Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Kwiatkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Kwiatkowska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lipca 2017

Ciągle zmienna, zawsze doskonała (autorka cyklu, nie przedmiot tytułowy) - "Zgubna trucizna", Katarzyna Kwiatkowska, Znak 2017 r.

Kolejna książka z cyklu Jan Morawski trafiła do mnie z końcem marca tego roku. Z różnych względów życiowych potrzebowałam jednak aż tyle czasu, żeby ją zrecenzować, z którego to powodu bardzo mi przykro wobec autorki, wydawnictwa i samej siebie. Powieść czytałam dwukrotnie, bo pierwszym razem tak się zatopiłam w historię i Poznań początków XX wieku, że nie odnotowałam wszystkiego, co chciałam o tej książce napisać. A Zgubna trucizna zasługuje na więcej niż kilka zdań.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to objętość powieści. Książka jest cudownie grubaśna, co mnie wyjątkowo ucieszyło, bo z reguły nie przepadam za takimi. Miłą też odmianą jest, że akcja dzieje się w mieście i to w najgorętszym towarzysko okresie - karnawale. Tym razem akcja powieści już się rozpoczęła, zanim rozpoczęła się sama powieść. Bardzo cenię w autorce te nowości, eksperymenty, dzięki temu każda książka jest inna. Co więcej, te eksperymenty za każdym razem są świetnie opracowane i doskonale współgrają z formą konwencji, jaką wybrała Katarzyna Kwiatkowska. Dodatkowo na bardzo wysokim poziomie utrzymane są styl, fabuła, tło historyczne. Także normą (i to dobrą) jest, że oprócz wątku głównego mamy kilka pobocznych, jak szukanie przez rząd niemiecki powodów do dokręcenie śruby “zaborowej” Polakom przez śledzenie i pogrążanie duchowieństwa, czy wątek miłosny z udziałem samego Jana, czy też perypetie rodzinne Mateusza. Styl powieści jest bez zarzutu, lekki, obrazowy, konkretny w scenach opisujących metody fałszerstwa czy innych sztuk, mniej kryminalnych. Dialogi i opisy dopełnione są poczuciem humoru, subtelnym, eleganckim, inteligentnym. Metafory są również wyszukane, zgodne wręcz z klimatem epoki.

Jak zawsze wątek kryminalny toczy się powoli, co jakiś czas dochodzą nowe fakty, które pozwalałam Janowi składać w całość. Sama już się nad nimi nie zastanawiałam, cieszyłam się z samej lektury i możliwości obserwacji. Oczywiście wokół Jana pojawiają się także kolorowe postaci, a ponieważ akcja toczy się w mieście, to jest ich o wiele więcej niż w poprzednich książkach. Szczególną sympatię budzi doktor Franciszek Chłapowski, postać zresztą historyczna, i jego żona Maria. Antypatię natomiast szybko czuje się do Anastazji Nowackiej, manipulantki i intrygantki kryjącej się pod maską niewinnego blondwłosego aniołka. Intrygującą bohaterką jest również Izabela Boratyńska, która szybko staje się partnerką Jana w prowadzeniu śledztwa. Przy okazji wydaje mi się, że Kwiatkowska zaczęła skupiać się na teraźniejszym życiu Jana, niż na jego przeszłości. Morawski znalazł się w podwójnie niebezpiecznej sytuacji, z jednej strony mierzy się z niemiecką policją, ponieważ jest podejrzany o morderstwo. Z drugiej strony na celownik wzięły go niemal wszystkie mamy z towarzystwa, które upatrywały w nim idealną partię dla swych córeczek. Autorka nie pozostawia wątpliwości co do tego, że druga strona ataku jest znacznie bardziej niebezpieczna. Również o wiele więcej dowiadujemy się o przeszłości Mateusza, która dosłownie wprasza się z impetem do hotelowego pokoju.

Autorka raczy niuansami ówczesnej socjety. Zabawne i przerażające są opisy targowania się o małżeństwa, posag. Związek nie jest tu niczym romantycznym, wszystkim chodzi wyłącznie o pieniądze. Kwiatkowska nie kryguje się, dialogi rodziców z przyzwoitkami są tu bardzo bezpośrednie i zdecydowanie stanowią największą część rozrywkową i przeciwwagę dla toczących się wydarzeń. Dowiadujemy się również, jak wykonywało się fałszerstwa banknotów, czy w jaki sposób funkcjonowała komunikacja dorożkarska. Mamy więc unikalny wgląd w życie niemal wszystkich warstw społecznych Poznania w czasie zaborów. Kwiatkowska, jak w każdej z książek, ukazuje również bogate tło historyczne, którego jest zdecydowanie więcej niż w poprzednich książkach. Zadziwia kreatywność Polaków w walce o zachowanie swojej narodowej odrębności, solidarność w działaniu (spółdzielnie pożyczkowe) i pomaganiu. Przy okazji napawa smutną refleksją wobec obecnych czasów. Wielu wydarzeń z historii tego czasu nie pamiętam z lekcji historii (bo i o wielu się nie mówiło), dodatkową frajdę sprawiało mi więc buszowanie w innych źródłach. Ale spokojnie, i bez tego można śledzić akcję powieści z równym zafascynowaniem.

