Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polcon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polcon. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 września 2015

Polcon 2015

Chociaż Polcon trwał od czwartkowego popołudnia do popołudnia niedzielnego, to dla mnie były to dwa intensywne pod względem spotkań dni. Czy pod względem wrażeń? Raczej nie, wyjechałam z Poznania z myślą, że te zjazdy nie sprawiają mi już takiej radości, jak dawniej. Sam konwent, organizacja nie są tego przyczyną, chociaż jest jeden duży minus, który mnie do tych zjazdów zniechęca – marne przygotowanie prowadzących punkty programów. W ciągu tych dwóch dni byłam na kilku różnych spotkaniach i zaledwie trzy z nich mogę uznać za naprawdę ciekawe. Mam wrażenie, że z każdym rokiem poziom merytoryczny prowadzonych prelekcji spada, prowadzący albo nie potrafią swojej wiedzy przekazać w sposób zrozumiały i interesujący, albo ich wiedza jest zbyt powierzchowna. Do tego często dochodzi trema przed publicznymi wystąpieniami, która w porównaniu ze słabym przygotowaniem daje negatywne efekty.

Organizacyjnie Polcon był dobrze przygotowany – w czwartek zero kolejek do akredytacji, mimo sporej ilości osób na niewielkiej powierzchni Politechniki Poznańskiej nie odczuwałam ścisku, większość sal całkiem duża. Słabo było z oprawą żywieniową konwentu, na terenie Politechniki dwa punkty, w pobliżu jeden pseudopub z tanim, niezbyt dobrym alkoholem, i chyba trzy fastfoodownie, z czego jedną była bardzo źle zarządzana pizzeria. Sensowny posiłek można było zjeść na szczęście w pobliskiej Malcie. Swoją drogą, zabawnie było obserwować konwentowiczów, często poprzebieranych za postacie z komiksów, mang, filmów, książek, wśród „zwyczajnych” kupujących. Zwłaszcza w centrum handlowym robi wrażenie ten silny kontrast.

Najlepszą częścią konwentu były oczywiście spotkania ze znajomymi. Z niektórymi nie widziałam się bardzo długo, dobrze było odświeżyć kontakt. Poznałam też kilka nowych osób. Rozmowy, żarty, poczucie akceptacji i bycia na miejscu jest nieocenioną wartością.
Co do prelekcyjnej części konwentu, to moim planem w tym roku było wzięcie udziału w spotkaniach w tematach, na które dotąd nie chodziłam. Jak wyszło? Moje wrażenia poniżej.
Plan wyglądał następująco:
Czwartek
  • 17-19 - Dla tych, co zaczynają przygodę z RPGami
  • 18-19 - Gamifikacja/Grywalizacja
  • 20-21 - Teleportacja, telepatia, komputery kwantowe

Piątek
  • 10-12 - Horror dawny i współczesny
  • 12-15 - Warsztaty malarstwa sumi-e
  • 13-14 - Teoria archetypów dla piszących
  • 14-16 - Warsztaty tańców celtyckich, angielskich i dawnych
  • 16-18 - Spotkanie autorskie z Joe'em Abercrombiem
  • 18-19 - Psychoakustyka
  • 19-20 - Muzyczna matematyka od podstaw
  • 20-21.30 - Cosplay w pigułce dla początkujących

Sobota
  • 12-13 - Niechrześcijańskie dzieje Europy
  • 13-14 - Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych
  • 14-15 - Przewidywanie przyszłości
  • 15-16 - Kosmiczne zderzenia: źródło życia, śmierci i legend
  • 15-16 - O starych filmach - klasyka kina fantasy i SF
  • 16-17 - Jak działają sztuczne sieci neuronowe
  • 18-19 - Bąki nauki popularnej
  • 20-22 - Gala Polconu

W czwartek po południu teren politechniki świecił jeszcze pustkami, o 16.00 nie było nawet kolejki do akredytacji. I to była jedyna konwentowa akcja w tym dniu. Po odbiorze niezbędnych gadżetów, z których pozostawiłam sobie jedynie program i identyfikator, udaliśmy się ze znajomymi na rozpoznanie okolicznych alkopojów, a ponieważ hipsterski klimat (wystroju i cen) Kontenerów nie zachęcał do pozostania, skończyliśmy tradycyjnie na poznańskiej starówce i tam też spędziliśmy wieczór.

Piątek rozpoczęłam od warsztatów malowania chińskim tuszem. Z ciemnej salki przenieśliśmy się na dwór. Przyznam, że po godzinnej próbie malowania bambusów poczułam się nawet zrelaksowana, bardziej jednak byłam znudzona, a kilka wzmianek o genezie techniki sumi-e nie motywowało do pozostania. Ruszyłam więc na obchód stoisk, co trwało jakieś 5 minut, żadna z rzeczy nie wzbudziła mojego większego zainteresowania oprócz pięknych (i zbyt drogich, jak na mój ówczesny budżet) ręcznie malowanych map. Autorką tych cudowności jest właścicielka strony Hekaterium. Były też tańsze produkty. Chciałam wybrać sobie ręcznie robioną zakładkę do książek, ale żadna nie mówiła „kup mnie”. Może kiedyś sprezentuję sobie jakąś mapę na specjalne zamówienie…

Kolejnym przystankiem była prelekcja Elżbiety Żukowskiej – Teoria archetypów dla piszących. Tu już było o wiele bardziej ciekawie, prowadząca lekko i z humorem przedstawiła najważniejsze archetypy bohaterów i postaci towarzyszących, które pisarze wykorzystują od wieków w swoich pracach. Oto one:
  • Bohater - bohater ma spowodować utożsamienie z czytelnikiem, musi wyjść z sytuacji, w której do tej pory przebywał, musi przejść przemianę duchową. Bohater musi posiadać wady i skazy. W archetyp bohatera wpisuje się też antybohaterów - cyników i tragików.
  • Zwiastun - postać, zdarzenie, wizja, figura senna zapowiadająca zmianę. Może być pozytywny, negatywny, neutralny.
  • Mentor - nauczyciel, mistrz, ktoś mądrzejszy, czarodziej dający bohaterowi dary pomagające mu w zwycięstwie. Typy mentorów: mroczny, upadły, powracający, komiczny, szamański; wspiera bohatera w motywacji. Nie musi być to postać ani książka, może być to mentor wewnętrzny bohatera (Kodeks, zasady).
  • Strażnik progu - przeszkoda i wyzwanie; obsesje, uzależnienia, strażnik jest dobry i zły jednocześnie, bohater musi si z nim zmierzyć; bohater konfrontuje się tutaj ze sobą, strażnik zmusza go do działania.
  • Zmiennokształtny - najczęściej jest to kobieta, postać, która oszukuje, jest nieprzewidywalna; jest przeciwieństwem bohatera, działa zupełnie inaczej, dzięki czemu bohater dochodzi do wniosku, że świat nie jest taki jak on, i akceptuje, że sam może być inny.
  • Cień - wróg, antagonista. Fabuła jest tak dobra, jak konstrukcja głównego złoczyńcy. On jest tym wszystkim, czym boi sie być bohater. Bardzo często Cień mówi bohaterowi, że są tacy sami. Inicjuje poważny konflikt. Jest pociągający, silny. Może łączyć się z innymi archetypami - mentorami, strażnikiem progu. Musi mieć pozytywna cechę, nie może być po prostu zły.
  • Sprzymierzeniec - często niezauważany, ale niezbędny w rozwoju bohatera; zadaje bohaterowi pytania czytelnika.
  • Trickster - zabawny kompan, kpiarz, kłamca, wywołuje zdrowy śmiech odbiorcy, dystansuje, prowokator; wyśmiewa bohatera, komentuje z ironią.

Lista książek wspomnianych na spotkaniu:
  • Joseph Campbell – Bohater o tysiącu twarzy, Potęga mitu
  • Christopher Vogler – Podróż autora. Struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy (Żukowska w szczególności polecała tę książkę jako dobre streszczenie pozostałych)

Warsztaty tańców celtyckich wypadły z programu, co dało mi sporo czasu na przerwę obiadową. Następne w kolejce było spotkanie autorskie z Joe’em Abercrombiem. Zapowiadało się ciekawie i przyjemnie dla uszu (autor ma cudowny, brytyjski akcent) i dla oczu (autor jest bardzo przystojny). Niestety przeszkodą okazał się prowadzący, zadający tendencyjne pytania, tłumaczący (nie najlepiej) swoje pytania i odpowiedzi autora. Sam Abercrombie sprawiał wrażenie lekko znudzonego i poirytowanego, ale starał się nie dawać tego po sobie znać. Zrejterowałam po niecałej pół godzinie.

Na dalsze spotkania przeszła mi ochota, wolałam spędzić ten czas ze znajomymi w pobliskim pubie.

