Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Kańtoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Kańtoch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 września 2016

Rasowy procedural psychologiczny - "Łaska", Anna Kańtoch, Czarne 2016 r.

Najnowsza powieść Anny Kańtoch to rasowy kryminał, chociaż z bardzo silnym tłem społecznym. Przy tym to historia bardzo mroczna, nie spodziewajcie się tutaj happy endu. Po lekturze Łaski potrzebowałam kilku dni oddechu, ponieważ fabuła, bohaterowie mocno weszli do mojej głowy, wywołując sporo przemyśleń (nieprzyjemnych) na temat człowieczeństwa. Ponownie, udany eksperyment i spora ewolucja na plus w twórczości Kańtoch. O wiele bardziej poważna niż w opowiadaniach, bezkompromisowa, dramatyczna, rzeczywista. I to wszystko w klimacie lat 50. I 80. XX wieku w Polsce.

czwartek, 11 lutego 2016

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu", Anna Kańtoch, Uroboros 2015 r.

Pierwszy tom serii o Ninie bardzo mi się podobał. Pomysł, jego wykonanie, styl dostosowany do młodszego czytelnika i wiarygodni bohaterowie to główne cechy Tajemnicy Diabelskiego Kręgu. Kiedy w listopadzie zeszłego roku ukazała się druga część, rzuciłam się na Tajemnicę Nawiedzonego Lasu głodna podobnych wrażeń. Niestety, ta przygoda nie była tak wciągająca.

czwartek, 7 stycznia 2016

Najwyższy czas na Annę Kańtoch, nie Anię – Anna Kańtoch, „Światy Dantego”, Uroboros 2015

Odważny, intrygujący, wciągający, różnorodny – to cechy najnowszego zbioru opowiadań jednej z najlepszych autorek polskiej fantastyki. Nie prenumeruję żadnego z czasopism, nie kupuję tematycznych zbiorów opowiadań (chyba że są o kotach), nie mam czytnika, dlatego cieszę się, że wydawnictwo Uroboros zdecydowało się wydać tom złożony z opowiadań Anny Kańtoch. Dzięki temu mogłam poznać kolejne strony twórczości tej niezwykle utalentowanej pisarki. Anna Kańtoch pokazała już, że nie boi się eksperymentować w żadnym aspekcie pisarskim, czy to fabularnym, czy w budowaniu postaci, czy też stylu. Ten zbiór utrwala jej wizerunek jako nietuzinkowej pisarki.

Światy Dantego zawiera w sobie nie tylko tytułowe opowiadanie, lecz także osiem innych tekstów, każdy inny pod względem tematu, bohaterów, pomysłu i jego rozwinięcia. Smykałkę do eksperymentów widać moim zdaniem najbardziej w Człowieku nieciągłym i Oknie Myszogrodu. Pierwsze to intrygujące, budzące niepokój opowiadanie z wątkiem niespójności czasu i przewrotnym zakończeniem. W Oknie Myszogrodu również pojawia się temat czasu i jego płynności. Chociaż pomysł wydawał mi się ciekawy, to jakby w jego realizacji coś przygasło i nie poruszyła mnie opowiadana tutaj historia. Plusem natomiast jest cudowna wizja dawnego Krakowa, jakby XIX wiecznego miasta, którego atmosfera kładła się subtelną mgłą na fabule. Autorka ma prawdziwy dar w oddawaniu klimatu retro, co też doskonale zrobiła w mrocznym Cmentarzysku potworów. To dla mnie jedna z najlepszych opowieści w tym zbiorze, idealne połączenie niepokojącej historii pewnego iluzjonisty wplątanego w rodzinną tajemnicę z umiejętnie dozowanym napięciem i akcją wymagającą pełnej uwagi czytelnika. Na pierwszym miejscu postawiłabym Światy Dantego. Wizja piekła, jaką stworzyła tutaj Kańtoch, sprawia, że bardzo mnie cieszy, że nie wierzę w żadne piekło (poza tym ziemskim). Zaszczytne, trzecie miejsce zajmuje u mnie opowiadanie Duchy w maszynach, które zawiera jedno z lepszych pierwszych zdań, z jakimi spotkałam się w literaturze. Swoim stylem i wątkiem przypomina mi lekko trylogię o Przedksiężycowych. Przedstawiony tutaj świat, pełen szamanów, obcych, wskrzesicieli, duchów karmiących się krwią martwych ludzi, spokojnie nadaje się na rozwinięcie w osobną powieść.

Mimo różnorodnej tematyki widać w dalszym ciągu, że to, w czym Anna Kańtoch czuje się najlepiej, to specyficzne pomieszanie grozy i tajemnicy. Te opowiadania mają o wiele brutalniejszy wydźwięk niż to, co do tej pory czytałam tej autorki. Kańtoch pokazuje, że doskonale radzi sobie w każdym stylu i potrafi go dostosować do opowieści. Jest też mistrzynią w budowaniu napięcia, zmusza do ciągłej uwagi. Tym często mnie irytuje, bo odwleka rozwiązanie, karmi mnie drobnymi szczegółami i gdy już mi się wydaje, że rozgryzłam zagadkę, dostaję element wywracający całą moją koncepcję. Chociaż taki klimat mają właściwie wszystkie historie, najpełniej tę atmosferę oddają opowiadania Miasteczko, Rodzina w lustrze, Za siedmioma stopniami i Szczęścia i wszelkiej pomyślności. W Miasteczku i Szczęścia… to napięcie i groza układają się we wspaniałe historie z dreszczykiem. Zwłaszcza Szczęścia i wszelkiej pomyślności, gdzie dochodzi do tego świetnie oddany wątek rodzinny. Za siedmioma stopniami wydawało mi się doskonałym przykładem na igranie autorki z czytelnikiem, które nie pozwoliło mi się oderwać od lektury. Jednak rozwiązanie całej tajemnicy rozczarowuje, jest zbyt proste, jak na tak skrupulatnie zbudowaną intrygę. Najmniejsze wrażenie w całym zbiorze wywarło na mnie, o zgrozo!, opowiadanie z Domenikiem Jordanem. Uwielbiam historie w Zabawki diabła i Diabeł na wieży, często do nich wracam. Rodzinę w lustrze z trudem doczytałam do końca. Chociaż jest utrzymane w klimacie zbiorów sprzed dziesięciu lat, to wydaje mi się wymuszone, jakby autorka nie bardzo chciała wracać do tego bohatera. Przyczyną może być też fakt, że zagadka właściwie rozwiązuje się sama i Domenic jest tylko „popychaczem” akcji, sam nie ma w tym specjalnego udziału. Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie pogratulowała autorce nie tylko zachowania stylu, ale też wiarygodnego przedstawienia niedoświadczonego w tematyce śledztwa i demonów bohatera (to jego pierwsza sprawa).

Tak jak szeroki jest wachlarz tematów autorki, tak wiele potrafi ona stworzyć postaci, a każdy będzie inny. Dzieci, młodzież, młodzi, dojrzali, starsi, kobiety, mężczyźni, nie ma to znaczenia - każdego Anna Kańtoch potrafi wiarygodnie przedstawić, o wielu chciałoby się poczytać więcej. Autorka szczególnie w tych opowiadaniach pokazuje, że jest świetnym obserwatorem społecznym i umiejętnie przelewa te obserwacje na papier, pokazując ludzi w rzeczywistych sytuacjach, nawet jeśli nie opisuje akurat rzeczywistego świata. Doskonale tutaj widać, że usiłuje przeniknąć przez ludzkie umysły, dotrzeć do genezy ich zachowań, zwłaszcza tych kontrowersyjnych, nie boi się wnikać głębiej, pod skórę, w te najdalsze i najohydniejsze zakątki ludzkiego mózgu. Uwielbiam jej dziecięcych i nastoletnich bohaterów. Wydaje mi się, że jest to jedna z niewielu pisarek, która tak świetnie potrafi zobrazować dziecięcą psychikę. Dzieciaki nie są tu pokazane jako niewinne, nieświadome istoty, za jakie są jednak nadal uważane w naszym społeczeństwie. Przedstawiając portrety swoich nieletnich bohaterów, Kańtoch skłania do zastanawiania się, co tak naprawdę myślą dzieci i zachęca do traktowania ich jak równych dorosłym, bo przecież często są mądrzejsze tą nieskażoną, pierwotną mądrością.

Zbiór jest opatrzony wstępem i posłowiem autorstwa Jakuba Ćwieka. Pisarz popełnił także krótkie wstępy do każdego z opowiadań. Zgodnie z moją tradycją czytałam wszystko po lekturze opowiadań i byłam zaskoczona, jak zbieżne są moje odczucia z emocjami, którymi podzielił się autor do każdej z historii. Moim zdaniem zbiór nie potrzebował tej oprawy, zbyt sentymentalnej jak na mój gust i przedstawiającej autorkę jako Anię, koleżankę po piórze, niepozorną, zamkniętą, która siedzi sobie w kąciku i coś tam pisze, co zaskakująco okazuje się dobrą literaturą… A to jest Anna Kańtoch, proszę państwa, dojrzała pisarsko, wciąż doskonaląca swój dobry warsztat pisarka i najwyższy czas, aby Anią była już tylko prywatnie.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

O piekle III

Nie trzeba wcale diabła, by stworzyć sobie piekło na ziemi.
Anna Kańtoch, Diabeł na wieży [w:] Diabeł na wieży, 2005 r.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Anioły czy demony? - "Tajemnica Diabelskiego Kręgu", Anna Kańtoch, Uroboros 2013

Mówi się, że pierwsze zdanie w powieści jest najważniejsze, często bowiem decyduje, czy czytelnik będzie kontynuował lekturę. Nigdy nie zwracałam na to szczególnej uwagi, zawsze dawałam każdej książce szansę przez kilka, kilkanaście stron. Tajemnica Diabelskiego Kręgu jest jednak dowodem na to, że pierwsze zdanie rzeczywiście może zaintrygować i rozbudzić większą ciekawość, nawet dla tych, którzy wiedzą, kim jest Anna Kańtoch i śledzą jej twórczość. Po skomplikowanej i pełnej wątków trylogii Przedksiężycowi oraz wysmakowanym Czarnem Ania Kańtoch postanowiła wrócić do korzeni, choć tym razem w wydaniu dla młodszego czytelnika. Byłam ciekawa, jak podejdzie do tego wyzwania i czy uda jej się dopasować styl oraz bohaterów do młodego odbiorcy.

