Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Jabłoński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witold Jabłoński. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2015

Średniowieczny flow - "Ślepy demon. Sieciech", Witold Jabłoński, SuperNOWA 2015 r.

Ślepy demon. Sieciech był dla mnie tegorocznym zaskoczeniem. Po lekturze Słowa i miecza sądziłam, że to jednorazowa przygoda Jabłońskiego z taką formą średniowiecznych opowieści. To zaskoczenie było oczywiście jak najbardziej pozytywne. Pierwsza część bardzo mi się podobała, przede wszystkim ze względu na świetnie oddane realia historyczne oraz słowiańskie mity. Z niecierpliwością sięgnęłam więc po drugi tom. Autor nie zawiódł i otrzymałam kolejną żywą wersję średniowiecznej historii kraju Polan, mocno osadzoną w słowiańskich wierzeniach.

Język powieści jest jak zawsze potoczysty, barwny, ozdobny w wiele metafor. Jabłoński zdecydowanie nie jest zwolennikiem prostej formy, ale w jego przypadku to sie akurat sprawdza. Swoisty patos nie pozostawia wiele miejsca na humor, ale zdarza się on we właściwych momentach. Podobnie jak w Słowie i mieczu mnóstwo tu złości i agresji, wszyscy myślą tylko o krzywdzie, jakiej doznali, i zemście, jakiej dokonają! Jednak o wiele szybciej się do tego przyzwyczaiłam niż poprzednim razem i po przebrnięciu kilkunastu stron nie zwracałam już większej uwagi na jad wypływający z ust i myśli każdego bohatera. Może tacy właśnie byli nasi przodkowie, a może też autor chciał pokazać, że nie wszystko można osiągnąć dobrem odpłacając za zło…

Podobnie jak w Słowie i mieczu autor nie pokazuje słowiańskiej wiary jako jedynej słusznej, a raczej wskazuje, że religia to jedno, a ludzie ją wyznający lub działający w jej imieniu to zupełnie co innego. Autor z bezwzględnością i bez ogródek, o wiele silniej niż w poprzednim tomie, pokazuje obłudę ludzi, ukrywających się za prawdami swych wierzeń, knujących niezliczone intrygi. W tle, a właściwie jako jeden z głównych wątków, jest historia rodzącej się Polski. Może nie do końca jest ona zgodna ze źródłami (chociaż kto dzisiaj może stwierdzić, co jest prawdą, a co nią nie jest, zwłaszcza w przypadku tak odległych czasów), a z historią szkolną w ogóle, to jednak kulisy powstania kraju są przedstawione wiarygodnie i zajmująco.

Chociaż książka jest wciąż fantasy historyczną, to jest w niej mniej fantasy niż w poprzednim tomie. Mniej jest opisów obrzędów i zwyczajów, więcej uwagi autor poświęca intrygom i polityce jako takiej. Mimo to (a może właśnie dlatego) książka podobała mi się znacznie bardziej, jest bardziej ludzka. To zwłaszcza zasługa postaci, zarówno kobiet i mężczyzn. Sieciech, Kościej, Luba, Krystyna są wiarygodni psychologicznie i nieszablonowi, w przeciwieństwie do drugoplanowych bohaterów. Powrócili też bohaterowie z poprzedniego tomu: Mara, Andaj, bliźniaki, skrzaty. Chociaż są z boku głównej akcji, to jednak ich wątki zdają się istotne dla dalszych wydarzeń. Bogowie tutaj są podobni do ludzi, mogą stać się zarozumiali, gniewni, nigdy jednak radośni. Wydają się bardziej artefaktami, narzędziami w osiąganiu celów ludzkich, niż władcami umysłów śmiertelników.

Świetnie oddani są zwłaszcza Sieciech i Krystyna, dwoje młodych, ale już bardzo świadomych siebie ludzi, próbujących wywalczyć dla siebie życie w tym, co otrzymali od Losu. Wydarzenia pokazują, że lepiej wychodzą w życiu ci, co akceptują to, co im ono przynosi, niż ci, którzy ze wszystkim wałczą i przeciw wszystkiemu się buntują bez większego pomyślunku. Mam wrażenie, że średniowieczni ludzie już dawno odkryli, czym jest „flow”, który jest tak modny teraz, i z czego on wynika. Żyli w zgodzie z naturą, więc nie musieli się tego uczyć, mieli to we krwi i przekazywali tę wiedzę intuicyjnie.

Prolog wydaje się raczej epilogiem (właściwy epilog jest kontynuacją prologu), co już jednoznacznie wskazuje, że powstaje kolejna cześć, udowadnia też, że autor ma przemyślaną koncepcję dla całej historii, nie tworzy jej z tomu na tom. Ślepy demon. Sieciech podsyca apetyt na więcej.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 7 października 2013

Piąteczka!

To już pięć lat, od kiedy prowadzę bloga. Trudno mi w to czasami uwierzyć, przede wszystkim dlatego, że na co dzień nie zastanawiam się nad upływem czasu, aż tu nagle przychodzi taki 7 października i boom, uświadamiam sobie nagle, ile to już minęło... W zeszłym roku obiecałam sobie, że będę czytać więcej, pisać będę więcej, w ogóle będę brała większy udział w blogowaniu. Jak mi wyszło? Otóż nie wyszło. Kiedyś przychodziły momenty, w których nie miałam ochoty na pisanie, teraz jest odwrotnie, tylko czasami mam chęć napisać na blogu. Nadal w trakcie czytania jakiejś książki albo oglądania filmu robię notatki, ale żeby ubrać je choćby w kilka zdań podsumowujących moje wrażenia... Na to już nie mam energii. Chyba najwyższy czas zrobić sobie dłuższą przerwę, może całkowitą. Zmęczyłam się chyba, prowadzenie bloga stało się bardziej obowiązkiem niż zabawą i oderwaniem od codziennych zajęć.

