Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lipca 2017

Limit szans wyczerpany - "Noc Kupały", Katarzyna Berenika Miszczuk, W.A.B. 2017 r.

Jak to się dzieje, że cykle Katarzyny Bereniki Miszczuk bawią mnie jedynie przy pierwszym tomie? Mam wrażenie, że autorka wkłada najwięcej wysiłku i serca właśnie w pierwsze książki, po czym w trakcie pisania kolejnej jej impet, kreatywność spadają. Operowanie schematami, tym samym poziomem humoru w mniejszych ilościach staje się dla mnie zdecydowanie mniej atrakcyjne podczas lektury drugich tomów. Tak było z trylogią Wiktoria Biankowska, gdzie ledwo doczytałam drugi tom i nie miałam ochoty czytać ostatniego. Podobnie jest w przypadku cyklu Kwiat paproci. Noc Kupały jest moim pożegnaniem się z twórczością Katarzyny Bereniki Miszczuk. Nie mam już nadziei, że styl czy pomysłowość autorki wejdą na wyższy poziom literatury rozrywkowej.

O ile w pierwszym tomie sceny komiczne były naturalne i naprawdę zabawne, o tyle tutaj wiele z nich jest wymuszonych, niepotrzebnych i nielogicznych (jak scena dobijania się Mieszka do drzwi, mógł zwyczajnie krzyknąć). Dotyczy to również wielu innych fragmentów, które wydają się zupełnie niepotrzebne lub też wręcz nielogiczne. Jak nauka walki sztyletami, którą Mieszko wymusza na Gosi, czy motyw Gosia kontra wyznawcy Mokosz, który jest wyłącznie wypełniaczem, nie służy niczemu. Autorka bawi się historią, szkoda, że nie poświęca jej więcej uwagi. A wizja słowiańskiej, niechrześcijańskiej współczesnej Polski bardzo mi się podoba, Miszczuk mogłaby spokojnie eksplorować ten motyw i uczynić z niego tło dla powieści. Niestety czerpie z legend i mitów, nie dając wiele od siebie.

Niewiele da się także powiedzieć o bohaterach. Postacie nie rozwijają się, nie przyciągają swoimi historiami (dotyczy to również Jarogniewy, o której czytelnicy dowiadują się nieco więcej). Gosia jest całkowicie zdana na innych, nie potrafi sama się wyratować z opresji, a najbardziej żałosne jest to, że często nawet nie próbuje. Podoba mi się w niej, że jest niezdarna, nie zawsze wie, co powiedzieć i jak się zachować, ale stara się być w zgodzie ze sobą. Natomiast nie można powiedzieć o niej, że jest naiwna, w większości sytuacji wykazuje się już głupotą. Poza tym chore jest jej uczucie do Mieszka, zupełnie się w niego zapatrzyła, a przecież nie jest nastolatką. Byłoby o wiele zabawniej i realistycznie gdyby Gosia zachowywała się bardziej dojrzale, jak pewna siebie, niezależna kobieta, a nie podlotek. Mimo jej dwudziestu kilku lat, to wciąż jest dziewczynka, nie kobieta. Miszczuk ma szansę rysować swoim czytelniczkom dobry i godny naśladowania wzór kobiecy, niestety nie podejmuje się tego.

Naprawdę sądziłam, że Kwiat paproci będzie dobrym czytadłem, zabawnym i wciągającym, akurat na spokojne popołudnia lub wieczory przy winie. Powieść miała potencjał na ciekawą historię, która mogła być również edukująca. Niestety, drugi tom rozczarowuje i zniechęca skutecznie do lektury kolejnych części.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 4 lipca 2017

Ciągle zmienna, zawsze doskonała (autorka cyklu, nie przedmiot tytułowy) - "Zgubna trucizna", Katarzyna Kwiatkowska, Znak 2017 r.

