Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z pogranicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z pogranicza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 czerwca 2017

Królowa, nałożnica i książęta - Damy ze skazą; Kamil Janicki, Znak 2017 r.

Damy ze skazą to kontynuacja Kobiet z żelaza i jest równie wciągająca i naszpikowana szczegółowymi informacjami o średniowieczu, co jej poprzedniczka. Zdecydowanie wolę ten okres od złotego wieku Polski. Tym razem głównymi bohaterkami są Rycheza, żona Mieszka II, i Przedsława, nałożnica Bolesława Chrobrego.

Autor ponownie zadziwia rozległą wiedzą i detektywistycznym zacięciem, utrzymuje uwagę stylem o szybkim tempie, sensacyjnymi zwrotami, mnóstwem ciekawostek. Zupełnie inaczej postrzega się opisane tutaj nie tylko ówczesne społeczeństwo, lecz także wydarzenia w ogóle, które my (w sensie moje pokolenie lat 80.) znamy z przekłamanych podręczników. Dla mnie książki Janickiego są zupełnie inną wizją Polski i historii niż uczyłam się w szkole. Wizją pełniejszą, o wiele też ciekawszą i pasjonującą. Ja uczyłam się o królu Bolesławie, królu Mieszku II,  nie wspominano o rządach Bezpryma czy Rychezy. Oczywiście należy mieć na względzie, że Janicki snuje więcej domysłów niż faktów (czego sam nie ukrywa w posłowiu), łączy je jednak w bardzo zgrabną opowieść, którą świetnie się czyta. W dodatku autor ma dobre poczucie humoru, które momentami jest wręcz rozbrajające.

Tak jak w poprzedniej części, tak i tutaj można dowiedzieć się wiele o życiu społeczności. W kontraście stawia autor zwyczaje i kulturę (przede wszystkim polityczną) z tą panującą (a raczej nie) w Polsce. Książka zawiera mnóstwo dodatkowych informacji o zwyczajach ogólnej średniowiecznej społeczności. Dowiemy się z niej między innymi, jak zrodziła się legenda Świętego Mikołaja, kim naprawdę był Popiel, poczytamy również o statystykach dotyczących samobójstw, gwałtów, morderstw w rodzinach królewskich.

Autor przede wszystkim skupia się na obrazie kobiet w ówczesnych czasach, nie tylko swoich bohaterek. To zadziwiające, jak bardzo zmienił się on w zaledwie kilka stuleci. Wczesne średniowiecze ceniło i rozwijało mądrość kobiet z wysokich rodów. Zastanawiające, jak to się stało, że ten szacunek tak szybko zamienił się w pogardę i uprzedmiotowienie.

Bardzo podoba mi się w książkach Janickiego, że do każdego wydarzenia, niemal każdej wzmianki o jakimś symbolu, dodaje on szeroki kontekst historyczny, dzięki czemu czytelnik poznaje nie suche fakty, a bogate życie tamtego okresu. Książki te są dowodem na to, że wczesne średniowiecze nie było epoką ciemną.

czwartek, 24 listopada 2016

Tajemnica lady Audley, Mary Elizabeth Brandon, tłumaczenie: Mira Czarnecka, Zysk i S-ka 2016 r.

Mimo pewnych elementów, które mi przeszkadzały, Tajemnica lady Audley to ciekawa powieść kryminalno-psychologiczno-obyczajowa. Złożona, dojrzała literacko, intrygująca i tajemnicza. Chociaż miejscami może okazać się nudna dla współczesnego odbiorcy, to z pewnością warta jest polecenia wszystkim, którzy lubią powieści retro, powieści historyczne, kryminały.

czwartek, 15 września 2016

Mąż głową kraju, ale żona szyją, która głową kręci... - "Żelazne damy", Kamil Janicki, Znak 2015 r.

Żelazne damy to jedna z ciekawszych pozycji popularnonaukowych, jakie czytałam. Książka jest świetną mieszanką historii i fikcji, a przede wszystkim doskonałym zapisem śledztwa autora dotyczącego obyczajowości średniowiecza i charakterów polskich władczyń.

czwartek, 19 maja 2016

Naiwna zabawa - "Gra w kości", Elżbieta Cherezińska, Zysk i S-ka 2010 r.