Dość smęcenia, do rzeczy. W przeciągu ostatniego roku przeczytałam tylko osiemnaście pozycji (spadek w stosunku do poprzedniego roku, a jak wtedy byłam niezadowolona, to wyobraźcie sobie, co czuję dzisiaj...): osiem z obszaru fantastyki, trzy kryminały, cztery w ramach projektu Piękny czy Bestia? i jedna popularnonaukowa o duchach. Plusem jest, że przeczytałam niewiele takich, o których mogę powiedzieć, że mocno mnie rozczarowały.

Jeśli chodzi o filmy, to nie napisałam żadnej oddzielnej recenzji w przeciągu tego całego roku. Ostatnim razem swoje wrażenia ubrałam w słowa w styczniu! Oczywiście nadal oglądam dużo filmów, coraz mniej w nich jednak fantastyki, a tak czy siak, nie potrafię napisać kilku zdań, czy to o filmie fantastycznym, czy z innego gatunku - mam zaczętych kilka notek, żadnej nie mogę skończyć.

Tradycyjnie najlepsze książki i filmy liczone są od najsłabszych (6. i 3. miejsce) do najlepszych (1. miejsce), najgorsze natomiast odwrotnie - najlepsze z najgorszych zajmuje szóstą lub piątą pozycję, najbardziej irytujące pierwszą.

Najlepsze książki roku piątego:
  1. Słowo i miecz, Witold Jabłoński - za udowodnienie, że można stworzyć bardzo dobrą fantasy słowiańską, za nowe światło na historię naszych przodków motywujące do sięgnięcia po książki naukowe (na fali powieści Jabłońskiego kupiłam Europę, Boże igrzysko Normana Daviesa)
  2. Krew na Placu Lalek, Krzysztof Kotowski - za umiejętnie budowane napięcie do ostatnich stron, które spowodowało, że nie rozstałam się z książką do momentu jej ukończenia (ostatnie strony czytałam w pracy…)
  3. 451 Fahrenheita, Ray Bradbury - za przejęcie mnie do szpiku kości wciąż, a nawet coraz bardziej, aktualną wizją świata, w którym nie ma książek a ludzie wolą tępo spoglądać w ekrany telewizorów czy komputerów niż spędzać czas z innymi ludźmi
  4. Conan i skrwawiona korona, Robert E. Howard - to największe zaskoczenie czytelnicze tego roku, dzięki opowiadaniom zawartym w tym tomie już zawsze inaczej (bardziej przychylnie i z pewnym szacunkiem) będę patrzeć na postać Conana i jego twórcy
  5. Czarne, Anna Kańtoch - za wysmakowanie stylu, wyśrubowanie go do perfekcji, za wzbudzanie we mnie sprzecznych emocji, z którymi długo nie mogłam się uporać
  6. Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności, Erberto Petoia - za interesujące ujęcie mitu wampiryzmu, popartego mnóstwem nie znanych mi wcześniej przykładów i teorii
Najgorsze książki roku piątego:
  1. Okręt przeklętych, Viviane Moore - za nudę bijącą z niemal każdej strony, za przejście od ciekawego kryminału do mdłego love story, za chaos fabuły i absurdalne rozwiązania akcji
  2. Świat czarownic, Andre Norton - za bardzo prostą, momentami wręcz miałką akcję, papierowych, schematycznych bohaterów, oraz za sporą ilość logicznych błędów
Najlepsze filmy roku piątego:
  1. The Amazing Spider-Man - za odbrązowienie Spider-Mana, pokazanie jego bardziej prawdziwej twarzy i tego, że jest on jedną z bardziej dwuznacznych postaci komiksowych w ogóle
  2. Star Trek - za odświeżenie kultowej serii z zachowaniem starego klimatu, za doskonale zgranych aktorów, którzy stworzyli prawdziwy zespół, za dobre, niesztampowe dialogi
  3. The Cabin in the Woods - za ciekawe podejście do konwencji motywu opuszczonego domu, za obśmianie szablonów tworzenia klimatu strachu, za Frana Kranza w roli zabawnego Marty'ego
O wszystkich filmach pisałam tutaj.

Najgorsze filmy roku piątego:
  1. The Dark Knight Rises - tytuł największego rozczarowania roku zdobyło co prawda Elizjum, ale że nie chciało mi się nawet poświęcać kilku zdań na pisanie dlaczego, to The Dark Knight Rises pozostaje w mocy; dla mnie było to powtórzenie (kilkakrotnie) historii z pierwszej części trylogii, słabo zagrane (z wyjątkiem znakomitej Anne Hathaway), bez powalających efektów specjalnych
  2. Green Lantern - gdybym nie obejrzała The Dark Knight Rises i Elizjum, które spaliły moje nadzieje na dobre filmy, to Green Lantern byłby najgorszym ze wszystkich, które widziałam w ubiegłym roku, nie broni go nawet wersja humorystyczna
  3. Looper - muzyka i zdjęcia to dwa atuty tego filmu, ale to zdecydowanie za mało, aby poświęcać mu czas, rozczarowałam się grą aktorów, miałkimi dialogami, samą fabułą nie zawierającą dla mnie żadnej głębi, o którą podejrzewało twórcę scenariusza wielu recenzentów
  4. Cowboys & Aliens - dlaczego tak nisko w zestawieniu najgorszych filmów? Może dlatego, że film obejrzałam z nudów, chociaż wcale nie zamierzałam, bo spodziewałam się, że będzie to całkowita klapa; a jednak film potrafił mnie zatrzymać przed ekranem i było całkiem sporo momentów, w których się ubawiłam
  5. Skyfall - dla wielu osób Skyfall to najlepszy z filmów o Bondzie, a grający w nim Javier Bardem mistrzowsko ukazał postać złoczyńcy; nie należę do tej grupy, film nie podobał mi się, moim zdaniem brakuje mu klimatu serii, a Silva nie jest żadnym złoczyńcą; piosenka Adele i aluzje do poprzednich Bondów nie rekompensują tych trzech godzin wymęczonych w kinie
Kilka zdań o Looperze i The Dark Knight Rises w tym miejscu, natomiast o Green Lantern, Cowboys & Aliens oraz Skyfall pisałam tu.