Sobotę zaczęłam od panelu dyskusyjnego o stałej cenie książki, który okazał się bardzo ciekawy i dyskusja dała mi wiele do myślenia. Najwięcej kontrowersji wzbudziła obecność jednego z lokalnych polityków, którego prawnicza gadanina nie wniosła niczego, a pokazała jedynie ignorancję w odniesieniu do rynku książki. Mam nadzieję, że dyskusja otworzyła oczy chociaż kilku osobom, co się tak naprawdę za nią kryje (i nie jest to dobro czytelnika i dbałość o jego kieszeń). Po tym burzliwym spotkaniu postanowiłam się zrelaksować na prelekcji Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych. Zapowiadane jako dwugodzinne w programie spotkanie trwało zaledwie godzinę. Szkoda, bo prowadząca opowiadała ciekawie, w jej przykładach było wiele nieznanych mi opowieści. Niestety materiału wybranego było zbyt wiele jak na tak krótki czas i prelekcja sprowadziła się głównie do przedstawienia listy i króciutkich fragmentów bez specjalnego wnikania w próby wyjaśnienia, dlaczego te akurat wątki były popularne wśród naszych przodków.

Kolejnym, nieplanowanym panelem dyskusyjnym był Dobry zły bohater, który jednak przez swoją chaotyczność pozostawił we mnie nieprzyjemne uczucie zmęczenia. Ponadto dyskutanci niewiele wnieśli w temat, nawet nie potrafili uporządkować i podsumować wypowiedzianych spostrzeżeń. Miałam nadzieję, że prelekcja Jak działają sztuczne sieci neuronowe okaże się bardziej interesująca. I mogło to być jedno z ciekawszych spotkań, być może nawet było dla tych, którzy tematem się interesują i mają już jakąś wiedzę. To był naukowy wykład, na którym definicje tłumaczone były przez kolejne definicje. Dopiero po półgodzinie tego szumu zaczęło się robić interesująco, a wtedy okazało się, że najciekawsze będzie w kolejnej godzinie, co było już ponad moje siły. Skorzystawszy z przerwy, wyszłam poszukać czegoś do jedzenia, a następnie udałam się z powrotem do sali Naukowej na prelekcję Bąki nauki popularnej. Okazało się, że to spotkanie również z programu wypadło – o tym wypadnięciu nie było jednak żadnej informacji. Postanowiłam się pocieszyć prelekcją o tym, czy Lara Croft jest nadal królową popkultury. I oprócz panelu o książkach i prelekcji Żukowskiej uważam to za najlepsze spotkanie tego konwentu. Prelekcja okazała się całkiem fajnym przeglądem historii gry i wpływu Tomb Raidera na świat gier, zwłaszcza dla kogoś kto lubi tę serię, ale nigdy się nie interesował jej historią. Nawet ja kilku faktów nie znałam. Prowadzący był przygotowany, widać było, że posiadał sporą wiedzę o temacie, prowadził spotkanie w tempie, z humorem.


To był ostatni punkt, w którym tego dnia wzięłam udział. Nie poszłam już na galę, wolałam odsapnąć w zaciszu hotelowego pokoju. Następnego ranka ruszyłam do Warszawy. Podsumowując - gdyby nie tylu fajnych znajomych, to dla mnie konwent byłby stratą czasu. Chyba czas zrobić sobie kilkuletnią przerwę w konwentach albo spędzać na nich tylko jeden dzień, może w przyszłym roku tak zrobię z Pyrkonem.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Kierunek: Polcon

Nie miałam planu jechać na Polcon. Plan miałam jechać na Pyrkon, ale jak to z planami czasem bywa - jedne znikają, inne się pojawiają. W sumie może będzie ciekawiej - Polcon kończy 30 lat, będzie na nim wielu moich znajomych (więcej niż miało być na Pyrkonie), program wygląda obiecująco, a w dodatku konwent jest w jednym z moich ulubionych miast.

W tym roku, oprócz tego, że postanowiłam jechać na Pyrkon, postanowiłam sobie, że wezmę udział w spotkaniach z obszarów, którymi nigdy specjalnie się nie interesowałam. Czy ten plan zrealizuję, się okaże. Dla większej motywacji, aby w nim wytrwać, upubliczniam punkty programu, które wybrałam. Oczywiście, jest kilka spotkań, które znajdują się w kręgu moich zainteresowań, nie przesadzajmy z tym wychodzeniem ze strefy komfortu. Wyróżnione spotkania to rzeczy dla mnie priorytetowe. A jakie punkty programu Was zainteresowały? 

Czwartek

  • 17-19 - Dla tych, co zaczynają przygodę z RPGami
  • 18-19 - Gamifikacja/Grywalizacja
  • 20-21 - Teleportacja, telepatia, komputery kwantowe
Piątek
  • 10-12 - Horror dawny i współczesny
  • 12-15 - Warsztaty malarstwa sumi-e
  • 13-14 - Teoria archetypów dla piszących
  • 14-16 - Warsztaty tańców celtyckich, angielskich i dawnych
  • 16-18 - Spotkanie autorskie z Joe'em Abercrombiem
  • 18-19 - Psychoakustyka
  • 19-20 - Muzyczna matematyka od podstaw
  • 20-21.30 - Cosplay w pigułce dla początkujących
Sobota
  • 12-13 - Niechrześcijańskie dzieje Europy
  • 13-14 - Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych
  • 14-15 - Przewidywanie przyszłości
  • 15-16 - Kosmiczne zderzenia: źródło życia, śmierci i legend
  • 15-16 - O starych filmach - klasyka kina fantasy i SF
  • 16-17 - Jak działają sztuczne sieci neuronowe
  • 18-19 - Bąki nauki popularnej
  • 20-22 - Gala Polconu

czwartek, 3 października 2013

Obok Polconu 2013 - sobota na konwencie

W sobotę zaczęłam swój polconowy dzień od prelekcji Krzyśka Piskorskiego, Szaleni naukowcy, szalone teorie, która jest częścią cyklu wykładów razem z Najdawniejsze wynalazki w historii oraz Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza. Było to niewątpliwie najlepsze spotkanie całego dnia, ale nie ma się co dziwić, Krzysiek to prawdziwy pasjonat i tą pasją potrafi zarazić innych. Pisarz mówił między innymi o rosyjskim naukowcu Trofimie Łysence, który zakazał nauczania genetyki i twierdził, że pomarańcze mogą rosnąć w Rosji, tylko muszą… się przyzwyczaić. Inny lekarz czasów stalinizmu, Siergiej Brukhonenko, prowadził eksperymenty na psach dotyczące reanimacji. Jest odpowiedzialny za wynalezienie prymitywnego płucoserca. Nad biednymi psiakami znęcał się również Vladimir Demikhov, pionier transplantacji organów, który doszywał głowy psów do ciał innych psów. Harry Harlow natomiast był amerykańskim psychologiem, który po śmierci żony zaczął się szczególnie interesować tematyką utraty i depresji. Jednym z jego, jakże okrutnych, eksperymentów było zamykanie nowo narodzonych małpek w komorach izolacyjnych, a następnie wypuszczanie ich do stada po kilku tygodniach i obserwowanie, jak pozostałe stworzenia reagują. Te oczywiście bez wahania zabijały obcych. Z kolei doktor Shiro Ishii, japoński mikrobiolog żyjący w czasach II wojny światowej, przeprowadzał wiwisekcje jeńców wojennych, uprzednio zarażając ich różnymi chorobami i obserwując kolejne stadia rozwoju chorób. Schwytany przez Amerykanów został przez nich uwolniony w zamian za przekazanie wyników swoich badań. Największą czarną sławę zdobyli lekarze SS. Jednym z nich był Sigmund Rascher, który zanurzał więźniów w lodowatej wodzie, żeby sprawdzić, kiedy umrą i czy da się ich reanimować, co zaowocowało zaskakującymi wynikami badań nad wpływem niskiego ciśnienia na organizmy ludzkie. Jego badania NASA wykorzystało do budowy pierwszych skafandrów kosmicznych.

Dla rozładowania niesmaku i przerażenia ludzkim wyrachowaniem wśród słuchaczy Krzysiek opowiedział o George’u Taylorze, który w 1869 roku stworzył manipulator parowy mający pomóc w leczeniu histerii u kobiet (pierwszy wibrator, moje panie!). Luźną wersję tej historii przedstawiła Tanya Wexler w komedii Hysteria. Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się na badaniach Sidneya Gottlieba, który pracował w CIA nad programem kontroli umysłów MKUltra w czasach zimnej wojny. Gottlieb eksperymentował z neurotoksynami i truciznami wszelkiej maści. Miał diaboliczny plan zabicia Fidela Castro za pomocą zatrutego cygara, a gdy to się nie powiodło, postanowił go zamordować talem umieszczonym w… butach. Jego działania oraz cały program MKUltra stały się inspiracją dla Jona Ronsona do napisania powieści Człowiek, który gapił się na kozy (na jej podstawie z kolei Grant Heslov nakręcił film z George’em Clooneyem i Ewanem McGregorem).