Kilka razy przybierałam się do lektury Gry w kości i za każdym razem odkładałam książkę po przeczytaniu ledwie kilku stron. Nabrałam jednak ochoty na książki retro i po epoce XIX wieku (o czym za kilka wpisów), rzuciłam się na średniowiecze. Gra w kości nawet mi się podobała, ale mam więcej mieszanych odczuć niż zupełnie pozytywnych. Moje wyobrażenie średniowiecza i mentalności ówczesnych ludzi różni się znacznie od wizji Elżbiety Cherezińskiej.

czwartek, 21 stycznia 2016

Lustro duszy - "Dygot", Jakub Małecki, SQN 2015 r.

Piękna jest najnowsza powieść Jakuba Małeckiego. Jest to jedna z nielicznych książek, w której się z przyjemnością zatapiałam i którą czytałam powoli, uważnie śledząc każde zdanie. Dygot, jak mało która proza, oddaje światy ludzkich dusz, tak różne, jak wielu jest tu bohaterów, skłaniając do wejrzenia we własne wnętrze.

środa, 16 lipca 2014

Obcy, nieobcy - "Frank", scenariusz: Jon Ronson & Peter Straughan, reżyseria: Lenny Abrahamson, 2014

Poszłam na film, nie wiedząc o nim wiele więcej, ponad to, że grają tam Michael Fassbender (nad którym zachwytów nie ma końca) oraz Domhnall Gleeson (bardzo podobała mi się jego rola w About Time, ale o tym może innym razem), nawet chyba nie widziałam trailera. Nie miałam więc w głowie żadnych opinii, informacji o reżyserze, fabule. Przeczuwałam jedynie, że może to być dobra produkcja. I nie myliłam się. Bawiłam się świetnie, a i kilka przemyśleń do mojej głowy trafiło. Frank to jeden z lepszych filmów, jakie widziałam ostatnio (co może nie jest wielką rekomendacją, bo przez ostatnie miesiące obejrzane przeze mnie filmy zmieszczą się na palcach obu rąk).

Frank to film, który można zakwalifikować jako komediodramat, ale poza tym ciężko określić, jakie jest jego konkretne przesłanie, chyba każdy może wynieść własne. Niektóre filmy odbieram jednoznacznie już podczas seansu, już wtedy docieram do pewnych wniosków, refleksji (jak choćby podczas oglądania Rush). Franka trawiłam kilka dni, wciąż zresztą nie wiem, czy to, co odebrałam dla siebie, jest właściwym dla mnie przekazem. Nie chcę przez to sugerować, że film jest trudny lub wydumany, po prostu nie uderza w widza, nie bombarduje go emocjami, pozwala mu się zastanowić, sprawia, że po dotarciu do napisów końcowych obraz w nim pozostaje na dłużej.

Dla mnie Frank to film mówiący o tym, że warto być sobą, nie zważać na konwenanse, nie ograniczać się schematami, iść razem z życiem, a nie pod prąd próbować wbrew sobie się zmieniać, podporządkowywać. Bo tylko zachowując siebie, będąc wobec siebie szczerym, nie ukrywając się przed innymi za maskami, nie żyjąc życiem innych, możemy być naprawdę spokojni i może nawet szczęśliwi. To też przestroga, aby nie ulegać fascynacji innymi ludźmi, nie zatracać się w nich, nie naśladować, inaczej niszczymy nie tylko siebie, ale też tego, kim jesteśmy zafascynowani.

Frank to film kameralny, z kilkoma aktorami, z których każdy jest wyjątkowy, bo każdy ma inną rolę do odegrania. Nie uważam, aby to była "życiowa" czy "zjawiskowa", czy też "mistrzowska" rola Michaela Fassbendera. Aktor świetnie się spisał i oczywiście dał z siebie wszystko, potrafił przekazać emocje widzowi nawet mimo zakrycia najważniejszej części swego aktorskiego ciała, czyli twarzy (a to, przyznacie, prawdziwa sztuka), ale ja jednak wolę patrzeć, jak on gra właśnie twarzą, bo to człowiek, który zaledwie jednym niewielkim grymasem, skrzywieniem warg, spojrzeniem umie powiedzieć wszystko, nie używając nawet słów. Jest dla mnie aktorem wyjątkowym, o niesamowitym talencie, który widać w każdym jego filmie, to doprawdy niezwykłe, klasa sama w sobie i nazwisko, które zawsze będzie na mojej liście ukochanych aktorów, a nie ma ich tam wielu. Bardzo dobrze zagrał również Domhnall Gleeson, ten uroczy rudzielec momentami mnie przerażał, bawił, wzruszał, fascynował, złościł... Dzięki niemu postać Jona była żywa. Podobnie na oklaski zasługują pozostali: Maggie Gyllenhaal jako neurotyczna Clara, Scott McNairy jako depresyjny Don, Carla Azar w roli małomównej, ale wyrazistej Nany i ciągle mówiący po francusku, rozbrajający Francois Civil jako Baraque.