„Nina miała osiem lat, gdy z nieba spadły anioły.” „Byli święci, teraz anioły, hmmm” – pomyślałam, wspominając opowiadania o Domenicu Jordanie. Zaczęłam czytać i... ani się obejrzałam, a świtało i trzeba było wstawać do pracy. Już dawno żadna książka nie wciągnęła mnie na tyle, żebym zapomniała o reszcie świata. I chociaż bohaterami są tu dzieci i do nich też jest dostosowany styl powieści, to sama historia nie jest już taka prosta i jednotorowa. Anna Kańtoch po raz kolejny potwierdza, że jest mistrzynią dawkowania napięcia i że tematyka detektywistyczna jest tym, w czym czuje się naprawdę doskonale. W dodatku potrafi świetnie rysować młode charaktery, jeśli pochodzą one ze współczesnych, rzeczywistych realiów. Postaci Tajemnicy Diabelskiego Kręgu to prawdziwe, żywe polskie nastolatki, z którymi mogłam się w jakiś sposób utożsamić. Bohaterowie Zabawek diabła czy Przedksiężycowych nie wzbudzali we mnie podobnych emocji, odczuwałam wobec nich dystans, natomiast Nina od razu podbiła moje serce. Ta rezolutna, romantyczna, oczytana trzynastolatka to prawdziwa heroina, chociaż nie są jej obce niepokój i strach. Ona jako jedyna widzi i potrafi łączyć ze sobą drobne zdarzenia w logiczną całość, w umyśle składając tajemniczą i nieco straszną układankę. Pozostali bohaterowie również są bardzo rzeczywiści, chociaż składają się ze znanych nam, dorosłym, schematów – pomocny, trochę ślamazarny grubasek, odważna, bezpardonowa chłopczyca, delikatna, niezbyt lotna umysłem ślicznotka, złośliwy, skryty buntownik... Warto jednak pamiętać, że jest to powieść dla młodzieży i to bardziej tej w wieku dwanaście, trzynaście niż szesnaście plus. Poza tym ta schematyczność w ogóle nie przeszkadza, przecież wszyscy składamy się z jakichś powtarzających się elementów.

Jak już wspomniałam, fabuła jest wciągająca, wątek tajemnicy jest prowadzony zawile i czytelnik razem z bohaterami znajduje kolejne tropy i układa je w spójną całość, jak się okaże, bardzo zaskakującą. Akcja toczy się tuż po drugiej wojnie światowej i realia tamtych czasów są wiernie oddane. Powieść obfituje w zdumiewające, ale logiczne zwroty akcji, tak że nie sposób się nudzić i oderwać od lektury. Historia jest prowadzona z perspektywy Niny i oferuje wgląd w psychikę dziewczynki, toteż wiemy dokładnie, co się z nią dzieje w każdym momencie wydarzeń. Autorka popisała się niezwykłym talentem w odzwierciedleniu uczuć nastolatki i dużą wrażliwością, dzięki czemu jeszcze głębiej angażuje czytelnika w lekturę. Posługując się pretekstem tajemnicy, Kańtoch stworzyła świetną powieść obyczajową dla młodszych, z której w zrozumiały dla nich sposób mogą dowiedzieć się, jakie mechanizmy rządzą ludźmi. W jasny sposób pokazuje także, że warto walczyć o siebie i siebie akceptować i jak można pozostać sobą w obecnym świecie.

Styl autorki jest o wiele lżejszy niż w jej ostatnich powieściach dla dorosłych, bardziej przypomina właśnie opowiadania o Domenicu. Czytelnik otrzymuje sporą dawkę naturalnego humoru, momentami książka jest tak zabawna, że nie sposób nie śmiać się w głos. Śmieszne są przede wszystkim górnolotne zwroty i porównania, jakich używa Nina w dialogach i przemyśleniach. Z pewnością drażniłyby mnie one, gdyby podobnie wypowiadała się dorosła bohaterka, ale tutaj są dodatkowym atutem. Miłość Niny do książek przygodowych przypomniała mi mnie w jej wieku, kiedy to zaczytywałam się w podobnych lekturach. Mam też wrażenie, że trzynastolatka może zainspirować niejedną nastoletnią czytelniczkę, zarówno do literatury, jak i, a może przede wszystkim, do akceptacji siebie.

Tajemnica Diabelskiego Kręgu to świetna powieść przygodowo-detektywistyczna, przy której można inteligentnie się zrelaksować, idealna na zimowe wieczory. To doskonała książka dla młodych czytelniczek, z pewnością spodoba się też chłopakom, chociaż oni raczej niezbyt chętnie sięgną po powieść z żeńską bohaterką, ale jeśli już to zrobią, nie zawiodą się. Polecam również dorosłym, zwłaszcza jeśli chcą przeżyć sentymentalną podróż w czasy dzieciństwa.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

I staniesz się bogiem - "Przedksiężycowi", tom III, Anna Kańtoch, Powergraph 2013

Trzeci tom Przedksiężycowych, najbardziej chyba ciekawej trylogii, z jaką miałam do tej pory do czynienia, ukazał się z początkiem grudnia. Od razu zabrałam się za lekturę, jednak pisanie o tej części przychodzi mi niezwykle trudno. Anna Kańtoch umieściła bowiem w książkach tyle szczegółów, że spamiętanie ich wszystkich i złożenie w całość nie było łatwym zadaniem. Wiem, że za jakiś czas ponownie po nie sięgnę i wtedy, mam nadzieję, każdy fragment układanki trafi na swoje miejsce. Tym bardziej ciężko pisać o trzecim tomie, że styl autorki pozostaje niezmienny (czyli wciąż jest bardzo dobry), a świat został już na tyle rozbudowany, że nie pozostało tu nic do dopisania. Skupić się więc można na fabule i bohaterach, choć na tej pierwszej też nie za bardzo, aby nie zdradzić zbyt wiele.

Ostatnia część Przedksiężycowych składa wszystkie rozproszone wątki w zwartą całość, wyjaśnia motywy bohaterów, by dać czytelnikowi całkiem spektakularny finał. Główny zwrot fabuły jest zaskakujący, z pewnością nic, z czym czytelnik spotkał się w trakcie lektury, nie stanowi jasnej wskazówki. W tej powieści świat i miasto przestają być istotne, wszystkie wydarzenia prowadzą prosto do nieuchronnego końca, nie ma tu już miejsca na tajemnice i pokręcone zwroty akcji. Jedyną prawdziwą niespodzianką jest Kaira, która w tej części ma już w pełni ukształtowany charakter i nie przypomina w żadnym stopniu tej kruchej, zagubionej istoty, jaką poznajemy w pierwszym tomie. Rozczarował mnie natomiast Finnen, którego przemiana tak naprawdę w żaden sposób nie zmieniła, a jego przewrotna lojalność wobec Kairy jest mało wiarygodna. Nie są to jednak bohaterowie, nad których losem specjalnie się pochylałam w czasie przygody, jaką zafundowała autorka. Bardziej przejęła mnie walka kapitan Tellis i jej oddanego partnera, ten wątek jest jednym z lepszych, z jakimi się spotkałam w ogóle.

Mam wrażenie, że im więcej postaci pojawia się w powieści Anny Kańtoch, tym mniejszą autorka ma nad nimi kontrolę, nie prowadzi ich równomiernie – jeszcze pierwszoplanowi Kaira i Finnen są skrupulatnie oddani, natomiast już drugo-, trzecio-, czwarto planowi i dalsi są bardzo zróżnicowanie opisani, zdecydowanie można wychwycić „faworytów”, którzy zostali najlepiej oddani i budzą jakieś emocje. Daniel Pantalekis, Niraj/Unaj, kapitan Tellis, Mahameni. Brin Issa stracił moje zainteresowanie już w drugiej części, chociaż w pierwszym zapowiadał się na naprawdę złą i wyrachowaną, wyzutą z wszelkich uczuć kreaturę. Imion jego rodzeństwa nawet nie pamiętam, nie mówiąc o pozostałych bohaterach. Te postacie w żaden sposób mnie nie wzruszyły, związane z nimi poboczne wydarzenia nie zatrzymały się na dłużej w mojej pamięci. Ponieważ dla mnie sposób prowadzenia bohaterów i to, żeby mnie w jakiś sposób zatrzymali przy sobie, jest ważny, ta warstwa pozostanie w Przedksiężcyowych rozczarowaniem. Na szczęście to tylko jeden element, pozostałe są bez zarzutu.

