje wrażenia poniżej.
Plan wyglądał następująco:
Czwartek
  • 17-19 - Dla tych, co zaczynają przygodę z RPGami
  • 18-19 - Gamifikacja/Grywalizacja
  • 20-21 - Teleportacja, telepatia, komputery kwantowe

Piątek
  • 10-12 - Horror dawny i współczesny
  • 12-15 - Warsztaty malarstwa sumi-e
  • 13-14 - Teoria archetypów dla piszących
  • 14-16 - Warsztaty tańców celtyckich, angielskich i dawnych
  • 16-18 - Spotkanie autorskie z Joe'em Abercrombiem
  • 18-19 - Psychoakustyka
  • 19-20 - Muzyczna matematyka od podstaw
  • 20-21.30 - Cosplay w pigułce dla początkujących

Sobota
  • 12-13 - Niechrześcijańskie dzieje Europy
  • 13-14 - Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych
  • 14-15 - Przewidywanie przyszłości
  • 15-16 - Kosmiczne zderzenia: źródło życia, śmierci i legend
  • 15-16 - O starych filmach - klasyka kina fantasy i SF
  • 16-17 - Jak działają sztuczne sieci neuronowe
  • 18-19 - Bąki nauki popularnej
  • 20-22 - Gala Polconu

W czwartek po południu teren politechniki świecił jeszcze pustkami, o 16.00 nie było nawet kolejki do akredytacji. I to była jedyna konwentowa akcja w tym dniu. Po odbiorze niezbędnych gadżetów, z których pozostawiłam sobie jedynie program i identyfikator, udaliśmy się ze znajomymi na rozpoznanie okolicznych alkopojów, a ponieważ hipsterski klimat (wystroju i cen) Kontenerów nie zachęcał do pozostania, skończyliśmy tradycyjnie na poznańskiej starówce i tam też spędziliśmy wieczór.

Piątek rozpoczęłam od warsztatów malowania chińskim tuszem. Z ciemnej salki przenieśliśmy się na dwór. Przyznam, że po godzinnej próbie malowania bambusów poczułam się nawet zrelaksowana, bardziej jednak byłam znudzona, a kilka wzmianek o genezie techniki sumi-e nie motywowało do pozostania. Ruszyłam więc na obchód stoisk, co trwało jakieś 5 minut, żadna z rzeczy nie wzbudziła mojego większego zainteresowania oprócz pięknych (i zbyt drogich, jak na mój ówczesny budżet) ręcznie malowanych map. Autorką tych cudowności jest właścicielka strony Hekaterium. Były też tańsze produkty. Chciałam wybrać sobie ręcznie robioną zakładkę do książek, ale żadna nie mówiła „kup mnie”. Może kiedyś sprezentuję sobie jakąś mapę na specjalne zamówienie…

Kolejnym przystankiem była prelekcja Elżbiety Żukowskiej – Teoria archetypów dla piszących. Tu już było o wiele bardziej ciekawie, prowadząca lekko i z humorem przedstawiła najważniejsze archetypy bohaterów i postaci towarzyszących, które pisarze wykorzystują od wieków w swoich pracach. Oto one:
  • Bohater - bohater ma spowodować utożsamienie z czytelnikiem, musi wyjść z sytuacji, w której do tej pory przebywał, musi przejść przemianę duchową. Bohater musi posiadać wady i skazy. W archetyp bohatera wpisuje się też antybohaterów - cyników i tragików.
  • Zwiastun - postać, zdarzenie, wizja, figura senna zapowiadająca zmianę. Może być pozytywny, negatywny, neutralny.
  • Mentor - nauczyciel, mistrz, ktoś mądrzejszy, czarodziej dający bohaterowi dary pomagające mu w zwycięstwie. Typy mentorów: mroczny, upadły, powracający, komiczny, szamański; wspiera bohatera w motywacji. Nie musi być to postać ani książka, może być to mentor wewnętrzny bohatera (Kodeks, zasady).
  • Strażnik progu - przeszkoda i wyzwanie; obsesje, uzależnienia, strażnik jest dobry i zły jednocześnie, bohater musi si z nim zmierzyć; bohater konfrontuje się tutaj ze sobą, strażnik zmusza go do działania.
  • Zmiennokształtny - najczęściej jest to kobieta, postać, która oszukuje, jest nieprzewidywalna; jest przeciwieństwem bohatera, działa zupełnie inaczej, dzięki czemu bohater dochodzi do wniosku, że świat nie jest taki jak on, i akceptuje, że sam może być inny.
  • Cień - wróg, antagonista. Fabuła jest tak dobra, jak konstrukcja głównego złoczyńcy. On jest tym wszystkim, czym boi sie być bohater. Bardzo często Cień mówi bohaterowi, że są tacy sami. Inicjuje poważny konflikt. Jest pociągający, silny. Może łączyć się z innymi archetypami - mentorami, strażnikiem progu. Musi mieć pozytywna cechę, nie może być po prostu zły.
  • Sprzymierzeniec - często niezauważany, ale niezbędny w rozwoju bohatera; zadaje bohaterowi pytania czytelnika.
  • Trickster - zabawny kompan, kpiarz, kłamca, wywołuje zdrowy śmiech odbiorcy, dystansuje, prowokator; wyśmiewa bohatera, komentuje z ironią.

Lista książek wspomnianych na spotkaniu:
  • Joseph Campbell – Bohater o tysiącu twarzy, Potęga mitu
  • Christopher Vogler – Podróż autora. Struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy (Żukowska w szczególności polecała tę książkę jako dobre streszczenie pozostałych)

Warsztaty tańców celtyckich wypadły z programu, co dało mi sporo czasu na przerwę obiadową. Następne w kolejce było spotkanie autorskie z Joe’em Abercrombiem. Zapowiadało się ciekawie i przyjemnie dla uszu (autor ma cudowny, brytyjski akcent) i dla oczu (autor jest bardzo przystojny). Niestety przeszkodą okazał się prowadzący, zadający tendencyjne pytania, tłumaczący (nie najlepiej) swoje pytania i odpowiedzi autora. Sam Abercrombie sprawiał wrażenie lekko znudzonego i poirytowanego, ale starał się nie dawać tego po sobie znać. Zrejterowałam po niecałej pół godzinie.

Na dalsze spotkania przeszła mi ochota, wolałam spędzić ten czas ze znajomymi w pobliskim pubie.

Sobotę zaczęłam od panelu dyskusyjnego o stałej cenie książki, który okazał się bardzo ciekawy i dyskusja dała mi wiele do myślenia. Najwięcej kontrowersji wzbudziła obecność jednego z lokalnych polityków, którego prawnicza gadanina nie wniosła niczego, a pokazała jedynie ignorancję w odniesieniu do rynku książki. Mam nadzieję, że dyskusja otworzyła oczy chociaż kilku osobom, co się tak naprawdę za nią kryje (i nie jest to dobro czytelnika i dbałość o jego kieszeń). Po tym burzliwym spotkaniu postanowiłam się zrelaksować na prelekcji Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych. Zapowiadane jako dwugodzinne w programie spotkanie trwało zaledwie godzinę. Szkoda, bo prowadząca opowiadała ciekawie, w jej przykładach było wiele nieznanych mi opowieści. Niestety materiału wybranego było zbyt wiele jak na tak krótki czas i prelekcja sprowadziła się głównie do przedstawienia listy i króciutkich fragmentów bez specjalnego wnikania w próby wyjaśnienia, dlaczego te akurat wątki były popularne wśród naszych przodków.

Kolejnym, nieplanowanym panelem dyskusyjnym był Dobry zły bohater, który jednak przez swoją chaotyczność pozostawił we mnie nieprzyjemne uczucie zmęczenia. Ponadto dyskutanci niewiele wnieśli w temat, nawet nie potrafili uporządkować i podsumować wypowiedzianych spostrzeżeń. Miałam nadzieję, że prelekcja Jak działają sztuczne sieci neuronowe okaże się bardziej interesująca. I mogło to być jedno z ciekawszych spotkań, być może nawet było dla tych, którzy tematem się interesują i mają już jakąś wiedzę. To był naukowy wykład, na którym definicje tłumaczone były przez kolejne definicje. Dopiero po półgodzinie tego szumu zaczęło się robić interesująco, a wtedy okazało się, że najciekawsze będzie w kolejnej godzinie, co było już ponad moje siły. Skorzystawszy z przerwy, wyszłam poszukać czegoś do jedzenia, a następnie udałam się z powrotem do sali Naukowej na prelekcję Bąki nauki popularnej. Okazało się, że to spotkanie również z programu wypadło – o tym wypadnięciu nie było jednak żadnej informacji. Postanowiłam się pocieszyć prelekcją o tym, czy Lara Croft jest nadal królową popkultury. I oprócz panelu o książkach i prelekcji Żukowskiej uważam to za najlepsze spotkanie tego konwentu. Prelekcja okazała się całkiem fajnym przeglądem historii gry i wpływu Tomb Raidera na świat gier, zwłaszcza dla kogoś kto lubi tę serię, ale nigdy się nie interesował jej historią. Nawet ja kilku faktów nie znałam. Prowadzący był przygotowany, widać było, że posiadał sporą wiedzę o temacie, prowadził spotkanie w tempie, z humorem.