Nie można nie wspomnieć oprawy muzycznej, w końcu to film o muzykach. Idealnie dopracowana, wplatająca się w fabułę, a jednak wybijająca się oprawa muzyczna to dzieło Stephena Rennicksa. Frank wart jest obejrzenia i posłuchania. Smaczku dodaje też fakt, że muzyka grana przez filmowy Soronprfbs była nagrywana na żywo przez obsadę, a sam film inspirowany jest życiem prawdziwych postaci.

czwartek, 13 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XII: Książka, którą kochasz i nienawidzisz jednocześnie

To było trudne zadanie. Mam wiele książek, które kocham albo bardzo lubię, mało jest takich, które budzą we mnie silną niechęć. Sądziłam, że nie znajdę takiej, która łączyłaby w sobie te dwie cechy. I właściwie nie znalazłam, ponieważ książka, o której dzisiaj napiszę, nie budzi we mnie tak skrajnych emocji - ale przyznam, że lubię ją i denerwuje mnie mniej więcej w takim samym stopniu.

To Narrenturm Andrzeja Sapkowskiego. Pierwszy tom Trylogii husyckiej zachwycił mnie bogactwem przedstawionego świata i klimatem średniowiecza, polubiłam Szarleja, który charakterem przypomina mi trochę Regisa z cyklu wiedźmińskiego. Zaintrygowana byłam też postacią Pomurnika, który wydawał mi się wówczas jednym z lepiej przedstawionych złych bohaterów. Autor poświęcił też wiele uwagi aktualnym wtedy wydarzeniom, komentując je ze swoistą sobie ironią i złośliwością.

I powieść byłaby naprawdę świetna, gdyby nie główny bohater. Reynevan to najbardziej irytująca i działająca mi na nerwy postać literacka. Ten bawidamek i nicpoń podnosił mi ciśnienie od pierwszych stron. To durny, nieodpowiedzialny i egoistyczny gnojek z niecierpliwym penisem, który jest przyczyną wszelkich nieszczęść w swoim otoczeniu, gorszą niż wszystkie plagi egipskie razem wzięte. Jego kolejne eskapady i niedorzeczne pomysły sprawiały, że niejednokrotnie odkładałam Narrenturm z postanowieniem, że nie sięgnę więcej po książkę. Po czym wracałam do niej i katowałam się dalej.

Narrenturm
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
2002 r.

piątek, 7 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień VI: Książka, która Cię smuci

Trochę ich było. Przygnębiają mnie właściwie wszystkie powieści Philipa K. Dicka, ostatnio czułam też spore rozżalenie po lekturze 451° Fahrenheita, ale dzisiaj chciałam napisać o książce, którą przeczytałam całkiem niedawno. Ostatni dzień lipca Bartłomieja Rychtera to kolejna powieść kryminalna w stylu retro po rewelacyjnym Złotym wilku, tutaj akcja toczy się już w XX wieku, w ostatnim roku wojny.

Ważniejszy jednak od wątku kryminalnego, i to podwójnego, jest tutaj obraz ogarniętej powstańczymi walkami Warszawy. O ile motyw zagadki niespecjalnie mnie zainteresował, rozmyty wśród wiru wydarzeń, to już krajobraz zniszczonej stolicy, pokrytych gruzem ulic, którymi zdarza mi się dzisiaj spacerować, budzi we mnie ogromny smutek. Autor porusza opisami zrujnowanych miejsc, umiejętnie oddał atmosferę wojny, strach ludzi po obu stronach barykady, okrucieństwo jednych i drugich; sugeruje delikatnie bezsensowność powstania warszawskiego, a przynajmniej ja tak to odebrałam. Czytając Ostatni dzień lipca, zdałam sobie też sprawę, że za mało wiem o historii mojego kraju, prawie zupełnie nie pamiętam, czego się uczyłam o wojnach światowych i postanowiłam to zmienić (pisałam już, że zaczęłam Boże Igrzysko Daviesa).

