The Hateful Eight to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam i z pewnością znajdzie się w czołówce najlepszych filmów tego blogowego roku. To idealne połączenie świetnych dialogów z genialnym aktorstwem w cudownej oprawie wizualnej i muzycznej. Obawiałam się trochę trzygodzinnego seansu, w którym wszyscy bohaterowie zostają zmuszeni do spędzenia doby w gospodzie. Ponadto miałam wątpliwości dotyczące formy westernu - Django zostawił mnie z lekkim niedosytem dobrego, ale nie oszałamiającego filmu. The Hateful Eight okazał się majstersztykiem i w ogóle nie poczułam tych trzech godzin!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Tarantino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Tarantino. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 25 lutego 2016
niedziela, 18 września 2011
Przyganiał kocioł garnkowi, czyli o inwektywach wśród pisarzy i filmowców
Jakiś czas temu na portalu Flavorwire wpadł mi w oko wpis o trzydziestu najbardziej obraźliwych opiniach jednych autorów o innych. Znajdziecie tu słowa Gustawa Flauberta o George Sand, Władimira Nabokova o Fiodorze Dostojewskim, zobaczycie, że wzajemną sympatią nie darzyli się Ernest Hemingway i William Faulkner, dostało się też J.K. Rowling i Jane Austen. Kto by pomyślał, że świat literatów jest tak pełen przemocy...
Na stronie można również znaleźć cytaty, jakie serwowali sobie twórcy filmowi, pokazując, że wcale nie są gorsi (lepsi?) od kolegów literatów.
niedziela, 18 października 2009
Tarantina wizja historii - "Inglourious Basterds", scenariusz i reżyseria: Quentin Tarantino, 2009
W kinie byłam na tym filmie już jakiś czas temu, ale dopiero teraz jest okazja, żeby o nim napisać i... pozachwycać się publicznie.
Panie i Panowie, Tarantino znowu w formie!
Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów roku na mojej prywatnej liście, jeśli nie najlepszy (chociaż tu się waham, bo rywalizuje o ten tytuł jeszcze Dystrykt 9, o którym napiszę niedługo). A już z pewnością najlepszy film Tarantina od czasów Kill Billa, czyli od 2003 roku! W Inglourious Basterds jest bowiem to, co kocham w obrazach Tarantina: groteska, humor dialogowy i sytuacyjny, doskonałe kreacje aktorskie; a to wszystko na bardzo wysokim poziomie.
Przede wszystkim zachwyciła mnie fabuła obrazu. Karykaturalna wizja wojny światowej, w której to Żydzi dają wycisk niemieckim żołnierzom i Hitlerowi, przebija wszystkie patetyczne filmy wojenne, jakie kiedykolwiek (rzadko, właśnie ze względu na patos, je oglądam) widziałam. I nie chodzi wyłącznie o sam oddział Basterdów, zbieraninę najgorszych i najbardziej krwiożerczych wyrzutków, jakich tarantinowska Ziemia nosiła. Równolegle bowiem z działaniami oddziału porucznika Aldo Raine'a dostajemy historię Żydówki Shosanny Dreyfus, której Niemcy wymordowali rodzinę, a która kilka lat później ma szansę zemścić się i robi to, nie powiem, z wdzięczną finezją. I chociaż przedstawiona historia jest alternatywną wersją (niestety), to jej wymowa pozostała prawdziwa - wojna to nie zabawa, Tarantino umiejętnie balansuje obraz zarówno jednej, jak i drugiej strony konfliktu, nikt tutaj nie jest wybielony.
Zawiodłam się tylko raz, ale za to sromotnie. Na film poszłam głównie dla tego pana. Oto Michael Fassbender, w Wielkiej Brytanii i Irlandii znany głównie z filmu Hunger, którego jeszcze nie miałam przyjemności oglądać. Niestety jako porucznik Archie Hicox, długo sobie nie pograł. Jeśli natomiast chodzi o resztę obsady, to wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania. Brada Pitta, mimo że nie lubię, cenię za świetne aktorstwo, a jego Aldo Raine był po prostu prześmieszny! Ujrzeć go udającego Włocha - bezcenne! Równie zabawny był Till Schweiger, co prawda małomówny, ale miny robił zawodowe.
W postać Shosanny - wyniosłej, cynicznej, wyrachowanej, czekającej w ciszy na swój czas i wreszcie mającej możliwość pomścić rodzinę - wcieliła się Mélanie Laurent, ceniona aktorka francuska (na razie lokalnie). Zadziwiająco dobrze ze swoją rolą kokietki i aktorki kolaborującej z aliantami, Bridget von Hammersmark, poradziła sobie Diane Kruger, która niemożebnie irytowała mnie w Troi, jednym z najnudniejszych filmów wszech czasów. Inna klasa filmu, innej klasy reżyser i proszę jaka odmiana na korzyść.