A już kompletnie ubawiliśmy się, słuchając o dziwacznych teoriach, z których część jest wyznawana do dzisiaj. O fizjognomice, frenologii czy teorii czterech humorów (krew, żółć, czarna żółć, flegma) pewnie słyszeliście. Ale czy wiecie, że w XVII wieku jedną z teorii układu słonecznego było przedstawianie go jako swoistej matrioszki, której kolejne warstwy były planetami? Twórcą tej teorii był Edmund Halley (tak, ten od komety), na szczęście oprócz absurdalnych miał więcej trafnych spostrzeżeń dotyczących naszego wszechświata. Jedną z popularnych teorii w czasach średniowiecza i późniejszych była ta, według której Ziemia jest pusta w środku, a na jej biegunach są dziury prowadzące do tego pustego wnętrza. O tym, że Ziemia jest płaska, mówiło się jeszcze w starożytności, ale nie spodziewaliście się pewnie, że to przekonanie trwa po dziś dzień – w 1956 roku Samuel Shenton (Amerykanin, czemu mnie to nie dziwi?) reaktywował Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które działa i ma się dobrze (ruch powstał w XIX wieku).

Kolejną prelekcją w moim planie była Przyczynek do dziejów prostytucji warszawskiej w XIX wieku, z której zrezygnowałam na rzecz Upiora Opery. Po spotkaniu z dr Babilas miałam sporo czasu do kolejnego punktu, więc razem ze znajomymi udałam się na spotkanie autorskie z Lavim Tidharem, autorem wydanej niedawno powieści Osama. Sam autor bardzo mi się spodobał (nie tylko fizycznie;)), natomiast irytował mnie (i nie tylko mnie) Konrad Walewski, który postanowił wszystkim tłumaczyć swoje pytania i odpowiedzi Laviego, zaburzając tym samym szyk spotkania i przeciągając je bezsensownie, ponieważ wszyscy zebrani nie mieli problemów z posługiwaniem się językiem angielskim. Poza tym pytania Walewskiego były tak infantylne, że lekko denerwowały nawet samego autora, który niejednokrotnie wytykał (co prawda z humorem) prowadzącemu jego nieprzygotowanie. Również dzięki temu pisarz zyskał moją sympatię i kiedyś pewnie sięgnę po książki jego autorstwa.

Po spotkaniu z Tidharem miałam jeszcze wolną godzinę, postanowiłam więc sprawdzić, czy będzie się działo coś ciekawego na panelu dyskusyjnym Kobiety w fantastyce, w którym udział brały m.in. Anna Kańtoch, Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska. Niestety rozmowa szybko zeszła na schematy i przerzucanie się feministycznymi i szowinistycznymi żarcikami. Jedyną przydatną rzeczą, jaką się dowiedziałam, było to, że kiedy przychodzi do seksu, mężczyznom nie przeszkadzają nieogolone nogi…

Wyszłam po niecałej pół godzinie i udałam się pod salę LIT 4, gdzie miał się odbyć kolejny panel – Fantasy słowiańska – z udziałem Witka Jabłońskiego, Artura Szrejtera, Michała Studniarka, Sławomira Mrugowskiego i Elą Żukowską. To było bardzo ciekawe spotkanie, trzymające się tematyki i dające wiele interesujących i przydatnych informacji o mitologii słowiańskiej i próbach wtłoczenia jej w polską literaturę fantastyczną. Przy okazji nieźle się oberwało Andrzejowi Sapkowskiemu, chociaż to on jako pierwszy wrzucił elementy słowiańskie do polskiej fantasy. Goście mieli mu za złe przede wszystkim wyśmiewanie ich starań w stworzeniu dobrej fantasy słowiańskiej. Chociaż ja nigdy nie byłam tak bezkompromisowa i zawsze ceniłam słowiańskość w cyklu wiedźmińskim czy nawet w Trylogii husyckiej, to po przeczytaniu powieści Witka Jabłońskiego śmiało mogę powiedzieć, że Sapek się mylił i da się stworzyć dobrą fantasy słowiańską (zainteresowanych, w czym się mylił Andrzej Sapkowski, odsyłam do jego artykułu Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach). Swoją drogą, Słowo i miecz powstało właśnie trochę na złość autorowi Wiedźmina, ale przede wszystkim celem Jabłońskiego było przywrócenie mitologii słowiańskiej właściwego miejsca wśród innych mitologii i udowodnienie, że nie jest ona wcale taka przaśna, dla ludu i kraśna. Mam wiele do nadrobienia, zarówno w twórczości autorów, jak i prac naukowych. Oto, jakie czekają mnie lektury:
  • Artur Szrejter – opowiadania nawiązujące do mitów słowiańskich
  • Michał Studniarek – Herbata z kwiatem paproci
  • Sławomir Mrugowski – Strzygonia (niestety powieść ukazała się nakładem Fabryki Słów, którą od lat bojkotuję, nie kupując książek z tego obmierzłego i pełnego oszustów wydawnictwa… więc może ktoś ma pożyczyć?)
  • Georges Dumézil – m.in. Bogowie Germanów. Szkice o kształtowaniu się religii skandynawskiej, Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje
  • Prace naukowe Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego
  • Prace naukowe Jacka Banaszkiewicza
  • Prace naukowe Juliana Krzyżanowskiego
  • Andrzej Szyjewski – Religia Słowian
  • Bohdan Baranowski – W kręgu upiorów i wilkołaków

Przy tej okazji wspomnę o organizacji konwentu. Wiele już na ten temat napisano, było mnóstwo ataków ze strony uczestników i próby obrony ze strony organizatorów. Ja nie odczułam kilkunastogodzinnej kolejki ani zamieszania spowodowanego odwołaniem czy przekładaniem prelekcji, ale mnie również zraziły pewne sytuacje, głównie ze strony gżdaczy. Rozumiem, że nie byli oni do końca przygotowani i zorientowani, taka impreza to jednak jest pole bitwy, ale odpowiadanie na pytania zbywającym i olewczym „to nie moja sprawa”, „to nie do mnie” i wzruszanie ramion nie powinno mieć miejsca. Wiele było również narzekań na ułożenie programu i rozplanowanie prelegentów w za małych salach – co organizatorzy odpychali argumentem, że program zależał od prowadzących. Tak nie do końca, bo na przykład Ela Żukowska chciała, aby panel Fantasy słowiańska trwał dwie godziny, a nie godzinę, i odbył się w auli albo większej sali, a nie w mikrosalce; jak się okazało, wiele osób nie mogło wziąć udziału w panelu, bo było za mało miejsca. 

Kiedy już wydostałam się z ciasnej salki, udałam się na spotkanie z Powergraphem, na którym wschodzące gwiazdy fantastyki oraz weterani opowiadali o swojej twórczości, a Kasia Sienkiewicz-Kosik o początkach wydawnictwa i najbliższych planach. Dla mnie najważniejszą informacją było wydanie trzeciego tomu Przedksiężycowych – zakończenia trylogii Ani Kańtoch możemy się spodziewać dopiero w grudniu tego roku. Patience is a virtue…

Zwieńczeniem konwentu był dla mnie udział w gali rozdania nagród im. Janusza Zajdla, która w tym roku odbyła się w Sali Kongresowej. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do organizacji imprezy w gmachu PKiN, jednak w tym jednym punkcie organizatorzy stanęli na wysokości zadania od początku do końca. Płynnie prowadzona gala sprawiła mi wiele przyjemności, a już całkowicie gęba mi się cieszyła, gdy zwycięski w obu kategoriach Robert M. Wegner zaśpiewał Szła dzieweczka do laseczka. Po gali z grupą znajomych poszłam najpierw na piwo, a potem do Remontu, który był oficjalnym konwentowym klubem. Akredytacja na sobotę – 30 złotych. Zobaczyć wywijających na parkiecie Kubę Małeckiego i Rafała Kosika do muzyki dyskotekowej – bezcenne. Prawdziwa impreza odbywała się jednak niedaleko Remontu, w pubie Student, gdzie rozmowy toczyły się zapewne do późnych godzin nocnych.

W przyszłym roku Polcon odbędzie się w Bielsku-Białej, ale program imprezy musiałby być naprawdę dobry, żebym w ogóle rozważyła podróż w te rejony. Za to z pewnością pojadę do Poznania.

niedziela, 22 września 2013

Obok Polconu 2013 - Dni Nauki

Tegoroczna edycja Polconu już dawno za nami, mieliście z pewnością okazję przeczytać wiele relacji, stąd też i mi nie paliło się specjalnie do opisywania swoich wrażeń. Tym bardziej, że wykupiłam akredytację tylko na jeden dzień i właściwie byłam bardziej obok niż uczestniczyłam w konwencie. Tak jak pisałam kilka dni przed Polconem, piątek poświęciłam na sprawdzenie Dni Nauki, gdzie zaliczyłam wszystkie zaplanowane spotkania, natomiast sobotę spędziłam na prelekcjach, część zgodnie z planem, część bardziej spontanicznie. W związku z tym podzieliłam wpisy na część naukową właśnie i polconową.