Powieść zmusiła mnie do zastanowienia się nad tym, co ja bym zrobiła, gdybym znalazła się w sytuacji bohaterów. I doszłam do wniosku, że ja bym pewnie uciekła, a przynajmniej próbowałabym ratować swoje życie, zamiast poszukiwać sprawców morderstwa obcej mi osoby. Wydaje mi się, że ludzie dzisiaj nie są już tak szlachetni i honorowi.

Naszła mnie również inna myśl - dzisiaj żyjemy zbyt wolno, nie żyjemy pełnią życia, czekamy, uważamy, że mamy jeszcze czas na wszystko, za dużo myślimy i analizujemy, zamiast akceptować los takim, jakim jest i cieszyć się z "najmniejszych" rzeczy, chociażby z tego, że możemy żyć w wolnym kraju i mamy szansę robić te wszystkie bzdury, którymi wypełniamy sobie świat...

Ostatni dzień lipca
Bartłomiej Rychter
W.A.B.
2012 r.

czwartek, 29 marca 2012

Do prawdy przez życie i śmierć - "Transmigracja Timothy'ego Archera", Philip K. Dick, tłumaczenie: Lech Jęczmyk, Rebis 2012

Philip K. Dick to jeden z moich ulubionych pisarzy, którego twórczość dopiero poznaję. Zaczęłam od opowiadań, teraz zapoznaję się z powieściami. Byłam pod wrażeniem Blade Runnera. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, równie mocne emocje wywołała we mnie Transmigracja Timothy’ego Archera.

Transmigracja Timothy’ego Archera to ostatnia powieść Philipa K. Dicka i tę ostateczność czuć w każdym słowie, co jest tym bardziej niezwykłe, że autor nie spodziewał się śmierci. Ta niesamowita książka jest jedną z najlepszych, jakie czytałam. Żaden inny pisarz nie potrafi tak wwiercić się w mój mózg, jak robi to Philip K. Dick, tym bardziej kiedy to, o czym pisze, jest tak osobiste. Chociaż Transmigracja… nie jest autobiografią, w każdym z bohaterów czuć prawdziwość i obecność autora, co potwierdza w przedmowie (którą tradycyjnie przeczytałam po skończeniu powieści i nadal uważam, że, wbrew definicji, nie powinno się czytać przedmowy przed przeczytaniem książki) Dominika Oramus.

Powieść jest swoistą podrożą do śmierci i poprzez śmierć, poszukiwaniem sensu istnienia, narodzin, umierania, rozważaniem każdej wiary. To rozpaczliwe wołanie człowieka zagubionego w całej wiedzy, jaką posiadł, a nie dającej mu odpowiedzi na najważniejsze pytania, od których zależy jego cała egzystencja. Mimo że historia dotyczy kilkorga różnych ludzi, cały czas miałam wrażenie, że prawdziwym jej bohaterem jest sam Philip K. Dick. Najsilniej odczuwałam to w wypadku Angel Archer, narratorki całej opowieści, oraz Timothy’ego Archera, kontrowersyjnego, wiecznie poszukującego prawdy biskupa Kalifornii.

Fabuła nie jest nadzwyczajna, wręcz przeciwnie. Angel Archer spisuje swoisty pamiętnik, wspomnienia o najbliższych jej ludziach, którzy pozostawili ją żywą, opuścili z ziemskiego życia. Trzydziestokilkuletnia, wykształcona, niezwykle inteligentna kobieta doświadcza najpierw śmierci męża, by niedługo potem zmagać się z bólem po odejściu swego teścia i przyjaciółki. Nie ma w tym nic skomplikowanego, chciałoby się powiedzieć, że przecież takie jest właśnie życie. Jednak to nie opowieść jest ważna, jak zwykle w wypadku twórczości Dicka. W „Transmigracji…” każde słowo ma znaczenie, choć czasami wydaje się bezładnym tokiem ludzkich myśli, myśli autora, czego natychmiast domyśli się ten, kto przynajmniej trochę zna jego biografię. Pisana prostym, wyrazistym językiem książka poraża swoją błyskotliwością, ironią, zaskakuje wnioskami, a miejscami wydaje się niezwykle skomplikowana. Zmusza do ciągłej uwagi, nie można jej tak po prostu czytać, ją trzeba przeżyć, przemyśleć. A to bardzo łatwe dać się wciągnąć w rozważania bohaterów, bo przecież każdy z nas kiedyś się zastanawiał, czy istnieje jakikolwiek bóg, czy mamy duszę, a jeśli tak, to co się z nią dzieje po śmierci naszego ciała, czy można wrócić z zaświatów, kiedy zaczyna się życie…

