Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na skróty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na skróty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2016

Na skróty IV - Cafe Society, scenariusz i reżyseria: Woody Allen, 2016 r.

Cafe Society to jeden z najlepszych i najdojrzalszych filmów w karierze Allena, w dawnym klimacie jego pierwszych obrazów, błyskotliwa satyra na towarzyskie życie Hollywood nie tylko lat 30.

Właściwie to nie jest jedynie satyra na życie ludzi filmu. Nie jest to komedia w pełnym rozumieniu tego słowa, prawdziwie zabawnych scen jest zaledwie kilka, częściej śmiałam się z niejakim rozgoryczeniem i żalem nad życiem niż z prawdziwej radości. Jak zwykle w filmach Allena tematem są ludzkie uczucia, ludzkie decyzje i konsekwencje tych decyzji.

Początkowo nie podobało mi się postępowanie głównego bohatera, materializm Vonnie. Nadal uważam, że Kristen Stewart nie potrafi grać, jednak Allen sprawił, że była mniej drewniana niż zwykle. Jesse Eisenberg to doskonała, młodsza kopia reżysera, cechuje go podobna neurotyczność, dlatego też świetnie odnalazł się w roli młodego, początkującego rekina Hollywoodu.

Jednak to nie oni byli dla mnie najlepsi w filmie. Moje serce skradła całkowicie Anna Camp (True Blood, Pitch Perfect), która pojawia się w jednej krótkiej scence zaraz na początku filmu. Aktorka jest jednocześnie urocza, nieporadna, niewinna i tak naturalna, że aż szkoda, że to nie ona jest główną postacią kobiecą. Również Corey Stoll, który gra starszego brata Bobby'ego, Bena, jest przezabawny. Jego poczynania w przestępczym światku Nowego Jorku są doskonałą instrukcją, jak nie być gangsterem, przewrotność i humor sytuacji, w których bierze on udział, to jedne z najmocniejszych stron filmu. To właśnie te i wiele innych wątków pobocznych, czy raczej scenek rodzajowych "robi" najnowszy film Allena. Cafe Society ma o wiele więcej warstw, niż jakikolwiek dotychczasowy obraz tego reżysera. W trakcie oglądania przez moją głowę przesuwało się tysiące refleksji o moim własnym życiu, nie spodziewałam się, że będę tak poruszona jeszcze na długo po zakończeniu seansu.

czwartek, 17 marca 2016

Na skróty III: To nie film o duchach, to film z duchami w tle - "Crimson Peak", scenariusz: Guillermo del Toro & Matthew Robbins, reżyseria: Guillermo del Toro, 2015 r.

Tytuł wpisu mówi wszystko, co potrzeba o fabule. Obraz jest ucztą dla oczu, ma cudowne, nasycone zdjęcia, aktorzy noszą wspaniałe kostiumy z epoki. Historia jest niby prosta, i niby przewidywalna, jednak ma zaskakujące momenty. Kilka oczywistych zabiegów akcji wywołuje śmiech, raczej nie zamierzony przez scenarzystów czy reżysera, ale to nie przeszkadza w odbiorze, raczej delikatnie rozładowuje napięcie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Na skróty II – „Looper”, „The Amazing Spider-Man”, “The Dark Knight Rises”, “The Cabin in the Woods”, “Star Trek”

Dzisiaj kolejna paczka moich wrażeń z filmów w kilku krótkich zdaniach. Tym razem będzie w kolejności od najmniej do najbardziej lubianej przeze mnie produkcji.