Jak zapewne wiecie, wstęp na Dni Nauki był bezpłatny, co miało między innymi wypromować i przybliżyć środowisko fantastyczne ludziom z nim nie związanym, i w pewnym stopniu udowodnić, że fantastyka czerpie z wielu dziedzin i że my, jej wierni fani, nie jesteśmy takimi odludkami i freakami, za jakich nadal jesteśmy uznawani. Nie wiem, czy to się udało, mam nadzieję, że tak, ponieważ zorganizowanie Dni Nauki było najlepszym pomysłem tej edycji Polconu. Wiele z prelekcji prowadzonych było przez wybitnych profesorów z różnych uczelni, co tylko świadczy o tym (dla tych, którzy tego jeszcze nie wiedzą), że fantastyka nie jest już pariasem w naukowych kręgach. Ale do rzeczy. W moim planie było wysłuchanie prelekcji:
  1. Dr. hab. Krzysztofa Skwierczyńskiego – Małżeństwo, miłość i seksualność w średniowieczu (piątek)
  2. Prof. Anny Gemry – Piękna czy bestia: wokół literatury (i kultury) popularnej (piątek)
  3. Prof. Jakuba Z. Lichańskiego – Retoryka jako narzędzie badań literatury popularnej (piątek)
  4. Dr hab. Doroty Babilas – Upiór Opery: powieść, adaptacje, recepcje (sobota)

Byłam na wszystkich i wszystkie wspominam bardzo dobrze. Wykład dr. Skwierczyńskiego był bardzo interesujący, dla mało zaznajomionych z kulturą średniowiecza z pewnością bardziej, mimo że wiele z omawianych ciekawostek było mi znanych. Przede wszystkim wrażenie zrobiło na mnie świetne przygotowanie merytorycznego, doświadczenie i obycie w występowaniu przed publiką, dzięki czemu nie było zbędnych pauz, wykładowca nie sięgał do notatek, żadne pytanie z publiczności uzyskiwało natychmiastową odpowiedź. Doktor w płynny i ciekawy sposób przeprowadził słuchaczy przez okres przemian w podejściu do ciała, seksu, małżeństwa i miłości w średniowieczu. Ze spotkania dowiedzieliśmy się na przykład, kiedy zakazano związków konkubenckich (ok. XII wieku), aczkolwiek na polskich wsiach jeszcze do lat 70. XX wieku (!) panowała o wiele większa swoboda seksualna niż w miastach i seks pozamałżeński uprawiano całkiem powszechnie. Sporo czasu wykładowca poświęcił na omówienie sytuacji kobiety w sferze seksu, która, jak wszyscy wiemy, nie była najlepsza. Zgodnie z założeniami chrześcijaństwa bowiem kobieta miała być zupełnie pasywna w trakcie stosunku, tutaj więc określenie „leżała jak kłoda” było jak najbardziej pożądane. Zarówno jednak kobiety, jak i mężczyźni nie mieli prawa czerpać przyjemności z seksu. Ludzie musieli być bardzo ostrożni w trakcie spowiedzi, bowiem księża mieli specjalne pomoce podręcznikowe z pytaniami na każdy grzech. Tego i wielu innych ciekawostek można było wysłuchać. Jak ja żałowałam, że nie miałam z dr. Skwierczyńskim wykładów na studiach…
Na kolejną prelekcję czekałam z niecierpliwością, ponieważ prowadząca była autorką jednej z ciekawszych prac na temat potworów, jakie ukazały się w Polsce. Niestety lekko rozczarowała mnie prof. Gemra trybem prowadzenia prelekcji – kolejne zdania i przemyślenia wypowiadała bowiem szybciej, niż Robert Kubica jeździ F1, przez co niewiele zostało w mojej głowie. A z pewnością pani Anna ma ogromną wiedzę. Być może, gdyby postanowiła się skupić na zaledwie kilku aspektach rozwoju literatury i kultury popularnej i jej wpływu na społeczeństwo, zamiast próbować przedstawić całą jej genezę, spotkanie byłoby bardziej owocne. Udało mi się jedynie zanotować kilka punktów:
  • Literatura popularna zmieniła pojmowanie dobra i zła w kulturze, to ona wprowadziła szarość i relatywizm
  • W literaturze polskiej temat antykoncepcji pojawił się po raz pierwszy dzięki harlequinom
  • Kulturę popularną starano się wymazywać z kart historii na rzecz tzw. kultury wysokiej – dlatego w pracach o historii literatury pomijano twórców, którzy byli rzeczywiście popularni, a pisano o tych, których ludzie powinni znać
Tak, to niestety tyle. Więcej ciekawostek nie pamiętam, czego szczerze żałuję…

Zaraz po spotkaniu z prof. Gemrą odbył się wykład mojego ukochanego profesora, mojego guru literatury popularnej i promotora pracy magisterskiej, Jakuba Z. Lichańskiego. Tematem była retoryka i jej korelacje z literaturą popularną. W swoistym stylu genialnego erudyty profesor przedstawił nam, maluczkim, swoją, całkiem słuszną, tezę retoryki jako takiej oraz jak może być ona wykorzystywana w badaniach nad popkulturą. Profesor z ogromnym przekonaniem mówił o tym, że przez całe życie posługujemy się symbolami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, że nie można pojmować kultury popularnej wobec czegoś, na przykład literatury pięknej, ponieważ popkultura jest tworem samym w sobie i to dzięki niej wyjaśniamy rzeczywistość, to ona buduje nam wizję świata i środowiska, w którym żyjemy. Czyż nie jest tak? Zastanówcie się. Po tym wykładzie jeszcze bardziej zatęskniłam za studiami.

Ostatnie spotkanie pod znakiem Dni Nauki odbyło się w sobotę i prowadziła je dr Babilas. I zrobiła to rewelacyjnie! Jaką ogromną wiedzę ma ta kobieta na temat Upiora Opery, nie wyobrażacie sobie! Niestety godzina to zbyt mało, żeby chociaż w połowie, w jednej czwartej, ba!, w jednej setnej rozwinąć motyw tego utworu. Nie zdawałam sobie sprawy, że zdobył on tak dużą popularność: co najmniej dwadzieścia adaptacji filmowych, a do tego jeszcze sztuki teatralne, musicale; z czego żadna z nich nie jest wierna powieści. Bardzo dużo dowiedziałam się o samej książce, pani Dorota sypała ciekawostkami niczym magik asami z rękawa. Wiedzieliście na przykład, że musical filmowy Joela Schumachera z 2004 roku jest adaptacją adaptacji musicalu scenicznego? Albo że pierwsze wydania polskie powieści były niekompletne, dopiero w 2005 roku ukazało się całościowe wydanie? Pierwsza adaptacja filmowa z 1925 roku jest jednocześnie pierwszym filmem z gatunku horroru w Hollywood. Upiór Opery miał przeróżne filmowe wariacje – na przykład w adaptacji z 1998 roku główny bohater nie jest okaleczony, ale został wychowany przez szczury… Sama powieść jest bardzo złożona i nie będę się o niej rozpisywać, aby samej sobie nie psuć przyjemności z lektury spoilerami, ale abyście mieli pojęcie (ci, którzy nie czytali lub czytali, a nie zwrócili uwagi), wymienię kilka warstw, jak to zrobiła doktor na wykładzie (zaznaczając na wstępie, że tort ma warstwy, cebula ma warstwy, upiór ma warstwy – co tylko dowodzi słuszności tezy Lichańskiego):
  • Warstwa muzyczna – akcja powieści rozgrywa się wokół oper Don Giovanni, Otello
  • Warstwa historyczna – główny bohater zyskał swoją osobowość z różnych prawdziwych postaci: samego Gastona Leroux, Charlesa Garniera (architekt Opery Paryskiej), Harry’ego Houdiniego, Josepha  Merricka (znanego jako człowiek-słoń), Erika Satie (francuski kompozytor czasów dekadencji)
  • Warstwa legendarna/baśniowa – odwołanie do takich baśni i legend, jak Piękna i Bestia, Sinobrody, Quasimodo, Cyrano de Bergerac
  • Warstwa uwodzicielskiej grozy – maska zakrywająca potworność, dająca złudzenie, przyciągająca tajemniczością
  • Warstwa lustra – bohaterowie są swoimi lustrzanymi odbiciami, polówkami jednej istoty; do tego motywu nawiązuje również Człowiek śmiechu Victora Hugo czy Wichrowe wzgórza Emily Brontë
Upiór Opery był na mojej liście lektur do projektu Piękny czy Bestia, ale do czasu prelekcji nie byłam świadoma, że w tym motywie kryje się taka kopalnia wiedzy o przemianach potwora w ludzkiej świadomości, już sam Upiór mógłby być jedynym przedmiotem badań.

I to by było na tyle. Kolejnym razem wpis poświęcony sobotniemu dniu konwentu.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Polcon 2013

Już za kilka dni rozpoczyna się Polcon. Tym razem w Warszawie. Tak jak przewidywałam, w całym konwencie nie wezmę udziału, wybieram się jedynie w sobotę. Poniżej punkty programu, które chciałabym zaliczyć. Ktoś z Was będzie? Co Was najbardziej interesuje?