Jeśli do tej pory się nad tym nie zastanawialiście, być może zaczniecie w trakcie lektury powieści Dicka. Książka w wielu aspektach może się wydać prowokacyjna, zwłaszcza dla tych, którzy są bardzo przywiązani do chrześcijaństwa i zapewne się im nie spodoba. Nie należy jednak traktować wywodów autora jako ataku na jakąkolwiek religię, jego przemyślenia odzwierciedlają potrzebę poszukiwania właściwych odpowiedzi. Można dojść do przekonania, że żadna religia tak naprawdę się nie liczy, ponieważ w ostateczności wiara katolicka czy buddyzm nie różnią się znacznie od siebie. W Transmigracji Timothy’ego Archera nie znajdzie się jednak recepty na życie czy pogodzenie się z faktem, że każdy z nas musi umrzeć. Wręcz przeciwnie, ukończenie książki pozostawia na pastwę własnych myśli o życiu i śmierci, z mnóstwem pytań o sens posiadania wiedzy, która oddala od wiary i z poczuciem, że szczęśliwi są ci, którzy bezgranicznie ufają w dogmaty, ponieważ oni nie muszą się zastanawiać, im wystarczą odpowiedzi, które otrzymali. Bo czy warto szukać ostatecznej mądrości kosztem własnego szczęścia i miłości najbliższych?

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

środa, 21 grudnia 2011

Gdzie ten Edward? - "Świat wampirów: Od Draculi do Edwarda", Manuela Dunn-Mascett, tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius, Prószyński i S-ka 2010

Świat wampirów: od Draculi do Edwarda może się wydać gratką dla fanów Zmierzchu i pewnie kilkoro rzuciło się na bardzo ładnie wydaną książeczkę autorstwa Manueli Dunn-Mascetti. Jeśli jednak liczyli na to, że dowiedzą się z niej więcej o wampirze-wegetarianinie, musieli się srodze zawieść, ponieważ nie znajdą tu żadnych szczegółów dotyczących bohatera cyklu Stephenie Meyer. Co w takim razie znajdą czytelnicy? Opowieści o poprzednikach, prawdziwych wampirach, których dzieje spisali Polidori czy Stoker. Autorka postanowiła przedstawić wampiryzm jako historycznie potwierdzony fakt, udokumentowany przez badaczy Oświecenia i pisarzy powieści gotyckich.

To podejście drażniło mnie przez całą lekturę, Dunn-Mascetti pisze bowiem o wampirach, wilkołakach czy duchach jak o istniejących istotach, mieszając historyczne wydarzenia i postaci z literacką fikcją. Nie przejmuje się tym, że Elżbieta Bathory zmarła w 1614 roku a nie w 1640, podaje też błędną interpretację słowa „wampir”, dając mu pochodzenie rumuńskie, podczas gdy tamtejsze wierzenia nie znają podobnej postaci. Z drugiej strony w książce znajduje się dużo ciekawostek o wierzeniach z całego świata, opisów źródeł przesądów, często nie pozbawionych ironii, jakby autorka chciała ostrzec, że nie należy wierzyć w każde jej słowo. Szkoda, że nie podaje źródeł cytowanych tekstów, co we mnie osobiście wywoływało nieufność do podawanych w nich informacji.

Wampir Edward stanowi w tej „pracy” jedynie odniesienie, formę kontrastu do wampirów z przeszłości. Znajdziemy tu tylko opis wizerunku wampira, jaki ukształtował się w wyniku pojawienia się Draculi, hrabiego Ruthvena, Carmilli czy Varneya. Dunn-Mascetti całkiem zgrabnie łączy literackie wampiry z ich poprzednikami z legend, opisuje kolejno ich losy, wybierając z wizerunku każdego z nich charakterystyczne cechy, które złożyły się na wizerunek wampira. Jednocześnie demaskuje wiele wierzeń za pomocą naukowych wyjaśnień.