Mimo pewnych luk pamięciowych i niezbyt przekonywujących ról zapadłam się w lekturę ostatniego tomu dosyć szybko. Kolejne słowa pochłaniałam z niezrównanym przyspieszeniem, byleby jak najszybciej znaleźć rozwiązania, wychwytując każdą z odpowiedzi na wcześniej zadane pytania. Przedksiężycowi to dobra trylogia, wbrew rozbiciu szczegółów, zwarta i logiczna, intrygująca, trzymająca w napięciu. Nie ma tutaj niepotrzebnych dłużyzn, wątków, a to moim zdaniem spory sukces – nie rozciągać fabuły o historie, które nie mająwiększego znaczenia i nawet pośledniego związku z główną osią wydarzeń. Aby jednak w pełni czerpać przyjemność z lektury Przedksiężycowych, warto przeczytać wszystkie tomy po kolei, jak jedną powieść, do czego serdecznie zachęcam.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.


piątek, 14 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XIII: Twój ulubiony pisarz

Kim jest ulubiony pisarz? Według mnie to taki autor, po którego książki sięgasz zawsze bez wahania, kupujesz, nie pożyczasz, bo chcesz mieć je wszystkie tylko Twoje. Ulubiony pisarz to taki, z którym nie zawsze się zgadzasz, nie wszystkie jego książki uwielbiasz, ale w każdej znajdziesz coś zaskakującego, coś, co rozbawi, wzruszy, skłoni do refleksji, w jakiś sposób zmieni Twoje życie. Jeszcze kilkanaście lat temu mogłam bez wahania powiedzieć, że moim ulubionym pisarzem jest Andrzej Sapkowski. Jednak już Trylogia husycka, słaba Żmija i makabrycznie słaby Sezon burz sprawiły, że utracił to miejsce. W ciągu kilku ostatnich lat pojawili się jednak inni i dzisiaj nie jestem w stanie zdecydować, kogo cenię bardziej ani że wszystkich cenię tak samo, ponieważ są to autorzy bardzo różni. Dlatego dzisiaj napiszę o pięciorgu moich ulubionych pisarzy. Kolejność zupełnie przypadkowa.

Niezwykle utalentowany, zaskakujący dojrzałością swoich tekstów, bezpośredni i bezkompromisowy w opisywaniu naszej rzeczywistości, potrafiący balansować na granicy grozy i horroru. Małecki oprócz umiejętności operowania słowem ma też świetne pomysły, jego bohaterowie to prawdziwi ludzie, różniący się od siebie i niepowtarzający się w kolejnych książkach. Zaintrygował mnie opowiadaniami zebranymi w tomie Zaksięgowani, przeczytałam też Przemytnika cudu i świetne W odbiciu. Pracuję nad uzupełnieniem swojej biblioteki o pozostałe jego książki, zanim napisze ich tyle, że stanie się to niemożliwością.

Twórczość Ani śledzę od samego początku, bardzo lubię jej wszystkie powieści i opowiadania, chociaż nie wszystkie w takim samym stopniu. Kańtoch ma niesamowitą wyobraźnię w tworzeniu światów, jej styl udoskonala się z książki na książkę. To dla mnie absolutna mistrzyni w budowaniu intrygi i dozowaniu napięcia poprzez rzucanie czytelnikowi malutkich kawałeczków układanki. Cenię jej subtelne poczucie humoru, zarówno słownego, jak i sytuacyjnego, ciekawych bohaterów i nietuzinkowe rozwiązania akcji.

Niejednokrotnie pisałam, że Philip K. Dick należy do grupy moich ukochanych twórców. Cenię go przede wszystkim za opowiadania, niezwykle treściwe, często bardzo oryginalne w pomysłach, pełne dowcipu i zaskakujące puentą. Lubię także jego powieści, chociaż (a może właśnie dlatego, że) porażają przygnębiającą wizją świata i ludzi. Filozoficzne rozważania, jakich pełno w książkach Dicka, udzielają mi się za każdym razem. To chyba jedyny autor, którego teksty zmuszają mnie do dłuższych refleksji o mojej rzeczywistości, o śmierci i życiu, innych ludziach i ich zachowaniach.

Pierwszą książką Gaimana, po jaką sięgnęłam, był tom opowiadań Dym i lustra, a skłoniło mnie do tego inne opowiadanie tego pisarza Studium w szmaragdzie, które ukazało się w którymś wydaniu Nowej Fantastyki. Do dzisiaj jest to moje ulubione opowiadanie Gaimana. Autor kupił mnie całkowicie oryginalnym językiem, świetnymi pomysłami, grą z konwencją, specyficznym poczuciem humoru, w którym wyczuwa się brytyjskość. Kupuję i czytam wszystkie jego książki, nawet te dla najmłodszych. Do moich ulubionych należą bezsprzecznie Nigdziebądź, Amerykańscy bogowie, Chłopaki Anansiego i ostatnio Ocean na końcu drogi. W tym roku mam plan nadrobić zaległości, ponieważ jeszcze kilku książek nie przeczytałam. No i czeka na mnie Sandman.

Norman Davies wywindował się i zmiótł Andrzeja Sapkowskiego z listy ulubionych pisarzy jedną zaledwie książką - Europą, o której pisałam w pierwszy dzień tego wyzwania. Imponująca jest wiedza tego człowieka, a umiejętność jej przekazywania zachwyca mnie jeszcze bardziej. Dzięki niemu każdy pokocha historię. Davies, tak jak Jakub Lichański i Krzysztof Mrowcewicz, to moja platoniczna miłość.

czwartek, 6 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień V: Książka, która sprawia Ci radość

I dzisiaj przyszła kolej na Anię Kańtoch i jej opowiadania o Domenicu Jordanie. Wyłamię się ze schematu jednej książki, ponieważ nie umiem stwierdzić, który tom opowiadań podoba mi się bardziej - uwielbiam czytać zarówno Zabawki diabła, jak i Diabeł na wieży.

Domenic Jordan to dla mnie jedna z ciekawszych postaci literackich. Tajemniczy, inny niż cała reszta młodzieniec o nienagannych manierach i właściwie całkowitym braku emocji. Podążający własną ścieżką szlachcic, którego losy poznajemy dopiero po jakimś czasie, zdaje się interesować wyłącznie ciekawymi zagadkami i rozwiązuje je z prawdziwym zacięciem detektywa. Jego szczerość i bezpośredniość, a często również nieczułość na ludzkie słabości, nie zjednuje mu przyjaciół, budzi natomiast fascynację.

Fabuły każdego z opowiadań są wciągające i intrygujące od początku do końca. Autorka doskonale stopniuje napięcie i wie, jak zarzucać wskazówki, by czytelnik złapał się na haczyk. Robi to tak umiejętnie, że zastanawiasz się, kto, jak i dlaczego, a i tak nie jesteś w stanie zgadnąć. Historie te mają też jedną niezwykłą właściwość - po jakimś czasie od ich przeczytania zapominam, co stanowiło rozwiązanie tajemnicy i jak główny bohater do niego doszedł. Dzięki temu za każdym razem mogę się cieszyć lekturą, jakbym sięgała po zbiory opowiadań po raz pierwszy.

Bardzo lubię też wykreowany przez Anię Kańtoch świat. Zachowania, wydarzenia, opisy strojów i miejsc sugerują, że akcja mogłaby się dziać w XVIII- lub XIX-wiecznych Włoszech, może we Florencji albo Wenecji, ale jest to oczywiście zupełnie fikcyjna rzeczywistość. Doskonałym pomysłem jest również wątek świętych, którzy mogą karać, błogosławić, chronić, ale także zabijać, nie będąc w pełni materialnym istotami.



Diabeł na wieżyZabawki diabła

Anna Kańtoch
Fabryka Słów
2005-2006

środa, 30 października 2013

Książki i filmy na listopadowe wieczory

KSIĄŻKI
Tytuł: Ziemiomorze
Autor: Ursula Le Guin
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 4 listopada 2013 r.

Kiedyś próbowałam przeczytać Czarnoksiężnika z Archipelagu, jednak wydał mi się straszliwie nudny. Oglądałam miniserial i ten też nie wzbudził we mnie większych emocji. Ale to było lata temu, a że ostatnio przekonuję się, że są książki, które mogą nie być dla mnie odpowiednie w danym momencie, aby za jakiś czas mi się spodobać, to sięgnę po cykl Ursuli Le Guin, tym bardziej, że jej inne powieści wspominam bardzo dobrze.
Po raz pierwszy w jednym tomie!

„Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin to jeden z najznakomitszych cykli literatury fantasy, porównywany z dziełami J.R.R. Tolkiena czy C.S. Lewisa. Opisuje malowniczy świat pełen wysp, smoków i tajemnic, w którym najważniejsza jest równowaga między tworzącymi go siłami. Głównym bohaterem serii jest czarnoksiężnik Ged; poszczególne części opowiadają jego losy – od najmłodszych lat i pierwszych kroków stawianych w świecie magii, aż po czasy gdy zaczęła się ona stawać niebezpiecznym narzędziem w rękach zła.
Ged, którego Ziemiomorze na zawsze zapamięta jako Krogulca, zostaje wysłany na wyspę Roke, aby tam zgłębiać czarnoksięską sztukę. Jest obdarzony niezwykłymi magicznymi zdolnościami, więc po latach nauki zostaje Arcymagiem, który będzie musiał pomóc Najwyższej Kapłance Archipelagu – Tenar – uciec z labiryntu ciemności.
Niestety, wraz z upływem lat równowaga Ziemiomorza zacznie się chwiać coraz bardziej, a prawdziwa magia i pradawne zwyczaje coraz częściej wykorzystywane będą przez mroczne siły zła i śmierci…
Saga o Ziemiomorzu to opowieść o dojrzewaniu, o wyzbywaniu się młodzieńczej pychy i ducha rywalizacji, dorastaniu do wewnętrznej harmonii i mądrości, ale też zrozumienia ograniczoności ludzkich działań. Im większa moc i im większa władza, tym większa odpowiedzialność – przestrzega Le Guin.
— „Wysokie obcasy”
Potrzebowałam sześciu książek i trzydziestu lat życia, by opowiedzieć historię Geda i Tenar. W tym czasie nieustannie dowiadywałam się czegoś nowego o krainach i ludach Ziemiomorza – bo wszystkie przygody i odkrycia bohaterów były też moimi przygodami i odkryciami. (…) I oto wreszcie macie przed sobą ukończoną historię. Oby lektura sprawiła wam równie wielką przyjemność, jak mnie jej pisanie!
— Ursula K. Le Guin
Tytuł: Tajemnica diabelskiego kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Data premiery: 6 listopada 2013 r.