Kolejna książka z cyklu Jan Morawski trafiła do mnie z końcem marca tego roku. Z różnych względów życiowych potrzebowałam jednak aż tyle czasu, żeby ją zrecenzować, z którego to powodu bardzo mi przykro wobec autorki, wydawnictwa i samej siebie. Powieść czytałam dwukrotnie, bo pierwszym razem tak się zatopiłam w historię i Poznań początków XX wieku, że nie odnotowałam wszystkiego, co chciałam o tej książce napisać. A Zgubna trucizna zasługuje na więcej niż kilka zdań.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to objętość powieści. Książka jest cudownie grubaśna, co mnie wyjątkowo ucieszyło, bo z reguły nie przepadam za takimi. Miłą też odmianą jest, że akcja dzieje się w mieście i to w najgorętszym towarzysko okresie - karnawale. Tym razem akcja powieści już się rozpoczęła, zanim rozpoczęła się sama powieść. Bardzo cenię w autorce te nowości, eksperymenty, dzięki temu każda książka jest inna. Co więcej, te eksperymenty za każdym razem są świetnie opracowane i doskonale współgrają z formą konwencji, jaką wybrała Katarzyna Kwiatkowska. Dodatkowo na bardzo wysokim poziomie utrzymane są styl, fabuła, tło historyczne. Także normą (i to dobrą) jest, że oprócz wątku głównego mamy kilka pobocznych, jak szukanie przez rząd niemiecki powodów do dokręcenie śruby “zaborowej” Polakom przez śledzenie i pogrążanie duchowieństwa, czy wątek miłosny z udziałem samego Jana, czy też perypetie rodzinne Mateusza. Styl powieści jest bez zarzutu, lekki, obrazowy, konkretny w scenach opisujących metody fałszerstwa czy innych sztuk, mniej kryminalnych. Dialogi i opisy dopełnione są poczuciem humoru, subtelnym, eleganckim, inteligentnym. Metafory są również wyszukane, zgodne wręcz z klimatem epoki.

Jak zawsze wątek kryminalny toczy się powoli, co jakiś czas dochodzą nowe fakty, które pozwalałam Janowi składać w całość. Sama już się nad nimi nie zastanawiałam, cieszyłam się z samej lektury i możliwości obserwacji. Oczywiście wokół Jana pojawiają się także kolorowe postaci, a ponieważ akcja toczy się w mieście, to jest ich o wiele więcej niż w poprzednich książkach. Szczególną sympatię budzi doktor Franciszek Chłapowski, postać zresztą historyczna, i jego żona Maria. Antypatię natomiast szybko czuje się do Anastazji Nowackiej, manipulantki i intrygantki kryjącej się pod maską niewinnego blondwłosego aniołka. Intrygującą bohaterką jest również Izabela Boratyńska, która szybko staje się partnerką Jana w prowadzeniu śledztwa. Przy okazji wydaje mi się, że Kwiatkowska zaczęła skupiać się na teraźniejszym życiu Jana, niż na jego przeszłości. Morawski znalazł się w podwójnie niebezpiecznej sytuacji, z jednej strony mierzy się z niemiecką policją, ponieważ jest podejrzany o morderstwo. Z drugiej strony na celownik wzięły go niemal wszystkie mamy z towarzystwa, które upatrywały w nim idealną partię dla swych córeczek. Autorka nie pozostawia wątpliwości co do tego, że druga strona ataku jest znacznie bardziej niebezpieczna. Również o wiele więcej dowiadujemy się o przeszłości Mateusza, która dosłownie wprasza się z impetem do hotelowego pokoju.

Autorka raczy niuansami ówczesnej socjety. Zabawne i przerażające są opisy targowania się o małżeństwa, posag. Związek nie jest tu niczym romantycznym, wszystkim chodzi wyłącznie o pieniądze. Kwiatkowska nie kryguje się, dialogi rodziców z przyzwoitkami są tu bardzo bezpośrednie i zdecydowanie stanowią największą część rozrywkową i przeciwwagę dla toczących się wydarzeń. Dowiadujemy się również, jak wykonywało się fałszerstwa banknotów, czy w jaki sposób funkcjonowała komunikacja dorożkarska. Mamy więc unikalny wgląd w życie niemal wszystkich warstw społecznych Poznania w czasie zaborów. Kwiatkowska, jak w każdej z książek, ukazuje również bogate tło historyczne, którego jest zdecydowanie więcej niż w poprzednich książkach. Zadziwia kreatywność Polaków w walce o zachowanie swojej narodowej odrębności, solidarność w działaniu (spółdzielnie pożyczkowe) i pomaganiu. Przy okazji napawa smutną refleksją wobec obecnych czasów. Wielu wydarzeń z historii tego czasu nie pamiętam z lekcji historii (bo i o wielu się nie mówiło), dodatkową frajdę sprawiało mi więc buszowanie w innych źródłach. Ale spokojnie, i bez tego można śledzić akcję powieści z równym zafascynowaniem.