Książka powinna się spodobać młodzieży. Lekki, żartobliwy styl autorki oraz sporo anegdotek sprawi, że spędzą ciekawie czas i przy okazji dowiedzą się, jaki mniej więcej jest rodowód wampira. Wiedza przekazana przez Dunn-Mascetti może zachęcić do dalszych poszukiwań, a jeśli nie, to w zupełności wystarczy, aby poznać najważniejsze informacje o wampirach w wierzeniach i literaturze. Dla bardziej wymagających będzie jednak stratą czasu.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

piątek, 13 maja 2011

Nanieś korektę do swojego życia - "Erratum", scenariusz i reżyseria: Marek Lechki, 2010

Przeczuwałam, że Erratum to dobry film i nie myliłam się. Marek Lechki został już doceniony Złotymi Lwami i nie jest to w jego wypadku nagroda komercyjna, oklaskiwano go również na Camerimage. Teraz polski dramat mają możliwość oglądać zwykli ludzie, do czego bardzo zachęcam. Erratum bowiem to piękny w swojej prostocie, wzruszający obraz pokazujący, jak trudno odbudować spalone mosty, ale też dający pewność, że jest to możliwe.

Historia jest nieskomplikowana – Michał (Tomasz Kot) jedzie do rodzinnego Szczecina odebrać samochód szefa i w wyniku nieprzewidzianych okoliczności jest zmuszony spędzić tam kilka dni, co nie jest mu na rękę nie tylko dlatego, że jego syn ma za kilka dni przystąpić do Komunii Św. Prawdziwy powód tkwi w niedużym, rozsypującym się bloku, w nie mniej rozsypującym się mieszkaniu – Michał wyjechał z miasta, aby uciec od ojca (Ryszard Kotys), gburowatego, niechętnego mężczyzny, z którym nigdy nie miał najlepszego kontaktu, śmierć matki stała się świetnym pretekstem do wyjazdu.

Relacja Michała i jego ojca jest bardzo prawdziwa, pokazuje, jak mało ze sobą rozmawiamy, jak trudno nam przebaczać. Takie sytuacje, jak między dwoma mężczyznami na ekranie, zdarzają się niejednokrotnie w polskich rodzinach i dotyczą nie tylko synów i ojców, ale także córki i matki czy rodziców i dzieci w ogóle. To kolejny obok Sali samobójców film uświadamiający potrzebę komunikacji wśród najbliższych.

Obraz Lechkiego porusza wiele innych wątków. Mówi, jak łatwo przychodzi nam zrezygnować z własnych marzeń i pasji na rzecz konieczności czy statusu społecznego, i jak ciężko nam później trwać w swoim wyborze, chociaż na co dzień jesteśmy tak zabiegani, że tego nie dostrzegamy. Michał uzmysławia to sobie, gdy spotyka dawnego przyjaciela Zbyszka (Tomasz Radawiec). Kontrast w przedstawieniu ich obu porusza również widza. Film bardzo realistycznie oddaje polską rzeczywistość, nie taką, jaką znamy z popularnych seriali o nieszczęśliwych ludziach sukcesu, ale taką, jaką obserwujemy każdego dnia: podupadające blokowiska, pijaczków i bezdomnych włóczących się po okolicach, działanie polskiego prawa, wielkich korporacji, prawdziwe znaczenie altruizmu. W krzywym zwierciadle pokazane jest chrześcijaństwo katolickich księży.

Akcja toczy się powoli, film nie epatuje dramatem ani patosem, a wręcz spokojem i ciszą, co paradoksalnie porusza do głębi. Doskonałe aktorstwo, zarówno Kota i Kotysa, jak i pozostałych, przyciąga od pierwszej do ostatniej chwili. Wizualnie film jest po prostu przepiękny. Cudowne zdjęcia Przemysława Kamińskiego, zwłaszcza spienionych morskich fal, ale także wszystkich bohaterów, miasta, przy akompaniamencie nastrojowej muzyki Bartka Straburzyńskiego sprawiają, że od filmu nie odrywa się wzroku ani na chwilę.
Można stwierdzić, że wątkiem przewodnim jest cofnięcie się w przeszłość, w końcu Michał po powrocie do Szczecina spotyka dawnych przyjaciół i znajomych, usiłuje nawiązać kontakt z ojcem, naprawić wyrządzoną krzywdę spowodowaną własną nieostrożnością. Dla mnie jednak Erratum ma nieco inny wydźwięk. Sami wybieramy swoją ścieżkę i chociaż nie można cofnąć czasu, nie oznacza to, że jest za późno na pojednanie, przebaczenie, pożegnanie, nawet jeśli śmierć przyjdzie wcześniej.

niedziela, 3 stycznia 2010

Przekroczyć granicę - "Capote", scenariusz: Dan Futterman, reżyseria: Bennett Miller, 2005

Ponieważ o tym filmie nie mogę pisać inaczej, ostrzegam przed spojlerami.