Ania Kańtoch wraca do korzeni kryminalnych, tym razem w powieści dla młodzieży. To jest to, czego potrzebuję na jesienne dni. Ciekawa jestem, na ile pisarka jest inna w podejściu do młodych odbiorców, czy jej bohaterowie i fabuła również będą się różnić od opowiadań i powieści dorosłych.
Nie każdy zostaje wybrany przez anioły i zaproszony przez nie na tajemnicze wakacje w klasztorze znajdującym się w niewielkiej miejscowości Markoty. Tak się składa, że przydarzyło się to trzynastoletniej Ninie. Nie bardzo wie jednak, dlaczego – jest przecież bardzo zwyczajną dziewczyną. Czy aby na pewno?
Tytuł: Wiedźmin. Sezon burz
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: SuperNOWA
Data premiery: 6 listopada 2013 r.

Kiedy kilka dni temu gruchnęła wieść, że pojawi się kolejna książka ze świata o Wiedźminie, podchodziłam do niej z zadziwiającym spokojem i może lekkim rozczarowaniem brakiem konsekwencji autora. Ale teraz... Przecież to Geralt, Jaskier, Yennefer! Cieszę się, niezmiernie się cieszę, że jednak pisarz się złamał i będę miała szansę powrócić do wiedźmińskiego świata.
Oto nowy Sapkowski i nowy wiedźmin. Mistrz polskiej fantastyki znowu zaskakuje. „Sezon burz” nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi.

„Nigdy nie mów nigdy!” W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta – bard i poeta Jaskier – oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze. I tak przez 404 strony porywającej lektury.
„Wiedźmin. Sezon burz” to w wiedźmińskiej historii rzecz osobna, nie prapoczątek i nie kontynuacja. Jak pisze Autor: Opowieść trwa. Historia nie kończy się nigdy…
Tytuł: Przedksiężycowi, tom III
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Data premiery:  29 listopada 2013 r.

Ostatnia część trylogii ma się ukazać z końcem listopada, mam nadzieję, że termin się nie przedłuży i będę mogła w końcu uzyskać odpowiedzi na dręczące mnie pytania z tomu pierwszego i drugiego.

FILM

Tytuł: Thor. Mroczny świat
Scenariusz: Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McFeely
Reżyseria: Alan Taylor
Data premiery: 8 listopada 2013 r.

Kontynuacja plastikowej produkcji, którą nie byłam zachwycona. Czy pójdę do kina, nie wiem, bilety drogie teraz, sam film to czysta, bezmyślna rozrywka (przynajmniej tak odebrałam pierwszą część), a ja obiecałam sobie nie wydawać pieniędzy na głupoty. No ale może się skuszę w jakiejś promocji.
Thor próbuje zaprowadzić porządek w kosmosie, ale starożytna rasa, dowodzona przez mściwego Malekitha powraca, by zepchnąć wszechświat w ciemność.
Tytuł: Adwokat
Scenariusz: Cormac McCarthy
Reżyseria: Ridley Scott
Data premiery: 16 listopada 2013 r.

To może być jeden z lepszych filmów roku... Dobra, nie nastawiam się, bo najlepiej to nie mieć żadnych oczekiwań. No ale Michael Fassbender w roli głównej... Nie, nie, bez oczekiwań...
Cieszący się powszechnym szacunkiem prawnik ze wszystkich sił stara się wyplątać z narkotykowego biznesu, który miał być dla niego krótką przygodą. 
Tytuł: Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia
Scenariusz: Simon Beaufoy & Michael Arndt
Reżyseria: Francis Lawrence
Data premiery: 22 listopada 2013 r.

Jakiś czas temu obejrzałam pierwszą część i film mi się podobał, zwłaszcza to, jak grała w nim Jennifer Lawrence. Z pewnością obejrzę również kontynuację.
Katniss i Peeta odbywają obowiązkowe Tournee Zwycięzców, kiedy dowiadują się o fali zamieszek, do których przyczynił się ich zuchwały czyn.

poniedziałek, 7 października 2013

Piąteczka!

To już pięć lat, od kiedy prowadzę bloga. Trudno mi w to czasami uwierzyć, przede wszystkim dlatego, że na co dzień nie zastanawiam się nad upływem czasu, aż tu nagle przychodzi taki 7 października i boom, uświadamiam sobie nagle, ile to już minęło... W zeszłym roku obiecałam sobie, że będę czytać więcej, pisać będę więcej, w ogóle będę brała większy udział w blogowaniu. Jak mi wyszło? Otóż nie wyszło. Kiedyś przychodziły momenty, w których nie miałam ochoty na pisanie, teraz jest odwrotnie, tylko czasami mam chęć napisać na blogu. Nadal w trakcie czytania jakiejś książki albo oglądania filmu robię notatki, ale żeby ubrać je choćby w kilka zdań podsumowujących moje wrażenia... Na to już nie mam energii. Chyba najwyższy czas zrobić sobie dłuższą przerwę, może całkowitą. Zmęczyłam się chyba, prowadzenie bloga stało się bardziej obowiązkiem niż zabawą i oderwaniem od codziennych zajęć.

Dość smęcenia, do rzeczy. W przeciągu ostatniego roku przeczytałam tylko osiemnaście pozycji (spadek w stosunku do poprzedniego roku, a jak wtedy byłam niezadowolona, to wyobraźcie sobie, co czuję dzisiaj...): osiem z obszaru fantastyki, trzy kryminały, cztery w ramach projektu Piękny czy Bestia? i jedna popularnonaukowa o duchach. Plusem jest, że przeczytałam niewiele takich, o których mogę powiedzieć, że mocno mnie rozczarowały.

Jeśli chodzi o filmy, to nie napisałam żadnej oddzielnej recenzji w przeciągu tego całego roku. Ostatnim razem swoje wrażenia ubrałam w słowa w styczniu! Oczywiście nadal oglądam dużo filmów, coraz mniej w nich jednak fantastyki, a tak czy siak, nie potrafię napisać kilku zdań, czy to o filmie fantastycznym, czy z innego gatunku - mam zaczętych kilka notek, żadnej nie mogę skończyć.

Tradycyjnie najlepsze książki i filmy liczone są od najsłabszych (6. i 3. miejsce) do najlepszych (1. miejsce), najgorsze natomiast odwrotnie - najlepsze z najgorszych zajmuje szóstą lub piątą pozycję, najbardziej irytujące pierwszą.

Najlepsze książki roku piątego:
  1. Słowo i miecz, Witold Jabłoński - za udowodnienie, że można stworzyć bardzo dobrą fantasy słowiańską, za nowe światło na historię naszych przodków motywujące do sięgnięcia po książki naukowe (na fali powieści Jabłońskiego kupiłam Europę, Boże igrzysko Normana Daviesa)
  2. Krew na Placu Lalek, Krzysztof Kotowski - za umiejętnie budowane napięcie do ostatnich stron, które spowodowało, że nie rozstałam się z książką do momentu jej ukończenia (ostatnie strony czytałam w pracy…)
  3. 451 Fahrenheita, Ray Bradbury - za przejęcie mnie do szpiku kości wciąż, a nawet coraz bardziej, aktualną wizją świata, w którym nie ma książek a ludzie wolą tępo spoglądać w ekrany telewizorów czy komputerów niż spędzać czas z innymi ludźmi
  4. Conan i skrwawiona korona, Robert E. Howard - to największe zaskoczenie czytelnicze tego roku, dzięki opowiadaniom zawartym w tym tomie już zawsze inaczej (bardziej przychylnie i z pewnym szacunkiem) będę patrzeć na postać Conana i jego twórcy
  5. Czarne, Anna Kańtoch - za wysmakowanie stylu, wyśrubowanie go do perfekcji, za wzbudzanie we mnie sprzecznych emocji, z którymi długo nie mogłam się uporać
  6. Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności, Erberto Petoia - za interesujące ujęcie mitu wampiryzmu, popartego mnóstwem nie znanych mi wcześniej przykładów i teorii
Najgorsze książki roku piątego:
  1. Okręt przeklętych, Viviane Moore - za nudę bijącą z niemal każdej strony, za przejście od ciekawego kryminału do mdłego love story, za chaos fabuły i absurdalne rozwiązania akcji
  2. Świat czarownic, Andre Norton - za bardzo prostą, momentami wręcz miałką akcję, papierowych, schematycznych bohaterów, oraz za sporą ilość logicznych błędów
Najlepsze filmy roku piątego:
  1. The Amazing Spider-Man - za odbrązowienie Spider-Mana, pokazanie jego bardziej prawdziwej twarzy i tego, że jest on jedną z bardziej dwuznacznych postaci komiksowych w ogóle
  2. Star Trek - za odświeżenie kultowej serii z zachowaniem starego klimatu, za doskonale zgranych aktorów, którzy stworzyli prawdziwy zespół, za dobre, niesztampowe dialogi
  3. The Cabin in the Woods - za ciekawe podejście do konwencji motywu opuszczonego domu, za obśmianie szablonów tworzenia klimatu strachu, za Frana Kranza w roli zabawnego Marty'ego
O wszystkich filmach pisałam tutaj.