Lekturę Zgubnej trucizny zakończyłam z refleksją, że nie ma złych Niemców (wstaw inną narodowość) i dobrych Niemców, są źli ludzie i dobrzy ludzie, to my decydujemy, jak się zachowamy w każdej sytuacji, i czy będziemy w tych decyzjach zwracali uwagę na dobro innych i czy będziemy podchodzić do innych z szacunkiem. Ten wniosek jest ważny tym bardziej teraz i po raz kolejny udowadnia, że historia się powtarza, a my niczego się z niej nie uczymy...

Za udostępnienie książki do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Znak.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Kto był inspiracją dla Jana Morawskiego, o czym najtrudniej pisać, dlaczego Jan a nie Konstancja... - Wywiad z Katarzyną Kwiatkowską

12 sierpnia miała premierę Zbrodnia w szkarłacie. Wrażeniami z lektury podzieliłam się na krótko przed premierą. Dzisiaj z przyjemnością zapraszam Was do przeczytania wywiadu z autorką kryminałów o Janie Morawskim, Katarzyną Kwiatkowską.

Skąd pomysł na powieść detektywistyczną? I dlaczego retro?
Podobno każdy pisze to, co sam chciałby przeczytać, ja więc piszę kryminały, bo to mój ulubiony gatunek. A spośród odmian kryminałów najbardziej lubię powieści detektywistyczne, w których czytelnik, na równi z głównym bohaterem, może prowadzić śledztwo i odkrywać winnego.Bardzo interesuje mnie życie zwykłych ludzi w przeszłości, tamte obyczaje i sprawy. Dlatego akcję moich książek umieściłam w czasach, które mnie fascynują.
Pani powieści to mieszanka kryminału, obyczajówki, historii. Jaki obszar zajmuje Panią najbardziej? Bez którego z nich absolutnie nie wyobraża Pani sobie swoich powieści?
Staram się tworzyć zrównoważoną kompozycję z tych elementów, które Pani wymieniła, ale gdybym absolutnie musiała wybrać jeden składnik, chyba byłaby to historia. Nie wiem, czy chciałabym pisać o czasach obecnych, choć nie zarzekam się, że to nigdy nie nastąpi.
Czy jest jakiś obszar, który sprawia Pani największą trudność w pisaniu?
Zdecydowanie jest to pisanie o emocjach. Sama jestem osobą skrytą, dlatego wywlekanie na światło dzienne czyichś uczuć i przeżyć wydaje mi się naruszeniem prywatności. Jest to dość zabawne, bo ta niechęć dotyczy również postaci wymyślonych.
Jak długo pracuje Pani nad książką, od pomysłu do oddania jej do wydawcy?
Szczegółowe planowanie zabiera mi 4-6 miesięcy, pisanie pierwszej wersji 1,5 do 2 miesięcy, potem odkładam tekst na kilka tygodni. Ostatni etap trwa 2-3 miesiące i polega na uzupełnianiu pozostawionych luk, czytaniu, poprawianiu i wycinaniu. Zwłaszcza wycinaniu.
Ile czasu zajmuje Pani zbieranie informacji do książki? Czy ma Pani już kompletną bazę i tylko z niej wybiera odpowiednie dane, jak opisy dworów, obyczajów, wydarzeń?
Nie potrafię ocenić, jak długo trwa zbieranie informacji. Wydawałoby się, że pisząc kolejną książkę umiejscowioną w tym samym regionie i w tym samym czasie, powinnam dysponować kompletną bazą danych. Tak jednak nie jest. Oczywiście, nieustannie gromadzę informacje, czytam właściwie tylko książki dotyczące XIX wieku, posiadam sporą kolekcję albumów ze zdjęciami dworów, całe roczniki „Tygodnika Ilustrowanego”, wiele tomów wspomnień. Zbrodnia w szkarłacie tym się jednak różni od poprzednich książek o Janie, że opisuje konkretne zjawisko historyczne; jest mocniej zakotwiczona w czasie, a także w przestrzeni, gdyż akcję umieściłam w prawdziwym miejscu. To wymagało dodatkowych badań.
Tyle Pani wie o historii Polski, i tak prosto i przejmująco Pani o niej pisze w powieściach. Myślała może Pani, aby napisać książkę naukową historyczną?
Bardzo dziękuję za komplement, ale moja wiedza historyczna ogranicza się właściwie do sfery codzienności i obyczajów, czyli tego, co mnie interesuje. W innych aspektach jest dość fragmentaryczna. A gdy ogarnia mnie przekonanie, że już sporo wiem, czytam sobie fragment mojej ulubionej Europy Normana Daviesa i szybko pozbywam się tego miłego samozadowolenia. Zresztą książek o zwyczajach ziemiaństwa jest już wiele i moja zapewne nie wniosłaby niczego nowego.