To był ostatni punkt, w którym tego dnia wzięłam udział. Nie poszłam już na galę, wolałam odsapnąć w zaciszu hotelowego pokoju. Następnego ranka ruszyłam do Warszawy. Podsumowując - gdyby nie tylu fajnych znajomych, to dla mnie konwent byłby stratą czasu. Chyba czas zrobić sobie kilkuletnią przerwę w konwentach albo spędzać na nich tylko jeden dzień, może w przyszłym roku tak zrobię z Pyrkonem.

czwartek, 3 października 2013

Obok Polconu 2013 - sobota na konwencie

W sobotę zaczęłam swój polconowy dzień od prelekcji Krzyśka Piskorskiego, Szaleni naukowcy, szalone teorie, która jest częścią cyklu wykładów razem z Najdawniejsze wynalazki w historii oraz Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza. Było to niewątpliwie najlepsze spotkanie całego dnia, ale nie ma się co dziwić, Krzysiek to prawdziwy pasjonat i tą pasją potrafi zarazić innych. Pisarz mówił między innymi o rosyjskim naukowcu Trofimie Łysence, który zakazał nauczania genetyki i twierdził, że pomarańcze mogą rosnąć w Rosji, tylko muszą… się przyzwyczaić. Inny lekarz czasów stalinizmu, Siergiej Brukhonenko, prowadził eksperymenty na psach dotyczące reanimacji. Jest odpowiedzialny za wynalezienie prymitywnego płucoserca. Nad biednymi psiakami znęcał się również Vladimir Demikhov, pionier transplantacji organów, który doszywał głowy psów do ciał innych psów. Harry Harlow natomiast był amerykańskim psychologiem, który po śmierci żony zaczął się szczególnie interesować tematyką utraty i depresji. Jednym z jego, jakże okrutnych, eksperymentów było zamykanie nowo narodzonych małpek w komorach izolacyjnych, a następnie wypuszczanie ich do stada po kilku tygodniach i obserwowanie, jak pozostałe stworzenia reagują. Te oczywiście bez wahania zabijały obcych. Z kolei doktor Shiro Ishii, japoński mikrobiolog żyjący w czasach II wojny światowej, przeprowadzał wiwisekcje jeńców wojennych, uprzednio zarażając ich różnymi chorobami i obserwując kolejne stadia rozwoju chorób. Schwytany przez Amerykanów został przez nich uwolniony w zamian za przekazanie wyników swoich badań. Największą czarną sławę zdobyli lekarze SS. Jednym z nich był Sigmund Rascher, który zanurzał więźniów w lodowatej wodzie, żeby sprawdzić, kiedy umrą i czy da się ich reanimować, co zaowocowało zaskakującymi wynikami badań nad wpływem niskiego ciśnienia na organizmy ludzkie. Jego badania NASA wykorzystało do budowy pierwszych skafandrów kosmicznych.

Dla rozładowania niesmaku i przerażenia ludzkim wyrachowaniem wśród słuchaczy Krzysiek opowiedział o George’u Taylorze, który w 1869 roku stworzył manipulator parowy mający pomóc w leczeniu histerii u kobiet (pierwszy wibrator, moje panie!). Luźną wersję tej historii przedstawiła Tanya Wexler w komedii Hysteria. Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się na badaniach Sidneya Gottlieba, który pracował w CIA nad programem kontroli umysłów MKUltra w czasach zimnej wojny. Gottlieb eksperymentował z neurotoksynami i truciznami wszelkiej maści. Miał diaboliczny plan zabicia Fidela Castro za pomocą zatrutego cygara, a gdy to się nie powiodło, postanowił go zamordować talem umieszczonym w… butach. Jego działania oraz cały program MKUltra stały się inspiracją dla Jona Ronsona do napisania powieści Człowiek, który gapił się na kozy (na jej podstawie z kolei Grant Heslov nakręcił film z George’em Clooneyem i Ewanem McGregorem).

A już kompletnie ubawiliśmy się, słuchając o dziwacznych teoriach, z których część jest wyznawana do dzisiaj. O fizjognomice, frenologii czy teorii czterech humorów (krew, żółć, czarna żółć, flegma) pewnie słyszeliście. Ale czy wiecie, że w XVII wieku jedną z teorii układu słonecznego było przedstawianie go jako swoistej matrioszki, której kolejne warstwy były planetami? Twórcą tej teorii był Edmund Halley (tak, ten od komety), na szczęście oprócz absurdalnych miał więcej trafnych spostrzeżeń dotyczących naszego wszechświata. Jedną z popularnych teorii w czasach średniowiecza i późniejszych była ta, według której Ziemia jest pusta w środku, a na jej biegunach są dziury prowadzące do tego pustego wnętrza. O tym, że Ziemia jest płaska, mówiło się jeszcze w starożytności, ale nie spodziewaliście się pewnie, że to przekonanie trwa po dziś dzień – w 1956 roku Samuel Shenton (Amerykanin, czemu mnie to nie dziwi?) reaktywował Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które działa i ma się dobrze (ruch powstał w XIX wieku).

Kolejną prelekcją w moim planie była Przyczynek do dziejów prostytucji warszawskiej w XIX wieku, z której zrezygnowałam na rzecz Upiora Opery. Po spotkaniu z dr Babilas miałam sporo czasu do kolejnego punktu, więc razem ze znajomymi udałam się na spotkanie autorskie z Lavim Tidharem, autorem wydanej niedawno powieści Osama. Sam autor bardzo mi się spodobał (nie tylko fizycznie;)), natomiast irytował mnie (i nie tylko mnie) Konrad Walewski, który postanowił wszystkim tłumaczyć swoje pytania i odpowiedzi Laviego, zaburzając tym samym szyk spotkania i przeciągając je bezsensownie, ponieważ wszyscy zebrani nie mieli problemów z posługiwaniem się językiem angielskim. Poza tym pytania Walewskiego były tak infantylne, że lekko denerwowały nawet samego autora, który niejednokrotnie wytykał (co prawda z humorem) prowadzącemu jego nieprzygotowanie. Również dzięki temu pisarz zyskał moją sympatię i kiedyś pewnie sięgnę po książki jego autorstwa.

Po spotkaniu z Tidharem miałam jeszcze wolną godzinę, postanowiłam więc sprawdzić, czy będzie się działo coś ciekawego na panelu dyskusyjnym Kobiety w fantastyce, w którym udział brały m.in. Anna Kańtoch, Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska. Niestety rozmowa szybko zeszła na schematy i przerzucanie się feministycznymi i szowinistycznymi żarcikami. Jedyną przydatną rzeczą, jaką się dowiedziałam, było to, że kiedy przychodzi do seksu, mężczyznom nie przeszkadzają nieogolone nogi…

Wyszłam po niecałej pół godzinie i udałam się pod salę LIT 4, gdzie miał się odbyć kolejny panel – Fantasy słowiańska – z udziałem Witka Jabłońskiego, Artura Szrejtera, Michała Studniarka, Sławomira Mrugowskiego i Elą Żukowską. To było bardzo ciekawe spotkanie, trzymające się tematyki i dające wiele interesujących i przydatnych informacji o mitologii słowiańskiej i próbach wtłoczenia jej w polską literaturę fantastyczną. Przy okazji nieźle się oberwało Andrzejowi Sapkowskiemu, chociaż to on jako pierwszy wrzucił elementy słowiańskie do polskiej fantasy. Goście mieli mu za złe przede wszystkim wyśmiewanie ich starań w stworzeniu dobrej fantasy słowiańskiej. Chociaż ja nigdy nie byłam tak bezkompromisowa i zawsze ceniłam słowiańskość w cyklu wiedźmińskim czy nawet w Trylogii husyckiej, to po przeczytaniu powieści Witka Jabłońskiego śmiało mogę powiedzieć, że Sapek się mylił i da się stworzyć dobrą fantasy słowiańską (zainteresowanych, w czym się mylił Andrzej Sapkowski, odsyłam do jego artykułu Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach). Swoją drogą, Słowo i miecz powstało właśnie trochę na złość autorowi Wiedźmina, ale przede wszystkim celem Jabłońskiego było przywrócenie mitologii słowiańskiej właściwego miejsca wśród innych mitologii i udowodnienie, że nie jest ona wcale taka przaśna, dla ludu i kraśna. Mam wiele do nadrobienia, zarówno w twórczości autorów, jak i prac naukowych. Oto, jakie czekają mnie lektury:
  • Artur Szrejter – opowiadania nawiązujące do mitów słowiańskich
  • Michał Studniarek – Herbata z kwiatem paproci
  • Sławomir Mrugowski – Strzygonia (niestety powieść ukazała się nakładem Fabryki Słów, którą od lat bojkotuję, nie kupując książek z tego obmierzłego i pełnego oszustów wydawnictwa… więc może ktoś ma pożyczyć?)
  • Georges Dumézil – m.in. Bogowie Germanów. Szkice o kształtowaniu się religii skandynawskiej, Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje
  • Prace naukowe Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego
  • Prace naukowe Jacka Banaszkiewicza
  • Prace naukowe Juliana Krzyżanowskiego
  • Andrzej Szyjewski – Religia Słowian
  • Bohdan Baranowski – W kręgu upiorów i wilkołaków

Przy tej okazji wspomnę o organizacji konwentu. Wiele już na ten temat napisano, było mnóstwo ataków ze strony uczestników i próby obrony ze strony organizatorów. Ja nie odczułam kilkunastogodzinnej kolejki ani zamieszania spowodowanego odwołaniem czy przekładaniem prelekcji, ale mnie również zraziły pewne sytuacje, głównie ze strony gżdaczy. Rozumiem, że nie byli oni do końca przygotowani i zorientowani, taka impreza to jednak jest pole bitwy, ale odpowiadanie na pytania zbywającym i olewczym „to nie moja sprawa”, „to nie do mnie” i wzruszanie ramion nie powinno mieć miejsca. Wiele było również narzekań na ułożenie programu i rozplanowanie prelegentów w za małych salach – co organizatorzy odpychali argumentem, że program zależał od prowadzących. Tak nie do końca, bo na przykład Ela Żukowska chciała, aby panel Fantasy słowiańska trwał dwie godziny, a nie godzinę, i odbył się w auli albo większej sali, a nie w mikrosalce; jak się okazało, wiele osób nie mogło wziąć udziału w panelu, bo było za mało miejsca. 