Najgorsze filmy roku piątego:
  1. The Dark Knight Rises - tytuł największego rozczarowania roku zdobyło co prawda Elizjum, ale że nie chciało mi się nawet poświęcać kilku zdań na pisanie dlaczego, to The Dark Knight Rises pozostaje w mocy; dla mnie było to powtórzenie (kilkakrotnie) historii z pierwszej części trylogii, słabo zagrane (z wyjątkiem znakomitej Anne Hathaway), bez powalających efektów specjalnych
  2. Green Lantern - gdybym nie obejrzała The Dark Knight Rises i Elizjum, które spaliły moje nadzieje na dobre filmy, to Green Lantern byłby najgorszym ze wszystkich, które widziałam w ubiegłym roku, nie broni go nawet wersja humorystyczna
  3. Looper - muzyka i zdjęcia to dwa atuty tego filmu, ale to zdecydowanie za mało, aby poświęcać mu czas, rozczarowałam się grą aktorów, miałkimi dialogami, samą fabułą nie zawierającą dla mnie żadnej głębi, o którą podejrzewało twórcę scenariusza wielu recenzentów
  4. Cowboys & Aliens - dlaczego tak nisko w zestawieniu najgorszych filmów? Może dlatego, że film obejrzałam z nudów, chociaż wcale nie zamierzałam, bo spodziewałam się, że będzie to całkowita klapa; a jednak film potrafił mnie zatrzymać przed ekranem i było całkiem sporo momentów, w których się ubawiłam
  5. Skyfall - dla wielu osób Skyfall to najlepszy z filmów o Bondzie, a grający w nim Javier Bardem mistrzowsko ukazał postać złoczyńcy; nie należę do tej grupy, film nie podobał mi się, moim zdaniem brakuje mu klimatu serii, a Silva nie jest żadnym złoczyńcą; piosenka Adele i aluzje do poprzednich Bondów nie rekompensują tych trzech godzin wymęczonych w kinie
Kilka zdań o Looperze i The Dark Knight Rises w tym miejscu, natomiast o Green Lantern, Cowboys & Aliens oraz Skyfall pisałam tu.

czwartek, 3 października 2013

Obok Polconu 2013 - sobota na konwencie

W sobotę zaczęłam swój polconowy dzień od prelekcji Krzyśka Piskorskiego, Szaleni naukowcy, szalone teorie, która jest częścią cyklu wykładów razem z Najdawniejsze wynalazki w historii oraz Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza. Było to niewątpliwie najlepsze spotkanie całego dnia, ale nie ma się co dziwić, Krzysiek to prawdziwy pasjonat i tą pasją potrafi zarazić innych. Pisarz mówił między innymi o rosyjskim naukowcu Trofimie Łysence, który zakazał nauczania genetyki i twierdził, że pomarańcze mogą rosnąć w Rosji, tylko muszą… się przyzwyczaić. Inny lekarz czasów stalinizmu, Siergiej Brukhonenko, prowadził eksperymenty na psach dotyczące reanimacji. Jest odpowiedzialny za wynalezienie prymitywnego płucoserca. Nad biednymi psiakami znęcał się również Vladimir Demikhov, pionier transplantacji organów, który doszywał głowy psów do ciał innych psów. Harry Harlow natomiast był amerykańskim psychologiem, który po śmierci żony zaczął się szczególnie interesować tematyką utraty i depresji. Jednym z jego, jakże okrutnych, eksperymentów było zamykanie nowo narodzonych małpek w komorach izolacyjnych, a następnie wypuszczanie ich do stada po kilku tygodniach i obserwowanie, jak pozostałe stworzenia reagują. Te oczywiście bez wahania zabijały obcych. Z kolei doktor Shiro Ishii, japoński mikrobiolog żyjący w czasach II wojny światowej, przeprowadzał wiwisekcje jeńców wojennych, uprzednio zarażając ich różnymi chorobami i obserwując kolejne stadia rozwoju chorób. Schwytany przez Amerykanów został przez nich uwolniony w zamian za przekazanie wyników swoich badań. Największą czarną sławę zdobyli lekarze SS. Jednym z nich był Sigmund Rascher, który zanurzał więźniów w lodowatej wodzie, żeby sprawdzić, kiedy umrą i czy da się ich reanimować, co zaowocowało zaskakującymi wynikami badań nad wpływem niskiego ciśnienia na organizmy ludzkie. Jego badania NASA wykorzystało do budowy pierwszych skafandrów kosmicznych.

Dla rozładowania niesmaku i przerażenia ludzkim wyrachowaniem wśród słuchaczy Krzysiek opowiedział o George’u Taylorze, który w 1869 roku stworzył manipulator parowy mający pomóc w leczeniu histerii u kobiet (pierwszy wibrator, moje panie!). Luźną wersję tej historii przedstawiła Tanya Wexler w komedii Hysteria. Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się na badaniach Sidneya Gottlieba, który pracował w CIA nad programem kontroli umysłów MKUltra w czasach zimnej wojny. Gottlieb eksperymentował z neurotoksynami i truciznami wszelkiej maści. Miał diaboliczny plan zabicia Fidela Castro za pomocą zatrutego cygara, a gdy to się nie powiodło, postanowił go zamordować talem umieszczonym w… butach. Jego działania oraz cały program MKUltra stały się inspiracją dla Jona Ronsona do napisania powieści Człowiek, który gapił się na kozy (na jej podstawie z kolei Grant Heslov nakręcił film z George’em Clooneyem i Ewanem McGregorem).

A już kompletnie ubawiliśmy się, słuchając o dziwacznych teoriach, z których część jest wyznawana do dzisiaj. O fizjognomice, frenologii czy teorii czterech humorów (krew, żółć, czarna żółć, flegma) pewnie słyszeliście. Ale czy wiecie, że w XVII wieku jedną z teorii układu słonecznego było przedstawianie go jako swoistej matrioszki, której kolejne warstwy były planetami? Twórcą tej teorii był Edmund Halley (tak, ten od komety), na szczęście oprócz absurdalnych miał więcej trafnych spostrzeżeń dotyczących naszego wszechświata. Jedną z popularnych teorii w czasach średniowiecza i późniejszych była ta, według której Ziemia jest pusta w środku, a na jej biegunach są dziury prowadzące do tego pustego wnętrza. O tym, że Ziemia jest płaska, mówiło się jeszcze w starożytności, ale nie spodziewaliście się pewnie, że to przekonanie trwa po dziś dzień – w 1956 roku Samuel Shenton (Amerykanin, czemu mnie to nie dziwi?) reaktywował Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które działa i ma się dobrze (ruch powstał w XIX wieku).

Kolejną prelekcją w moim planie była Przyczynek do dziejów prostytucji warszawskiej w XIX wieku, z której zrezygnowałam na rzecz Upiora Opery. Po spotkaniu z dr Babilas miałam sporo czasu do kolejnego punktu, więc razem ze znajomymi udałam się na spotkanie autorskie z Lavim Tidharem, autorem wydanej niedawno powieści Osama. Sam autor bardzo mi się spodobał (nie tylko fizycznie;)), natomiast irytował mnie (i nie tylko mnie) Konrad Walewski, który postanowił wszystkim tłumaczyć swoje pytania i odpowiedzi Laviego, zaburzając tym samym szyk spotkania i przeciągając je bezsensownie, ponieważ wszyscy zebrani nie mieli problemów z posługiwaniem się językiem angielskim. Poza tym pytania Walewskiego były tak infantylne, że lekko denerwowały nawet samego autora, który niejednokrotnie wytykał (co prawda z humorem) prowadzącemu jego nieprzygotowanie. Również dzięki temu pisarz zyskał moją sympatię i kiedyś pewnie sięgnę po książki jego autorstwa.