5. Zapętleni, zasupłani – „Looper”, scenariusz i reżyseria: Rian Johnson, 2012

To film, co do którego miałam spore nadzieje. Trailer wyglądał obiecująco. Sądziłam, że będzie to ambitna produkcja science fiction, a przynajmniej ambitniejsza od innych hollywoodzkich obrazków. Looper zebrał naprawdę dobre recenzje na Zachodzie, również w Polsce. Nie wiem dlaczego. W filmie najbardziej podobały mi się zdjęcia, jakby surowe, przypominające klimatem 12 małp, i muzyka w kompozycji Nathana Johnsona. Poza tym się tylko rozczarowałam: miałkimi, przewidywalnymi dialogami, schematycznymi postaciami bez energii i życia, jakby aktorom nie bardzo się chciało opowiadać historię swych bohaterów, prostą fabułą, stylizowaną trochę (a przynajmniej mi się kojarzyła) na filmy z lat 80. Mam wrażenie, że Joseph Gordon-Levitt nie nadaje się do kina akcji, brakuje mu charyzmy, nie wiem, jak to określić, ale nie pasował mi on do roli płatnego zabójcy. A Bruce Willis… No cóż, to miłość mojego filmowego życia, kocham go odkąd pamiętam, ale, jak to teraz często jest powtarzane, już go nie lubię. W ostatnich latach więcej ma ról nieciekawych niż interesujących i do tych pierwszych właśnie zalicza się postać w Looperze. Może Johnson chciał połączyć film akcji z dramatem, przełożył sceny, w których dużo się dzieje, wolniejszymi sekwencjami, gdzie bohaterowie rozmawiają, rozmyślają, ja się jednak znudziłam i nie dostrzegłam większej głębi w tym obrazku.

4. Padłeś? Powstań! – „The Dark Knight Rises”, scenariusz: Christopher Nolan & Jonathan Nolan, reżyseria: Christopher Nolan, 2012

To chyba moje największe rozczarowanie filmowe zeszłego roku. Wprawdzie nie spodziewałam się, że trzecia część Batmana będzie lepsza od The Dark Knight, ale sądziłam chociaż, że będzie lepsza niż pierwsza część. Tymczasem ten, rozwleczony na niemal trzy godziny, seans został tak przeładowany patosem, czymś, co Stephen King nazwał w Danse macabre pionierskim duchem, że oglądałam film z prawdziwym niesmakiem. Brakowało mi mroku, którym Christopher Nolan operował w pierwszej, a mistrzowsko otoczył widza w drugiej części. Jedyną charakterystyczną postacią, która wywiązała się rewelacyjnie ze swego zadania, jest Anne Hathaway. Jej Kobieta-Kot to idealne uosobienie nowoczesnej heroiny, złośliwej, wyrachowanej, kryjącej się w masce nie tylko wtedy, kiedy ją nosi. Hathaway nie jest lepsza ani gorsza od Michelle Pfeiffer, zagrała swoją postać zupełnie inaczej, nadając jej nową wartość. Pozostali są bezbarwni, niemal przezroczyści. Nie ma w tym filmie prawdziwego złoczyńcy. Nie jest nim Bane, który łudząco przypominał mi Henriego Ducarda granego przez Liama Neesona w Batman Begins. Z całą pewnością nie jest nim Miranda, którą przejrzałam w pierwszej chwili, gdy tylko zobaczyłam ją na ekranie. Może Nolan miał nadzieję, że Marion Cotillard pokaże swoją ciemną, nieprzewidywalną stronę, jak to zrobiła w Incepcji, ale tutaj reżyser nie potrafił wykrzesać z niej nawet części tego. Dobre efekty specjalne, dopracowane zdjęcia i muzyka Hansa Zimmera nie są w stanie zrekompensować straty czasu, jaką zaserwował swoim fanom Nolan.

3. Zaczarowana chatka – „The Cabin in the Woods”, scenariusz: Joss Whedon & Drew Goddard, reżyseria: Drew Goddard, 2011

Zaraz po mdłym Looperze postanowiłam obejrzeć The Cabin in the Woods i było to przyjemną, całkiem zaskakującą odmianą. Bardziej się śmiałam niż bałam, ale takie chyba było założenie twórców, którzy postanowili pomieszać z konwencją horroru. Wyszło im to nawet zmyślnie, zwłaszcza pomysł z przerobieniem rytuału składania ofiar „bogom” w krwawe reality show dla wybranych. The Cabin in the Woods to niezła zabawa w odgadywanie nawiązań do takich klasyków, jak Cube czy Koszmar minionego lata (tuż po obejrzeniu miałam w głowie jeszcze kilka innych, ale już wyleciały mi z pamięci, fani horroru z pewnością potrafią przytoczyć ich więcej). Dobra jest to również parodia i szyderstwo z głupot scenariuszy niektórych filmów – moja ulubiona scena to ta, w której Curt (Chris „Thor” Hemsworth) w chwili nadciągającego niebezpieczeństwa mówi, że przyjaciele powinni się rozdzielić, a Marty się dziwi Really?! W ogóle to Marty (Fran Kranz) jest świetną postacią! Ten ciągle naćpany luzak okazuje się być kopalnią rewelacyjnych tekstów i najbardziej inteligentnym z całej piątki bohaterów. Bardzo go polubiłam.

2. Gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek - „Star Trek”, scenariusz: Roberto Orci & Alex Kurtzman, reżyseria: J.J. Abrams, 2009

Jako dziecko oglądałam serial Star Trek z zapartym tchem. Nie przeszkadzały mi kiepskie efekty specjalne, gumowe potwory i ludzcy obcy. Dla mnie była to doskonała rozrywka, na pokładzie USS Enterprise przemierzałam Wszechświat i wszystko wydawało się możliwe. Za filmami nie przepadałam, żadnego chyba nie obejrzałam do końca. Kiedy w 2009 roku do kin wchodził najnowszy obraz z serii, mający przywrócić jej świetność, niespecjalnie mnie to zainteresowało. I żałuję. O ileż lepiej bym się cieszyła filmem, gdybym oglądała go na dużym ekranie! To świetne przygodowe kino z rewelacyjnymi efektami specjalnymi, dobrym, chociaż schematycznym, scenariuszem, wspaniałymi bohaterami, których można odkrywać na nowo. Aktorzy wcielający się w członków załogi najpopularniejszego statku kosmicznego na świecie dali postaciom stworzonym przez Gene’a Roddnebery’ego nowe, barwniejsze życie. Chris Pine, Zachary Quinto (świetny duet różnych charakterów), Karl Urban, Zoe Saldana, Simon Pegg, John Cho, Anton Yelkin stworzyli załogę idealną. Jeszcze niedoświadczeni, popełniający błędy, mniej sztywni niż ich poprzednicy, ale tak samo zawzięci i ambitni. No i niezastąpiony Leonard Nimoy, będący wymarzonym pomostem między starym a nowym światem! I chociaż można się do kilku rzeczy przyczepić (najbardziej drażnił mnie fakt ukrytej matki Kirka – widzimy ją przy porodzie, później możemy się tylko domyślać, że związała się z przeciętnym mężczyzną, za którym młody James nie przepadał; doprawdy trudno mi uwierzyć, że wybrała kogoś takiego), z przyjemnością wracam do tej historii, a na Star Trek Into Darkness na pewno pójdę do kina.

1. Naprawdę niesamowity! – „The Amazing Spider-Man”, scenariusz: James Vanderbilt, Alvin Sargent, Steve Kloves, reżyseria: Marc Webb, 2012

Lubiłam Spider-Mana w wykonaniu Tobeya Maguire’a. Ale jeszcze bardziej spodobał mi się Andrew Garfield, którego Peter Parker nie jest tak naiwny ani porządny, jak bohater trylogii Sama Raimiego, który zamieniał się w złośliwego prześmiewcę po założeniu maski. Parker w wykonaniu Garfielda nie zmienia się, przywdziewając kostium człowieka-pająka, wręcz przeciwnie, ma jedynie nowe możliwości fizyczne, charakter pozostaje ten sam. The Amazing Spider-Man to chyba jedyny film o superbohaterze, w której zostaje on napiętnowany poczuciem winy, którego nieodpowiedzialność prowadzi na zupełnie nową ścieżkę, który poszukuje odkupienia, a nie tylko zemsty. Marc Webb i scenarzyści potrafili wydobyć dramatyzm postaci Parkera bez popadania w patetyczne tony, podobnie udało się to osiągnąć w wypadku doktora Curta Connorsa (Rhys Ifans), który przeraża i budzi sympatię, ale nie współczucie czy litość. Fabuła filmu, dialogi, współgranie postaci wypadają bardzo naturalnie, bez większych zgrzytów. The Amazing Spider-Man zachwyca efektami specjalnymi, pięknymi zdjęciami i poruszającą, ożywiającą obraz muzyką Jamesa Hornera. To również film zawierający jeden z najlepszych wątków miłosnych, jakie zdarzyło mi się obserwować na ekranie. Emma Stone i Andrew Garfield idealnie sprawdzają się w swoich rolach (co prawda są nieco zbyt poważni [widać, że są sporo starsi niż postaci, które grają], jak na licealistów [równie dobrze można było przenieść ich o kilka lat później, na studia], ale co tam). Gwen Stacy w dodatku to nie tylko śliczna licealistka, lecz także ambitna młoda kobieta, która potrafi zachować zimną krew w najgorszych momentach, zamiast wydzierać się z paniką w oczach. The Amazing Spider-Man znalazł się na liście moich ulubionych filmów i z pewnością będę do niego często wracać.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Na skróty - część I: "Green Lantern", "Cowboys & Aliens", Skyfall