czwartek, 3 października 2013

Obok Polconu 2013 - sobota na konwencie

W sobotę zaczęłam swój polconowy dzień od prelekcji Krzyśka Piskorskiego, Szaleni naukowcy, szalone teorie, która jest częścią cyklu wykładów razem z Najdawniejsze wynalazki w historii oraz Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza. Było to niewątpliwie najlepsze spotkanie całego dnia, ale nie ma się co dziwić, Krzysiek to prawdziwy pasjonat i tą pasją potrafi zarazić innych. Pisarz mówił między innymi o rosyjskim naukowcu Trofimie Łysence, który zakazał nauczania genetyki i twierdził, że pomarańcze mogą rosnąć w Rosji, tylko muszą… się przyzwyczaić. Inny lekarz czasów stalinizmu, Siergiej Brukhonenko, prowadził eksperymenty na psach dotyczące reanimacji. Jest odpowiedzialny za wynalezienie prymitywnego płucoserca. Nad biednymi psiakami znęcał się również Vladimir Demikhov, pionier transplantacji organów, który doszywał głowy psów do ciał innych psów. Harry Harlow natomiast był amerykańskim psychologiem, który po śmierci żony zaczął się szczególnie interesować tematyką utraty i depresji. Jednym z jego, jakże okrutnych, eksperymentów było zamykanie nowo narodzonych małpek w komorach izolacyjnych, a następnie wypuszczanie ich do stada po kilku tygodniach i obserwowanie, jak pozostałe stworzenia reagują. Te oczywiście bez wahania zabijały obcych. Z kolei doktor Shiro Ishii, japoński mikrobiolog żyjący w czasach II wojny światowej, przeprowadzał wiwisekcje jeńców wojennych, uprzednio zarażając ich różnymi chorobami i obserwując kolejne stadia rozwoju chorób. Schwytany przez Amerykanów został przez nich uwolniony w zamian za przekazanie wyników swoich badań. Największą czarną sławę zdobyli lekarze SS. Jednym z nich był Sigmund Rascher, który zanurzał więźniów w lodowatej wodzie, żeby sprawdzić, kiedy umrą i czy da się ich reanimować, co zaowocowało zaskakującymi wynikami badań nad wpływem niskiego ciśnienia na organizmy ludzkie. Jego badania NASA wykorzystało do budowy pierwszych skafandrów kosmicznych.

Dla rozładowania niesmaku i przerażenia ludzkim wyrachowaniem wśród słuchaczy Krzysiek opowiedział o George’u Taylorze, który w 1869 roku stworzył manipulator parowy mający pomóc w leczeniu histerii u kobiet (pierwszy wibrator, moje panie!). Luźną wersję tej historii przedstawiła Tanya Wexler w komedii Hysteria. Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się na badaniach Sidneya Gottlieba, który pracował w CIA nad programem kontroli umysłów MKUltra w czasach zimnej wojny. Gottlieb eksperymentował z neurotoksynami i truciznami wszelkiej maści. Miał diaboliczny plan zabicia Fidela Castro za pomocą zatrutego cygara, a gdy to się nie powiodło, postanowił go zamordować talem umieszczonym w… butach. Jego działania oraz cały program MKUltra stały się inspiracją dla Jona Ronsona do napisania powieści Człowiek, który gapił się na kozy (na jej podstawie z kolei Grant Heslov nakręcił film z George’em Clooneyem i Ewanem McGregorem).

A już kompletnie ubawiliśmy się, słuchając o dziwacznych teoriach, z których część jest wyznawana do dzisiaj. O fizjognomice, frenologii czy teorii czterech humorów (krew, żółć, czarna żółć, flegma) pewnie słyszeliście. Ale czy wiecie, że w XVII wieku jedną z teorii układu słonecznego było przedstawianie go jako swoistej matrioszki, której kolejne warstwy były planetami? Twórcą tej teorii był Edmund Halley (tak, ten od komety), na szczęście oprócz absurdalnych miał więcej trafnych spostrzeżeń dotyczących naszego wszechświata. Jedną z popularnych teorii w czasach średniowiecza i późniejszych była ta, według której Ziemia jest pusta w środku, a na jej biegunach są dziury prowadzące do tego pustego wnętrza. O tym, że Ziemia jest płaska, mówiło się jeszcze w starożytności, ale nie spodziewaliście się pewnie, że to przekonanie trwa po dziś dzień – w 1956 roku Samuel Shenton (Amerykanin, czemu mnie to nie dziwi?) reaktywował Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które działa i ma się dobrze (ruch powstał w XIX wieku).

Kolejną prelekcją w moim planie była Przyczynek do dziejów prostytucji warszawskiej w XIX wieku, z której zrezygnowałam na rzecz Upiora Opery. Po spotkaniu z dr Babilas miałam sporo czasu do kolejnego punktu, więc razem ze znajomymi udałam się na spotkanie autorskie z Lavim Tidharem, autorem wydanej niedawno powieści Osama. Sam autor bardzo mi się spodobał (nie tylko fizycznie;)), natomiast irytował mnie (i nie tylko mnie) Konrad Walewski, który postanowił wszystkim tłumaczyć swoje pytania i odpowiedzi Laviego, zaburzając tym samym szyk spotkania i przeciągając je bezsensownie, ponieważ wszyscy zebrani nie mieli problemów z posługiwaniem się językiem angielskim. Poza tym pytania Walewskiego były tak infantylne, że lekko denerwowały nawet samego autora, który niejednokrotnie wytykał (co prawda z humorem) prowadzącemu jego nieprzygotowanie. Również dzięki temu pisarz zyskał moją sympatię i kiedyś pewnie sięgnę po książki jego autorstwa.