Kiedy już wydostałam się z ciasnej salki, udałam się na spotkanie z Powergraphem, na którym wschodzące gwiazdy fantastyki oraz weterani opowiadali o swojej twórczości, a Kasia Sienkiewicz-Kosik o początkach wydawnictwa i najbliższych planach. Dla mnie najważniejszą informacją było wydanie trzeciego tomu Przedksiężycowych – zakończenia trylogii Ani Kańtoch możemy się spodziewać dopiero w grudniu tego roku. Patience is a virtue

Zwieńczeniem konwentu był dla mnie udział w gali rozdania nagród im. Janusza Zajdla, która w tym roku odbyła się w Sali Kongresowej. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do organizacji imprezy w gmachu PKiN, jednak w tym jednym punkcie organizatorzy stanęli na wysokości zadania od początku do końca. Płynnie prowadzona gala sprawiła mi wiele przyjemności, a już całkowicie gęba mi się cieszyła, gdy zwycięski w obu kategoriach Robert M. Wegner zaśpiewał Szła dzieweczka do laseczka. Po gali z grupą znajomych poszłam najpierw na piwo, a potem do Remontu, który był oficjalnym konwentowym klubem. Akredytacja na sobotę – 30 złotych. Zobaczyć wywijających na parkiecie Kubę Małeckiego i Rafała Kosika do muzyki dyskotekowej – bezcenne. Prawdziwa impreza odbywała się jednak niedaleko Remontu, w pubie Student, gdzie rozmowy toczyły się zapewne do późnych godzin nocnych.

W przyszłym roku Polcon odbędzie się w Bielsku-Białej, ale program imprezy musiałby być naprawdę dobry, żebym w ogóle rozważyła podróż w te rejony. Za to z pewnością pojadę do Poznania.

niedziela, 22 września 2013

Obok Polconu 2013 - Dni Nauki

Tegoroczna edycja Polconu już dawno za nami, mieliście z pewnością okazję przeczytać wiele relacji, stąd też i mi nie paliło się specjalnie do opisywania swoich wrażeń. Tym bardziej, że wykupiłam akredytację tylko na jeden dzień i właściwie byłam bardziej obok niż uczestniczyłam w konwencie. Tak jak pisałam kilka dni przed Polconem, piątek poświęciłam na sprawdzenie Dni Nauki, gdzie zaliczyłam wszystkie zaplanowane spotkania, natomiast sobotę spędziłam na prelekcjach, część zgodnie z planem, część bardziej spontanicznie. W związku z tym podzieliłam wpisy na część naukową właśnie i polconową.

Jak zapewne wiecie, wstęp na Dni Nauki był bezpłatny, co miało między innymi wypromować i przybliżyć środowisko fantastyczne ludziom z nim nie związanym, i w pewnym stopniu udowodnić, że fantastyka czerpie z wielu dziedzin i że my, jej wierni fani, nie jesteśmy takimi odludkami i freakami, za jakich nadal jesteśmy uznawani. Nie wiem, czy to się udało, mam nadzieję, że tak, ponieważ zorganizowanie Dni Nauki było najlepszym pomysłem tej edycji Polconu. Wiele z prelekcji prowadzonych było przez wybitnych profesorów z różnych uczelni, co tylko świadczy o tym (dla tych, którzy tego jeszcze nie wiedzą), że fantastyka nie jest już pariasem w naukowych kręgach. Ale do rzeczy. W moim planie było wysłuchanie prelekcji:
  1. Dr. hab. Krzysztofa SkwierczyńskiegoMałżeństwo, miłość i seksualność w średniowieczu (piątek)
  2. Prof. Anny GemryPiękna czy bestia: wokół literatury (i kultury) popularnej (piątek)
  3. Prof. Jakuba Z. LichańskiegoRetoryka jako narzędzie badań literatury popularnej (piątek)
  4. Dr hab. Doroty BabilasUpiór Opery: powieść, adaptacje, recepcje (sobota)

Byłam na wszystkich i wszystkie wspominam bardzo dobrze. Wykład dr. Skwierczyńskiego był bardzo interesujący, dla mało zaznajomionych z kulturą średniowiecza z pewnością bardziej, mimo że wiele z omawianych ciekawostek było mi znanych. Przede wszystkim wrażenie zrobiło na mnie świetne przygotowanie merytorycznego, doświadczenie i obycie w występowaniu przed publiką, dzięki czemu nie było zbędnych pauz, wykładowca nie sięgał do notatek, żadne pytanie z publiczności uzyskiwało natychmiastową odpowiedź. Doktor w płynny i ciekawy sposób przeprowadził słuchaczy przez okres przemian w podejściu do ciała, seksu, małżeństwa i miłości w średniowieczu. Ze spotkania dowiedzieliśmy się na przykład, kiedy zakazano związków konkubenckich (ok. XII wieku), aczkolwiek na polskich wsiach jeszcze do lat 70. XX wieku (!) panowała o wiele większa swoboda seksualna niż w miastach i seks pozamałżeński uprawiano całkiem powszechnie. Sporo czasu wykładowca poświęcił na omówienie sytuacji kobiety w sferze seksu, która, jak wszyscy wiemy, nie była najlepsza. Zgodnie z założeniami chrześcijaństwa bowiem kobieta miała być zupełnie pasywna w trakcie stosunku, tutaj więc określenie „leżała jak kłoda” było jak najbardziej pożądane. Zarówno jednak kobiety, jak i mężczyźni nie mieli prawa czerpać przyjemności z seksu. Ludzie musieli być bardzo ostrożni w trakcie spowiedzi, bowiem księża mieli specjalne pomoce podręcznikowe z pytaniami na każdy grzech. Tego i wielu innych ciekawostek można było wysłuchać. Jak ja żałowałam, że nie miałam z dr. Skwierczyńskim wykładów na studiach…
Na kolejną prelekcję czekałam z niecierpliwością, ponieważ prowadząca była autorką jednej z ciekawszych prac na temat potworów, jakie ukazały się w Polsce. Niestety lekko rozczarowała mnie prof. Gemra trybem prowadzenia prelekcji – kolejne zdania i przemyślenia wypowiadała bowiem szybciej, niż Robert Kubica jeździ F1, przez co niewiele zostało w mojej głowie. A z pewnością pani Anna ma ogromną wiedzę. Być może, gdyby postanowiła się skupić na zaledwie kilku aspektach rozwoju literatury i kultury popularnej i jej wpływu na społeczeństwo, zamiast próbować przedstawić całą jej genezę, spotkanie byłoby bardziej owocne. Udało mi się jedynie zanotować kilka punktów:
  • Literatura popularna zmieniła pojmowanie dobra i zła w kulturze, to ona wprowadziła szarość i relatywizm
  • W literaturze polskiej temat antykoncepcji pojawił się po raz pierwszy dzięki harlequinom
  • Kulturę popularną starano się wymazywać z kart historii na rzecz tzw. kultury wysokiej – dlatego w pracach o historii literatury pomijano twórców, którzy byli rzeczywiście popularni, a pisano o tych, których ludzie powinni znać
Tak, to niestety tyle. Więcej ciekawostek nie pamiętam, czego szczerze żałuję…

Zaraz po spotkaniu z prof. Gemrą odbył się wykład mojego ukochanego profesora, mojego guru literatury popularnej i promotora pracy magisterskiej, Jakuba Z. Lichańskiego. Tematem była retoryka i jej korelacje z literaturą popularną. W swoistym stylu genialnego erudyty profesor przedstawił nam, maluczkim, swoją, całkiem słuszną, tezę retoryki jako takiej oraz jak może być ona wykorzystywana w badaniach nad popkulturą. Profesor z ogromnym przekonaniem mówił o tym, że przez całe życie posługujemy się symbolami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, że nie można pojmować kultury popularnej wobec czegoś, na przykład literatury pięknej, ponieważ popkultura jest tworem samym w sobie i to dzięki niej wyjaśniamy rzeczywistość, to ona buduje nam wizję świata i środowiska, w którym żyjemy. Czyż nie jest tak? Zastanówcie się. Po tym wykładzie jeszcze bardziej zatęskniłam za studiami.

Ostatnie spotkanie pod znakiem Dni Nauki odbyło się w sobotę i prowadziła je dr Babilas. I zrobiła to rewelacyjnie! Jaką ogromną wiedzę ma ta kobieta na temat Upiora Opery, nie wyobrażacie sobie! Niestety godzina to zbyt mało, żeby chociaż w połowie, w jednej czwartej, ba!, w jednej setnej rozwinąć motyw tego utworu. Nie zdawałam sobie sprawy, że zdobył on tak dużą popularność: co najmniej dwadzieścia adaptacji filmowych, a do tego jeszcze sztuki teatralne, musicale; z czego żadna z nich nie jest wierna powieści. Bardzo dużo dowiedziałam się o samej książce, pani Dorota sypała ciekawostkami niczym magik asami z rękawa. Wiedzieliście na przykład, że musical filmowy Joela Schumachera z 2004 roku jest adaptacją adaptacji musicalu scenicznego? Albo że pierwsze wydania polskie powieści były niekompletne, dopiero w 2005 roku ukazało się całościowe wydanie? Pierwsza adaptacja filmowa z 1925 roku jest jednocześnie pierwszym filmem z gatunku horroru w Hollywood. Upiór Opery miał przeróżne filmowe wariacje – na przykład w adaptacji z 1998 roku główny bohater nie jest okaleczony, ale został wychowany przez szczury… Sama powieść jest bardzo złożona i nie będę się o niej rozpisywać, aby samej sobie nie psuć przyjemności z lektury spoilerami, ale abyście mieli pojęcie (ci, którzy nie czytali lub czytali, a nie zwrócili uwagi), wymienię kilka warstw, jak to zrobiła doktor na wykładzie (zaznaczając na wstępie, że tort ma warstwy, cebula ma warstwy, upiór ma warstwy – co tylko dowodzi słuszności tezy Lichańskiego):
  • Warstwa muzyczna – akcja powieści rozgrywa się wokół oper Don Giovanni, Otello
  • Warstwa historyczna – główny bohater zyskał swoją osobowość z różnych prawdziwych postaci: samego Gastona Leroux, Charlesa Garniera (architekt Opery Paryskiej), Harry’ego Houdiniego, Josepha  Merricka (znanego jako człowiek-słoń), Erika Satie (francuski kompozytor czasów dekadencji)
  • Warstwa legendarna/baśniowa – odwołanie do takich baśni i legend, jak Piękna i Bestia, Sinobrody, Quasimodo, Cyrano de Bergerac
  • Warstwa uwodzicielskiej grozy – maska zakrywająca potworność, dająca złudzenie, przyciągająca tajemniczością
  • Warstwa lustra – bohaterowie są swoimi lustrzanymi odbiciami, polówkami jednej istoty; do tego motywu nawiązuje również Człowiek śmiechu Victora Hugo czy Wichrowe wzgórza Emily Brontë
Upiór Opery był na mojej liście lektur do projektu Piękny czy Bestia, ale do czasu prelekcji nie byłam świadoma, że w tym motywie kryje się taka kopalnia wiedzy o przemianach potwora w ludzkiej świadomości, już sam Upiór mógłby być jedynym przedmiotem badań.