Lekturę Zgubnej trucizny zakończyłam z refleksją, że nie ma złych Niemców (wstaw inną narodowość) i dobrych Niemców, są źli ludzie i dobrzy ludzie, to my decydujemy, jak się zachowamy w każdej sytuacji, i czy będziemy w tych decyzjach zwracali uwagę na dobro innych i czy będziemy podchodzić do innych z szacunkiem. Ten wniosek jest ważny tym bardziej teraz i po raz kolejny udowadnia, że historia się powtarza, a my niczego się z niej nie uczymy...

Za udostępnienie książki do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Znak.

niedziela, 28 maja 2017

Miała być trylogia... I dobrze, że nie jest - "Topory i sejmitary", Radosław Lewandowski, Akurat 2017 r.

Topory i sejmitary to trzeci tom cyklu o wikingach Radosława Lewandowskiego. Moim zdaniem jest to najlepsza z części, jak do tej pory. Najbardziej spójna, w ogóle się nie dłuży, mimo że akcja nie jest tak dynamiczna, jak w poprzednich tomach.

Właściwie to niewiele nowego mogę napisać o tym tomie. Ponieważ nie opisuję treści książek, recenzja będzie chyba najkrótszą. Siłą powieści Lewandowskiego jest mocne ich osadzenie w historii. Pamiętam, że kiedy zabierałam się do czytania pierwszego tomu, sądząc, że będzie to fantasy z luźnym wątkiem historycznym, byłam przez chwilę rozczarowana, kiedy zorientowałam się, że jednak nie jest to powieść fantasy. Z czasem jednak zmieniłam zdanie i uważam, że fantasy byłoby zdecydowanie złym kierunkiem. Ponadto bardzo doceniłam (chociaż początkowo to również mnie denerwowało, psuło bowiem moje wyobrażenie o skandynawskich wojownikach), że Lewandowski przedstawia wikingów jako zwykłych ludzi, nie złoci ich, jak wielu autorów, wzorujących się bardziej na bohaterach sag, niż na źródłach naukowych.

Kolejna mocna strona to bohaterowie. Ciekawi, różni; nawet jeśli pojawiają się tylko na chwilę, zapadają w pamięć, wyróżniają się. Jak wspominałam już przy okazji drugiej części, Oddi Asgotsson jest jedną z najlepiej skonstruowanych postaci, autor świetnie poprowadził jego przemianę z tchórzliwego, zaszczutego dzieciaka w doświadczonego, mądrego wodza, prawdziwego przywódcę. Jego charyzma może nie poraża, ale cicho zdobywa sobie każdego, z kim się zetknie i budzi szacunek.

Topory i sejmitary wchodzą na tereny słowiańskie. I znowu Lewandowski świetnie zestawił różne kultury - wikingów, Indian, Rusów, Wenedów. Malowniczo i ciekawie opisane jest osadnicze życie w Smoleńsku, Kijowie. Bardzo podoba mi się też sposób, w jaki bohaterowie rozmawiają o życiu, tłumaczą sobie różne kwestie z pomocą sag i mitów. Tak bardzo odmienne jest to podejście od współczesnego, czasami żałuję, że nie żyję w tamtych czasach, wtedy wszystko było prostsze (przynajmniej z dzisiejszej perspektywy). Przy czym nie ma się wrażenia dygresyjności, co czasami można spotkać w powieściach - autor próbuje podać informacje o historii, pochodzeniu świata, niby wtrąca to do rozmowy bohaterów, a w lekturze odczuwane jest to jako zbędna wstawka, dygresja, jest sztuczna. W powieści Lewandowskiego te fragmenty są jednymi z ciekawszych.