  • 10.00-11.00 - Szaleni naukowcy, szalone teorie - Krzysztof Piskorski (AULA LIT. 1)
  • 12.00-13.00 - Przyczynek do dziejów prostytucji warszawskiej w XIX wieku - G. Michalak (AULA LIT. 2)
  • 15.00-16.00 - PANEL: Fantasy słowiańska - Witold Jabłoński, Elżbieta Żukowska, Michał Studniarek, S. Mrugowski (LIT 4)
  • 16.00-17.00 - Spotkanie autorskie z Krzysztofem Piskorskim (LIT 3)/Spotkanie z wydawnictwem Powergraph (LIT 4)
  • 20.30 - Gala Zajdlowska (Kongresówka w PKiN)
Chciałabym również skorzystać z programu Dni Nauki, który na szczęście jest bezpłatny, a interesują mnie poniższe kwestie:
PIĄTEK
  • 11.00-12.00 - Małżeństwo, miłość i seksualność w średniowieczu - Dr hab. Krzysztof Skwierczyński (Sala DN1 Audytorium)
  • 14.00-15.00 - Piękna czy bestia: wokół literatury (i kultury) popularnej - prof. Anna Gemra (Sala DN1 Audytorium)
  • 15.00-16.00 - Retoryka jako narzędzie badań literatury popularnej - prof. Jakub Z. Lichański (Sala DN1 Audytorium)
SOBOTA
  • 12.00-13.00 - Upiór Opery: powieść, adaptacje, recepcje - Dr hab. Dorota Babilas (Sala DN2)

niedziela, 13 września 2009

Polconowe opowieści cz. V

Ostatni dzień konwentu zaczęliśmy od Konkursu dla bajarzy o 10.00. Kibicowałam dzielnie Filipowi przez godzinę, po czym zostawiłam go dla Ewy Białołęckiej, która w sąsiedniej sali opowiadała o Szarlatanach i szarlatanerii. Autorka zaczęła od prezentacji czytania dłońmi po kartkach papieru, z zasłoniętymi oczami oczywiście, w której wzięłam czynny udział...jako urocza asystentka;-) Zasłoniłam Ewie oczy kawałkami czegoś w rodzaju modeliny (nie pamiętam, jak to się dokładnie nazywało), a następnie ciemnym szalikiem, po czym rozdałam osobom z publiczności kartki papieru, na których flamastrami mieli wypisać krótkie hasła. Następnie zebrałam je wszystkie i kolejno podsuwałam Ewie, a ta wprawiała wszystkich w radosne zdumienie odgadywaniem poszczególnych wyrazów. Publiczność jednak nie dała się nabrać i oczekiwała wyjaśnień. Otóż w taki sposób z poważnymi, sędziwymi naukowcami zabawiała się nastoletnia Linda Anderson, bodajże w latach 60. Urocza i niewinnie wyglądająca piętnastolatka wodziła za nos kilku panów, którzy badali jej nadnaturalne umiejętności z zachwytem. Zdemaskował ją dopiero James Randi, amerykański iluzjonista, od wielu lat zajmujący się udowadnianiem światu, że żadna magia nie istnieje. Randi jest autorem książki Przybysze z Syriusza, dzisiaj już właściwie niedostępnej, w której demaskuje słynne media, rozbierając ich metody na części pierwsze podczas specjalnych testów. Był na tyle zdeterminowany, że założył specjalną fundację (Fundacja Randiego, a jakże!), która oferuje milion dolarów temu (!), kto przedstawi rzeczywisty dowód dokonania jakiegokolwiek paranormalnego zjawiska. To niesamowite, ile ludzie są w stanie oddać za przekonanie się o istnieniu cudu, jak bardzo chcą wierzyć, że istnieją zjawiska niewytłumaczalne - tysiące dolarów tonie w takich przedsięwzięciach, jak uzdrawianie, szkoły lewitacji, wyginanie łyżeczek, astromancje, chiromancje i różne inne mancje...

Po jakże ciekawej i prześmiesznej prelekcji nadszedł czas na zejście na parter, na spotkanie z Marcinem Przybyłkiem i jego Typologią Junga. Chociaż już wcześniej spotkałam się z tym podejściem do psychologii ludzkiej, to nigdy nie rozpatrywałam jej pod kątem czytelniczym. Podobna jest ona nieco do tożsamości narracyjnej, o której pisałam wcześniej. Wszyscy wiemy, że nasz mózg podzielony jest na dwie części - półkula lewa odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, za logikę, prawa zaś za twórczość, wyobraźnię i emocje. W związku z tym, istnieją dwa główne sposoby postrzegania świata:
  • percepcyjny - logiczny, szczegółowy;
  • intuicyjny - emocjonalny, całościowy.
Zarówno percepcjonista, jak intuicjonista mogą dwojako analizować rzeczywistość myśleniowo lub czuciowo. Jung wytypował więc 4 typy osobowości, które późniejsi naukowcy oznaczyli odpowiednimi kolorami:
  • Czerwony - to intuicjonista myśleniowy, dla którego liczą się przede wszystkim wyniki, nie ludzie, jest podatny na zmiany i bardzo chętnie się im poddaje; w literaturze zwraca on uwagę na to, w jaki sposób prowadzona jest fabuła, czy fakty mają ręce i nogi, oraz konkrety;
  • Żólty - to intuicjonista czuciowy, chętny na zmiany, nowe pomysły, otwarty na ludzi, którzy przede wszystkim liczą się dla niego jako grupa (każdy z jej członków powinien czuć się dobrze, inaczej nie ma zabawy); podczas czytania zwraca on uwagę na bohaterów, ich psychologiczną wiarygodność, na ich kontakty i połączenia z innymi postaciami;
  • Niebieski - percepcjonista myślowy, to ktoś w rodzaju "księgowego", jak określił Marcin, dla którego najważniejsze są fakty, logika, szczegółowa analiza, nie ludzie, nie lubi zmian; taki ktoś lubi uporządkowane wydarzenia, nie znosi chaosu i nadmiaru wątków, ważne jest przede wszystkim urządzenie świata w logiczny sposób i szczęśliwe zakończenie;
  • Zielony - percepcjonista uczuciowy jest raczej zamknięty w sobie, ostrożny, nieufny, dla niego liczą się ludzie jako jednostki i bliskie relacje z nimi; w książkach lubi więc przede wszystkim wyrazistych bohaterów, ważne są dla niego ich emocje i rozwój duchowy.
Przeważnie, ludzie łączą w sobie różne typy, z mniejszym lub większym naciskiem na którąś z osobowości. Po głębszym zastanowieniu wyszło mi, że jestem typem żółto-czerwono-zielonym (dokładnie w tej kolejności). A Wy?

I to było ostatnie konwentowe spotkanie, w jakim uczestniczyłam. Pożegnałam się z Anią i Andrzejem i razem z Filipem i Maegiem udaliśmy się na ostatni posiłek... Potem przyszedł czas na odebranie rzeczy z hotelu, jazdę na dworzec i drogę powrotną do domu.

Za rok Tricon w Cieszynie, a wcześniej może jeszcze Falkon...

środa, 9 września 2009

Polconowe opowieści cz. IV (c.d. soboty)

W międzyczasie do naszej grupki dołączył kolejny polconowiec, Andrzej:-) O 17.00 więc we trójkę (Lili, ja i Andrzej) poszliśmy na prelekcję Anny Brzezińskiej o banitach i ludziach luźnych na średniowiecznych gościńcach. Chociaż nie przepadam za książkami Ani, to polubiłam jej sposób opowiadania, bo spotkanie prowadziła całkiem ciekawie i z humorem, a przy okazji dowiedziałam się kilku istotnych rzeczy o średniowieczu jako takim. Mowa była przede wszystkim o ludziach żyjących na gościńcach, i to nie tylko o banitach, czy zbójach. Mentalność ludzi w tych czasach diametralnie różniła się od naszej, ówczesnej. Dzisiaj liczy się odrębność, indywidualność, natomiast mniej więcej do XIII wieku dla ludzi niezwykle ważna była przynależność do społeczności. Dotkliwą więc karą było wykluczenie z tej społeczności, wyklęcie z miast, zakaz wstępu do nich. Dodatkowo, w zależności od przewinienia, przed wyświęceniem z miasta skazańców okaleczano, a to wypalano znamię na różnych, widocznych częściach ciała, a to wyłupywano oko, czy obcinano palce - w ten sposób można było delikwenta rozpoznać i ominąć szerokim łukiem z pogardą. Na traktach spotkać można było również żebraków, pątników (jedyni, którym pomagano), prostytutki (najczęstszym miejscem ich bytności były... cmentarze, gdyż w ówczesnych czasach wielu ludzi chodziło do kościoła nie tylko na mszę świętą...), komediantów, kuglarzy, kupców, gawędziarzy, czeladników (podróżowali z miasta do miasta, by uczyć się swej profesji, co nie było łatwe, bo rzadko kiedy ktoś ich przyjmował). Ci ludzie nie byli szanowani, nawet handlarze nie cieszyli się uznaniem, załatwiano z nimi sprawunki i nie poświęcano im większej uwagi. Zdarzały się również, rozsławione przez fantasy, grupy zbójeckie, złożone przede wszystkim ze wzgardzonych, rozgoryczonych służbą dla państwa/miasta żołnierzy i najemników. Na średniowiecznej drodze można też było natknąć się na szaleńców i osoby kalekie. Ludzie żyjący poza nawiasem społeczności wychodzili ze swoich ról, jakie pełnili w danym mieście, dla niektórych było to błogosławieństwem, jednak dla większości tragedią. Od ok. XIV wieku na trakty zaczęli wyruszać także szlacheccy panowie, przede wszystkim młodzi żakowie, podróżujący do miast nauki, a tak naprawdę szalejący we wszelkiej rozpuście. W XVI wieku zaczęła rozwijać się turystyka, powstawały pierwsze przewodniki. Dopiero wtedy też karczmy stały się potrzebne i zaczęły być budowane na gościńcach, a nie, jak się powszechnie uważa, w średniowieczu.