Po spotkaniu z Tidharem miałam jeszcze wolną godzinę, postanowiłam więc sprawdzić, czy będzie się działo coś ciekawego na panelu dyskusyjnym Kobiety w fantastyce, w którym udział brały m.in. Anna Kańtoch, Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska. Niestety rozmowa szybko zeszła na schematy i przerzucanie się feministycznymi i szowinistycznymi żarcikami. Jedyną przydatną rzeczą, jaką się dowiedziałam, było to, że kiedy przychodzi do seksu, mężczyznom nie przeszkadzają nieogolone nogi…

Wyszłam po niecałej pół godzinie i udałam się pod salę LIT 4, gdzie miał się odbyć kolejny panel – Fantasy słowiańska – z udziałem Witka Jabłońskiego, Artura Szrejtera, Michała Studniarka, Sławomira Mrugowskiego i Elą Żukowską. To było bardzo ciekawe spotkanie, trzymające się tematyki i dające wiele interesujących i przydatnych informacji o mitologii słowiańskiej i próbach wtłoczenia jej w polską literaturę fantastyczną. Przy okazji nieźle się oberwało Andrzejowi Sapkowskiemu, chociaż to on jako pierwszy wrzucił elementy słowiańskie do polskiej fantasy. Goście mieli mu za złe przede wszystkim wyśmiewanie ich starań w stworzeniu dobrej fantasy słowiańskiej. Chociaż ja nigdy nie byłam tak bezkompromisowa i zawsze ceniłam słowiańskość w cyklu wiedźmińskim czy nawet w Trylogii husyckiej, to po przeczytaniu powieści Witka Jabłońskiego śmiało mogę powiedzieć, że Sapek się mylił i da się stworzyć dobrą fantasy słowiańską (zainteresowanych, w czym się mylił Andrzej Sapkowski, odsyłam do jego artykułu Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach). Swoją drogą, Słowo i miecz powstało właśnie trochę na złość autorowi Wiedźmina, ale przede wszystkim celem Jabłońskiego było przywrócenie mitologii słowiańskiej właściwego miejsca wśród innych mitologii i udowodnienie, że nie jest ona wcale taka przaśna, dla ludu i kraśna. Mam wiele do nadrobienia, zarówno w twórczości autorów, jak i prac naukowych. Oto, jakie czekają mnie lektury:
  • Artur Szrejter – opowiadania nawiązujące do mitów słowiańskich
  • Michał Studniarek – Herbata z kwiatem paproci
  • Sławomir Mrugowski – Strzygonia (niestety powieść ukazała się nakładem Fabryki Słów, którą od lat bojkotuję, nie kupując książek z tego obmierzłego i pełnego oszustów wydawnictwa… więc może ktoś ma pożyczyć?)
  • Georges Dumézil – m.in. Bogowie Germanów. Szkice o kształtowaniu się religii skandynawskiej, Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje
  • Prace naukowe Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego
  • Prace naukowe Jacka Banaszkiewicza
  • Prace naukowe Juliana Krzyżanowskiego
  • Andrzej Szyjewski – Religia Słowian
  • Bohdan Baranowski – W kręgu upiorów i wilkołaków

Przy tej okazji wspomnę o organizacji konwentu. Wiele już na ten temat napisano, było mnóstwo ataków ze strony uczestników i próby obrony ze strony organizatorów. Ja nie odczułam kilkunastogodzinnej kolejki ani zamieszania spowodowanego odwołaniem czy przekładaniem prelekcji, ale mnie również zraziły pewne sytuacje, głównie ze strony gżdaczy. Rozumiem, że nie byli oni do końca przygotowani i zorientowani, taka impreza to jednak jest pole bitwy, ale odpowiadanie na pytania zbywającym i olewczym „to nie moja sprawa”, „to nie do mnie” i wzruszanie ramion nie powinno mieć miejsca. Wiele było również narzekań na ułożenie programu i rozplanowanie prelegentów w za małych salach – co organizatorzy odpychali argumentem, że program zależał od prowadzących. Tak nie do końca, bo na przykład Ela Żukowska chciała, aby panel Fantasy słowiańska trwał dwie godziny, a nie godzinę, i odbył się w auli albo większej sali, a nie w mikrosalce; jak się okazało, wiele osób nie mogło wziąć udziału w panelu, bo było za mało miejsca. 

Kiedy już wydostałam się z ciasnej salki, udałam się na spotkanie z Powergraphem, na którym wschodzące gwiazdy fantastyki oraz weterani opowiadali o swojej twórczości, a Kasia Sienkiewicz-Kosik o początkach wydawnictwa i najbliższych planach. Dla mnie najważniejszą informacją było wydanie trzeciego tomu Przedksiężycowych – zakończenia trylogii Ani Kańtoch możemy się spodziewać dopiero w grudniu tego roku. Patience is a virtue

Zwieńczeniem konwentu był dla mnie udział w gali rozdania nagród im. Janusza Zajdla, która w tym roku odbyła się w Sali Kongresowej. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do organizacji imprezy w gmachu PKiN, jednak w tym jednym punkcie organizatorzy stanęli na wysokości zadania od początku do końca. Płynnie prowadzona gala sprawiła mi wiele przyjemności, a już całkowicie gęba mi się cieszyła, gdy zwycięski w obu kategoriach Robert M. Wegner zaśpiewał Szła dzieweczka do laseczka. Po gali z grupą znajomych poszłam najpierw na piwo, a potem do Remontu, który był oficjalnym konwentowym klubem. Akredytacja na sobotę – 30 złotych. Zobaczyć wywijających na parkiecie Kubę Małeckiego i Rafała Kosika do muzyki dyskotekowej – bezcenne. Prawdziwa impreza odbywała się jednak niedaleko Remontu, w pubie Student, gdzie rozmowy toczyły się zapewne do późnych godzin nocnych.