I miało tutaj być podsumowanie trylogii… Jednak podsumowania nie będzie, ponieważ słowo trylogia w odniesieniu do tych powieści nie jest już właściwe, o czym z pewnością już wiecie. Podczas spotkania z Radosławem Lewandowskim na pikniku wikingów w Jomsborgu (tym warszawskim) dowiedziałam się, że trwają prace nad czwartą częścią, której akcja będzie się działa… na Sycylii. Jak dobrze pójdzie książka ukaże się pod koniec tego roku. Autor ma też pomysł na część piątą (w której chciałby posłać wikingów do Afryki - tak, oni też tam byli!), ale powstanie książki uzależnione jest od nas, czytelników. Kupujmy więc, czytajmy, bo jest na co czekać!

Dziękuję wydawnictwu Akurat za udostępnienie książki do recenzji.


czwartek, 8 grudnia 2016

Bądźmy bardziej Indianami - Radosław Lewandowski, "Wikingowie. Najeźdźcy z Północy", Akurat 2016 r.

Drugi tom cyklu Wikingowie dzieje się w całości w półmitycznej Winlandii, czyli Ameryki Północnej. Tym razem za główne tło społeczne służy kultura indian. Nie tylko to się zmieniło. Książka dostała piękną, wypieszczoną okładkę (nie tylko zewnętrzną) autorstwa Tomka Marońskiego.

Radosław Lewandowski skupia się tutaj na losach Oddiego Asgotsona, który trafia do indiańskiej wioski, co w dużej mierze zmienia jego światopogląd. Nie dowiemy się z tej części, co się wydarzyło u innych bohaterów, jednak zapowiedź trzeciej części na tylnej okładce powieści daje pewność, że Lewandowski do nich wróci. Podoba mi się ten zabieg zderzania kultury wikińskiej z innymi - w debiucie było to chrześcijaństwo i nieco islamu, drugi tom to wikingowie “kontra” Indianie. W ten sposób z pewnością lepiej przyswaja się wiedzę o obyczajach każdej z tych społeczności, nie mówiąc już o tym, że w wyobraźni można stworzyć ciekawy kolaż największych ich mądrości. Wiele miejsca autor poświęca tym kontrastom i, prawdę mówiąc, kultura wikińska wcale nie wydaje mi się już taką kuszącą.

To porównywanie światopoglądów i szczegółowo opisane życie plemion Windlandii, podobnie jak w pierwszym tomie, jest najmocniejszą stroną powieści. Ponadto dbałość Lewandowskiego w doborze cytatów z Eddy poetyckiej do każdego z rozdziałów jest imponująca. Poza tym styl nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest to mieszanka poetyki ze skandynawskich sag ze współczesnym językiem. Jednak jest to na pewno sygnatura autora i chociaż nie należy do moich ulubionych, nie da się go “smakować”, dość szybko się do niego przyzwyczajam i skupiam się całkowicie na opowiadanej historii. Podoba mi się też dłuższe posłowie od autora, w którym wyjaśnia, co jest fikcją, co wziął z historii, pozwala to osadzić powieść w kontekście historycznym, paradoksalnie dając jej większą wiarygodność.
  
Podobnie jak w poprzednim tomie, tak i tutaj jest kilkoro ciekawych postaci. Oprócz Oddiego najwięcej głosu autor oddaje Shaa-naan, młodej, pięknej (no jakże by inaczej), niezależnej i mądrej Indiance, która, zupełnie jak Pocahontas, tłumaczy przybyszowi z dalekich ziem prawdy jej świata. Poza nią uwagę przykuwa jeszcze jeden z wodzów, Snae-Kol, który okazuje się być bliższy Oddiemu, niż ten by przypuszczał. Sam Oddi bardzo się zmienił podczas swojej wyprawy. Ujęło mnie to, że nie zapomniał o swojej rodzinie, matce i siostrze, które postanowił uratować lub pomścić. Niby jest to oczywista oczywistość dla każdego pisarza, aby bohater nie tracił głębi emocjonalnej, jednak nie każdy potrafi to odpowiednio wplatać w rozwijającą się fabułę. Lewandowski ma wszystko dokładnie przemyślane, zwroty akcji, zaskoczenia i te bardziej wzruszające, emocjonalne momenty mają swoje miejsce, idealnie się ze sobą przeplatają, każdy w odpowiednim tempie. Czego mi brakuje to niedopowiedzeń w postaciach, ich złożoności. Czytelnik wie dokładnie, co i jak myśli każdy z bohaterów, nie ma tu miejsca na tajemnice czy wyzwania dla czytającego.