Mogłabym tak długo wymieniać i się zachwycać, bo i aktorów było niemało: wszyscy z oddziału Raine'a - mordercy pierwszego sortu, na czele z Elim Rothem jako sierżantem Donowitzem; niezwykle udana karykatura Hitlera w wykonaniu Martina Wuttke, czy przerysowany obraz gwiazdora filmowego z przypadku, Frederika Zollera (w tej roli uroczy Daniel Brühl, aż trudno uwierzyć, że to '78 rocznik!), na przykładzie którego widzimy jak powstają wojenne legendy... Ale wszyscy oni bledną przy Christophie Waltzu, grającym po prostu po mistrzowsku Hansa Landę! Jego wizja niemieckiego oficera jest tak przekonująca, śmieszna i przerażająca zarazem, że nie wiedziałam, czy śmiać się, czy drżeć ze strachu...
Film jest również dopracowany pod względem efektów i charakteryzacji - krwawe sceny były nadzwyczaj realistyczne, chociaż oczywiście, jak na Tarantina przystało, bardziej krwawe niż należy. Jednak połączenie makabrycznych scen z humorem tarantinowskim daje piorunującą mieszankę i nie sposób się nie śmiać. Z obrazem perfekcyjnie współgra muzyka w częściowej kompozycji Ennio Morricone (jedna z pierwszych scen filmu, w której Dla Elizy Beethovena zmieszana jest z rytmem hiszpańskim?, należy do moich ulubionych). Nie mogę tutaj nie wspomnieć o bardzo ważnej i zasługującej na wyjątkowe wyróżnienie dla reżysera kwestii - zachowana zgodność językowa! W Inglourious Basterds Niemcy mówią po Niemiecku, Francuzi po francusku, Amerykanie po amerykańsku, Anglicy po angielsku, a wszystko to z odpowiednimi akcentami, bez cienia fałszowania (no może nie dotyczy to Aldo Raine'a, ale ten to ewenement;-) )!!!
Podsumowując, dla miłośników Tarantino i dla tych, którzy cenią groteskowy humor i mają dystans do przeszłości - pozycja obowiązkowa. (Po napisaniu tego posta doszłam do wniosku, że jednak Inglourious Basterds to mój film roku...)
piątek, 13 marca 2009
O piekle
Piekło jest wtedy, gdy budzisz się co rano i nie wiesz po co żyjesz.
Sin City, reżyseria: Robert Rodriguez, Frank Miller, Quentin Tarantino; scenariusz: Frank Miller, Robert Rodriguez, 2005
czwartek, 12 marca 2009
I'm in sin city - "Sin City", scenariusz: Frank Miller & Robert Rodriguez, reżyseria: Robert Rodriguez, Frank Miller, Quentin Tarantino, 2005
Są filmy, do których chętnie wracam raz na jakiś czas. Dla aktora/aktorki, atmosfery, fabuły, żartu... Lubię po prostu. Jednym z nich jest Sin City z 2005 roku. Pierwszy raz zobaczyłam ten film w kinie i zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To jeden z najlepszych obrazów, jakie widziałam, nie mówiąc już o tym, że chyba jest najlepszą adaptacją komiksów w ogóle (chociaż komiksu nigdy nie widziałam, niestety).
Utrzymany w klimacie filmów noir z lat 40. pomieszanym z komiksową kreską. Genialne jest połączenie czarno-białego filmu z kolorowymi wstawkami - od razu domyślasz się, że ten kolor ma znaczenie, ma jakiś cel w opowieści. Sin City to poruszający wyobraźnię, momentami zabawny, ogólnie mroczny film. Wszystko się tu uzupełnia: atmosfera, gra aktorska (Rourke gra po mistrzowsku), obraz, muzyka (w kompozycji Graeme'a Revella i Johna Debney'a).
Najbardziej nie pasował mi tutaj Eliah Wood jako zabójca Kevin - nie wiem jak Wy, ale ja nadal widziałam biegającego i mordującego hobbita w leśnym wdzianku, tyle że z zielonymi oczami w okularach. Nie wie, czy takie było założenie komisku i czy tak chciał Miller, ale postać w milczącym (dzięki bogom!) wykonaniu Wooda jest śmieszna i żałosna.
Mimo wszystko Sin City to zdecydowanie jeden z moich ukochanych filmów, pozycja, którą każdy kinoman zobaczyć powinien i już.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