W przyszłym roku Polcon odbędzie się w Bielsku-Białej, ale program imprezy musiałby być naprawdę dobry, żebym w ogóle rozważyła podróż w te rejony. Za to z pewnością pojadę do Poznania.

sobota, 24 sierpnia 2013

Nowa wizja słowiańskiego mitu - "Słowo i miecz", Witold Jabłoński, SuperNOWA 2013

Wierzenia słowiańskie są fascynujące, na nasze nieszczęście zachowały się w szczątkowej ilości, a z licznych opracowań legend trudno odsiać oryginalne historie od zmyślonych. Nie mówiąc już o wydarzeniach historycznych z wczesnego średniowiecza, które były preparowane równie ochoczo, jak mitologia. Byli tacy, którzy podjęli się trudnego wyzwania stworzenia opowieści w słowiańskim klimacie. Po lekturze Władcy wilków Juraja Červenáka zaczęłam się obawiać, że rację miał Andrzej Sapkowski, kiedy w jednym z wywiadów powiedział, że stworzenie wiarygodnej fantasy słowiańskiej jest praktycznie niewykonalne. Mylił się jednak twórca cyklu wiedźmińskiego. Witoldowi Jabłońskiemu udało się nie tylko napisać rewelacyjną fantasy słowiańską, lecz także osadzić ją mocno w historycznym kontekście, jakiego nie da Wam żadna lekcja historii w szkole.

Na Słowo i miecz czekałam cztery lata, od czasu spotkania autorskiego podczas warszawskiej Avangardy, kiedy Witold Jabłoński zapowiedział, że pracuje nad fantasy słowiańską, której akcja będzie się rozgrywała w X wieku w Polsce. Byłam wówczas po lekturze znakomitej Fryne Hetery, więc zacierałam ręce z niecierpliwości. Premiera najnowszej powieści pisarza była kilkakrotnie przesuwana, ale kiedy tylko otrzymałam egzemplarz recenzencki, zabrałam się do czytania i… Odłożyłam książkę po kilkudziesięciu stronach, za bardzo mnie denerwowała maniera autora, który swymi jednoznacznymi określeniami narzucał mi odbiór przedstawianych wydarzeń i bohaterów. Musiało minąć kilka miesięcy i niezbyt ciekawych książek, abym wróciła do powieści. Tym razem zignorowałam ten charakterystyczny ton, który zresztą maleje w okolicy sto sześćdziesiątej strony, i pozwoliłam się zabrać w magiczną podróż do zamierzchłej przeszłości.

Jabłoński w doskonałym stylu udowadnia, że można napisać porywającą powieść historyczną z wątkiem fantastycznym. Zabiera czytelnika do krainy dawnych Polan, krainy bogów, władców i odważnych wodzów. Wielbiciele słowiańskich mitów będą zachwyceni, bowiem autor umiejętnie wplata wierzenia i obrzędy w opisywane wydarzenia. Po raz kolejny, w specyficzny dla siebie, lekko bezczelny i może czasami przejaskrawiony sposób, Jabłoński pokazuje podstępną grę kościoła katolickiego, który krok po kroku niszczył nasze wierzenia, jedne z nich wchłaniając i czyniąc swoimi, inne tępiąc wielce nie po chrześcijańsku. Jakkolwiek narracja jest wrogo nastawiona do katolicyzmu, to można wysnuć jasny wniosek, że każda religia służy do panowania nad ludźmi, bez wyjątku; autor umiejętnie pokazuje te mechanizmy po jednej i po drugiej stronie.

Oprócz głównego wątku, czyli walki jednej wiary z drugą, pisarz odzwierciedlił ówczesne obyczaje i polityczne tło, tak dalekie od tego, czego uczą nas w podręcznikach szkolnych. Na historii uczymy się bowiem o królach-symbolach, książka Jabłońskiego pozwala poznać ich wizerunki niewybielone. Może są czasami przesadzone, może czasami idą w zupełnie odwrotnym kierunku niż to, co zwykle o nich wiemy, ale są o wiele prawdziwsze niż to, co wynosimy ze szkół. Lektura powieści z pewnością skłoni niejednego czytelnika do sięgnięcia nie tylko po źródła przedstawione w bibliografii, lecz także po inne książki dotyczące naszych dziejów.

Barwny język opowieści współgra z pełnokrwistymi bohaterami. I chociaż sam autor mówił, że główną postacią jest Miecław, waleczny wódz Mazowszan, który powstał przeciwko polskim królom i chrześcijańskiej wierze, to najważniejszą osobą w całej historii jest Dziewanna. Niewinna dziewczyna, piękna Dziewanna staje się zakonnicą Donatą, przebiegłą i podstępną wichrzycielką, by wreszcie przeistoczyć się w mściwą czarownicę, wcielenie bogini Żywii. Matka Miecława, upodlona przez króla Bolesława, którego woje zamordowali jej rodzinę i ukochanego w imię katolickiej wiary, wychowuje syna na mściciela i samą siebie skazuje na niekończące się poświęcenie. Co więcej, Miecław zdaje sobie sprawę, że jest pionem w rękach potężnej wiedźmy, nie jest szczęśliwy z przeznaczenia, jakie mu wybrała i wolałby proste życie (niczym legendarny Artur z Trylogii arturiańskiej), przyjmuje rolę z godnością i pokorą prawdziwego wojownika. Skomplikowane są relacje tych dwojga, ale też pełne miłości i uwielbienia. Oprócz nich w powieści występuje jeszcze wiele ciekawych postaci – zakochany w Żywii Mścigniew, jego opiekun i mentor kobiety wróż Widun, tajemniczy przypominający elfa Andaj, brat Lucjusz, Bolesław i jego synowie, a także Kazimierz, polski-niepolski władca. Słowo i miecz nie jest jedynie opowieścią o walce, ale też historią poświęcenia, bólu, zdrady, podróżą ku wybawieniu, różnie rozumianym przez bohaterów.