Do tej pory tłem dla akcji były spokojne kurorty albo prowincjonalne domostwa. Czy planuje Pani pokazać Jana (albo Konstancję) w jakiejś szpiegowskiej intrydze, w niebezpiecznym otoczeniu?
Hm, wydaje mi się, że nie ma sprzeczności między prowincjonalnym domostwem a niebezpiecznym otoczeniem, tak jak nie ma sprzeczności między kurortem a szpiegowską intrygą. Zdarzają mi się chwile, gdy korci mnie, by moje historie zbrutalizować, a bohaterów unurzać w krwi, ale to tylko chwile. Pewniej się czuję, konstruując precyzyjne zagadki i umieszczając je w świecie, który przeminął.
Dlaczego dla swoich dwóch ostatnich powieści wybrała Pani opcję self publishing? Co było powodem tej decyzji?
Za każdą chyba decyzją o wyborze takiej ścieżki kryje się jeden powód: wydawnictwa tradycyjne nie były zainteresowane moją książką.
Co jest plusem takiego rozwiązania Pani zdaniem, a co przydałoby się poprawić?
Plusem jest nieograniczony właściwie wpływ autora na tekst i ostateczny kształt książki, ale ten plus jest też minusem, gdyż autor nie jest alfą i omegą, są więc sprawy, na których ktoś inny zna się lepiej i ktoś inny powinien być za nie odpowiedzialny. Każda książka potrzebuje surowego oka redaktora, który powie jasno: „to wyciąć, to dodać, to zmienić”, każda książka potrzebuje też czujnego korektora. Self-publishing, z którym ja się zetknęłam, nie zapewnia pieczy redaktorsko-korektorskiej na takim poziomie, jak wydawnictwa tradycyjne.
Dlaczego zdecydowała się Pani na Jana jako głównego bohatera, a nie wybrała Pani Konstancji?
Od początku wiedziałam, że tematem Zbrodni w szkarłacie będzie walka o ziemię, a bardziej odpowiednim bohaterem dla takiej historii był Jan. Konstancja, jako kobieta, byłaby odsunięta na boczny tor.
Czy uczynienie Konstancji główną postacią planowała Pani już wcześniej?
Konstancja pojawiała się już w dwóch pierwszych książkach i zamierzałam wprowadzić ją kiedyś do akcji jako współpracownicę Jana. Po Ablu i Kainie zapragnęłam jednak zmiany. Chciałam, by pierwszoplanowym bohaterem stał się Neapol i jego okolice, a jako dodatkowy komponent fabuły miała się pojawić intryga szpiegowska. Do takiego poplątanego, chaotycznego śledztwa lepiej pasowała kobieta-amatorka. Tak narodził się pomysł umieszczenia Konstancji – bez Jana – w świetle reflektorów.
Czy Konstancja będzie jeszcze prowadzącą bohaterką w jakiejś powieści? Poznamy jej dalsze losy?
Bardzo chciałabym opowiedzieć o dalszych przygodach Konstancji ( i ciotki Victorii:)), mam nawet wstępny pomysł, ale ponieważ historie o Janie spotkały się z przychylniejszym odzewem Czytelników, Konstancja będzie musiała trochę poczekać na swój czas.
W Pani książkach jest wiele autentyzmu. Powołuje się Pani na prawdziwe miejsca, wydarzenia historyczne. A jak to jest z postaciami? Przyznam, że starałam się znaleźć w sieci Jana Morawskiego, ale wyniki pokazują dwóch panów o tym nazwisku i żaden z nich nie nadaje się wiekiem na bohatera Pani książek… Czy Jan jest kimś inspirowany, jakąś historyczną postacią?
Postać Jana nie ma pierwowzoru. Nazwisko otrzymał od Krzysztofa Morawskiego, autora Wspomnień z Turwi, pierwszej książki o Wielkopolsce, jaką przeczytałam. Imię „Jan” zaś należy do moich ulubionych. A jeślibym miała wskazać inspirację literacką, to byłby nim molierowski Filint, którego Boy nazwał człowiekiem stuprocentowo wyrozumiałym, zdolnym pojąć każde szaleństwo i dziwactwo; kimś, kto żył według własnych zasad, ale szanował zasady innych.
Relacja Jana i Mateusza jest bardzo intrygująca i niezwykła, biorąc pod uwagę tamte czasy i obyczaje. Czy poznamy genezę ich znajomości?
Mateusza zatrudnił ojciec Jana, gdy ten skończył 18 lat. Od tej pory kamerdyner towarzyszy Janowi, a ponieważ młody Morawski nigdzie nie zagrzewa miejsca, taki tryb życia sprzyja zażyłości. Być może kiedyś opiszę przygody obu panów poprzedzające Zbrodnię w błękicie.
Sam Mateusz to bardzo ciekawa postać. Czy o nim samym dowiemy się więcej?
Tak, specjalnie z myślą o wielbicielkach Mateusza zamierzam zdradzić kilka jego tajemnic z przeszłości.
Pani Katarzyno, bardzo dziękuję za udzielenie odpowiedzi:)

Zachęcam także do przeczytania innego wywiadu z Katarzyną Kwiatkowską - pytania nie są takie same, więc warto zajrzeć.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kryminał wielofunkcyjny - "Zbrodnia w szkarłacie", Katarzyna Kwiatkowska, Znak 2015 r.