I to by było na tyle. Kolejnym razem wpis poświęcony sobotniemu dniu konwentu.

piątek, 12 kwietnia 2013

Pyrkonowo 2013 - sobota (23.03.2013)



Ponieważ w sobotę pierwszą zaplanowaną prelekcję miałam o 14.00, to nie spieszyłam się ze wstawaniem i szykowaniem się. Na śniadanie wyciągnęłam moją ekipę do pobliskiej naleśnikarni, po czym spacerkiem przebyliśmy tę samą niełatwą drogę ku MTP. Skierowałam swoje kroki ku budynkowi z numerem 14, do Literackiej 2 na prelekcję Marcina Przybyłka Życie – gra bez reguł. Chociaż na wstępie prowadzący stwierdził, że zamierza nas zdołować i dość brutalnie sprowadzić na ziemię, to na koniec spotkania wszyscy i tak wychodzili uśmiechnięci. Rozmawialiśmy o życiu właśnie, o tym przede wszystkim, że nie jest bajką i nigdy nią nie będzie, o tym, że świat nie jest sprawiedliwy i nie warto myśleć, że spełnione dobro wróci do Ciebie podwójnie, bo świat nie działa w sposób magiczny, według ustalonego gdzieś na Górze rytmu. Jeśli mieliście kiedykolwiek jakieś złudzenia, pozbądźcie się ich – dobrym ludziom mogą się przydarzyć złe rzeczy tak samo jak złym, a to, że za dobry uczynek dostajemy nagrodę jest naszą interpretacją funkcjonowania świata niż istnieniem jakiejś równowagi. Zdaniem prelegenta, i trudno się z nim nie zgodzić, światem rządzi rzut kostką, a wiara w równowagę i czuwającego nad nami opiekuna/ki, jakkolwiek byśmy go/jej nie nazywali, jest w dużej mierze spaczeniem nas przez religie oraz popkulturę z jej toposami. Z prelekcji, która była bardziej dyskusją niż wykładem, można się było dowiedzieć, że są dwa rodzaje marzeń – takie, które są w naszej strefie wpływu, i te poza nią. Co zrobić, żeby nie wpaść w depresję? Zaakceptować działanie świata, to prawdziwe, żyć dla siebie i swego szczęścia, rzeczy piękne i dobre robić dla samej ich urody i radości, jaką dają, zrewidować swoje marzenia do mniejszych i bardziej osiągalnych przez nas samych – oto kilka rozwiązań, do jakich doszliśmy. Raczej spotkanie nie było dla nikogo rodzaju „Wake up call” i się przyjemnie zakończyło wzajemnym podbudowywaniem siebie i odnalezieniem pozytywnych stron życia.

Ponieważ do godziny 18.00 i następnej prelekcji było sporo czasu, postanowiłam udać się na spotkanie autorskie z Jackiem Dukajem. W Auli 2 tłum ludzi, udało się jednak znaleźć miejsce siedzące na samym tyle. Bardziej odpoczywałam i czytałam program niż słuchałam rozmowy, ponieważ pytań z publiczności nie było słychać, w związku z czym odpowiedzi autora nie zawsze miały dla mnie sens. Mimo wszystko to, co do mnie docierało, było interesujące, przy czym poznałam nową stronę Jacka Dukaja – okazał się mistrzem ciętej riposty, na niezbyt inteligentne pytania odpowiadał krótko i dość krytycznie, wzbudzając śmiechy słuchaczy i zapewne pąsy na policzkach pytających. Z sali wyszłam wcześniej, aby zdążyć na prelekcję Ek aljamarkiR, czyli skandynawska runologia w pigułce w wykonaniu Marty "Erised" Rudnickiej, niestety wokół wejścia do Naukowej 2 tłoczyło się tyle osób, że musiałam zrezygnować z udziału w prelekcji. Udałam się więc do znienawidzonego już budynku 6a i spędziłam całkiem przyjemne, chociaż chłodne chwile, wśród znajomych z tacką frytek, którą się zajadałam.

Ponieważ prelekcja Absurdy życia w średniowieczu miała się odbyć w Naukowej 1 (sąsiadującej z Naukową 2 i równie zatłoczoną), postanowiłam udać się na miejsce już pół godziny przed wyznaczonym terminem. Wkradłam się na prelekcję Alicji „Istis” Kandziory Magiczna Srebrna Góra. Prelegentka nie popisała się specjalnie swoją wiedzą, co chwila była poprawiana przez kogoś z zebranych, być może była też tak zestresowana, że nie wiedziała, jak włączyć mikrofon, przez co nie bardzo ją było słychać, i prowadziła spotkanie tak chaotycznie, że nie wiadomo było tak naprawdę, o czym ono było. Niedużo lepszym okazał się jej następca, Marcin Hybel. Jego zbiór absurdów życia w średniowieczu był… mało absurdalny. Prelekcja polegała na przytoczeniu jak największej ilości ciekawostek życia społecznego z tego okresu bez umieszczania ich w jakimkolwiek kontekście, nie wspominając o jakichś dłuższych opowieściach. Przy czym same ciekawostki dla mnie osobiście były mało ciekawe, bo większość z nich znałam. Ktoś, kto się interesuje historią czy średniowieczem trochę bardziej niż w szkole, będzie wiedział, że śmierć w tamtych czasach była widowiskiem publicznym, że sekcje zwłok można było wykonywać raz do roku za zgodą papieża, że kobiety miały tylko trzy statusy (wdowa, żona, dziewica, nigdy kobieta, człowiek, ktoś niezależny od mężczyzny), czy też że unikano otwartych walk a chodziło raczej o przegonienie niż zabicie przeciwnika. Jednak kilka uwag warto przytoczyć. Jak na przykład fakt, że większa część szlachty do końca życia pozostawała giermkami, ponieważ nie stać ich było na szkolenia i awans rycerski. Co nieco można się było dowiedzieć o zachowaniu przy stole – powstawały specjalne poradniki dla rycerzy, które głosiły, że każdy szanujący się pan powinien pić wino nie zanurzając nosa w pucharze, jeść dwoma palcami, a jeśli przyjdzie mu rzucać kośćmi z posiłku, to powinien robić to nad głowami gości, by żadnego nie trafić. Wiedzieliście, że Kościół tępił grę w szachy? Dlaczego, zapytacie. Ponieważ to był jedyny moment, w którym rycerz i jego wybranka mogli przebywać tylko we dwoje i niewierząca w swych wyznawców instytucja obawiała się o ich cnotę (zapewne całkiem słusznie). Wiadomo, że kobiety w średniowieczu (tym chrześcijańskim) nie miały łatwo, ale czy wiedzieliście, że istniały specjalne gildie parające się porywaniem niewygodnych małżonek wyższego stanu lub wdów, które przeszkadzały mężczyznom w dojściu do upragnionej władzy? A czy wiedzieliście, że bazylikę św. Piotra w dużej części sfinansowano z podatków czerpanych z usług prostytucji? Najzabawniejszą i najbardziej szokującą chyba informacją była jednak ta o zwyczaju całowania rycerza przez księdza na zakończenie ceremonii ślubnej, zanim pan młody pocałował swą oblubienicę (i nie chodzi tu o całowanie w policzek). Wiecie też zapewne, że w średniowieczu jedną z największych kar było wydalenie z wioski lub miasta. Jednak prawo pozwalało straży miejskiej wyrzucać mieszkańców za to, że ktoś nie pracował przez trzy dni a nie był szlachcicem, czy za to, że ktoś miał podejrzanie ładne obuwie jak na swój stan społeczny. Prowadziło to czasami do takich sytuacji, że w miastach pozostawało zaledwie kilkanaście osób. W średniowieczu kwitł zawód żebraka – mistrzowie w swoim fachu oferowali początkującym trzyletnie nauki podstawowe oraz dwuletnie specjalizacje w wybranych dziedzinach. Uczono, jak lamentować, jak udawać choroby, jak kuleć, a także jak się okaleczać. Odbywały się nawet coroczne konwenty, na których żebracy wymieniali się pomysłami.

Niestety autor wszystkie te rewelacje podawał w ekspresowym tempie i spotkanie zakończyło się nieco ponad pół godziny później. Dzięki temu jednak miałam okazję spotkać się z moją ekipą i wybrać się na spotkanie autorskie z Krzysztofem Piskorskim. Pisarz nie potrzebował wcale prowadzącego, sam z zacięciem opowiadał o swojej najnowszej powieści, więc Piotr „Vivaldi” Sarota mógł spokojnie się zdrzemnąć z otwartymi oczami. A o Cieniorycie można było się dowiedzieć naprawdę sporo, chociaż Krzysiek obiecywał, że nie zdradził zbyt wiele. Ja napiszę jedynie, że historia zapowiada się intrygująco i z pewnością sięgnę po książkę, jak tylko się ukaże, co się ma zdarzyć w drugiej połowie roku. W trakcie spotkania słuchacze dowiedzieli się także, w jaki sposób autor podchodzi do tworzenia i czy, i jak mu to pomaga i przeszkadza w pisaniu. I tak się złożyło, że konwent rozpoczęłam i zakończyłam z Krzysztofem Piskorskim, ponieważ zaraz po spotkaniu udaliśmy się do Brovarii na kolację i rozmowy przy piwie, jak zawsze w doborowym towarzystwie.