Po prelekcji zeszliśmy na dół, do sali 039, gdzie odbyć się miały Smoki Fandomu. Szybko jednak wyszliśmy, stwierdzając, że to impreza raczej zamknięta, dla wtajemniczonych.  Co to w ogóle było, nie wiemy do dzisiaj... Postanowiliśmy zabić czas i pójść na panel dyskusyjny Literatura, komiks, film: przenikanie fantastycznych światów. Ale i tam nie zabawiliśmy długo, bo okazało się, że spotkanie trzeba skończyć wcześniej ze względu na przeniesienie Gali Zajdlowej do innego budynku, oddalonego o 10 minut drogi od miejsca konwentu. Odwiedziliśmy więc namiot konwentowy i już jako pięcioosobowa ekipa (ja, Lili, Tanit, Andrzej i Maeg) skierowaliśmy swe kroki w tajemniczym kierunku (mieli nas kierować gżdacze, ale chyba mieli inne zajęcia). Po drodze spotkałam cudo, wyszykowane do ślubu i nie mogłam się oprzeć, żeby nie zrobić mu zdjęcia:
Śliczny Rolls Royce, wersja ślubn
Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce, dzięki trafnemu zmysłowi orientacyjnemu Tanit i mapce satelitarnej, okazało się, że sala jest dopiero przygotowywana. Około 20.00 udało nam się wejść do niej i zająć pierwsze miejsca. Szybko jednak musieliśmy się ewakuować do 4. rzędu, bo 3 pierwsze miały być dla VIP-ów. Do auli napływali kolejni uczestnicy konwentu i stało się jasne, że szybka reorganizacja miejsca imprezy była konieczna - w największej auli budynku LODEXU nie zmieściłoby się tyle ludzi.
Nadchodzą, wciąż nadchodzą...
Powoli schodzili się też goście (zasłyszane z rozmowy telefonicznej: "Gdzie to, u licha jest?!"). Mniej śmiali sądzili, że uda im się uniknąć siedzenia w pierwszym rzędzie, ale czujne oczy gżdaczy i niektórych uczestników wyłapywały delikwentów. Maeg, na ten przykład, pogonił Jacka Dukaja do pierwszej ławki;-) Przez kolejnych 15 minut technicy, wśród entuzjastycznego dopingu zebranych (wygrywanie oklaskami rytmu hitu Queen We Will Rock You), bawili się ustawianiem ekranów, na których miał być wyświetlony krótkometrażowy film Tam i z powrotem w reżyserii Michała Baczunia na podstawie opowiadania Janusza A. Zajdla. Prawidłowe ustawienie wywołało dzikie okrzyki aprobaty ze strony szerokiej publiczności. Następne 10-15 minut prowadzący Galę wymieniali sponsorów generalnych, sponsorów medialnych i wszelkich innych, którym dziękowali za wkład w organizację Polconu. Potem były jeszcze wystąpienia grzecznościowe, oficjalnie potwierdzono, że kolejny konwent odbędzie się w Cieszynie jako Tricon (Polcon, Eurocon, Parcon). W końcu nastąpił drugi - główny punkt programu - projekcja filmu. Byłam zachwycona jakością zdjęć (odpowiada za nie Jacek Drofiak), grą aktorską, muzyką i opowiedzianą historią - chory śmiertelnie mężczyzna postanawia poddać się hibernacji do czasu, aż znajdzie się lekarstwo na jego przypadłość, mija jednak ponad 100 lat i wybudzony do życia bohater nie może odnaleźć się w zastanej rzeczywistości, decyduje się więc ponownie poddać hibernacji do czasu, aż ludzie znajdą sposób na powrót do przeszłości... Tym samym Zajdel trafił na moją listę zapoznawczą.

Film nagrodzono głośną owacją, po czym przyszedł czas na pierwszy - główny punkt programu: wręczenie statuetek. O tym, kto dostał nagrodę w kategorii powieść i opowiadanie pisałam tutaj . Niestety frekwencja była bardzo niska, głosowało bodajże 270 osób, z czego 4 zawaliły sprawę. Przyznam się ze wstydem, że nie zagłosowaliśmy z Filipem, bo w nadmiarze wrażeń i ogromie spotkań zwyczajnie zapomnieliśmy. Za rok na pewno nie zapomnę, mało tego!, przeczytam wszystkie nominowane książki i opowiadania!

Nadszedł czas na świętowanie. Większość fantastów postanowiła udać się do klubu Cotton, oczywiście nas też nie mogło tam zabraknąć. Tego wieczoru ogródek cottonowski opanowany był całkowicie przez polconowców, nie-polconowcy szybko przenosili się gdzie indziej, przerażeni zapewne rozmowami o literaturze na tyle głosów. Nasza paczka zajęła jeden ze stolików. Rozmawialiśmy sobie, popijając piwo/drinki/soki/wodę... (dobra, wylewając też, ale byłam jeszcze wtedy trzeźwa i to był przypadek i wylało się zaledwie kilka kropel!) A potem przyszedł Paszko i przyniósł miód własnej produkcji... Pewnie miał plan obejść wszystkich z jednym kuflem wypełnionym trunkiem, ale gdy dotarł do mnie... Co tu dużo opowiadać, nie oddałam i przez resztę wieczoru rozgrzewałam się pysznym pitnym miodem.

wtorek, 8 września 2009

Polconowe opowieści cz. III (sobota)

Tyle się działo w sobotę, że nie wiem, jak to ująć w słowa! To był najlepszy dzień i wieczór całego konwentu, zwłaszcza chyba wieczór... Ale od początku.

Dzień rozpoczęliśmy na prelekcji wydawnictwa Runa o tym, jak spaprać dobry pomysł i nie wydać książki. Na spotkanie przyszło bardzo dużo osób, tak że w przymałej salce spóźnialscy musieli siedzieć na podłodze lub stać.
Nie tylko ludzie przyszli posłuchać, co ciekawego ma do powiedzenia Anna Brzezińska...
Mieliśmy się przed prelekcją spotkać z Maegiem, ale nie wyszło (nadrobiliśmy po). Było bardzo zabawnie, ciekawie, chociaż nie odkrywczo (przynajmniej dla mnie). Najczęściej popełniane błędy przez przyszłych, a raczej niedoszłych debiutantów to:
  • Nieczytanie uwag dla autorów, zamieszczanych na stronach wydawnictw! Większość wydawnictw postarało się o zamieszczenie odpowiedniej zakładki, gdzie znajdziecie podstawowe i najważniejsze informacje, w jaki sposób przygotować druk do wysłania;
  • Wysyłanie pliku w nieznanym lub niedozwolonym formacie - najlepiej wysyłać w txt lub rtf;
  • W dobie popularności blogów internetowych - odsyłanie do tegoż jest wysoce niewskazane i bezczelne nawet;
  • Brak danych osobowych - Czy wpisanie imienia, nazwiska, adresu mailowego i nr. telefonu to naprawdę taka trudność? Przy tym też należy pamiętać, aby nie zamieszczać szczegółowego życiorysu, wystarczą najważniejsze wiadomości o was samych;
  • Książki zawierające nazwy zastrzeżone, z podejrzeniem plagiatu itp. - Nie wzorujcie się bardzo na innych, pracujcie nad własnym stylem i oryginalnością, ale tu także bez przesady - wszystko musi znaleźć wyjaśnienie, nic nie może się dziać "bo tak";
  • Brak znajomości tematyki - Wbrew pozorom, fantasy napisać wcale nie jest łatwo, dobrze jest najpierw postudiować źródła o epoce, w jakiej chce się umieścić fabułę, może przydać się także znajomość konwencji, psychologii (to dla uwiarygodnienia bohaterów);
  • Częstym problemem jest osobowość autora i jego nadpobudliwość - pamiętajcie zasadę: Nadgorliwość gorsza od faszyzmu! Jeśli wydawnictwo umieszcza informację na stronie o czasie czytania nadesłanych książek, musicie uzbroić się w cierpliwość i czekać grzecznie na ewentualną odpowiedź; nie wolno grozić sądem, jeśli wydawnictwo się nie odezwie po upływie określonego czasu;-); tak przy okazji, Runie należy dać najdłużej 6 miesięcy na zapoznanie się z pozycją, gdyż do redakcji przychodzą średnio 4 propozycje dziennie!;
  • Błędy wszelakie - przed wysłaniem powieści, przeczytajcie ją pod kątem gramatycznym, stylistycznym, ortograficznym, żeby wyeliminować jak najwięcej byków.
Chociaż sama nie czyta już nadesłanych powieści, Ania Brzezińska wypowiadała się w imieniu redaktorów
Trzeba też pamiętać, że wydawnictwo zarabia dopiero na trzeciej książce danego autora, więc uważnie sprawdza, czy potencjalny autor ma dalsze plany i czy umie w nich wytrwać; jeśli chodzi o cykle, Runa przygotowuje pod tym kątem umowę wydawniczą, gdzie zaznacza przewidywalny czas napisania kolejnych książek.