Po lekturze Zobaczyć Sorrento i umrzeć Katarzyny Kwiatkowskiej sądziłam, że będzie to moja ulubiona jej książka i że autorka nie przeskoczy już sama siebie, ale że chociaż utrzyma ten styl. W końcu kryminały to dość skostniała konwencja i niewiele można w niej namieszać. Zbrodnią w szkarłacie Katarzyna Kwiatkowska pokazuje, że ona jednak namieszać potrafi i z pewnością jeszcze niejednym pomysłem zaskoczy swoich czytelników. Tak jak postarała się pisarka, postarało się też wydawnictwo – piękna okładka, inicjały autorki złożone w proste, szykowne logo, dobre słowo od uznawanego za mistrza kryminału retro Marka Krajewskiego i ten zacny tytuł pierwszej damy dla autorki, na który w pełni zasługuje.

Autorka coraz śmielej sobie poczyna, wplatając w fabułę coraz więcej wątków, i idzie jej to doskonale! Mamy tu morderstwo, romans, obyczajowość, kwestię zagarniania majątków polskich, cichej walki z zaborcą, poszukiwanie skarbu. Trudno za tym nadążyć, ale nie można się poddawać, a zabawa jest przednia! Autorka doskonale operuje humorem, zarówno dialogowym, jak i sytuacyjnym. Pojawia się on w idealnych momentach, a jest ich całkiem sporo. Do tej wielofunkcyjności powieści dochodzi zatem jeszcze funkcja komediowa. Aż dziwne, że udało się to wszystko zmieścić na niecałych czterystu stronach. Co ciekawe żaden z elementów nie przytłacza, nie miałam wrażenia, że czegoś jest za dużo, a czegoś zbyt mało. Z książki na książkę jest coraz lepiej! Zbrodnia w szkarłacie pokazuje świadomość pisarską Kwiatkowskiej, która eksperymentuje z konwencją kryminału. Pokazała to już w Zobaczyć Sorrento i umrzeć. Tutaj także zmienia schemat prowadzenia akcji, nadal co prawda pozostając w głównej konwencji. W Zbrodni w szkarłacie tym razem "pomocnikiem" Jana nie jest wyjątkowo Mateusz, który prawie się w powieści nie przewija.

Zwykle gdy czytam kryminały, to nieznacznie uczestniczę w akcji jako detektyw, nie angażuję się w rozwiązywanie zagadki, bo wiem, że nie mam wielkich szans i raczej pozwalam autorowi się prowadzić. Przy książkach Kwiatkowskiej zamieniam się w prawdziwego śledczego, analizuję, wracam do poprzednich wydarzeń, robię sobie notatki i staram się wyprzedzić myśli i kroki Jana. Kilkakrotnie udało mi się to chociaż na chwilę i wtedy byłam z siebie bardzo dumna.

Zbrodnia w szkarłacie to plejada cudownie wyrazistych, żywych bohaterów. To zachwycające, że każda z postaci w książkach Kwiatkowskiej jest inna, niepowtarzalna. To bardzo rzadka umiejętność - takie tworzenie postaci, aby się od siebie odróżniały nie tylko w jednej powieści, ale także różniły się od postaci z innych książek. Oczywiście, nie różnią się od siebie diametralnie, wiele cech mają podobnych, ale posiadają swoje unikalne właściwości. Każda z tych osób mogłaby opowiedzieć swoją historię. A przy tym są to prawdziwi ludzie, chciałoby się ich poznać, porozmawiać z nimi, uczyć od nich. O samym Janie można się wreszcie więcej dowiedzieć! Autorka zdradza bardziej intymne, prywatne szczegóły z życia Morawskiego, jak jego wspomnienia z dzieciństwa, czy mniejsze lub większe grzeszki. Mamy okazję być świadkiem jego bardziej osobistych przemyśleń, widzimy jak przeżywa emocje, którym dotąd zdawał się nie poddawać. Bardzo podoba mi się także zachowanie ciągłości w książkach. Co jakiś czas pojawiają się wzmianki o bohaterach z wcześniejszych, dzięki temu łatwiej się zaangażować w te historie, wydają się prawdziwe.

Jak w poprzednich powieściach, tak i tutaj przewija się polska historia. Tym razem bardziej szczegółowo można poczytać o Związku Ziemian, o którym Jan dowiedział się już w powieści Abel i Kain. Wyjątkowo Zbrodnia w szkarłacie jest też bardzo na czasie, mimo że tło historyczne jest odlegle. Zdaje mi się, że autorka wyraża w powieści swoje zdanie na temat trwającej od kilku dobrych lat sytuacji w naszym kraju i ja się z nią zgadzam. Obnaża bezmyślność, chciwość naszych przodków, którą odziedziczyliśmy i niewiele nas nauczyły przeszłe doświadczenia.