Po spotkaniu z Tidharem miałam jeszcze wolną godzinę, postanowiłam więc sprawdzić, czy będzie się działo coś ciekawego na panelu dyskusyjnym Kobiety w fantastyce, w którym udział brały m.in. Anna Kańtoch, Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska. Niestety rozmowa szybko zeszła na schematy i przerzucanie się feministycznymi i szowinistycznymi żarcikami. Jedyną przydatną rzeczą, jaką się dowiedziałam, było to, że kiedy przychodzi do seksu, mężczyznom nie przeszkadzają nieogolone nogi…

Wyszłam po niecałej pół godzinie i udałam się pod salę LIT 4, gdzie miał się odbyć kolejny panel – Fantasy słowiańska – z udziałem Witka Jabłońskiego, Artura Szrejtera, Michała Studniarka, Sławomira Mrugowskiego i Elą Żukowską. To było bardzo ciekawe spotkanie, trzymające się tematyki i dające wiele interesujących i przydatnych informacji o mitologii słowiańskiej i próbach wtłoczenia jej w polską literaturę fantastyczną. Przy okazji nieźle się oberwało Andrzejowi Sapkowskiemu, chociaż to on jako pierwszy wrzucił elementy słowiańskie do polskiej fantasy. Goście mieli mu za złe przede wszystkim wyśmiewanie ich starań w stworzeniu dobrej fantasy słowiańskiej. Chociaż ja nigdy nie byłam tak bezkompromisowa i zawsze ceniłam słowiańskość w cyklu wiedźmińskim czy nawet w Trylogii husyckiej, to po przeczytaniu powieści Witka Jabłońskiego śmiało mogę powiedzieć, że Sapek się mylił i da się stworzyć dobrą fantasy słowiańską (zainteresowanych, w czym się mylił Andrzej Sapkowski, odsyłam do jego artykułu Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach). Swoją drogą, Słowo i miecz powstało właśnie trochę na złość autorowi Wiedźmina, ale przede wszystkim celem Jabłońskiego było przywrócenie mitologii słowiańskiej właściwego miejsca wśród innych mitologii i udowodnienie, że nie jest ona wcale taka przaśna, dla ludu i kraśna. Mam wiele do nadrobienia, zarówno w twórczości autorów, jak i prac naukowych. Oto, jakie czekają mnie lektury:
  • Artur Szrejter – opowiadania nawiązujące do mitów słowiańskich
  • Michał Studniarek – Herbata z kwiatem paproci
  • Sławomir Mrugowski – Strzygonia (niestety powieść ukazała się nakładem Fabryki Słów, którą od lat bojkotuję, nie kupując książek z tego obmierzłego i pełnego oszustów wydawnictwa… więc może ktoś ma pożyczyć?)
  • Georges Dumézil – m.in. Bogowie Germanów. Szkice o kształtowaniu się religii skandynawskiej, Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje
  • Prace naukowe Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego
  • Prace naukowe Jacka Banaszkiewicza
  • Prace naukowe Juliana Krzyżanowskiego
  • Andrzej Szyjewski – Religia Słowian
  • Bohdan Baranowski – W kręgu upiorów i wilkołaków

Przy tej okazji wspomnę o organizacji konwentu. Wiele już na ten temat napisano, było mnóstwo ataków ze strony uczestników i próby obrony ze strony organizatorów. Ja nie odczułam kilkunastogodzinnej kolejki ani zamieszania spowodowanego odwołaniem czy przekładaniem prelekcji, ale mnie również zraziły pewne sytuacje, głównie ze strony gżdaczy. Rozumiem, że nie byli oni do końca przygotowani i zorientowani, taka impreza to jednak jest pole bitwy, ale odpowiadanie na pytania zbywającym i olewczym „to nie moja sprawa”, „to nie do mnie” i wzruszanie ramion nie powinno mieć miejsca. Wiele było również narzekań na ułożenie programu i rozplanowanie prelegentów w za małych salach – co organizatorzy odpychali argumentem, że program zależał od prowadzących. Tak nie do końca, bo na przykład Ela Żukowska chciała, aby panel Fantasy słowiańska trwał dwie godziny, a nie godzinę, i odbył się w auli albo większej sali, a nie w mikrosalce; jak się okazało, wiele osób nie mogło wziąć udziału w panelu, bo było za mało miejsca. 

Kiedy już wydostałam się z ciasnej salki, udałam się na spotkanie z Powergraphem, na którym wschodzące gwiazdy fantastyki oraz weterani opowiadali o swojej twórczości, a Kasia Sienkiewicz-Kosik o początkach wydawnictwa i najbliższych planach. Dla mnie najważniejszą informacją było wydanie trzeciego tomu Przedksiężycowych – zakończenia trylogii Ani Kańtoch możemy się spodziewać dopiero w grudniu tego roku. Patience is a virtue

Zwieńczeniem konwentu był dla mnie udział w gali rozdania nagród im. Janusza Zajdla, która w tym roku odbyła się w Sali Kongresowej. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do organizacji imprezy w gmachu PKiN, jednak w tym jednym punkcie organizatorzy stanęli na wysokości zadania od początku do końca. Płynnie prowadzona gala sprawiła mi wiele przyjemności, a już całkowicie gęba mi się cieszyła, gdy zwycięski w obu kategoriach Robert M. Wegner zaśpiewał Szła dzieweczka do laseczka. Po gali z grupą znajomych poszłam najpierw na piwo, a potem do Remontu, który był oficjalnym konwentowym klubem. Akredytacja na sobotę – 30 złotych. Zobaczyć wywijających na parkiecie Kubę Małeckiego i Rafała Kosika do muzyki dyskotekowej – bezcenne. Prawdziwa impreza odbywała się jednak niedaleko Remontu, w pubie Student, gdzie rozmowy toczyły się zapewne do późnych godzin nocnych.

W przyszłym roku Polcon odbędzie się w Bielsku-Białej, ale program imprezy musiałby być naprawdę dobry, żebym w ogóle rozważyła podróż w te rejony. Za to z pewnością pojadę do Poznania.

wtorek, 2 lipca 2013

Tajemnica tajemnicę tajemnicą pogania - "Przedksiężycowi", tom II, Anna Kańtoch, Powergraph 2013

Na drugi tom Przedksiężycowych Anna Kańtoch kazała długo czekać. Były nawet obawy, że kontynuacja się w ogóle nie ukaże. Na szczęście pisarka przeszła do Powergraphu i zarówno pierwsza, jak i druga część powieści trafiła w kwietniu do rąk czytelników (niektórym szczęśliwcom w marcu). Sądziłam, że w kolejnym tomie uzyskam odpowiedzi, może nie wszystkie, ale przynajmniej kilka na najważniejsze dla mnie pytania, że chociaż trochę rozjaśni się tajemnica Przedksiężycowych. A gdzie tam! Autorka tylko jeszcze bardziej zapaliła moją ciekawość, tak, że już nie mogę się doczekać trzeciego tomu (który ma się ukazać w sierpniu, dopiero w sierpniu!).

Druga część zdecydowanie trzyma poziom, właściwie nie można wiele więcej powiedzieć, poza tym, że Kańtoch stosuje tę samą co poprzednio metodę odkrywania fabuły po kawałeczku, dokłada kolejne puzzle do i tak już potężnej układanki, a czytelnik musi ciągle się mieć na baczności, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie dany szczegół okaże się istotny. To oczywiście nieprawda, że pisarka nie udziela odpowiedzi na pytania. Udziela, owszem, ale są one tak cząstkowe, że nie można zbudować wokół nich kontekstu i koniec końców czytelnik wraca do punktu wyjścia. Jak choćby wtedy, kiedy czytelnik dowiaduje się, że zniszczenie Archiwów ma połączyć i ocalić wszystkie światy oraz zlikwidować Skoki, ale taka wiedza nie zdaje się na wiele, gdy nie wiadomo, dlaczego akurat Archiwa są takie ważne. Autorka do perfekcji opanowała sztukę podobnego drażnienia czytelnika, wodzenia go za nos, dając, jednocześnie nie dając wskazówek, tych pozornie nieistotnych detali, które okazują się ważne wiele stron dalej. Jestem jednak pewna, że warto tę wiedzę gromadzić, że w którymś momencie zapali mi się w mózgu żaróweczka i doznam olśnienia. Prawda?

Drugi tom, oprócz wyraźnego już głównego wątku, rozwija poboczne historie, dowiązując kolejne motywy, niczym pajęczą sieć. Kańtoch wyprowadza na scenę kolejnych bohaterów, wśród których moją ulubienicą stała się kapitan Tellis i jej prywatne śledztwo w sprawie innej mojej ulubionej postaci. Przyznam, że te właśnie fragmenty są najciekawsze i najbardziej wciągające w całej opowieści, może dlatego, że autorka ma niezwykły talent do snucia detektywistycznych wątków. Coraz lepiej poznajemy też samo Lunapolis, które jest przecież jednym z kluczowych bohaterów, coraz sugestywniej pokazywana jest beznadziejność ludzkiej tu egzystencji, która okazuje się nie mieć tak naprawdę znaczenia. Ciągła pogoń za doskonałością, wieczną młodością, bogactwem zostaje tu jeszcze silniej skontrastowana z ubóstwem i wszędzie czającą się śmiercią przeszłych światów. Samo teraźniejsze Lunapolis się zmienia, jego mieszkańcy zaczynają mieć dość władzy niewidocznych, powątpiewać w ich istnienie i prowokować. W jakiś sposób te dwie rzeczywistości mogą być metaforą naszego życia, o ile można by było się jakichkolwiek upatrywać w powieści, nie jest to jednak metafora moralizująca.

Kolejne cząstki fabuły, którymi tak oszczędnie szafuje pisarka, wydają się nie mieć większego sensu jako całość. Cały czas zastanawiam się, w jaki sposób zostaną połączone, co będzie tu spoiwem i czy Ani Kańtoch uda się pozamykać wszystkie historie, zwłaszcza, że sporo ich znajduje się we fragmentarycznych (jakżeby inaczej!) interludiach. Jedyny motyw, jaki mi tu w ogóle nie pasuje i jaki mnie drażni, to ten romantyczny między Kairą i Finnenem. Już w pierwszym tomie autorka daje pewne sygnały, w drugiej części autorka również daje do zrozumienia, że między tym dwojgiem coś się dzieje. Niestety nie wyczuwa się tu żadnej chemii, wręcz relacja Kairy i Finnena jest wymuszona, wyrachowana nawet – on za wszelką cenę pragnie być częścią historii, którą tworzy Kaira, ona traktuje go jak narzędzie do osiągnięcia celu. I to jest oczywiste i jasne, nie ma tu miejsca na jakiekolwiek romantyczne zrywy serc, które nijak nie są prawdziwe.