Po zakończonej prelekcji, puściłam bratanka samopas, a sama poszłam do namiotu konwentowego spotkać się z Maegiem i jego koleżanką Tanit. Potem razem udaliśmy się na spotkanie autorskie Feliksa W. Kresa. Uśmiałam się nieźle, słuchając bezpardonowych wypowiedzi autora cyklu szererskiego. Jego najbliższy plan to zakończyć wreszcie historię Szereru i przejść na emeryturę pisarską, by wreszcie móc nadrobić zaległości... w graniu w gry komputerowe;-)
Każdy może być jedi. W hali Star Warsi rozdawali świetlne miecze, niestety ja już się nie załapałam
Z sali 358 skierowałam się do hali MOSiRu, żeby popatrzeć na konkurs walki bronią larpową. No cóż, czysta amatorszczyzna, ale ile zabawy! Okładali się plastikowymi mieczami aż miło. Nie wiem, kto wygrał, bo musiałam pędzić do LODEXU do mojej nowej miłości czytelniczej.
Chociaż walczyli głównie mężczyźni, pojawiały się też dzielne wojowniczki
Następne w kolejce było spotkanie z Marcinem Przybyłkiem na Tożsamości narracyjnej. I to był czad! Strasznie ciekawa i przydatna do zrozumienia siebie i swoich upodobań książkowych była ta prelekcja. Autorem teorii o tożsamości narracyjnej jest Dan McAdams. To, bardzo interesujące, podejście do psychologii ludzkiej, i bliskie myślę każdemu czytelnikowi, opiera się na podejściu humanistycznym. McAdams uważa, że każdy człowiek organizuje dziejące się wokół niego wydarzenia, napotkane fakty w historię, w opowieść i jest to skłonność naturalna i nieprzerwana. Rzecz jednak nie w tym, że tworzymy historie, ale jak je opowiadamy - to sposób na poznanie naszej osobowości. Sposoby opowiadania można podzielić na dwa rodzaje:
  • uczuciowy, gdzie liczą się dla mówiącego jego doznania, emocje związane z daną opowieścią;
  • relacjonujący, w którym ważne są przede wszystkim fakty, szczegóły.
To, co czytamy, oglądamy, to, czego słuchamy, co wynosimy z czytanych książek, oglądanych filmów, obrazów, słuchanej muzyki składa się na prawdę o nas samych. W opowiadanych przez nas historiach zawsze zwracamy uwagę na pewne określone i powtarzające się elementy, podobnie robimy to podczas czytania, słuchania i oglądania - wyłapujemy z tego to, co dla nas ważne, w czym się odnajdujemy. Dlatego nie jesteśmy obiektywni i tak różnimy się w pojmowaniu rzeczywistości - nasza pamięć biograficzna jest bowiem zniekształcana przez nasze indywidualne emocje i wyobrażenia. Nigdy więc nie opowiemy tej samej historii w taki sam sposób. Więcej o teorii McAdamsa można poczytać w jego książkach, których zbiór znajdziecie tutaj, niestety żadna nie ukazała się po polsku.

Ciąg dalszy z soboty jutro.

piątek, 4 września 2009

Polconowe opowieści cz. II (piątek)

Piątek zaczęliśmy oddzielnie - Filip poszedł na LARP-a Warhammer Dwie Baszty, ja na prelekcję Wyjątki z historii anatomopatologii, którą prowadzili Marcin Zaród i Joanna Filipczak. Dostaliśmy historię medycyny sądowej w pigułce, bardzo ciekawą zresztą. Czy wiedzieliście, że już w 1248 roku istniał opis postępowania na miejscu morderstwa? Zapis pochodzi z Szanghaju i m.in. mówi o tym, że na miejscu przestępstwa trzeba zwracać uwagę na najmniejszy nawet szczegół. W roku 1507 powstał tzw. Kodeks Bamberski Spraw Gardłowych, który nakazywał śledczym konsultację z lekarzem w wypadku nagłej śmierci kobiet i dzieci. Jesienią 1889 roku, podczas śledztwa w sprawie zniknięcia francuskiego komornika, przeprowadzono pierwszą profesjonalną sekcję zwłok. Jak zapewne wiecie, najczęściej do tajnych mordów wykorzystywano arszenik. Proceder ten trwał do końca XIX wieku, czyli całkiem długo, do momentu, aż dowiedziano się, jak z powodzeniem wykrywać truciznę w organizmie. Prowadzący opierali się na książce Stulecie detektywów, ja znalazłam świetny portal kryminalistyczny dla zainteresowanych.
Joasia opowiada o wydarzeniach z Londynu z 1915 roku, o psychopacie topiącym swoje małżonki w wannie...
Po prelekcji poszłam do sali 362 na konkurs filmowy, żeby zabić czas. Było bardzo zabawnie, kibicowałam drużynie Kamyczków, w której skład wchodziła m.in. Ewa Białołęcka. Organizatorzy konkursu przyłożyli się - konkurencje podzielone były na kadrowe (Z jakiego filmu jest ten kadr?), kalambury, prezentacje fragmentów filmowych (Co to za film?; Kim jest ten aktor? Co jest nie tak? itp.). Niestety nie wiem kto wygrał, bo musiałam pędzić po bratanka i na czwarte piętro na warsztaty Jak jeszcze lepiej opowiadać, prowadzone przez Staszka Krawczyka. Przyznam szczerze, że wynudziłam się trochę, chociaż zajęcia prowadzone były interesująco - RPG nie jest jednak moją tematyką i jakoś nie mogę się przekonać do tego specyficznego sposobu narracji. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie jeden z członków naszej grupy, który negował wszystko, co mówili inni i nie chciał współpracować, a chyba nie o to w tym chodzi? Dobrze, że nie braliśmy wszystkiego poważnie i na zadanie "stwórz opis krajobrazu baśniowego" sfabrykowaliśmy postapokaliptyczną wizję świata w rdzawych barwach, na której pasły się różowe jednorożce z dwoma rogami...

Przed 15.00 znowu się rozdzieliliśmy - Filip poszedł do swoich nowych znajomych z LARP-a, ja na spotkanie z SuperNOWĄ. Nie pojawił się niestety redaktor naczelny,  Mirek Kowalski, zamiast niego była obecna pani Marzena Kłos i autorzy: Witek Jabłoński, Marek Baraniecki, Paweł Kempczyński, w ostatniej chwili dołączył Marcin Przybyłek. Co ciekawego będzie się działo w najbliższym czasie w wydawnictwie? Niewiele. Na przełomie września i października (chociaż podejrzewam, że jednak w październiku) pojawi się oczekiwana Żmija Andrzeja Sapkowskiego. W późniejszym czasie (czytaj: najpewniej na początku przyszłego roku) nakładem wydawnictwa ukaże się antologia o kotach, do której jeszcze "piszą się" opowiadania; w przyszłym roku ma wyjść również powieść Jabłońskiego, na razie zatytułowana Słowo i miecz. Marcin Przybyłek mówił o swojej najnowszej książce, Gamedec: Zabaweczki. Sztorm, która ma mieć premierę jeszcze we wrześniu. Lekki niesmak wywołała odpowiedź na pytanie, czemu nie ma Sapkowskiego - "pod koniec sierpnia zawsze bierze urlop" (akurat, no ale przecież nie można powiedzieć, że czytelników pisarz ma gdzieś, a już na pewno nie może tego powiedzieć jego wydawnictwo), ale ten autor już coraz mniej mnie obchodzi... Niewiele mogę powiedzieć o Marku Baranieckim, który praktycznie się nie odzywał, o Witku opowiadać nie będę (uroczy gaduła, jak zwykle), Paweł Kempczyński wydał mi się... dziwny przez lekkie zmanierowanie w sposobie mówienia, pozytywne wrażenie wywarł na mnie natomiast Marcin Przybyłek, w dowcipny sposób opowiadający o tym, jak pisze (do jego osoby wrócę jeszcze nieraz). Ogólnie, przyjemnie było posłuchać, jak koledzy po fachu nawzajem prawią sobie humorystyczne złośliwości, nie szczędząc ich również wydawnictwu, widać było jednak sympatię i szacunek.
Od lewej: Marzena Kłos, Marek Baraniecki, Witold Jabłoński, Paweł Kempczyński
Zamiast na Psychologię głębi Marcina Przybyłka (o, jakże teraz żałuję!), poszliśmy na obiad, a później odwiedziliśmy Targi, gdzie nabyłam Piołun i miód Ewy Białołęckiej. Od Runy dowiedziałam się także, że książka Maćka Guzka Czyste dobro, o której pisałam już w styczniu, powinna trafić do księgarń pod koniec 2009 r. W parku odbywał się konkurs rysowania na asfalcie na rzecz biednych dzieci (malowidła nie zdobiły uliczki zbyt długo, w sobotę rano zmył je deszcz):
Humorystyczna wersja naukowo-fantastyczna; autor nieznany
Całkiem poważna wersja fantasy rysowana przez Krewcię
Zdążyłam jeszcze na ostatnie minuty spotkania autorskiego z Ewą Białołęcką, zdobyłam jej autograf i dowiedziałam się, że kolejna część cyklu, Czas złych baśni, ukaże się na początku przyszłego roku.