W każdej książce Kwiatkowskiej odznacza się miłość do wielkopolskich dworów jako budynków, architektury, przestrzeni, ale w Zbrodni w szkarłacie szczególnie to widać. Dwór w Jeziorach zdaje się być pełnoprawnym, barwnym bohaterem opowieści. Fascynacja dworami wielkopolskimi doskonale zgrywa się z moją miłością do dworów i zamków! Malownicze i dokładne opisy architektury sprawiają, że miałam ochotę się spakować i tam pojechać choćby zaraz. Jeziory są na mojej liście miejsc do odwiedzenia, a w podroż zabiorę te książkę jako przewodnik.

Chociaż zawsze staram się delektować opowiadaną przez autorkę historią, czytać uważnie i powoli, to zawsze się łamię i ostatnie pięćdziesiąt stron czytam już w amoku, głodna rozwiązania wszystkich wątków, nie zważając na to, że to już trzecia nad ranem, a o szóstej pobudka do pracy…


Za udostępnienie recenzenckiego egzemplarza dziękuję autorce i wydawnictwu Znak.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Książkowego 2015 w kategorii:
  • W tytule jest kolor

czwartek, 5 lutego 2015

Korzystna zamiana - "Zobaczyć Sorrento i umrzeć", Katarzyna Kwiatkowska, rozpisani.pl 2014 r.

Zobaczyć Sorrento i umrzeć to trzecia powieść w dorobku Katarzyny Kwiatkowskiej. Zbrodnia w błękicie zachwyciła mnie lekkością stylu i świetnym połączeniem kryminału i powieści obyczajowej. Autorka w Ablu i Kainie kontynuowała tę tradycję, umacniając moją dobrą opinię. Zobaczyć Sorrento i umrzeć jest książką inną w wielu aspektach i jeszcze lepiej dopracowaną pod względem stylu, klimatu oraz motywów kryminalnych i obyczajowych.

Tym razem autorka zabiera czytelnika w podroż po Włoszech, urokliwym, ale niepozbawionym mroków Sorrento, Neapolu, Capri. Najważniejszą innością jest zmiana bohaterów - tym razem to nie Jan bawi się w detektywa. Poznajemy jego prawie narzeczoną, Konstancję Radolińską. Zmianę bohaterów uważam za świetne posunięcie! W konwencji kryminałów jest też to krok oryginalny. Początkowo byłam niepocieszona, liczyłam bowiem, że tym razem dowiem się więcej o Janie. Lecz szybko moje rozczarowanie zmieniło się w zachwyt nad Konstancją. Konstancja, chociaż nie jest tajemnicza i metodyczna, jak Jan, to jest równie zajmującą postacią, a jej droga do siebie jest o wiele ciekawsza niż perypetie jej narzeczonego. O dziwo, o Janie dowiedziałam się całkiem sporo, więcej niż w poprzednich książkach. Zabieg opisu postaci z innej perspektywy to kolejny plus dla Katarzyny Kwiatkowskiej. 

Powieść ma o wiele lżejszy charakter niż Zbrodnia w błękicie czy Abel i Kain, i to mimo większej ilości zabójstw i nie mniejszej ilości napięcia. Wszystko zapewne dzięki atmosferze lata i malowniczo oddanych Włoch wraz z obyczajowością ich mieszkańców. Zobaczyć Sorrento i umrzeć czytałam z prawdziwą przyjemnością, w niewielkich ilościach, aby jak najdłużej cieszyć się towarzystwem książki. Jest to jedna z nielicznych książek, którą chciałam czytać i czytać i z pewnością będę do niej wracać. Co więcej, przy całym swoim napięciu wywołanym intrygami i morderstwami jest zabawna! Humor sytuacyjny i dialogowy istnieje tu przede wszystkim dzięki ciotce Konstancji, Victorii, ale też pozostali nie są gorsi. Sama Konstancja powoduje wiele śmiesznych sytuacji. Autorka przywiązuje tutaj dużo większą uwagę do psychologii postaci niż we wcześniejszych książkach. Poprzednio bohaterowie odpowiedzialni byli głównie za dokładanie kolejnych pytań lub odpowiedzi do kryminalnej zagadki. W Zobaczyć Sorrento i umrzeć każdy z bohaterów ma swoją historię i niemal każdego z nich chciałam poznać. Mam nadzieję kilkoro z nich spotkać w kolejnych książkach.