Niedzielny program nie miał dla mnie nic do zaoferowania, dlatego już przed 10.00 byłam w pociągu i dzięki promocji PKP wróciłam za darmo do Warszawy. Podsumowując, spędziłam owocny czas w zupełnie innym świecie, nie zaprzątając sobie głowy rzeczywistością, w gronie znanych osób, poznając nowych, bardzo sympatycznych ludzi, z którymi mam nadzieję pozostać w kontakcie. Były to naprawdę udane dwa dni. Kolejny Pyrkon za rok, tymczasem przede mną Polcon w stolicy i bardzo możliwe, że będę raczej orbitować wokół konwentu niż brać w nim udział. Pożyjemy, zobaczymy.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pyrkonowo 2013 - piątek (22.03.2013)



Tegoroczny Pyrkon był imprezą przełomową. Przez tereny Międzynarodowych Targów Poznańskich przewinęło się ponad dwanaście tysięcy osób! Organizatorzy zapewnili o wiele więcej miejsca niż dwa lata temu (nie mogę porównywać z zeszłym rokiem, ponieważ nie byłam), tak że między salami i po halach można się było poruszać bez większego problemu (najgorzej było w budynku 14, kiedy z auli wysypywały się dziesiątki osób jednocześnie, wtedy korytarz i schody się korkowały). Wzbogacono również program o pasmo nocne, blok anglojęzyczny oraz blok filmowy. Z ostatnich dwóch nie skorzystałam, nie było tam dla mnie nic specjalnie interesującego, natomiast panele dyskusyjne po godzinie 22.00 nie były najlepszym pomysłem, zmęczeni wcześniejszymi prelekcjami prowadzący niezbyt chętnie się udzielali i niezbyt się przygotowywali, być może licząc na mniejszą liczbę słuchaczy. Jak zawsze w trakcie trwania imprezy trzeba było zrewidować plan zajęć. W tym roku z planu pyrkonowego udało mi się zaliczyć zaledwie cztery punkty, w tym na jednym spędziłam może dziesięć minut. Tyle samo wpadło mi nieplanowanych prelekcji i paneli, które okazały się równie ciekawe. Z niejakim smutkiem stwierdziłam jednak, że w tej dziedzinie mało co jest mnie w stanie zainteresować i konwenty mogę traktować właściwie już tylko jako pretekst do spotkania z przyjaciółmi i poznawania nowych osób, co oczywiście nie jest takie złe, przynajmniej w momencie kiedy akredytacje nie kosztują tak wiele. No ale po kolei, od początku.

Do Poznania przyjechałam w okolicy południa, miałam więc czas zostawić bagaż i odświeżyć się po podróży w wynajętym apartamencie, w którym już czekali na mnie Iza z Tymkiem. Z okolic starówki udaliśmy się na teren konwentu, drogę utrudniały nam roboty drogowe i piętrzący się wszędzie śnieg. Mimo że na MTP otwarto wejścia z obu stron, to i tak kolejki były gigantyczne. Spędziliśmy na dworze ponad godzinę w lekkim mrozie i bylibyśmy stali jeszcze co najmniej  godzinę do samego wejścia, nie mówiąc już o długaśnej kolejce w środku, gdyby nie spryt Izy (nieuczciwe, powiecie? Być może, ale świat nie jest sprawiedliwy, a w życiu trzeba sobie jakoś radzić, co przybliżę w relacji z soboty). Zadowoleni ze zdobytych akredytacji, zabransoletkowani i z przygotowanymi wywieszkami z naszymi imionami ruszyliśmy na zwiedzanie. Pierwszą zmianą, jaką zauważyliśmy, był brak baru z piwem, który wcześniej umieszczony był w głównej hali. Rejon restauracyjny znajdował się w budynku 6a, w którym była również scena. Nie było to najlepsze rozwiązanie przy takiej pogodzie, w hali było chłodno, pusta przestrzeń zabrała trochę konwentowy klimat, a samo pomieszczenie kompletnie nie nadawało się na koncerty.

W hali głównej rozlokowali się sprzedawcy oraz wystawcy rzeczy wszelakich – gier, komiksów, książek, biżuterii, koszulek, pamiątek, klocków lego, strojów. Mnie najbardziej zainteresowało stoisko artystki Magdy Ryniec, u której kupiłam ręcznie robioną biżuterię – steampunkowe kolczyki z części od zegarków oraz piękny wisior w komplecie z kolczykami. I chociaż zakupu nie żałuję, to zużył on cały mój fundusz na wszelkie pamiątki (przynajmniej nic mnie nie kusiło). Z powodu oczekiwania w kolejce na akredytację nie zdążyłam na prelekcję Pogromcy średniowiecznych mitów, ale pocieszył mnie doskonały żurek w bufecie. Pokrzepiona mogłam udać się do budynku 14, do Auli 2 na prelekcję Krzyśka Piskorskiego Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza, która jest kontynuacją najdziwniejszych wynalazków. Niewątpliwie była to najlepsza prelekcja tego konwentu! Jak zwykle Krzysztof z werwą prawdziwego pasjonata opowiadał ze znawstwem o najbardziej absurdalnych i pomysłowych wynalazkach wojennych, urozmaicając prelekcję zdjęciami. Zaczął od broni ręcznej, dzięki czemu dowiedziałam się, czym jest kpinga, inaczej zwana też hunga bunga, którą stosowali wojownicy plemienia Azande. Moją uwagę przykuł też urumi – miecz taśmowy z Indii (podobnych mieczy używano bodajże w sekwencjach walk w najnowszym Conanie i/albo Prince of Persia), który jest najbardziej niebezpieczny dla… samego użytkownika, ponieważ bardzo łatwo można tą bronią odciąć sobie palce czy inne części ciała. Salwy śmiechu wzbudził dastar bonga (mam nadzieję, że dobrze zapisałam nazwę), mierzący 1,5 metra turban z 37 metrów płótna mieszczący w sobie 6 ostrzy do rzucania, 2 krótkie miecze i sztylet; taka swoista kosmetyczka na broń. Wiele interesujących pomysłów mieli Włosi. W czasach renesansu wynaleźli oni m.in. bojowy puklerz z latarnią, tarczę z pistoletem oraz maczugę z pistoletem. W ogóle kreatywność ludzi wzbijała się na wyżyny absurdu, kiedy przychodziło do pistoletów. Ktoś w Indiach wpadł na pomysł, aby wbudować dwa pistolety w indyjskim katarze, rewolwer zmieścił się w sygnecie, zegarku z dywizką, długopisie, biczu, scyzoryku, kluczu, parasolu, a nawet wymyślono krzyż, który po rozłożeniu stawał się pistoletem! Próbowano również usprawnić możliwości walczących żołnierzy. Wymyślono na przykład pieniek infiltracyjny – były to imitacje pni drzew, w których kryli się żołnierze mogący obserwować wroga, niezbyt skutecznie, ponieważ pieńki rzucały się w oczy na pustych przestrzeniach. Strzelcy mogli jeździć kwadrocyklami wyposażonymi w karabiny maszynowe, powstał też specjalny oddział piechoty wodnej – ze specjalnymi nartami, dzięki którym żołnierze mogli poruszać się po wodzie, częściej jednak lądowali w wodzie niż na lądzie. Projektowano i budowano ogromne czołgi (np. czołg Car, mający służyć do miażdżenia wrogich sił i pojazdów, a z powodu potwornej masy zakopujący się w ziemi), czołgi betonowe (to nie wymaga komentarza…) czy latające. W trakcie II wojny światowej Niemcy przebili w głupocie  Amerykanów – zaprojektowali lustra do umieszczenia ich w kosmosie, które miały spopielać miasta dzięki skoncentrowanej energii słonecznej. Szaleni wynalazcy tak zapędzali się w swoich teoriach, że za niektóre pomysły powinni zostać postawieni przed sądem za szczególne okrucieństwo wobec zwierząt. Już dwa lata temu Krzysiek wspominał o gołębiej rakiecie, tym razem opowiedział również o bombie nietoperzowej i sowieckim psie przeciwpancernym. O szczegółach dowiecie się z prelekcji, którą autor przeprowadzał będzie na kolejnych konwentach. Polecam!

Po tej zdecydowanie za krótkiej prelekcji udałam się do budynku 6a, w którym miał się odbyć koncert zespołu Południca! Niestety w wyniku jakichś opóźnień na scenie rozstawił się i zaczął grać Rapcotic, a że ze względu na fatalną akustykę pomieszczenia i hardcorowe brzmienia rozbolały mnie uszy, uciekłam z powrotem do 14-tki i poszłam na spotkanie autorskie z Rafałem Kosikiem (który wygrał z prelekcją Magdy Parus Wilkołaki dawniej i dziś, czyli dlaczego popkultura ogłupiła zmyślne bestie), na którym gość okazał się wyjątkowo medialny i gadatliwy, nawet sam sięgał po mikrofon! Tematem spotkania była głównie seria dla młodzieży Felix, Net i Nika oraz film z zeszłego roku. Fani mogli się dowiedzieć, że powstał już scenariusz do drugiego filmu, ale produkcję wstrzymują kwestie finansowe. Z literackich nowości autor poinformował, że obecnie pracuje nad kolejnym tomem Felixa, książką dla jeszcze młodszych czytelników (ten news zaintrygował wszystkich, zwłaszcza, że Rafał określił, że będzie to powieść dla odbiorców z niższej grupy wiekowej niż czytający Felixa, ale z bardziej dopracowanym wątkiem miłosnym – hmmm?!), ma też kilka pomysłów na książki i opowiadania dla dorosłych, które czekają lepszych czasów.