Oprócz opowiadanej historii powieść ma wyraźny ton refleksyjny, chwilami wręcz naiwnie moralizatorski. Próbuje mianowicie uświadomić, jak bardzo staliśmy się niewolnikami pieniądza i materialnych dóbr. I że zrobiliśmy się nimi wieki temu, co nie daje niestety wielkiej nadziei na zmianę. Może jednak taka nadzieja istnieje, może takie książki, jak Wikingowie Lewandowskiego, wzbudzą refleksję i zwiększą świadomość czytelników, oprócz niekwestionowanej rozrywki. Ja tymczasem przechowuję w pamięci mądrości plemienia Beothuków i czekam na trzeci tom.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat.

czwartek, 24 listopada 2016

Tajemnica lady Audley, Mary Elizabeth Brandon, tłumaczenie: Mira Czarnecka, Zysk i S-ka 2016 r.

Mimo pewnych elementów, które mi przeszkadzały, Tajemnica lady Audley to ciekawa powieść kryminalno-psychologiczno-obyczajowa. Złożona, dojrzała literacko, intrygująca i tajemnicza. Chociaż miejscami może okazać się nudna dla współczesnego odbiorcy, to z pewnością warta jest polecenia wszystkim, którzy lubią powieści retro, powieści historyczne, kryminały.

czwartek, 20 października 2016

Duma i uprzedzenie, Jane Austen, tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Świat Książki 2014 r.

Stało się. Zakochałam się w Jane Austen. Lubiłam i ceniłam filmy na podstawie jej powieści, ale w tym roku pokochałam twórczość pisarską. Zaczęłam od najbardziej uwielbianej książki - Dumy i uprzedzenia. W trakcie lektury nie mogłam się oprzeć przypominaniu sobie fragmentów z różnych wersji filmowych.

czwartek, 1 września 2016

Rasowy procedural psychologiczny - "Łaska", Anna Kańtoch, Czarne 2016 r.

Najnowsza powieść Anny Kańtoch to rasowy kryminał, chociaż z bardzo silnym tłem społecznym. Przy tym to historia bardzo mroczna, nie spodziewajcie się tutaj happy endu. Po lekturze Łaski potrzebowałam kilku dni oddechu, ponieważ fabuła, bohaterowie mocno weszli do mojej głowy, wywołując sporo przemyśleń (nieprzyjemnych) na temat człowieczeństwa. Ponownie, udany eksperyment i spora ewolucja na plus w twórczości Kańtoch. O wiele bardziej poważna niż w opowiadaniach, bezkompromisowa, dramatyczna, rzeczywista. I to wszystko w klimacie lat 50. I 80. XX wieku w Polsce.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Nie chcę skończyć na Księżycu - "Luna. Nów", Ian McDonald, tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz, MAG 2016 r.

Do najnowszej powieści Iana McDonalda przyciągnął mnie przede wszystkim tytuł i miejsce akcji - księżyc. Srebrny glob zawsze mnie fascynował i jako dziecko niejednokrotnie zastanawiałam się, jakby wyglądało życie na księżycu. McDonald to dziecko we mnie sprowadził brutalnie na ziemię, ale i dał wiele do myślenia mnie dorosłej. Bardziej jednak niż wizja księżycowego świata ujął mnie styl autora - bardzo bogaty, szczegółowy, bez metafor i górnolotnych zwrotów, konkretny, czasami wręcz dosadny. Ta mocna współczesność języka sprawiła, że książkę czytałam z prawdziwą przyjemnością. Oprócz świetnego stylu powieść jest także niezwykle ciekawą wizją życia na księżycu, w którą autor wrzuca czytelnika od pierwszych stron. Luna. Nów to wciągające połączenie sagi rodzinnej, thrillera, powieści mafijnej oraz obyczajowej.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Nie zabijaj dziecka w sobie - "Tajemniczy ogród", Frances Hodgson Burnett; tłumaczenie: Saskia Milaneau de Longchamp, Vesper 2012 r.