Intryga kryminalna jest mocno zapętlona, z każdą stroną pojawia się więcej komplikacji, po odpowiedzi na jedno pytanie pojawiają się dwie kolejne zagadki. Co prawda przeczuwałam rozwiązanie, jednak gdy się ujawniło, byłam zaskoczona. Wątek morderstw powiązany z konspiracją i kradzieżą obrazów Caravaggia wciąga od pierwszych minut lektury i uważam go za równie dobry, jak w Zbrodni w błękicie, może dlatego, że oba są połączone z historycznymi wydarzeniami. Okazuje się, że Konstancja radzi sobie z prowadzeniem śledztwa nie gorzej od Jana, a z pewnością jej entuzjastyczne podejście, niestrudzona ciekawość, żywość umysłu w tworzeniu kolejnych teorii sprawiają, że jej sposób jest o wiele bardziej angażujący czytelnika niż działania Jana, który przy niej wydaje się... nudziarzem.

Jak zwykle świetne tło społeczno-historyczne. Jesteśmy już na początku XX wieku, otrzymujemy wiele informacji o etykiecie wśród wyższych sfer oraz o tym, w jakim miejscu były kobiety w społeczeństwie. Kobieca niezależność i feminizm to ważne wątki tej powieści. Przykład kobiecych bohaterek świetnie ilustruje pułapki, w jakich żyły ówczesne kobiety (zwłaszcza, mam wrażenie, te z wyższych sfer), dla których jedynymi sposobami na wolność było odważne postawienie swoich celów przeciwko rodzinie czy wdowieństwo po bogatym mężu. Odkrycia, jakich w sobie dokonuje Konstancja dzięki śledztwu, są równie istotne, co wątek kryminalny. Bardzo polubiłam tę bohaterkę i mocno jej kibicuję, chcę też wiedzieć, jak ułożą się jej dalsze losy. Przy takim obrocie spraw i umiejętności przewracania wątków przez Katarzynę Kwiatkowską moja ciekawość jest bardzo duża.

Myślę, że Zobaczyć Sorrento i umrzeć to jak dotąd najlepsza powieść Kwiatkowskiej. Autorka dopracowała styl językowy, jej bohaterowie wydają się żywi i pełnowymiarowi, świetnie prowadzona intryga kryminalna w otoczeniu obyczajowo-historycznego tła, w dodatku humor i przewrotność w podejściu do konwencji stawiają ją w gronie moich ulubionych pisarek w ogóle.

Dziękuję i proszę o więcej.

Zobaczyć Sorrento i umrzeć jest pierwszą książką z mojego wyzwania książkowego na 2015 rok, które krążyło pod koniec roku w sieci. Punkty zawarte na liście wydały mi się na tyle ciekawe, że postanowiłam się zmotywować do ich wypełnienia. Oczywiście będę ją lekko modyfikować i nie będę szła z planem jeden punkt - jedna książka, objawia się tu chyba moja przekorność i poczucie wolności w wyborach. Dlatego powieść Katarzyny Kwiatkowskiej spełnia trzy punkty na liście:

  1. Więcej niż 215 stron,
  2. Autorem jest Kobieta
  3. W tytule jest nazwa miasta

wtorek, 4 czerwca 2013

"Abel i Kain", Katarzyna Kwiatkowska, Novae Res 2013

Jeśli czytam coś innego niż fantastykę, są to kryminały retro. Najchętniej sięgam po te dziejące się w XIX wieku, w Wielkiej Brytanii lub w Polsce. Zwłaszcza te rodzimych autorów podobają mi się najbardziej. Kilka lat temu zachwycałam się Złotym wilkiem Bartłomieja Rychtera, podobał mi się Marcin Wroński i jego Kino Venus, a ostatnio moją uwagę przykuła debiutancka powieść Katarzyny Kwiatkowskiej Zbrodnia w błękicie. Po tej lekturze chciałam dwóch rzeczy – aby autorka napisała kolejną książkę z Janem Morawskim w roli głównej, a także aby było w niej więcej informacji o tajemniczym detektywie. Pierwsze życzenie spełniło się w tym roku, kiedy nakładem Novae Res ukazała się powieść Abel i Kain, które otrzymałam od samej autorki, za co jej bardzo serdecznie dziękuję (a tak, chwalę się, bo jak często zdarza się, że pisarz odzywa się do blogera, wyrażając uznanie dla jego działalności i proponując przeczytanie jego najnowszej powieści? Nie wiem, jak Wam, ale mnie to się nie zdarzyło aż do teraz). Na spełnienie drugiego życzenia jednak nie miałam co liczyć, ale wybaczam pani Kasi, ponieważ tak jak pierwsza jej powieść, tak i ta wciągnęła mnie na kilka wieczorów w duszny (nie tylko od panującego w niej lata) klimat szlacheckich intryg.

Tym razem Jan i jego kamerdyner-przyjaciel Mateusz usiłują rozwikłać zagadkę zabójstwa w dworze w Stępowie, majątku rodziny Ponińskich. A ta nie jest wcale łatwa, kolejni podejrzani wyskakują niczym króliki z magicznego kapelusza, pojawiają się coraz to nowe tropy, a domownicy, niby chętnie współpracując z detektywami, ukrywają niektóre fakty dotyczące wydarzeń, siebie i historii swoich rodzin. Powietrze jest tu gęste nie tylko od upalnego klimatu lipcowego miesiąca, lecz także od nawarstwiających się tajemnic i intryg. Śledząc poczynania Morawskiego, czułam się chwilami nie jak w szlacheckim dworku, ale na królewskim dworze. Autorka zmyślnie buduje akcję, pozwalając czytelnikowi razem z bohaterami rozsupływać kolejne węzełki zaplątanego motka historii. A samozwańczy detektywi robią to z urokliwą niezgrabnością i wprawą amatorów, dzięki czemu są o wiele bardziej wiarygodni niż Sherlock Holmes.