Drugi tom, podobnie (a może nawet gorzej) niż pierwszy, pozostawił mnie we mgle, ciągle gęstej, bez szansy na ustalenie kierunku drogi. Chociaż na kilka pytań uzyskałam odpowiedzi, to w ich miejsce powstało tysiące kolejnych. Książka pozostawiła mnie z ogromnym niedosytem i doprawdy z trudem wyczekuję do ukazania się ostatniego tomu. Jeśli nie chcecie czuć się podobnie, radzę poczekać do sierpnia i wtedy usiąść spokojnie i przeczytać wszystkie tomy od razu.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

"Przedksiężycowi" going twice! - "Przedksiężycowi", tom I, Anna Kańtoch, Powergraph 2013

Kiedy trzy lata temu po raz pierwszy ukazała się powieść Anny Kańtoch, odebrałam ją tak. Teraz prezentuję drugą recenzję pierwszego tomu Przedksiężycowych, którzy już w całości ukażą się w Powergraphie.

Nie przepadam za trylogiami, nie gustuję w cyklach, a już w szczególności nie cierpię wielotomowych sag. Dlaczego? Autorom nie udaje się mnie zaskakiwać, podtrzymywać w napięciu, opowiadane przez nich historie stają się nudne i powtarzalne, a główny wątek (główne wątki) przestaje być interesujący. Albo wręcz odwrotnie – motywów, bohaterów jest tak dużo, że ciężko nadążyć kto, co, jak i dlaczego. Stąd rzadko sięgam po książki, w których opowieść jest rozpisana na więcej niż jeden tom. Wyjątek zrobiłam dla kilku pisarzy – Andrzeja Sapkowskiego, Jarosława Grzędowicza, Bernarda Cornwella. I teraz Anny Kańtoch i jej Przedksiężycowych. Ta drobna i niepozorna kobieta potrafi diabelsko dobrze stopniować napięcie i przekazywane informacje, dzięki czemu nie jestem w stanie się oderwać od żadnej z jej opowieści, kiedy się w nią już „wgryzę”. Co ciekawe, w pierwszym tomie trylogii nie otrzymałam ich prawie wcale, więcej tu pytań niż odpowiedzi, to zaledwie wprowadzenie do prawdziwej fabuły. A i tak czyta się je z zapartym tchem.

Lunapolis jest ostatnim miastem na planecie niewiadomej nazwy, w którym władają tajemniczy Przedksiężycowi, uznani za bogów, chociaż nikt nie wie, kim są i czy w ogóle istnieją. Mieszkańcy metropolii nie mają jednak czasu, aby się trudzić polityką. Są skupieni na swoim życiu, na ciągłym udoskonalaniu swych ciał i dusz z pomocą specjalistów od genetycznych modyfikacji. Wierzą i są w tej wierze wychowywani, że to uchroni ich przed pozostaniem w gnijącej przeszłości podczas kolejnych Skoków ku Przebudzeniu. Ta jedna chwila decyduje o ich być albo nie być – szczęśliwcy pozostają w pięknym, pozbawionym śmieci i śmierci Lunapolis, podczas gdy inni muszą czekać na powolną agonię w Lunapolis przeszłym, gdzie pozostał wszelki brud, gnije żywność, rozwijają się choroby i ludzie przestają być ludźmi. Mieszkańcy teraźniejszego miasta żyją chwilą, zarabiają na kolejne genetyczne zmiany, aby stawać się coraz doskonalsi. Dzieci nie rodzą się naturalnie, a są produkowane i wyposażane w zestaw genów, na jaki stać ich „rodzicieli”. Nie ma tu miejsca na prawdziwe uczucia, ludzie nie wiążą się ze sobą, a tylko bawią w zakochanych, z wyrachowaniem i bolesną świadomością niestałego losu. W tej krainie niby-anarchii rządzi jednak przewrotne prawo, które skazuje ludzkie dusze na więzienie w ciele maszyny, co paradoksalnie staje się dla nich jedyną szansą na dotrwanie do Przebudzenia.

W takiej scenerii czytelnik poznaje bohaterów, którzy budzą różne, często sprzeczne ze sobą emocje. Autorka ma niezwykłą umiejętność do przedstawiania swoich postaci w sposób bezstronny, z dystansem, zupełnie jakby nie ona ich tworzyła, a sami się powołali do istnienia. Jednych się lubi, innych nienawidzi, jeszcze inni są irytujący, ale intrygujący zarazem, a do niektórych się nic nie odczuwa. Wraz ze zmianami zachodzącymi w postaciach, zmieniają się też czytelnicze emocje w stosunku do nich. Chociaż to Finnen i Kaira zdają się grać pierwsze skrzypce, to na scenie o wiele wyraźniejsi byli dla mnie zagadkowy, hipnotyzujący Brin Issa, jego małomówny syn Niraj czy Daniel Pantalekis. Tak, zwłaszcza ten ostatni rzucał mi się w oczy, ponieważ on jako jedyny wydał mi się najbardziej prawdziwy, najbardziej podobny do mojego gatunku w przeciwieństwie do lunapolijczyków. I uwierzcie mi, nie tylko Jacques Diot chciał zabić Daniela Pantalekisa.

Kańtoch przedstawia wykreowany przez siebie świat wiszącego miasta Lunapolis, najważniejszych bohaterów historii, zarysowuje główne wątki (przynajmniej część), w których będą brali udział. I właściwie to wszystko, co dla niektórych wyda się za mało godne uwagi, a innym wielce interesujące. Ja zaliczam się do tych drugich, w mojej głowie zrodziło się mnóstwo pytań. Najciekawsze jest jednak to, że najmniej mnie obchodziło, kim są Przedksiężycowi. O wiele bardziej interesujące stały się dla mnie zamiary Brina Issy, co powoduje i jak się zaczęły Skoki, co tak naprawdę decyduje, kto zostanie, a kto trafi do przeszłości, bo jak się okazuje nawet najlepiej zmodyfikowani nie mogą mieć pewności przetrwania. Ci, którzy oczekują wartkiej akcji, miliona wydarzeń zmieniających jej zwrot, wielkich emocji czy problemów, mogą się rozczarować. Natomiast powieść spodoba się wielbicielom zagadek, powolnego rozbudowywania kreowanego świata, intrygujących postaci, o których dowiedzą się niewiele lub prawie nic.

Specyficzny styl i sposób budowania historii przez autorkę sprawia jednak, że nie jest to książka, w którą się od razu „wsiąka”. Oszczędnie dawkowane informacje, a raczej ich brak mogą powodować trudności w przebrnięciu przez pierwsze kilkanaście stron. Ale kiedy to już się uda… Nie jest to książka, którą można czytać na raty. Jeśli tak do niej podejdziecie, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie odłożycie ją i nie wrócicie do niej więcej. Przedksiężycowi to bowiem powieść wymagająca, przeplatana mnóstwem drobnych szczegółów i szczególików, które pozornie nie mają znaczenia, a w dalszym toku akcji okazują się często kardynalne dla fabuły. Dlatego trzeba i warto poświęcić tej książce więcej czasu pół godziny czy godzina w ciągu dnia. Najlepiej się z nią zamknąć w czterech ścianach na co najmniej kilka godzin, tak aby przeczytać ją w całości.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Z niemożliwości w możliwość - "Czarne", Anna Kańtoch, Powergraph 2012


Długo czekałam na najnowszą powieść Anny Kańtoch. Wprawdzie prędzej i bardziej spodziewałam się premiery drugiego tomu Przedksiężycowych, ale kiedy się dowiedziałam, że Czarne zostanie wydane pod skrzydłami Powergraphu, stwierdziłam, że i ta powieść złagodzi moją niecierpliwość. A że wydawnictwo wie, jak podsycać ciekawość czytelnika enigmatycznymi informacjami i cudownymi okładkami (okładka do Czarne jest idealna), zaczęłam odliczać dni do premiery. Przyznam jednak, że czekałam na kolejną powieść autorki w stylu opowiadań o Domenicu Jordanie. Czarne okazało się książką kompletnie inną, wyłamaniem z dotychczasowej twórczości Kańtoch, prawdziwym kontrapunktem. Dowodem na to, że Anna Kańtoch to jedna z najlepszych i najbardziej obiecujących pisarek polskiej fantastyki, dojrzalsza, rozwijająca się, wymagająca od siebie i czytelnika.

To, co mnie zachwyciło od pierwszych stron, to język. Tutaj każde słowo jest przemyślane, nieprzypadkowe, ma swój cel. Czarne to przede wszystkim literacka uczta. Podziw należy się autorce, ale również osobie odpowiedzialnej za redakcję. Widać, że powieść jest owocem ich skutecznej współpracy, która pozwoliła pozbyć się wszelkich niedociągnięć. Początkowo jednak nie dawałam się do końca przekonać bohaterce i opowiadanej przez nią historii. Jej powolny tok narracji, rozciągający fabułę, w której pozornie nic się nie dzieje, mowa o przeciąganiu niemożliwego w możliwe i odwrotnie, sprawiały wrażenie mrocznego snu, w którym trudno doszukać się jakiegokolwiek sensu. Wszystko zmienił jednak piórowek. I Staś, ciągnący za sobą przyszłość. I jeszcze wiele innych elementów, które narratorka splatała w skomplikowaną sieć skojarzeń.

W tej onirycznej wizji przeszłość miesza się z teraźniejszością bohaterki, spokój z niepokojem, tragedia z codziennym życiem. Kańtoch kilkoma zaledwie słowami, bez przynudzania i przeciągania, udało się odtworzyć atmosferę początku XX wieku i międzywojennej Polski, przy okazji zręcznie połączyła te wątki z historią wcześniejszą. Sama bohaterka do końca pozostaje postacią niezwykle zagadkową, czytelnik idzie przez powieść razem z nią, powoli odkrywając jej znaczenie. Jej życie staje się życiem czytelnika na niecałe trzysta stron, a im dalej, tym bardziej przenika jego świadomość.