Ostatnim punktem mojego programu było spotkanie z dr Anną Głomb i jej prelekcja Między wilkiem a wilkołakiem, czyli od wolności do strachu. Spodziewałam się lepszego merytorycznego przygotowania po prowadzącej niż rzucania hasłami rodem z Wikipedii i opowiadania, dlaczego to wilki w średniowieczu były wrogo traktowane przez ludzi. Dlatego też po niecałych dziesięciu minutach wyszłam z Literackiej 2 (gdzie zapewne zgubiłam ukochane pióro wieczne Watermana…) i zeszłam do Auli 2, aby posłuchać Kto jeszcze pisze opowiadania? Wbrew pozorom (tytuł niespecjalnie oryginalny) był to bardzo ciekawy panel o wartości dzisiejszych opowiadań, sztuce ich pisania i sztuce pisania w ogóle. Spośród zaproszonych gości (Marcin Zwierzchowski jako prowadzący, Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska, Michał Cetnarowski, Maciej Parowski) zdecydowany prym wiódł uroczy Maciek Parowski, który swoimi anegdotami i ripostami wzbudzał radosny śmiech wszystkich zgromadzonych.

Wieczór zakończyliśmy na poznańskiej starówce w lokalu Brovaria przy dobrym piwie i jeszcze lepszym towarzystwie. I tak zakończył się dzień pierwszy.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Pyrkonowo 2011 - niedziela (27.03.2011)

Tym razem z łóżek zwlekliśmy się w okolicy 11.00, po śniadaniu spakowaliśmy się i ruszyliśmy na ostatni dzień konwentu. Zostawiliśmy bagaże w szatni i nasze drogi się rozeszły. Gdzie poszli moi podopieczni? Jak zgadliście?! Tak, do Games Roomu, ja potrzebowałam kawy. Ale najpierw udałam się na prelekcję o serbskiej literaturze fantastycznej, gdzie przypadkiem spotkałam Malakha i zgarnęłam go w momencie, kiedy prowadząca zaczęła streszczać jedną z książek. Poszliśmy do baru z PRL-u i w przyjemnej atmosferze spędziliśmy następną godzinę. Ponieważ chciałam się pożegnać z wyjeżdżającymi wcześniej przyjaciółmi, skierowałam swe kroki do Literackiej 2 na spotkanie autorskie z Piotrem Rogożą. Ten młodziutki autor publikuje od 17. roku życia, ma na swoim koncie dwie książki, a przed kilkoma dniami ukazała się jego powieść młodzieżowa Klemens i kapitan Zło. Przyznam, nie miałam do tej pory styczności z jego twórczością, ale z ciekawej rozmowy, umiejętnie prowadzonej, ujawnia się oryginalny, eksperymentujący, a jednocześnie pełen pokory dojrzały twórca, z którym łączy mnie zamiłowanie do tych samych zespołów muzycznych. Postaram się jeszcze w tym roku przeczytać choćby kilka opowiadań Piotrka.

Godło Redanii jako żywo
przypomina herb Polski
Wstąpiłam jeszcze na trzecie piętro budynku 14B, aby nabyć płytę Percivala i autografy ludzi z zespołu. Nie polecam jednak słuchać ich na płytach, o niebo lepiej wypadają bowiem na żywo. O 14.00 udałam się na ostatni punkt programu na mojej liście, czyli Rzeczywisty świat w wiedźminie, prelekcję prowadzoną przez Bartosza „Gajowego” Gajewskiego. Nie zaprzeczę, prowadzący mówił całkiem ciekawie, ale niczego nowego się nie dowiedziałam poza kilkoma historycznymi nawiązaniami, m.in. o podobieństwie godła redańskiego do Polskiego, na których ja z kolei nigdy się nie skupiałam. Spotkanie gospodarz prowadził dość chaotycznie, gubiąc się wraz ze swoim asystentem w mnóstwie kartek. Nawet gdybym nie musiała wychodzić wcześniej, i tak bym to zrobiła.

Umówiłam się z chłopakami na 15.30 pod szatnią i stamtąd, odebrawszy swoje rzeczy, skierowaliśmy się na dworzec PKP. Odeskortowałam ferajnę do pociągu, sama zaś miałam jeszcze godzinę do odjazdu InterREGIO. Znowu spotkałam Mateusza, Julię i ich znajomych i razem czekaliśmy. Kiedy podjechał pociąg, nie udało nam się zająć siedzącego miejsca. Niemal połowę podróży przesiedziałam na bagażach w korytarzu. Ale los się uśmiechnął do mnie, z pobliskiego przedziału wysiadł jeden z pasażerów, więc sprytnie zajęłam jego miejsce i już do Warszawy dojechałam w całkiem przyjemnych warunkach, czytając Mabinogion i słuchając muzyki. I tak zakończył się dzień trzeci i ostatni konwentu Pyrkon. W przyszłym roku Nidzica.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Pyrkonowo 2011 - sobota (26.03.2011)

Do wstania przed 9.00 zmotywował nas fakt, że czekało śniadanie. Jeszcze zaspani zjedliśmy bułki z wędlinami, ubraliśmy się, odświeżyliśmy i udaliśmy uczestniczyć w życiu konwentowym. Chłopaki – Games Room, ja – do sali Naukowej 1 na prelekcję Agnieszki Hałas Od Paracelsusa do Pasteura – lekarze, aptekarze, szarlatani. Szybko pożałowałam decyzji, gdyż autorka niedawno wydanych Dwóch kart miotała się strasznie w notatkach, mówiła nieskładnie, jąkając się i powtarzając, o historii medycyny bardzo ogólnie i w ekspresowym tempie, bardziej skupiając się na przeglądzie chorób i metod ich leczenia. Największe poruszenie wywołały zdjęcia narzędzi chirurgicznych z XVII, XVIII i XIX wieku, bardziej przypominające narzędzia tortur a nie przybory mające ratować życie. Na zakończenie prelegentka uraczyła słuchaczy szczegółowym opisem wyjmowania zgniłego noworodka z macicy…
Paracelsus jest autorem sentencji: Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną
Aby się otrząsnąć z tej rozczarowującej w sumie godziny, skierowałam swoje kroki do Literackiej 1 na panel dyskusyjny, O zmianie życia literackiego na fantastycznych portalach internetowych, prowadzony przez Michała Cetnarowskiego, autora pamiętnych Labiryntów. Rozmowa szybko skręciła w kierunku ustalania za i przeciw internetowi w służbie fantastyki, co niezbyt mnie interesowało, wymknęłam się więc i poszłam na spotkanie autorskie z Anią Brzezińską, którego nie planowałam. I to był pierwszy miły akcent tego dnia. Ania po raz kolejny udowodniła, że w jej towarzystwie nie można się nudzić i że całkowicie daje sobie radę sama w prowadzeniu spotkania autorskiego. Dowiedziałam się, że Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny jest dla pisarki sposobem odreagowania rzeczywistości, jej możliwością wyładowania własnych frustracji na to, co się dzieje w Polsce i na świecie. Mowa była także o najbliższych planach wydawniczych – w pierwszej połowie roku ma się ukazać opowiadanie z cyklu włoskiego, a kolejna książka zapowiada się doprawdy intrygująco, jej akcja bowiem osadzona jest w przedrewolucyjnej Rosji, w niewielkiej wsi, a fabuła będzie, jak zwykle w wypadku Brzezińskiej, oscylowała wokół końca świata. Ma to być zbiór powiązanych ze sobą opowiadań, w których fantastyka będzie znikomym elementem. Wywiad bardzo szybko przerodził się w swobodną rozmowę o kondycji polskiej fantastyki, o pojmowaniu jej pisarzy i ich książek w świecie „wielkiej literatury”. Ania bardzo racjonalnie i trafnie stwierdziła, że literaturę powinno się rozpatrywać w kontekście tradycji literackiej, z jakiej się ona wywodzi, a nie do jakiego gatunku należy dana książka, ponieważ od dawna granice gatunkowe się zacierają.

Chciałam biec jeszcze na prelekcję Dlaczego nie można teleportować kota Schrödingera, ale zbuntował się mój żołądek. Nie tylko mój, pozostali też stwierdzili, że najwyższa pora na obiad. Tym razem wybraliśmy się do greckiej restauracji nieopodal, gdzie dziwnym zjawiskiem była starsza pani kelnerka, zapewne także właścicielka lokalu, która budziła we mnie niepokój twarzą przypominającą maskę. Niewielki i tak wybór ograniczył nas jeszcze bardziej finansowo – większość dań z karty oscylowała w granicach 40 zł. W oczekiwaniu (dłuższym niż to wypada) raczyliśmy się luźną rozmową, a kiedy wreszcie przyniesiono nasze dania, obawialiśmy się, czy się w ogóle najemy. Na szczęście wrażenie było mylne, a jedzenie całkiem smaczne, postanowiliśmy jednak wynieść się z lokalu jak najszybciej. W barze Społem zamówiliśmy trunki i tak w sympatycznym towarzystwie doczekałam godziny 16.00 i prelekcji I ty zostaniesz magistrem zielarzem!

Bluszczyk kurdybanek
Radosław „Thymus” Sajkiewicz zaczął jak na prawdziwego nauczyciela przystało od… testu wiedzy o roślinach. Wśród ogólnych śmiechów przedstawiał kolejne slajdy znanych roślin w mniej już znanych formach, a my głowiliśmy się, co też to takiego. Poza tym bardzo ciekawie streścił rozwój zielarstwa od czasów najdawniejszych, mówił z prawdziwą pasją, jak bardzo świat roślin pomagał w odkrywaniu ludzkiej historii, jakie znaczenie lecznicze i magiczne przypisywano poszczególnym ziołom. Prelegent rozbawiał publiczność zbiorem zabawnych nazw, jak np. niedośpiałek maleńki, bluszczyk kurdybanek czy dziady (łopian). Zastosowanie roślin opracowywano na podstawie ich wyglądu przypominającego ludzkie narządy, co ciekawe, w większości przypadków przypuszczenia były słuszne. Dowiedzieliśmy się także, z jak wielu roślin można zrobić… wino. Wśród gromkich oklasków Radek na następny rok obiecał przygotować warsztaty przygotowywania mikstur.