Akcja powieści dzieje się w roku 1900 i ponownie pisarce udało się doskonale odwzorować zwyczajne życie polskiej wsi, osadzając je w kontekście historycznych wydarzeń. I chociaż nie są one tak namacalne, jak w Zbrodni w błękicie, to pobrzmiewają echem w rozmowach i zachowaniu postaci. Nawet Jan bierze w nich udział, Kwiatkowska ujawnia kilka zaledwie informacji o działalności detektywa, nadal jednak skąpych i mało dokładnych, aby można je było uznać za satysfakcjonujące. To właściwie dobrze, ponieważ nie odwraca on uwagi od i tak zagmatwanej fabuły, a pozostawia chęć poznania jego losów. Mam nadzieję, że w którymś momencie Morawski będzie się musiał zmierzyć ze swoją przeszłością lub teraźniejszością i wtedy jego osoba stanie się mniej tajemnicza.

Katarzynie Kwiatkowskiej udało się podtrzymać bardzo dobry poziom w każdym aspekcie. Bohaterowie są może troszkę szablonowi, ale rzeczywiści, budzą wiele emocji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Kryminalna zagadka jest na tyle frapująca i nieprzewidywalna, że cały czas wytężałam umysł w celu jej rozwiązania, które nieco przewidywałam, ale pozostawiło mnie w zaskoczeniu. Historyczne tło obyczajowe również ciekawi, autorka w detalach oddaje codzienne stroje, zwyczaje, nawet posiłki (bohaterowie jedzą tam same pyszności i to dość często, w trakcie lektury byłam niemal prawie cały czas głodna!), można się przekonać, w jaki sposób ziemscy właściciele zajmowali się swoimi gospodarstwami. A to wszystko opisane jest w malowniczy, lekki sposób, czasem z nutką uszczypliwej ironii, wielokrotnie z dobrotliwym humorem. Mam nadzieję, że pisarka tworzy już kolejną opowieść.

niedziela, 20 maja 2012

W stylu Agathy Christie - "Zbrodnia w błękicie", Katarzyna Kwiatkowska, Zysk i S-ka 2011

Niedawno uświadomiłam sobie, że bardzo trudno napisać dobry kryminał, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Tak jak przy każdej innej książce potrzebny jest oczywiście dobry pomysł, solidna fabuła, ciekawi bohaterowie, idealnie dobrane miejsce akcji. Jednak autor kryminału, aby utrzymać ciągłą uwagę czytelnika, musi się postarać tak zmącić mu w głowie, żeby nie wiedział do końca, kto popełnił zbrodnię, nawet jeśli ma jakieś przebłyski. Ponadto musi wciągnąć w śledztwo czytelnika, dawać oszczędne wskazówki, by razem z bohaterami szedł za kolejnym tropem, a sam być o kilka kroków do przodu, by móc zaskakiwać przebiegiem akcji. Musi również stworzyć atmosferę tajemniczości, osaczenia, niepokoju, przede wszystkim swoim postaciom, ale też powinien to czuć czytelnik. Kryminał zatem to bardzo wymagający gatunek. Nie poradził sobie z nim Bernard Cornwell w Złodziejuz szafotu, autor przecież tak rewelacyjnej Trylogii arturiańskiej. Tym bardziej trudno uwierzyć, że sprostała mu debiutantka. A jednak. Katarzyna Kwiatkowska wywiązała się z roli autorki kryminałów niemal idealnie.

Zbrodnia w błękicie przyciągnęła mnie, a jakże, XIX wiekiem, którym fascynuję się od pewnego czasu. Dodatkowym plusem jest miejsce akcji – polski pałac. Już od pierwszych stron opowieść wciąga w klimat Polski tamtych czasów, autorka postarała się wprowadzić czytelnika w świat, wprawdzie zamknięty, ale bogaty w ówczesne obyczaje, dokładnie opisując sam dwór oraz wszystkich jego mieszkańców. Nikogo nie zaniedbała, każdemu dała charakter i odrębność, życie, co sprawiło, że czułam się nie tylko obserwatorem wydarzeń, lecz także jego uczestniczką. Dzięki tym ludziom i kilku faktom łatwo wyobrazić sobie życie w ogarniętym przez zaborcę kraju.