W kwietniu zeszłego roku pisałam recenzję filmu Infamous, opowiadającego o kulisach powstania książki Trumana Capote Z zimną krwią. Wtedy też obiecałam sobie dwie rzeczy: 1. że przy najbliższej okazji obejrzę inny film poruszający ten sam temat, Capote z tytułową, oskarową rolą Philipa Seymoura Hoffmana; 2. że przeczytam książkę. Drugie postanowienie będzie moim noworocznym, gdyż po powieść jeszcze nie sięgnęłam. Okazja obejrzenia filmu nadarzyła się całkiem niedawno. Nie zamierzam porównywać obrazów pod względem jakości, oba są bowiem doskonałe i wstrząsają widzem. Ukazują jednak tę samą historię z nieco odmiennej perspektywy i to na niej chciałabym skupić się dzisiaj.

O ile oglądając Infamous miałam wątpliwości co do motywów postępowania Trumana Capote (grał go, przypomnę, Toby Jones) i do końca nie wiedziałam, kiedy udaje, a kiedy jest szczery, o tyle w Capote doskonale widziałam, w których momentach bohater kłamie. Nie trapiły mnie tutaj pytania z poprzedniego filmu:
Jak daleko można się posunąć, by zdobyć materiał do książki? I czy Capote rzeczywiście wszystko co robił, robił w tym właśnie celu? Czy to co mówił Perry'emu miało jedynie przybliżyć go do prawdy, czy naprawdę tak odczuwał?
Znałam odpowiedzi na nie wszystkie. Cały czas zastanawiałam się natomiast, jak można być takim egoistycznym, wyrachowanym potworem i z niebywałą premedytacją zdobywać zaufanie innych ludzi po to tylko, żeby przenieść na kartki papieru ich historię. Twórcy filmu zwrócili swoją uwagę niemal wyłącznie na Trumana Capote i jego drogę po trupach (dosłownie) do napisania Z zimną krwią. Żaden z oglądanych przeze mnie psychopatów z najgorszych thrillerów czy horrorów nie potrafił w tak mistrzowski sposób manipulować ludźmi (nie tylko Perrym Smithem i Richardem Hickockiem). Philip Seymour Hoffman w pełni zasłużył na Oscara za tę rolę, oddał bowiem pisarskie (bo nie można ich nazwać ludzkimi) rozterki Trumana Capote niezwykle realistycznie, poradził sobie z bardzo ciężką rolą w sposób genialny. Jego Capote doskonale znał umysły ludzkie i prawa rządzące danymi grupami, dlatego potrafił dokładnie wniknąć w każdą z nich, grać na emocjach i zmieniać swoje własne lepiej niż kameleon skórę. Doprowadził do odroczenia wyroku dwóch skazańców i opłacał najlepszych adwokatów, aby przeciągali sytuację dotąd, aż nie otrzymał całkowitej wizji morderstwa. Co więcej, on wierzył w każde swoje wypowiadane słowo, potrafił nawet stanąć przed tymi ludźmi i wmówić im, że zrobił co w jego mocy. Jego najbliżsi nie dali się jednak zwieść roztaczanym pozorom.
Capote: Nie mogłem ich ocalić.
Harper Lee: Być może. Prawda jest taka, że nie chciałeś tego zrobić.
W subtelny sposób Miller pokazuje przemianę, jaka zachodzi w przyjaźni między Nelle Harper Lee (Catherine Keener) a Trumanem, oczywiście sprawę z tego zdaje sobie wyłącznie kobieta (bo Capote tak naprawdę potrzebował ludzi tylko po to, by widzieć blask swego odbicia i podziwu dla niego w ich oczach). Odczuwalna jest zmiana w jej widzeniu pisarza - od zachwytu i akceptacji ekscentrycznych jego zachowań, przez zdumienie manipulatorskimi sztuczkami, po smutne rozczarowanie całą jego osobą. Nic dziwnego, że tych dwoje nie rozmawiało ze sobą do końca życia Capote. Nie dziwi mnie też fakt, że po wydaniu Z zimną krwią autor nie napisał już żadnej książki, ani to, że zmarł z powodu alkoholizmu 15 lat później. W Infamous Capote pokazany jest w lepszym świetle, jak człowiek z niezbyt czystą, ale z duszą. Broni się osobowością, przeżytymi nieszczęściami, a także prawdziwym przywiązaniem do Smitha. Capote Millera tej duszy nie ma, a jego życiowe doświadczenia nie budzą współczucia. Zapewne wpływ na różne spojrzenia ma także fakt, że oba filmy powstały w oparciu o inne książki - Infamous zrealizowano na podstawie biografii autorstwa George'a Plimtona, scenariusz do Capote napisano w oparciu o książkę Geralda Clarke'a.