Przede wszystkim jednak Słowo i miecz to świetna, niezwykle spójna wizja mitu słowiańskiego. Przedstawieni tu bogowie to nie rzeźbione figurki, ale prawdziwe bóstwa, które przychodzą na wezwanie, jeśli im to odpowiada, potrafią być okrutne i bawią się swymi wyznawcami, lecz doceniają ich odwagę i pomagają w urzeczywistnieniu planów. Jakże są bliższe od nieobecnego chrześcijańskiego boga. Opisywane obrzędy są tak szczegółowe, że miałam wrażenie, iż w nich sama uczestniczę i łatwo sobie wyobrazić, że tak właśnie żyli ludzie wczesnego średniowiecza na polskich terenach. Proza przeplatana jest wersetami „prasłowiańskich” pieśni, które dodatkowo ubarwiają powieść. Jest to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Gorąco polecam!

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 23 lipca 2013

O bogach

Bogowie są nienasyceni […] Im więcej dla nich czynimy, tym większych żądają ofiar.
Witold Jabłoński, Słowo i miecz, SuperNOWA 2013 r.

czwartek, 13 grudnia 2012

Jabłońskiego cichcem

Wczoraj podobno premierę wydawniczą miała najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego Słowo i miecz (o książce autor wspominał już w 2009 roku). Podobno, ponieważ książka, wydana pod skrzydłami SuperNOWEJ, nie jest jeszcze dostępna w żadnej księgarni, na stronie wydawnictwa również nie ma słowa o premierze. Reklamowanie jej jako "Słowiańskiej Gry o tron" uważam wprawdzie za zbyteczny wysiłek "speców" od marketingu, wszak Jabłoński to klasa sama w sobie, ale cóż... Jak tylko książka pojawi się w księgarniach...
Słowiańska „Gra o tron”!„Słowo i miecz” to powieść dziejąca się w XI wieku, w czasach pierwszych Piastów.Wkraczające na nasze ziemie chrześcijaństwo zmaga się z wciąż jeszcze niepokonanym żywiołem pogańskim. Skrzywdzona przez Bolesława Chrobrego dziedziczka książąt mazowieckich rodzi bękarta Miecława i wychowuje go na mściciela. Za sprawą rodzimych bogów i demonów nadchodzą Czasy Zamętu: trzej synowie Chrobrego giną w niezwykłych okolicznościach, buntują się możni, a lud pali kościoły i morduje znienawidzonych misjonarzy.

piątek, 4 września 2009

Polconowe opowieści cz. II (piątek)

Piątek zaczęliśmy oddzielnie - Filip poszedł na LARP-a Warhammer Dwie Baszty, ja na prelekcję Wyjątki z historii anatomopatologii, którą prowadzili Marcin Zaród i Joanna Filipczak. Dostaliśmy historię medycyny sądowej w pigułce, bardzo ciekawą zresztą. Czy wiedzieliście, że już w 1248 roku istniał opis postępowania na miejscu morderstwa? Zapis pochodzi z Szanghaju i m.in. mówi o tym, że na miejscu przestępstwa trzeba zwracać uwagę na najmniejszy nawet szczegół. W roku 1507 powstał tzw. Kodeks Bamberski Spraw Gardłowych, który nakazywał śledczym konsultację z lekarzem w wypadku nagłej śmierci kobiet i dzieci. Jesienią 1889 roku, podczas śledztwa w sprawie zniknięcia francuskiego komornika, przeprowadzono pierwszą profesjonalną sekcję zwłok. Jak zapewne wiecie, najczęściej do tajnych mordów wykorzystywano arszenik. Proceder ten trwał do końca XIX wieku, czyli całkiem długo, do momentu, aż dowiedziano się, jak z powodzeniem wykrywać truciznę w organizmie. Prowadzący opierali się na książce Stulecie detektywów, ja znalazłam świetny portal kryminalistyczny dla zainteresowanych.
Joasia opowiada o wydarzeniach z Londynu z 1915 roku, o psychopacie topiącym swoje małżonki w wannie...
Po prelekcji poszłam do sali 362 na konkurs filmowy, żeby zabić czas. Było bardzo zabawnie, kibicowałam drużynie Kamyczków, w której skład wchodziła m.in. Ewa Białołęcka. Organizatorzy konkursu przyłożyli się - konkurencje podzielone były na kadrowe (Z jakiego filmu jest ten kadr?), kalambury, prezentacje fragmentów filmowych (Co to za film?; Kim jest ten aktor? Co jest nie tak? itp.). Niestety nie wiem kto wygrał, bo musiałam pędzić po bratanka i na czwarte piętro na warsztaty Jak jeszcze lepiej opowiadać, prowadzone przez Staszka Krawczyka. Przyznam szczerze, że wynudziłam się trochę, chociaż zajęcia prowadzone były interesująco - RPG nie jest jednak moją tematyką i jakoś nie mogę się przekonać do tego specyficznego sposobu narracji. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie jeden z członków naszej grupy, który negował wszystko, co mówili inni i nie chciał współpracować, a chyba nie o to w tym chodzi? Dobrze, że nie braliśmy wszystkiego poważnie i na zadanie "stwórz opis krajobrazu baśniowego" sfabrykowaliśmy postapokaliptyczną wizję świata w rdzawych barwach, na której pasły się różowe jednorożce z dwoma rogami...