O 18.00, już w komplecie, zajęliśmy pierwsze miejsca w auli 358 na prelekcji Witka Jabłońskiego i Eli Żukowskiej Co nam zostało z dawnych bogów. W sumie, było to powtórzenie spotkania avangardowego, ale kilka nowych informacji też wyłowiłam. Np. to, że termin "pogaństwo" ukuł kościół chrześcijański, aby zdeprecjonować dawne religie. Działało to na zasadzie "niewidzenia belki we własnym oku" - np. chrześcijanie zarzucali poganom "bałwochwalstwo", czyli czczenie wizerunków bożków, a sami modlili się przecież do obrazów i figurek Jezusa czy Matki Boskiej. Wiedzieliście, że 25 grudnia, katolickie Boże Narodzenie, dla Słowian był dniem narodzin boga Mitry? A propos tzw. grzechów ciężkich - to dopiero chrześcijaństwo zaczęło cenić dziewictwo u kobiet - dla Słowian dziewictwo było oznaką, że z dziewczyną jest coś nie w porządku; najlepiej jeśli już miała dziecko, oznaczało to bowiem, że jest płodna.
Cały Witek - jak zacznie mówić, skończyć nie może;-)
Przed 19.00 znowu nastąpił rozdział w naszej grupie - Filip poszedł na Graj twardo, spotkanie z Johnem Wickiem, a ja i Lili zostałyśmy na spotkaniu autorskim z Marcinem Przybyłkiem. Jeśli jeszcze się nie domyśliliście, kto na Polconie zajął moje serce, to teraz ogłaszam to oficjalnie - Przybyłek właśnie!;-) Spotkanie bardzo fachowo i interesująco prowadziła Klaudia Heintze, która zadawała niesztampowe pytania - np. dlaczego w opisie niemal każdej bohaterki wspomniany jest jej brzuch, albo co świadczy o czyimś szaleństwie.
Klaudia zastanawia się, jakim pytaniem "zastrzelić" Marcina, Marcin zastanawia się, dlaczego na ekranie nie wyświetla się pulpit z jego laptopa...
Mogliśmy zobaczyć ostatni przedpremierowy zwiastun (rewelacyjny, profesjonalny, no cudo!) promujący cykl o Gamedecu, który pod koniec września będzie też dostępny w internecie, m.in. na stronie Gamedec Zone. Obejrzeliśmy też prezentację, w jaki sposób, krok po kroku, robiony był spot reklamowy. Nie czytałam dotąd niczego autorstwa Marcina, ale zamierzam nadrobić zaległości i to pewnie szybciej, niż myślę (nie wytrzymam do przyszłego roku). Opowiadał tak ciekawie o tym, jak tworzył postać, świat i poszczególne jego elementy, że muszę się przekonać, jak to wygląda w praktyce.

I tak zakończył się dzień drugi Polconu.

wtorek, 1 września 2009

Polconowe opowieści cz. I (czwartek)

Wróciłam! Już ochłonęłam, chociaż nadal jeszcze porządkuję wrażenia. Było super! Świetnie się bawiliśmy, poznaliśmy ciekawych i przesympatycznych ludzi, nasłuchaliśmy się interesujących ciekawostek, ja znowu się "zakochałam" w pisarzu (już nie Jabłońskim, ale też z SuperNOWEJ)... Ale może zacznę od początku. Notki postaram się oprawić zdjęciami, z góry jednak przepraszam za ich słabą jakość, bo i aparat nie był najlepszy, ani ze mnie dobry fotograf:-)

Jak przewidywałam, nasz plan zweryfikowaliśmy na miejscu i to już pierwszego dnia. Jak zapewne nie pamiętacie, mieliśmy w czwartek zacząć od Savoir-vivre dla początkujących graczy RPG o 16.00;-) Przeszkodziła nam w tym niestety długaśna kolejka do akredytacji. Postanowiliśmy bowiem, wielce mądrze, udać się na teren Politechniki Łódzkiej na godzinę przed rozpoczęciem imprezy, ale okazało się, że wiele osób wpadło na ten sam pomysł. Skutkiem tego staliśmy w wężyku ponad półtorej godziny. Ponieważ jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... W oczekiwaniu poznaliśmy Lili (jak już wiecie z mojej relacji z Avangardy, większość uczestników posługuje się na takich konwentach pseudonimami i tym razem ja też!;-)), która jeszcze tego samego dnia dołączyła się do naszej dwuosobowej ekipy (a może to my dołączyliśmy do jej jednoosobowej...).
To początek, a raczej koniec góry lodowej
Udało nam się wreszcie uzyskać identyfikatory i program konwentu plus mnóstwo ulotek, z których zatrzymałam jedynie magnes na lodówkę i dwie zakładki do książek, i szybkim krokiem wbiegliśmy na III piętro, do sali 358, gdzie Klaudia Heintze zaczęła już prelekcję o Lilith, podczas której zastanawialiśmy się, czy była ona demonem, czy emancypantką. Okazało się, że na jedno wychodzi. Lilith obecna jest niemal w każdej wierze - u Hebrajczyków była pierwszą żoną Adama, która odeszła mając faceta serdecznie dosyć z jego przerośniętym ego; u Egipcjan mogła nosić imię Izis, w wierzeniach Mezopotamii powiązana była z boginią Inaną, Grecy nazywali ją Lamią, a dopiero średniowieczni chrześcijanie utożsamili ją z demonem seksu i wampiryzmem, matką inkubów i sukubów, a także wrobili ją w kuszenie Adama i Ewy. Najczęściej przedstawiana była jako niezależna, świadoma siebie kobieta o rudych lokach, skrzydłach i sowich stopach, lub owinięta w węża kusiciela, której żaden mężczyzna nie jest w stanie okiełznać:
(Dzięki bogom, że bliżej mi do Lilith niż do Ewy, uległej blondynki wykonującej polecenia męża). Obecna nie tylko w pradawnych wierzeniach, Lilith zaistniała także w popkulturze, m.in. w komiksach Marvela, gdzie zrobiono z niej wampiryczną córkę Draculi:
Ci Amerykanie...
Po tej ciekawej prelekcji zostaliśmy na następnej, traktującej o Seryjnych mordercach. Spotkanie, bardzo zabawnie zresztą, prowadzili Magda Hyla i Michał Cholewa, którzy nieco chaotycznie opowiadali o najważniejszych cechach psychopatów, okraszając opisy fragmentami z przeróżnych filmów. Nie dowiedziałam się z niej wiele nowego, poza tym, że Dexter z Laboratorium Dextera jest psycholem, niemniej zabawa była przednia. Niestety nie wyjaśniono najważniejszej tajemnicy spotkania - co to jest: 10 tysięcy prawników na dnie oceanu...;-) Następna godzina jest dla mnie dziurą w pamięci, wiem jedynie, że nie poszliśmy na uroczyste rozpoczęcie konwentu, ani na LARP-a Pokój bez klamek, który został w ostatniej chwili odwołany; zamiast tego potułaliśmy się trochę po hali MOSiRu, ale Targi Fantastyki dopiero się rozkładały.
Namiot konwentowy odwiedzany był od rana już pierwszego dnia, gdzie daniem głównym było piwo (niestety, ku rozczarowaniu smakoszy tego trunku, nie było ono regionalne, jak obiecywał organizator)
O 20.00, zgodnie z planem, wróciliśmy do auli 358 na pokaz filmu Do Rivendell i bez powrotu i to było wspaniałe ukoronowanie dnia. Fanowska produkcja fantastów z Bielawy jest parodią pierwszej części trylogii Tolkiena i niejednokrotnie rozbawiła wszystkich widzów do łez, zwłaszcza przez kilka rozbrajających gagów związanych z innymi produkcjami, m.in. z Harrym Potterem i Gwiezdnymi Wojnami. Trochę nudniejszy był drugi filmik Etykieta zastępcza, odwołujący się do czasów PRL-u, ale zakończenie uratowało go przed klapą:-) Po projekcji udaliśmy się do pizzerii Oaza, gdzie jedliśmy pyszną pizzę i rozmawialiśmy o minionym dniu. C.D.N.