Chociaż autorka wielokrotnie przywołuje Sherlocka Holmesa i osobę Arthura Conan Doyle’a (tytuł powieści zdaje się odnosić do A Study in Scarlet Doyle'a) , którym fascynuje się jeden z bohaterów, Mateusz, to sama fabuła bardziej przypomina książki Agathy Christie – odcięty od świata pałac w Wielkopolsce, pewność, że któryś z mieszkańców lub gości odpowiada za okrutną zbrodnię kojarzy się z cyklem o Herculesie Poirot. Również postać głównego bohatera, Jana Morawskiego, ma w sobie łagodność i opanowanie, jakim charakteryzował się belgijski detektyw, i w niczym nie przypomina socjopatycznego i nieobliczalnego Holmesa. A wszystko zaczyna się zupełnie niewinnie i mimo że czytelnik wie, że za chwilę dojdzie do morderstwa, to daje się ponieść domowemu nastrojowi pierwszych rozdziałów. Zdążyłam poznać przyszłą ofiarę i byłam w szoku, tak samo jak bohaterowie, kiedy dowiedziałam się, że to ona została zabita. Tu należą się szczególne podziękowania wydawcy za zachowanie informacji o tym, kto został zamordowany, w tajemnicy, zwykle już w opisie na okładce dowiadujemy się kilku rzeczy.

Jan Morawski zajmuje się rozwikłaniem śmierci kobiety, co nie jest wcale łatwe. Kolejne tropy coraz bardziej mieszają się, na jaw wychodzą różne tajemnice i młodzieniec zamiast przybliżać się do rozwiązania,  coraz bardziej się od niego oddala. Czytelnik otrzymuje nieco więcej informacji, ponieważ autorka sprytnie nie skupia się tylko na postaci Jana i jego działaniom śledczym. Mamy okazję, jakby zupełnie przypadkiem, obserwować innych bohaterów przy ich codziennych zajęciach, snujących własne przypuszczenia, toczących swoje gierki. Dzięki temu tworzy nam się pełniejszy obraz ich postaci, autorka wciąga nas w opowieść, sprawia, że sami zaczniemy się bawić w detektywów. Dzięki temu lektura powieści całkowicie mnie pochłonęła, czytałam głodna kolejnych informacji, które pozwoliłyby mi rozwiązać zagadkę.

Plastyczny język Kwiatkowskiej pozwolił mi widzieć bohaterów, podążać z Janem do celu, uczestniczyć w pełnych napięcia kolacjach i rozmowach. Autorka z niezwykłą dbałością, zupełnie bez wysiłku oddała ducha polskiego dworu z XIX wieku, umiejętnie wplotła także kawałek naszej historii, która staje się tłem dla opowieści. Mimo coraz bardziej zapętlającej się akcji, mimo cienia tragedii wiszącego nad domem Tarnowskich i z wprawą budowanego napięcia pisarka potrafiła przyozdobić fabułę subtelnym humorem, różnym w zależności od okoliczności i postaci. Wszystkich bohaterów Kwiatkowska opisała, czasem nie używając wielu słów. Czytelnik otrzymuje cały wachlarz różnorodnych postaci – od kochliwej służącej Anetki, przez surową, ale lojalną i zasadniczą ochmistrzynię Marię, oddanego dla domu kamerdynera Franciszka, obrotnego i zabawnego Witka, cichą i łagodną Zosię Rusiecką i jej przystojnego brata Karola, po nieobecną i zamkniętą w swoim świecie panią domu, Julię Tarnowską, jej uczciwego i naiwnego męża Tadeusza, wyniosłą niczym udzielna księżna hrabinę Kareńską, ładną, pazerną pannę Paulinę i jej wyrachowanego i unoszącego się pychą stanowiska, z którym tak naprawdę nikt się nie liczy, brata Wacława. Mogłabym wiele jeszcze barwnych postaci wymienić, ale sami je poznacie, kiedy tylko zaczniecie czytać.

Najmniej wiadomo o samym Janie Morawskim. Nie mający swego miejsca ani rodziny podróżuje po świecie, co z jednej strony bardzo mu odpowiada, z drugiej zaś strony czuje się samotny i zazdrości przyjaciołom tego bezpieczeństwa, jakie daje rodzina. Czytelnik stopniowo dowiaduje się nieco więcej, nadal jednak postać Jana pozostaje w cieniu, co czyni go bardziej interesującym, ale też nie odciąga uwagi od głównych wątków. Polubiłam postać młodego poszukiwacza przygód i mam nadzieję, że autorka przybliży jego osobę w innych książkach, bo z pewnością ma on potencjał na bohatera całego cyklu.

Zbrodnia w błękicie urzekła mnie, przeniosła w inne czasy, nauczyła kilku historycznych faktów, kilkakrotnie ubawiła niemal do łez, a najczęściej spędzała sen z powiek, kiedy głowiłam się, kto z domowników byłby w stanie zamordować. Jedyną rysą było zakończenie tej niezwykle udanej intrygi, moim zdaniem lekko wymuszone i jakby nie do końca przemyślane i mało logiczne. Niemniej jednak to książka zachwycająca i z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu jako świetną mieszankę kryminału i powieści historyczno-obyczajowej. Pani Katarzyno, niech pani pisze kolejną!