Przed 15.00 znowu się rozdzieliliśmy - Filip poszedł do swoich nowych znajomych z LARP-a, ja na spotkanie z SuperNOWĄ. Nie pojawił się niestety redaktor naczelny,  Mirek Kowalski, zamiast niego była obecna pani Marzena Kłos i autorzy: Witek Jabłoński, Marek Baraniecki, Paweł Kempczyński, w ostatniej chwili dołączył Marcin Przybyłek. Co ciekawego będzie się działo w najbliższym czasie w wydawnictwie? Niewiele. Na przełomie września i października (chociaż podejrzewam, że jednak w październiku) pojawi się oczekiwana Żmija Andrzeja Sapkowskiego. W późniejszym czasie (czytaj: najpewniej na początku przyszłego roku) nakładem wydawnictwa ukaże się antologia o kotach, do której jeszcze "piszą się" opowiadania; w przyszłym roku ma wyjść również powieść Jabłońskiego, na razie zatytułowana Słowo i miecz. Marcin Przybyłek mówił o swojej najnowszej książce, Gamedec: Zabaweczki. Sztorm, która ma mieć premierę jeszcze we wrześniu. Lekki niesmak wywołała odpowiedź na pytanie, czemu nie ma Sapkowskiego - "pod koniec sierpnia zawsze bierze urlop" (akurat, no ale przecież nie można powiedzieć, że czytelników pisarz ma gdzieś, a już na pewno nie może tego powiedzieć jego wydawnictwo), ale ten autor już coraz mniej mnie obchodzi... Niewiele mogę powiedzieć o Marku Baranieckim, który praktycznie się nie odzywał, o Witku opowiadać nie będę (uroczy gaduła, jak zwykle), Paweł Kempczyński wydał mi się... dziwny przez lekkie zmanierowanie w sposobie mówienia, pozytywne wrażenie wywarł na mnie natomiast Marcin Przybyłek, w dowcipny sposób opowiadający o tym, jak pisze (do jego osoby wrócę jeszcze nieraz). Ogólnie, przyjemnie było posłuchać, jak koledzy po fachu nawzajem prawią sobie humorystyczne złośliwości, nie szczędząc ich również wydawnictwu, widać było jednak sympatię i szacunek.
Od lewej: Marzena Kłos, Marek Baraniecki, Witold Jabłoński, Paweł Kempczyński
Zamiast na Psychologię głębi Marcina Przybyłka (o, jakże teraz żałuję!), poszliśmy na obiad, a później odwiedziliśmy Targi, gdzie nabyłam Piołun i miód Ewy Białołęckiej. Od Runy dowiedziałam się także, że książka Maćka Guzka Czyste dobro, o której pisałam już w styczniu, powinna trafić do księgarń pod koniec 2009 r. W parku odbywał się konkurs rysowania na asfalcie na rzecz biednych dzieci (malowidła nie zdobiły uliczki zbyt długo, w sobotę rano zmył je deszcz):
Humorystyczna wersja naukowo-fantastyczna; autor nieznany
Całkiem poważna wersja fantasy rysowana przez Krewcię
Zdążyłam jeszcze na ostatnie minuty spotkania autorskiego z Ewą Białołęcką, zdobyłam jej autograf i dowiedziałam się, że kolejna część cyklu, Czas złych baśni, ukaże się na początku przyszłego roku.

O 18.00, już w komplecie, zajęliśmy pierwsze miejsca w auli 358 na prelekcji Witka Jabłońskiego i Eli Żukowskiej Co nam zostało z dawnych bogów. W sumie, było to powtórzenie spotkania avangardowego, ale kilka nowych informacji też wyłowiłam. Np. to, że termin "pogaństwo" ukuł kościół chrześcijański, aby zdeprecjonować dawne religie. Działało to na zasadzie "niewidzenia belki we własnym oku" - np. chrześcijanie zarzucali poganom "bałwochwalstwo", czyli czczenie wizerunków bożków, a sami modlili się przecież do obrazów i figurek Jezusa czy Matki Boskiej. Wiedzieliście, że 25 grudnia, katolickie Boże Narodzenie, dla Słowian był dniem narodzin boga Mitry? A propos tzw. grzechów ciężkich - to dopiero chrześcijaństwo zaczęło cenić dziewictwo u kobiet - dla Słowian dziewictwo było oznaką, że z dziewczyną jest coś nie w porządku; najlepiej jeśli już miała dziecko, oznaczało to bowiem, że jest płodna.
Cały Witek - jak zacznie mówić, skończyć nie może;-)
Przed 19.00 znowu nastąpił rozdział w naszej grupie - Filip poszedł na Graj twardo, spotkanie z Johnem Wickiem, a ja i Lili zostałyśmy na spotkaniu autorskim z Marcinem Przybyłkiem. Jeśli jeszcze się nie domyśliliście, kto na Polconie zajął moje serce, to teraz ogłaszam to oficjalnie - Przybyłek właśnie!;-) Spotkanie bardzo fachowo i interesująco prowadziła Klaudia Heintze, która zadawała niesztampowe pytania - np. dlaczego w opisie niemal każdej bohaterki wspomniany jest jej brzuch, albo co świadczy o czyimś szaleństwie.
Klaudia zastanawia się, jakim pytaniem "zastrzelić" Marcina, Marcin zastanawia się, dlaczego na ekranie nie wyświetla się pulpit z jego laptopa...
Mogliśmy zobaczyć ostatni przedpremierowy zwiastun (rewelacyjny, profesjonalny, no cudo!) promujący cykl o Gamedecu, który pod koniec września będzie też dostępny w internecie, m.in. na stronie Gamedec Zone. Obejrzeliśmy też prezentację, w jaki sposób, krok po kroku, robiony był spot reklamowy. Nie czytałam dotąd niczego autorstwa Marcina, ale zamierzam nadrobić zaległości i to pewnie szybciej, niż myślę (nie wytrzymam do przyszłego roku). Opowiadał tak ciekawie o tym, jak tworzył postać, świat i poszczególne jego elementy, że muszę się przekonać, jak to wygląda w praktyce.