Tajemniczy ogród znam od dziecka, jednak tylko w wersji filmowej. Chociaż to jeden z moich ulubionych filmów, to myśl o przeczytaniu książki zawsze odkładałam. Do niedawna. Już od pierwszych stron wiedziałam, że powieść stanie się jedną z najważniejszych w moim życiu, a każda kolejna strona utwierdzała mnie w tej pewności. Tajemniczy ogród to cudowna, prawdziwa opowieść o dorastaniu, dojrzewaniu do życia w zgodzie ze sobą, także o tym, że piękna, trwała przyjaźń i miłość mogą się zrodzić między różnymi charakterami, dzięki czemu uzupełniają się wzajemnie.

czwartek, 28 lipca 2016

Warszafka w krzywym zwierciadle - "Nocne zwierzęta", Patrycja Pustkowiak, W.A.B. 2013 r.

Nocne zwierzęta jest debiutem powieściowym Patrycji Pustkowiak, nominowanym do nagrody Nike. Mocna, kontrowersyjna, przekraczająca granice - takie i podobne określenia krążą w recenzjach. Mnie jednak ta książka nie urzekła, chociaż początkowo dobrze się bawiłam, odpowiadał mi bardzo ironiczny styl autorki, jej bezpardonowe komentarze do naszej współczesności. Co zatem sprawiło, że ostatecznie odłożyłam książkę z niesmakiem?

czwartek, 14 lipca 2016

Najgorszy z gatunków: człowiek - "Nakręcana dziewczyna", Paolo Bacigalupi, tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz, MAG 2013 r.

Do Nakręcanej dziewczyny podchodziłam kilka razy. Wytrzymywałam zaledwie kilka stron tego bogatego w szczegóły i nieznanych mi pojęć świata. Po tych nieudanych próbach myślałam, że kolejnej nie będzie. Jednak w tym roku postanowiłam dać tej książce jeszcze jedną szansę. Tym razem odsunęłam na bok swoje oczekiwania i przekonania i zanurzyłam się w świat Bacigalupiego. Było to ciekawe i często zaskakujące przeżycie.

czwartek, 9 czerwca 2016

Tańczący z trupami - "Dexathesis", Łukasz Śmigiel, Grasshopper 2009 r.

Decathexis to kolejna książka w moim zbiorze drugich, trzecich i dalszych szans, co jest chyba jedynie dowodem tego, jak bardzo pozbyłam się oczekiwań wobec literatury. Przestałam się nastawiać na cokolwiek (chociaż nie zawsze jest to łatwe), pozostała we mnie ciekawość. Dlatego tym razem przeczytałam powieść Łukasza Śmigla do samego końca i to ze sporą przyjemnością.

czwartek, 26 maja 2016

Czarna groza w deszczu - "Święty Wrocław", Łukasz Orbitowski, Wydawnictwo Literackie 2009 r.

Kiedyś czytałam Horror show Orbitowskiego, niewiele już z tej książki pamiętam, poza wrażeniem rozczarowania i znudzenia. Chyba dlatego tak długo nie mogłam się przekonać do przeczytania jakiejś kolejnej jego powieści. Święty Wrocław czekał jednak cierpliwie sześć lat. W tym czasie oczywiście podejmowałam próby, ale ponury klimat powieści odstręczał mnie po kilku stronach. Aż kilka tygodni temu, w pochmurny czwartkowy poranek sięgnęłam po książkę i stało się - przeczytałam w kilka dni. I chociaż nie była to najprzyjemniejsza lektura, to na pewno było to ciekawe doświadczenie takiej formy literatury grozy.

czwartek, 19 maja 2016

Naiwna zabawa - "Gra w kości", Elżbieta Cherezińska, Zysk i S-ka 2010 r.

Kilka razy przybierałam się do lektury Gry w kości i za każdym razem odkładałam książkę po przeczytaniu ledwie kilku stron. Nabrałam jednak ochoty na książki retro i po epoce XIX wieku (o czym za kilka wpisów), rzuciłam się na średniowiecze. Gra w kości nawet mi się podobała, ale mam więcej mieszanych odczuć niż zupełnie pozytywnych. Moje wyobrażenie średniowiecza i mentalności ówczesnych ludzi różni się znacznie od wizji Elżbiety Cherezińskiej.

środa, 30 marca 2016

Dzień z życia wikinga - "Wikingowie. Wilcze dziedzictwo", Radosław Lewandowski, Akurat 2016 r.