Kolejne spotkanie przyćmiło wszystkie poprzednie i następne po nim! Prelekcja Najdziwniejsze wynalazki w historii Krzysztofa Piskorskiego była absolutnym hitem pyrkonowym, w niewielkiej salce zgromadził się prawdziwy tłum, który planował nawet wykurzenie fanów SF z największej sali. Szczęśliwcy, którym się udało wcisnąć do pokoju, mogli obejrzeć i posłuchać o najbardziej kuriozalnych wynalazkach i projektach w historii. Spotkanie odbyło się w myśl słów Alberta Einsteina, który powiedział kiedyś, że tylko wszechświat i ludzka głupota są nieskończone. Oglądając zdjęcia tych wynalazków naprawdę trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem! Już na pierwszy ogień poszedł bowiem projekt balonu z napędem… ptasznym. Jego pomysłodawcy wymyślili sobie, że do balonu podwieszą w uprzężach dwa ptaki, orły lub sępy, które uniosą człowieka w takiej maszynie. W XIX wieku, okresie władzy rozumu nad zabobonami, bardzo popularne były trumny z alarmem, gdyż tamtejsi mędrcy obawiali się pogrzebania żywcem. Stąd pomysł budowania trumien z kominem, przez który dochodziło świeże powietrze, i dzwoneczkiem na powierzchni przywiązanym do palca zmarłego. Jeśliby okazał się on jednak żywy, miał dzwonić, a patrolujący cmentarz grabarz miał natychmiast przybiec i odkopać nieszczęśliwca. Nikt nie pomyślał o tym, że najbardziej nieszczęśliwy był grabarz, który, przechadzając się cmentarnymi uliczkami, musiał zadawać sobie setki razy to samo pytanie na dźwięk takiego dzwonka – czy to żywy dzwoni, czy wiatr? Nic nie przebije jednak pomysłowości Amerykanów. W 1862 roku, w związku z licznymi zgłoszeniami napaści na tamtejszych farmerów przez Indian, wymyślono pług z elementami lekkiej artylerii, żeby ten biedny farmer, zaskoczony w trakcie orania pola, mógł posłać kilka kulek śrutu w tyłki złośliwych czerwonoskórych. Pomyślano również o trębaczach i wynaleziono… trąbkę z miotaczem ognia. Zmyślni wynalazcy troszczyli się także o kobiety. Zdumienie zebranych wywołał obrazek pianino-odkurzacz, który ani nie grał, ani nie odkurzał, bowiem nie był przenośny. A już padaliśmy ze śmiechu, kiedy zobaczyliśmy napędzany parą manipulator, przygotowany specjalnie z myślą o samotnych kobietach, które przecież brak mężczyzny, a co za tym idzie brak seksu, prowadził do szaleństwa. Mogłabym tak długo jeszcze opisywać, ale najlepiej zrobicie, jak przekonacie się sami – Krzysztof Piskorski będzie prezentował swoje odkrycia na najbliższych konwentach jeszcze przez jakiś czas. Wspomnę jeszcze tylko o ciekawym urządzeniu – aparacie do kopania… samego siebie. Żeby to jeszcze był wynalazek w służbie karania niegrzecznych dzieci, ale nie! Jego pomysłodawca skonstruował coś w rodzaju koła bez obręczy, na którego osiach umieścił buty, które obracając się, kopały wygiętego w tył człowieka dla rozrywki!

Posążek egipskiego
kota
Po posileniu się zapiekanką i kontroli w Games Roomie poszłam na prelekcję Mai Lidii Kossakowskiej Koty w mitach, legendach i baśniach. To był bardzo szybki przegląd historyczny bytności kotów w ludzkim życiu. Wiedzieliście, że udomowione koty pojawiły się już 6 tys. lat p.n.e. na Cyprze albo że w starożytnym Egipcie koty zabierano na połowy i te skakały do wody po upolowane zdobycze? Te piękne zwierzęta były bardzo cenione nie tylko w Egipcie. Koty szanowane były wśród muzułmanów, a także w Indiach, gdzie zwierzę to zwiastowało szczęście. W X wieku istniało prawo zabraniające zabijania kotów w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Wbrew przekonaniu koty w Egipcie nie były utożsamiane z magią, chociaż służyły wielu tamtejszym bogom. Dopiero mieszkańcy przedchrześcijańskiej Skandynawii wierzyli, że te stworzenia posiadają zdolności parapsychiczne i są powiązane ze światem umarłych. Wiecie też na pewno, choćby z mojej recenzji książki Kot. Historia i legendy, że od późnego średniowiecza aż do oświecenia kociaki nie miały kolorowo w Europie. Moda na posiadanie kotów wróciła za czasów angielskiej królowej Wiktorii. Także w Birmie koty mają ważne miejsce, chociaż w Azji były traktowane nieufnie – Chińczycy wierzyli, że są powiązane z ciemnymi siłami, podobnie Japończycy sądzili, ze koty mogą zmieniać się w… wampiry! Natłok informacji i bardzo szybkie tempo ich przekazywania spowodowały, że chwilami prelekcja była nużąca. Na koniec Maja zabawiła nas kilkoma krótkimi i śmiesznymi bajkami z kotami w rolach głównych z kultury brytyjskiej i indyjskiej.

W planie miałam jeszcze dwa koncerty – na harfie celtyckiej i lutni, ale chciałam zrewanżować swoją piątkową nieobecność przyjaciołom, poza tym byłam głodna, pojechałam więc na starówkę i dołączyłam do mojej fantastycznej (dosłownie i w przenośni) grupy, z którą świetnie bawiłam się do późnych godzin nocnych. I tak zakończył się dzień drugi.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Pyrkonowo 2011 - piątek (25.03.2011)

O Pyrkonie w świecie fantastów pozostało już mgliste wspomnienie, wszyscy żyją teraz Nidzicą (16-19.06.2011) i przyjazdem George’a R.R. Martina. Do Nidzicy pojadę w przyszłym roku, a teraz podzielę się z Wami moimi wrażeniami z pobytu na konwencie w Poznaniu. Jak to zwykle bywa nie udało mi się w 100% wykonać planu pyrkonowego, ale zaliczyłam kilka ciekawych prelekcji, jeden bardzo udany koncert i zabawne wieczory w gronie znajomych. Niestety nie oprawię relacji zdjęciami (muszę w końcu kupić aparat!).

Ponieważ wybrałam się na konwent z moim bratankiem i jego dwoma kolegami, a także dlatego, że w ten dzień nie było wielu interesujących mnie programów, wyruszyliśmy z Warszawy przed 16.00, a dotarliśmy do Poznania ok. godziny 19.00. Po zameldowaniu się w pobliskim hoteliku i zostawieniu bagaży przebyliśmy drogę w całe dwie minuty na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich w celu zarejestrowania się. Zdumiał nas całkowity brak kolejek i dużo osób w okienkach akredytacyjnych. Pozytywnie zaskoczeni po mniej więcej dziesięciu minutach byliśmy zakuci w plastikowe bransoletki, z wypisanymi nickami na identyfikatorach i wyposażeni w program i różnorakie ulotki ruszyliśmy w stronę bramek, w które trzeba było włożyć kod kreskowy, a zielona strzałka i krótki sygnał pozwalał przejść do konwentowego świata.

Zaraz potem rozdzieliliśmy się – chłopcy poszli szukać Games Roomu, gdzie zamierzali spędzić, jak się okazało, całe trzy dni, ja postanowiłam odnaleźć moich katedralnych znajomych na czele z redaktorem Shadowem i Izą (;-P), którzy przyjechali wcześniej i teraz siedzieli w ogródku piwnym, planując kolejne spotkania towarzyskie. W zderzeniu z ich argumentami („-Idziemy na piwo. – Dobra, namówiliście mnie”) postanowiłam poświęcić pierwszy punkt programu na mojej liście, czyli Za króla i św. Jerzego! Czyli o wojnie w średniowieczu, i udać się razem z nimi zwiedzać starówkę poznańską. Pobiegłam sprawdzić, czy chłopaki mają się dobrze, po czym okazało się, że część mojej ekipy już wyruszyła, pozostawiając nas ze wskazówkami typu „idźcie prosto”. Poszliśmy więc. Szliśmy, szliśmy… i szliśmy, minęliśmy starówkę i szliśmy dalej… A kiedy w końcu odnaleźliśmy to tajemnicze miejsce, stwierdziliśmy, że wracamy, bo w knajpie powietrze pełne od papierosowego dymu można kroić nożem, czy też, żeby było zgodnie z konwencją, toporem. Poza tym nie można było nic zjeść oprócz orzeszków albo paluszków. Wróciliśmy więc na starówkę i tam wreszcie osiedliśmy w przyjemnej restauracji amerykańskiej, nazwy której już nie pomnę (ale szarlotkę z lodami waniliowymi mają wyśmienitą!). Gdy po zaspokojeniu głodu postanowiliśmy przenieść się do innego lokalu z bardziej płynnym menu, przestraszyłam się, że zgubiłam klucze do mieszkania. Cały imprezowy nastrój szlag trafił, nie było mi innego wyjścia, jak wracać do hotelu i szukać zguby. Zostawiłam więc przyjaciół i podążyłam szybkim marszem w stronę noclegowni.

Znacie to uczucie, że niby jesteście przekonani, że na pewno zamknęliście drzwi na klucz albo wyłączyliście żelazko, ale mimo wszystko biegniecie sprawdzić zdjęci lękiem, że może jednak nie? Tak czułam się w tym momencie i ja, przez całą drogę tłumaczyłam sobie, że to niemożliwe, żebym zgubiła klucze, przecież nigdy mi się to nie zdarzyło, ale fakt, że nie miałam ich w kieszeni kurtki, gdzie zawsze je chowałam, wystarczył. Kiedy przyszłam do pokoju, dopadłam torby. Klucze leżały sobie spokojnie na piżamie, bo jakżeby inaczej, podczas każdego wyjazdu chowałam je do torby podróżnej. Odetchnęłam z ulgą, jednocześnie byłam zła na siebie, bo przez swój głupi czerep drałowałam całą drogę na marne! Ale nie ma tego złego… Dochodziła 22.00, wiedziałam, że od godziny trwa koncert Percivala, zespołu folkowego. Popędziłam więc do MTP, znalazłam Aulę i Mateusza, Julię, Tela i Agę, którzy siedzieli sobie niedaleko sceny i świetnie się bawili. Przez kolejną godzinę doskonale bawiłam się i ja. Zespół dał świetny koncert, muzykanci potrafili nawiązać niezwykły kontakt z publicznością, improwizowali, dowcipkowali, wywołując głośne brawa i śmiechy, niektórzy widzowie tańczyli w przejściu między krzesełkami, a był też jeden odważny, który zaśpiewał razem z Percivalem.