I tak zakończył się dzień drugi Polconu.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Ateńska gejsza - "Fryne Hetera", Witold Jabłoński, SuperNOWA 2008

Jestem już po lekturze Fryne Hetery i... moja fascynacja Jabłońskim się umocniła:-) Ale po kolei.

Najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego opisuje dzieje najsłynniejszej ateńskiej hetery. Żyjąca w IV w p.n.e. Fryne zdobyła popularność wśród Ateńczyków ze względu na swoją niebywałą urodę, była kochanką i muzą rzeźbiarza Praksytelesa, który uwiecznił ją m.in. jako Afrodytę z Knidos (podobno).

W moim odczuciu postać Fryne była pretekstem dla Jabłońskiego do ukazania prawdziwej, pogańskiej (w rozumieniu chrześcijan), pozbawionej wstydu i pojęcia grzechu mentalności starożytnych Greków. O ile sama bohaterka nie wzbudziła we mnie pozytywnych emocji, to opis Aten, ale także Macedonii, sprzed wieków i ówczesnej kultury, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Niezwykle barwny i plastyczny styl pisarza i umiejętność podzielenia się ogromną wiedzą (o czym świadczy całkiem pokaźna bibliografia z tyłu książki) sprawiły, że książkę czytało się z prawdziwą przyjemnością. Przez słowa czuć klimat Aten, jego cały urok i piękno. Powieść odbrązowiła także samą historię, nie pomijając ważnych dla starożytnych spraw, takich jak religia, przyjemności, polityka. Nie jest to z pewnością historia, jaką większość ludzi zna z podręczników i niejednego może zaszokować (zwłaszcza zagorzałych katolików), ale trzeba sobie uzmysłowić wreszcie, że taka była prawda.

Układ książki przypomina nieco schemat powieści Anne Rice - mamy starożytną, nieśmiertelną kurtyzanę, która do tajemniczego kabaretu zaprasza poetę, aby opowiedzieć mu o swych losach. Jabłoński włożył wiele wysiłku w oddanie psychologii Fryne, która mimo tego nie zdobyła mojej sympatii i taka wizja kobiety jest zupełnie dla mnie nie do przyjęcia, wiem jednak, że inaczej wyglądało życie kobiet kilkaset wieków temu. Sama Fryne to kobieta piękna, przez co jest także niezwykle próżna i pusta, całkiem inteligentna, chociaż nie we współczesnym rozumieniu. Mimo wszystko brakowało mi w niej realizmu, odnosiłam wrażenie, że jest pozbawiona charakteru, wyrazu i że gdyby nie jej uroda, nie miałaby nic do zaoferowania. Fryne jest kobietą bez samoświadomości, nauczona jednej roli i tylko w niej się spełniająca. Jaki z tego morał? Cieszmy się, drogie panie, z tego co osiągnęłyśmy i możemy walczyć o więcej!

Chociaż we Fryne Heterze pojawiają się wątki magiczne, to powieść przede wszystkim historyczna, a wszelka siła wyższa jest częścią świata przedstawionego. Szczegóły historyczne, mimo że oddane z perspektywy niezbyt interesującej się polityką kobiety, zostały przedstawione z niezwykłą dbałością. Mamy tutaj całą plejadę historycznych postaci, filozofów, królów i królowych - gdy czytałam o Aleksandrze Wielkim i jego matce Olimpias, nie mogłam pozbyć się wizerunku filmowego Colina Farrella i Angeliny Jolie, którzy teraz jeszcze bardziej pasują mi do wybranych ról. Autor w barwny sposób i z nostalgią ukazuje także koniec pewnej epoki, do którego dzięki niemu znacznie przyczyniła się Fryne, powodowana swoją próżnością, której tak u niej nie lubię.

Dużo seksu! I to w każdej postaci. Sceny erotyczne, w większości homoseksualne (to jest określenie współczesnych, starożytni Grecy nie znali tego pojęcia) opisane w sposób znany z najlepszych harlequinów, z mnóstwem eufemizmów, często mnie jednak bawiły, momentami nawet irytowały (nie, żebym chciała czytać to wszystko wprost, ale w pewnym momencie zaczynało to być nużące po prostu).

Dla ciekawskich interesujący artykuł Miłość w czasach Aleksandra.

I jeszcze mała śmiesznostka na zakończenie:-) W trakcie spotkania autorskiego na Avangardzie Witek opowiadał, że nie miał żadnych problemów z przestawieniem pisania z męskiego na kobiece, i że z łatwością przychodziło mu np. przechodzenie od "mówiłam" do "mówił"... Trochę chyba ściemniał, bo ja wypatrzyłam następujący fragmencik:
Miałam zachęcać swym dziecięcym, czystym i wysokim głosikiem do nabywania kaparów. Traktowałam to jako zabawę, chociaż widziałem przy tym, że moje zabiegi odnoszą pożądany skutek i wielu kupujących ulega owej urokliwej perswazji.
Nikt nie jest idealny;-) A ja już odkładam na cykl o Witelonie i z niecierpliwością czekam na kolejną powieść, którą Witek kończy pisać...