Przy okazji rocznicowego wpisu wspominałam, że są filmy, o których nie mam za wiele do powiedzenia, które nie zasługują na osobny wpis, o których jednak mimo wszystko chciałabym napisać kilka słów. Oto dzisiaj pierwsza taka notka, a w nim Green Lantern, Cowboys & Aliens, Skyfall.

Ostatnio przekonałam się, że lepiej nie mieć zbyt wielkich oczekiwań albo wręcz mieć jak najgorsze w stosunku do filmu albo książki, a wtedy można dać się przyjemnie zaskoczyć. A jeśli żywi się mniej lub bardziej wygórowane oczekiwania, można się niejednokrotnie bardzo zawieść. W pierwszym wypadku przykładem mogą być dwa filmy, które ostatnio obejrzałam – Green Lantern oraz Cowboys & Aliens. W drugim mowa będzie o najnowszym obrazie z Jamesem Bondem.

Gra w zielone - Green Lantern, scenariusz: Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim, Michael Goldenberg; reżyseria: Martin Campbell, 2011

Kiedy pierwszy raz obejrzałam trailer do Green Lantern, pomyślałam, że to jakaś kpina. Ryan Reynolds, którego osobiście bardzo lubię i cenię jako aktora przede wszystkim komediowego, wciela się tu w tytułową postać i gania w zielonym, obcisłym kostiumie z durną, gumową maską na oczach i ratuje świat przed żółtym Paralaxem, posługując się przetwarzającym wyobraźnię pierścieniem, ładowanym przez magiczną Zieloną Latarnię. Wola kontra strach. Nie sądziłam, że będzie to dobry film, nie wierzyłam nawet, że znajdzie się w kręgu średnich. A jednak twórcy mnie zaskoczyli. Ograniczyli typowy dla takich obrazów patos do minimum (nie obyło się oczywiście bez pokrzepiających gadek i filozoficznych cytatów rodem z Paolo Coelho), a skupili się na ironicznej stronie konwencji superbohatera. Reynolds poradził sobie znakomicie z szybką przemianą z lekkoducha w odpowiedzialnego, ale wciąż urzekającego strażnika tak, że wyglądało to w miarę naturalnie. Efekty specjalne nie zachwycają, nie mówiąc o słabej, naprawdę słabej, charakteryzacji bohaterów (Mark Strong jako czerwony przerośnięty skrzat z doklejonymi elfimi uszami budził we mnie niepohamowane spazmy śmiechu, ilekroć pojawiał się na ekranie), ale łagodził to wyważony humor, niezła historia i dobra muzyka.

Zdejmij ten kapelusz, panie Craig! - Cowboys & Aliens, scenariusz: Roberto Orci, Alex Kurtzman, Damon Lindelof, Mark Fergus, Hawk Ostby; reżyseria: Jon Favreau, 2011