Duszny, nie z powodu panującego lata, klimat powieści trzyma w napięciu do ostatniej chwili. Mrok czai się z każdej strony, niemożliwość przebija się tu niczym promienie słońca w pochmurny dzień, a czasami jak gwałtowne uderzenia w klawisze pianina, mącące łagodną melodię. Kańtoch udało się, jak mało któremu autorowi, sprawić, że leniwa akcja, tocząca się miarodajnie i stale, wzbudza dreszcz, niczym spokój przed burzą. Specyficzna narracja pozwala czytelnikowi na rozdwojenie, sprawia, że jest w środku fabuły i jednocześnie poza stworzonym światem. I tak jak bohaterka pozostaje zawieszona między możliwością a niemożliwością, tak i on tkwi w zawieszeniu, oczekiwaniu jeszcze długo po skończeniu lektury.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Zajdle rozdane

Najlepsza powieść - Rafał Kosik za Kameleona
Zajdla za najlepsze opowiadanie otrzymała Ania Kańtoch za Światy Dantego

GRATULACJE!

A ja tam byłam, miód (dosłownie) i wino (w przenośni) piłam, ale więcej opowiem, jak wrócę, bo klawiatura hotelowego komputera doprowadza mnie do pasji... Dobrej nocy:-)

piątek, 26 czerwca 2009

Komu Zajdel, komu?

Z pewnym opóźnieniem przedstawiam nominacje do najważniejszej (chociaż już coraz mniej znaczącej, a coraz bardziej negowanej) polskiej nagrody fantastycznej im. Janusza A. Zajdla.

Powieść:
Ewa Białołęcka - Wiedźma.com.pl
Anna Brzezińska - Ziemia niczyja
Stefan Darda - Dom na wyrębach
Rafał Kosik - Kameleon
Magdalena Kozak - Nikt
Krzysztof Piskorski - Zadra t.1
Opowiadanie:
Jacek Dukaj - Kto napisał Stanisława Lema?
Anna Kańtoch - Światy Dantego
Magdalena Kozak - Sznurki przeznaczenia
Andrzej Miszczak - Harpunnicy
Wit Szostak - Podworzec
Laureatów poznamy, jak zwykle, podczas konwentu fantastycznego Polcon, który odbędzie się w dniach 27-30 sierpnia w Łodzi. Głosować będą uczestnicy konwentu, w tym, mam nadzieję i ja, więc muszę nadrobić zaległości, chociaż wiem, że mój głos na pewno nie powędruje do Magdy Kozak (za co ona dostała aż dwie nominacje, to nie wiem...).

wtorek, 28 kwietnia 2009

Doskonal się albo giń - "Przedksiężycowi", t. I, Anna Kańtoch, Fabryka Słów 2009

Anna Kańtoch to zdecydowanie oryginalna autorka. I bardzo zdolna. Chociaż dopiero zaczyna (2 tomy opowiadań, 2 powieści), zdążyła już zdobyć uznanie nie tylko fanów, ale i kolegów z fantastycznego światka. Kańtoch jest także jedną z moich ulubionych pisarek. Dlatego nie wahałam się ani chwili przed kupnem "Przedksiężycowych" i, jak zwykle, nie żałuję.

Lunapolis - miasto, którego mieszkańcy dążą do doskonałości za wszelką cenę. Celem jednak nie jest doskonałość sama w sobie, ale ich życie. Ci bowiem, którzy zostaną uznani przez Przedksiężycowych za nieprzygotowanych lub niegodnych Przebudzenia, zostają w przeszłości w wyniku odbywających się co jakiś czas Skoków. Tam nie pozostaje im nic innego, jak gnicie wśród rozpadającego się dawnego miasta. Lunapolis to świat, w którym nie liczy się nic, oprócz przetrwania i... zabawy. Nie ma tu miejsca na przyjaźń, miłość, wzajemną pomoc. Jest natomiast zatracenie w seksie, alkoholu, narkotykach. Popularną rozrywką są także wyprawy w przeszłe światy - niektórzy wybierają się tam z ciekawości, nieliczni z chęcią pomocy, wielu na polowania, bo przecież ci ludzie to już żywe trupy, więc dlaczego nie skrócić ich cierpienia? Przyjemne z pożytecznym. Jak bardzo Lunapolis przypomina nasz własny świat...

Nikt tak naprawdę nie wie (czytelnik również), czym jest Przebudzenie i kim są Przedksiężycowi. Strach przed odrzuceniem jest jednak tak wielki, że wypiera całą świadomość i tylko nieliczni zastanawiają się nad sensem istniejącego systemu i dostrzegają jego braki. Powodowani walką o przetrwanie mieszkańcy Lunapolis wydają każde pieniądze na kolejne genozmiany. Dzieci nie rodzą się w naturalny sposób, są produktami duszoinżynierów, mieszankami określonych cech, wykupywanych przez rodziców zależnie od stopnia zamożności. Nawet to jednak nie daje gwarancji na dotrwanie do Przebudzenia. Ludzie, doskonaląc się genetycznie, zatracają własne człowieczeństwo. Zdarza się też tak, że genozmiany stają się celem samym w sobie (Brin Issa, ojciec Kairy).

Kańtoch wprawnie posługuje się sugestywnym, plastycznym opisem swojego miasta. W ogóle, zauważyłam panującą modę na miasta "wiszące", budowane z przedziwnych konstrukcji o dziwnych nazwach (Scott Lynch i jego Camorra, i tak, niestety Alan Campbell i jego Deepgate). Lynchowi i polskiej autorce zdecydowanie wychodzi to lepiej, czytelnik z łatwością potrafi to sobie wyobrazić. Zwłaszcza jeśli chodzi o Lunapolis z przeszłości - odczuwa się duszną atmosferę rozkładu, mroczną beznadziejność. "Przedksiężycowi" to nie jest już fantasy, książkę określiłabym bardziej jako s-f w stylu retro (wynalazki, latające machiny, mechanoidy, duszoinżynierowie, a jednak wszystko utrzymane w kolorze sepii). Akcja "Przedksiężycowych" od razu niemal nasunęła mi skojarzenia z filmem "Equilibrium", nie tylko przez nazwę jednej z wież, w której pracują duszoinżynierowie, ale przede wszystkim w odniesieniu do doskonalenia się bez możliwości wyboru innej drogi, niż ta wyznaczona przez przywodcę, którego zresztą nikt nigdy nie widział.

To co podoba mi się u Kańtoch, to jej świetny sposób opisu swoich bohaterów zaledwie kilkoma słowami. Cenię ją również za nieco ironiczny stosunek do nich, zupełnie bezemocjonalny. To z kolei rzutuje na mój odbiór postaci - z żadną się nie utożsamiam, dzięki czemu mogę ich zachowania oceniać bardziej obiektywnie. Ogólnie Kańtoch ma specyficzny, lekko ironiczny styl pisania nawet o rzeczach poważnych, dzięki czemu osiągnęła lekkość odbioru, jednocześnie nie tracąc zupełnej powagi opisywanej sytuacji, a czasem wręcz ją podkreślając.

Równie dobrze i przemyślanie ułożona jest fabuła książki, która rozrasta się w miarę kolejnych stron. Poszczególne wątki splatają się ze sobą, tworząc logicznie ułożoną całość, intrygując sprawiają, że chce się poznać więcej szczegółów, które oczywiście pojawią się w następnych tomach (a może tomie, bo z drugiej strony nie wydaje mi się, żeby było miejsce na 3).

Żeby nie było tak kolorowo, są też pewne minusy. Przede wszystkim Kańtoch zdarza się urywać pewne wątki w miejscach, w których powinny być kontynuowane, i od razu przeskakuje do innego, jakby się znudziła. Trochę lepiej mogłyby być również dopracowane postacie Finnena i Kairy, w obojgu dostrzega się potencjał, jednak czegoś im brakuje, cech, które uczyniłyby je bardziej wyrazistymi. Finnen to budzący politowanie, a czasem lekką pogardę aktor-mitoman, dla którego życie to jedno wielkie przedstawienie w nim w roli głównej. Kaira natomiast jest wychowaną na starych księgach i żyjącż nieistniejącymi w Lunapoli ideałami panieneczką z dobrego domu, która kompletnie nie jest przystosowana do życia. Nie jestem w stanie jednak w żaden sposób ich polubić lub odwrotnie. Co ciekawe, udało się to Kańtoch osiągnąć w przypadku opisu Brina Issy, czy Niraja (brat Kairy). Ten ostatni najbardziej mnie zaintrygował, ale być może wynika to z mojej słabości do bohaterów pozujących na zimnych drani...

Zanim kupiłam książkę, przeczytałam recenzję w Esensji, nadesłaną mi przez Śmietankę. I chociaż już wtedy stwierdziłam, że jej autor nie czytał książki, teraz jestem pewna, że co najwyżej przejrzał tylną stronę okładki. Nazwać Lunapolis utopijnym światem - to trzeba być doprawdy niespełna rozumu, a to już moim zdaniem jest bezczelność. Link do tejże podaję http://esensja.pl/ksiazka/recenzje/tekst.html?id=7131. O książce Kańtoch, o ile bardziej wiarygodnie, pisze też dziennik.pl: dziennik oraz Łukasz Orbitowski: czytelnia.onet.