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo to pierwszy tom cyklu autorstwa Radosława Lewandowskiego. Autor dla mnie zupełnie nieznany, ale nie wahałam się długo, by sięgnąć po jego najnowszą powieść. Hasła jak „wiking”, „mitologia skandynawska”, „historia średniowieczna” potrafią przykuć moją uwagę, chociaż po niektórych doświadczeniach (o których możecie poczytać tutaj i tutaj) jestem ostrożniejsza w wyborze lektur. Powieść Lewandowskiego jednak okazała się przyjemnym zaskoczeniem i spełnieniem wszelkich obietnic prezentowanych przez wydawnictwo.

czwartek, 24 marca 2016

Gdyby Loki był prawnikiem, jego mowy obronne kończyłyby się wyrokiem skazującym - "Ewangelia według Lokiego", Joanne Harris, tłumaczenie: Ewa Spirydowicz, MUZA 2015 r.

Początkowo odrzucił mnie współczesny język Ewangelii według Lokiego. Gdy myślę o mitologii, to nasuwa mi się od razu średniowieczna stylizacja. Ale przy drugim podejściu już mi to nie przeszkadzało za bardzo, aczkolwiek były momenty, w których ten styl stawał się nie do zniesienia, wtedy bez wyrzutów sumienia omijałam tekst. Ciekawa byłam mimo wszystko, w jaki sposób autorka przedstawi wersję boga-oszusta. Okazało się, że jego wersja jest niemal taka sama jak ta, którą znamy, a nordycki Loki zamiast się „oczyścić” z zarzutów, tylko się pogrążył.

czwartek, 10 marca 2016

Czytadło prawie idealne - "Szeptucha", Berenika Miszczuk, W.A.B. 2016 r.

Szeptucha ma wiele cech dobrego czytadła: jest zabawna, lekka, czyta się ją szybko, bez wysiłku. Główna bohaterka jest sympatyczną, młodą kobietą z marzeniami, trochę niezdarną i nie bardzo radzącą sobie w prywatnym życiu. Autorka dodatkowo zadbała o całkiem niezłą grę z konwencją fantastyczną i słowiańskimi wierzeniami. Nie jest to jednak czytadło idealne.

czwartek, 18 lutego 2016

Dużo słów, mało treści - "Droga do Nawi", Tomasz Duszyński, Czwarta Strona 2015 r.

Droga do Nawi znęciła mnie obietnicą rozbudowanej wizji słowiańskiej fantasy w XXI wieku. Kto czyta mojego bloga, ten wie, że mitologia słowiańska znajduje się w kręgu moich najważniejszych zainteresowań. Jak do tej pory najlepiej fantasy słowiańska wychodziła Andrzejowi Sapkowskiemu (znajduje w jego twórczości miejsca niewiele, ale jednak), a nadal wychodzi Witoldowi Jabłońskiemu. Co prawda, obaj panowie poruszali wątki słowiańskie w czasach dawnych lub nierzeczywistych światach. Czy Tomaszowi Duszyńskiemu udało się przenieść ducha słowiańskiego do czasów współczesnych?

czwartek, 11 lutego 2016

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu", Anna Kańtoch, Uroboros 2015 r.

Pierwszy tom serii o Ninie bardzo mi się podobał. Pomysł, jego wykonanie, styl dostosowany do młodszego czytelnika i wiarygodni bohaterowie to główne cechy Tajemnicy Diabelskiego Kręgu. Kiedy w listopadzie zeszłego roku ukazała się druga część, rzuciłam się na Tajemnicę Nawiedzonego Lasu głodna podobnych wrażeń. Niestety, ta przygoda nie była tak wciągająca.

czwartek, 21 stycznia 2016

Lustro duszy - "Dygot", Jakub Małecki, SQN 2015 r.

Piękna jest najnowsza powieść Jakuba Małeckiego. Jest to jedna z nielicznych książek, w której się z przyjemnością zatapiałam i którą czytałam powoli, uważnie śledząc każde zdanie. Dygot, jak mało która proza, oddaje światy ludzkich dusz, tak różne, jak wielu jest tu bohaterów, skłaniając do wejrzenia we własne wnętrze.