Nakręcono setki filmów o wojnie ludzi z kosmitami, kilka powstało nawet o wojnie kosmitów z kosmitami, zawsze jednak akcja umieszczona jest w czasach w miarę współczesnych lub w przyszłości, mniej lub bardziej dalekiej. I umówmy się, w ostatnich latach mało który film zaskoczył widza. Twórcom Cowboys & Aliens się to skutecznie udało, gdy postanowili wrzucić kosmitów na Dziki Zachód, pośród rewolwerowców i Indian. Podobnie jak w wypadku Green Lantern, tak i tutaj nie spodziewałam się rewelacji. Sądziłam wręcz, że będzie to totalna klapa, zważywszy na fakt, że Cowboys & Aliens to poważny western, w stylu tych, których gwiazdą był John Wayne. No dajcie spokój, ufoludki przeciwko kowbojom? I tym razem zostałam pozytywnie zaskoczona. Gdyby nie oprawa science fiction, byłby to naprawdę świetny western wpisujący się idealnie w konwencję tego gatunku, z doskonałą, barwną obsadą. Szare, wielkie stwory nie pozwalały jednak traktować go do końca poważnie. Jednak film, oprócz rewelacyjnych aktorów (Daniel Craig, Harrison Ford, Sam Rockwell, Keith Carradine), może poszczycić się świetną muzyką, dobrymi zdjęciami i niezłymi efektami specjalnymi. Nawet fabuła, schematyczna od początku do końca, trzymała w napięciu i wydawała się wiarygodna. Bo przecież jeśli przybysze z obcych planet mogą przypuszczać inwazję na ludzkie miasta teraz czy w przyszłości, to dlaczego nie mieliby robić tego XIX wieku czy nawet wcześniej? Jedna tylko rzecz mnie naprawdę denerwowała – kapelusz Daniela Craiga. Aktor wyglądał w nim jak kompletny wymoczek z przyklapniętymi uszkami (patrz plakat)...

Ile Bonda w Bondzie? - Skyfall, scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade, John Logan; reżyseria: Sam Mendes, 2012

Natomiast w Skyfall, dwudziestym trzecim filmie o najsłynniejszym agencie, Daniel Craig wyglądał nienagannie w każdej, powtarzam, w każdej, sytuacji. Nawet gdy w trakcie pościgu za wrogiem po dachu pociągu skoczył do wnętrza przedziału z kilkutonowej koparki, najważniejsze było poprawienie mankietów śnieżnobiałej koszuli (moja ulubiona scena). Na Jamesa Bonda czekałam niecierpliwie cały październik. Wiele sobie obiecywałam po trailerze. Miałam dużą nadzieję, że okaże się co najmniej tak dobry jak Casino Royale, a zdecydowanie dużo lepszy od Quantum of Solace. Po seansie wiem jedno – nie jest tak dobry jak Casino Royale, żaden chyba już film z Bondem nie będzie tak dobry. Skyfall nie jest też znacznie lepszy od Quantum of Solace. Mam wrażenie, że został za bardzo zamerykanizowany, co widać zwłaszcza w szybkich, niby zabawnych dialogach, które Brytyjscy aktorzy prowadzą z kamiennymi minami, bez tej lekkości specyficznej Amerykanom. Dużo więcej tu również patetycznych scen i cytatów niż w poprzednich filmach, co sprawia, że Skyfall chwilami jest nudny. Imponujące sceny walk, pościgów, piękne zdjęcia i doskonała muzyka (genialna jest moim zdaniem piosenka Adele) cieszą oko i ucho. Zbyt wiele jednak akcji w akcji, żeby wszystko składało się w wiarygodną całość. Jakby w jednym obrazie zamierzano zmieścić dwa. Sam Daniel Craig zagrał bardzo dobrze, w jego Bondzie widać doświadczenie i piętno zdradzonego agenta, który mimo wszystko pozostaje lojalny. Javier Bardem natomiast jako złoczyńca kompletnie się pogubił. Jego stylizowany na Jokera z Mrocznego Rycerza Silva nie poradził sobie z udźwignięciem ciężaru psychopaty-geniusza, który stworzył Heith Ledger, i jego postać wypadła nieprzekonująco, podobnie jak motywy, którymi się kierował. Podobała mi się natomiast postać czarnoskórej agentki, granej przez Naomi Harris, kolejnej po Evie Green pełnokrwistej postaci kobiecej, a nie tylko jednej z wielu zdobyczy. Ralph Fiennes i Ben Whishaw, chociaż pojawiali na krótko, zostawili swój ślad jako dobrzy odtwórcy konwencjonalnych postaci. Najbardziej podobały mi się w Skyfall nawiązania do poprzednich filmów o Bondzie, odkryłam co najmniej kilka, jestem przekonana, że film okazał się prawdziwą gratką dla wiernych fanów. Film też całkiem nieźle i dobitnie pokazuje mechanizmy polityki rządowych agencji i władzy wyższej.