Po skończonej zabawie kontrolnie zajrzałam do moich podopiecznych, a widząc, że świata poza planszą nie widzą, zostawiłam ich spokojna i udałam się wraz z dwojgiem znajomych na poszukiwanie sklepu nocnego, który zgodnie z dołączoną do programu mapką miał znajdować się kilkaset metrów od targów. Niestety – sklepu nie było, co więcej, miejsce sprawiało wrażenie, jakby nigdy tam nie stał… Zrezygnowani wróciliśmy na teren targów i w barze rodem z PRL-u piliśmy piwko i rozmawialiśmy o książkach i grach. I tak zakończył się dzień pierwszy.

wtorek, 1 czerwca 2010

A imię jego Chaos

Ponieważ obiecałam, że jeśli będę na spotkaniu o fantasy epickiej, zdam z niego relację, niniejszym to czynię. Krótki to będzie wpis, bo i niewiele wyniosłam z tych dwóch godzin. Ciężko było odnaleźć się w toku myśli pana Walewskiego, który, chociaż posiada z pewnością ogromną wiedzę z zakresu literatury i to nie tylko fantastycznej, nie ma daru w jej przekazywaniu. Zaczęło się dobrze – od określenia, czym jest fantasy epicka… I na zadaniu tego pytania się skończyło, gdyż rozmówcy nie byli w stanie dojść do odpowiedzi. Po wymienieniu kilku zaledwie autorów, wśród których znalazł się Tolkien, Martin, Sapkowski (?!) i gość specjalny, czyli Ania Brzezińska, rozpoczęła się bezowocna dyskusja o rodzajach mitu, do którego miałaby fantasy epicka się odwoływać, a także o złej sytuacji wydawniczej na polskim rynku. Przeciętny słuchacz mógł wynieść z tego spotkania jedynie to, że w Polsce fantasy epickiej jako takiej nie ma, a to wszystko przez zastój kulturalny podczas epoki PRL-u i braku źródeł słowiańskiej mitologii…

Ania usiłowała jak mogła opanować słowotok Konrada Walewskiego, nie zawsze udawało się jej jednak sprowadzić go do meritum problemu. Paweł Matuszek ograniczył się do osobistych przytyków względem gustu literackiego swoich kolegów, niczego do dyskusji nie wnosząc. Całkowitym nieporozumieniem był udział w spotkaniu Cezarego Zbierzchowskiego, który o fantasy nie ma najmniejszego pojęcia, czym nie omieszkał się popisywać (że zacytuję jego najgłupsze pytanie: „Czy to nie jest tak, że fantasy to proza kobieca?” i oczywiście "Ja się nie znam, ale uważam..."). Rezultatem są zmarnowane dwie godziny, podczas których nikt się niczego nie dowiedział. Dlaczego? Brak organizacji spotkania, brak jakiegokolwiek planu, nieodpowiedni goście (poza Anią Brzezińską), a wszystko po to, by zareklamować pismo Fantasy & Science Fiction… Dużo ciekawsza dyskusja odbyła się tuż po spotkaniu, w pobliskim Paradoksie, przy piwie w miłym towarzystwie, podczas której dowiedziałam się, że z fantasy epicką jest jak z prawdą... każdy ma swoją;)

poniedziałek, 30 listopada 2009

"Pół roku po tym, jak napiszę"

Tak już od kilku lat Jarosław Grzędowicz odpowiada na pytania o wydanie kolejnej książki z cyklu Pan Lodowego Ogrodu. Ta odpowiedź padła również na spotkaniu autorskim w Empiku (pisałam o nim tutaj), gdzie pisarz promował wydanie najnowszej, trzeciej, części PLO, a na które wybraliśmy się razem z Maegiem.

Z założenia spotkanie miało mieć formę improwizowaną, jednak nie różniło się od innych tego typu (poza tym, że większość pytań padało z widowni). Może dlatego, że na pytanie prowadzącego o to, czy autor lubi improwizację, ten odpowiedział "Nie". Oczywiście, nie widzi nic złego w zabawach literackich, jednak do swojej pracy podchodzi poważnie. Dlatego też stara się dobrze przygotować do realizacji każdego pomysłu, robi notatki, szkice, konspekty... W których potem pomaga mu się odnaleźć jego redaktorka Karolina. Autor przyznał z rozbrajającą szczerością, że zdarzały mu się wpadki, jak nadanie imienia dwóm różnym postaciom albo pomylenie dud z kobzą. Pisarz też człowiek.

Jarek konsekwentnie wzbraniał się przed ujawnieniem jakichkolwiek szczegółów i rozwiązań fabuły, które znalazły się w trzeciej części książki (logiczne, prawda?). Nie chciał też oczywiście powiedzieć, kiedy do sprzedaży trafi czwarty i podobno ostatni (o ile będzie się trzymał planu, co, jak widać po rozwoju cyklu, nie idzie mu najlepiej) tom Pana Lodowego Ogrodu. Wyjaśnił jednak, że podczas pracy nad poprzednimi częściami robił także kilka innych rzeczy (zbiór opowiadań, tłumaczenia, felietony itd.), dlatego praca szła mu powoli. Teraz zamierza skupić się wyłącznie na dokończeniu powieści, nad którą pracuje już od kilku miesięcy (nieoficjalnie udało nam się dowiedzieć, że książki można spodziewać się za jakieś 1,5 roku, w tym te ostatnie 6 miesięcy odnosi się do "pół roku po tym, jak napiszę").

Na pytanie o formy relaksu, Grzędowicz stwierdził, że nie robi nic wyjątkowego, mianowicie "nie jeździ konno po strzelnicy z browarem w ręku". Ten ostatni jednak pomaga mu w odpoczynku i odegnaniu wszelkich trosk. Zimę wraz z żoną (Maja Lidia Kossakowska dołączyła po zakończeniu spotkania) spędzają w Warszawie, na cieplejsze miesiące przenoszą się do domu na wsi. Browar towarzyszy autorowi niemal wszędzie (żeby jednak nie było, w Empiku pił wodę mineralną;-)).

Po spotkaniu był oczywiście czas na autografy i zdjęcia. Wieczór zakończyliśmy już mniejszą paczką w Browarmii, gdzie Jarek i pozostali raczyli się ich ulubioną formą relaksu, a ja, ponieważ nie było dobrego pitnego miodu, sączyłam napój bezalkoholowy...
Dwa pierwsze zdjęcia pochodzą z blipa Maega, ostatnie też jest jego autorstwa;)

czwartek, 29 października 2009

Spotkanie z mistrzem

Byłam wczoraj na spotkaniu z Andrzejem Sapkowskim w Trafficu i muszę powiedzieć, że przez godzinę bawiłam się świetnie, słuchając rozmowy. Co więcej, zmieniam zdanie, jakie miałam po przeczytaniu wywiadu w DF - to ci dziennikarze jacyś dziwni byli i przestaję się zastanawiać, dlaczego Sapkowski w kilku momentach się irytował ich pytaniami; były głupie.

Wywiad poświęcony był przede wszystkim promocji audiobooka Narrenturm, za którą odpowiada m.in. Błażej Nowak, który był drugim gościem spotkania. Pytania padały różne, jedne całkiem ciekawe (np. czy Andrzej czyta to co napisał na głos - Nie, bo jest leniwy, ale uważa, że powinno się to robić, żeby sprawdzić, czy zdanie napisane ma sens taki, jaki powinno), inne mniej (Czy gra Wiedźmin wpłynęła na zwiększenie sprzedaży Twoich książek? - A skąd mam wiedzieć? Nie wydaje mi się, żeby gracz sięgnął po pierwowzór literacki, za to czytelnik może zainteresować się grą na podstawie powieści; Czy oprócz Ciebie jacyś polscy pisarze fantastyki znani są za granicą? - Nie wiem i nie obchodzi mnie to. - przytaczam jak najwierniej sens słów, bo niestety nie udało mi się nagrać spotkania). Tych głupszych pytań było więcej niestety, czym Sapkowski wyraźnie się irytował, co dla mnie jest zupełnie zrozumiałe. Rozmowa schodziła na różne tematy, było o internecie (Kogo nie ma w internecie, ten nie istnieje), a także o Urzędzie Skarbowym i zarabianiu (Wizyta żony Andrzeja Sapkowskiego w urzędzie: - A pani mąż co robi? -Nic - Ale zarabia? - Tak - Więc co robi? - Nic -Jest pisarzem? -Tak -Więc teraz pisze? -Nie -Ale zarabia? - Tak). Ogólnie, miał świetny humor i żartował nawet sam z siebie i swojej twórczości. Nazwał się "Guciem Trutniem", co rozbawiło wszystkich zebranych do łez.

Po spotkaniu był czas na autografy, po odstaniu swojego w kolejce mogłam się cieszyć podpisem na mojej ukochanej książce, Chrzcie ognia. Niestety tak się spieszyłam, że nie pomyślałam, żeby poprosić o dedykację... (następnym razem na innej książce).

Inteligentny, trochę zarozumiały, ale wyluzowany facet z poczuciem humoru, ironii i dystansem do siebie, prawdziwy fachowiec i dobry rzemieślnik. Ciekawa jestem teraz, czy to poza, czy taki jest naprawdę. No cóż, może kiedyś się przekonam.

O spotkaniu z Sapkowskim można też poczytać w Czytelni Onetu oraz na wiadomości24.pl