Na uwagę zasługuje jeszcze oprawa Capote, a w zasadzie jej brak. Oszczędność motywów muzycznych (w kompozycji Mychaela Danny) nie rozprasza, kieruje natomiast całą uwagę na tytułowego bohatera i jego postępowanie. Piorunujące wrażenie murowane.

Polecam oba filmy.

piątek, 18 września 2009

Dawno temu w Peru - "Gawędziarz", Mario Vargas Llosa, tłumaczenie: Carlos Marrodan Cassas, Znak 2009

Niedawno wypomniałam Krzysztofowi brak recenzji książek, a sama zorientowałam się, że od dłuższego czasu (ponad miesiąc) nie zamieściłam żadnej swojej. Zamierzam się poprawić.
 
Mario Vargas Llosa jest pisarzem bardzo cenionym także w naszym kraju, nazywany jest jednym z najwybitniejszych twórców współczesnych. Osobiście nie mam zaufania do tego typu rekomendacji, wychodzę bowiem z założenia, że jest jakiś szwindel w tym całym nieustannym chwaleniu. Do zmiany zdania nie przekonała mnie jego książka.

Gawędziarza dostałam w prezencie i przyznam, że zaintrygował mnie opis na okładce, książka bowiem traktować miała o peruwiańskim plemieniu Macziguengów i jego wierzeniach oraz roli, jaką pełnił wśród nich tytułowy gawędziarz.

Po pierwszych stronach powieści chciałam ją rzucić w kąt, tak mnie zirytował konstrukcyjny bałagan, nie wiadomo było, co jest narracją, a co dialogiem. Zacisnęłam jednak zęby (bo prezent, bo do recenzji) i czytałam dalej. Szybko się zorientowałam, że książka jest swoistą przeplatanką wspomnień narratora (pisane w pierwszej osobie sugeruje, że jest to sam Llosa) z opowieścią snutą przez gawędziarza.

Nie sprawiło to bynajmniej, że czytało mi się przyjemniej, zwłaszcza stylizowany na mistrza Yodę język gawędziarza. Przez te chaotyczne, momentami bezsensowne zwroty ciężko było się przebić i zrozumieć wiarę peruwiańskich plemion. Tak naprawdę, nie jest ona wcale taka oryginalna i to mnie najbardziej uderzyło (nie mylić z "rozczarowało") - mimo różnic w nazwach i porządku świata kultura peruwiańska podobna jest do europejskich. To niezwykłe, że oddalone od siebie o tysiące kilometrów, rozwijające się niezależnie kultury są ściśle ze sobą połączone choćby osobą takiego gawędziarza (w Europie byli bardowie, dziad chodził po słowiańskich wioskach), bóstwami Księżyca, Słońca, niejednoznacznego Zła i Dobra.

Dużo lepiej czyta się wspomnienia o przyjacielu Llosy z lat studenckich, Saulu Zuratasie, zafascynowanym peruwiańską kulturą, który zniknął bez śladu. Tutaj padają konkretne informacje o dziejach Macziguengów. Tutaj też Llosa stawia bardzo ważne pytanie - czym jest cywilizacja i czy dla każdego jest ona dobra w "białej" formie (bo to przecież biali ludzie podbijają świat, urabiają go na swoją modłę, pozostali starają się żyć w zgodzie z naturą)? Czy nie lepiej zostawić te wymierające plemiona w spokoju, niż zbliżać się do nich w rzekomym celu ich poznania, a tak naprawdę po to, aby je zmienić?
[...] dla potomków Inków nie ma powrotu do czasów minionych. Pozostaje im tylko integracja. Przyspieszyć to, co zostało w pół drogi, całkowicie włączyć się w cywilizację zachodnią, a im szybciej się to dokona, tym lepiej. Dla nich obecnie to mniejsze zło[...] Ale w Amazonii wszystko ma się zupełnie inaczej. Tam nie doszło jeszcze do wielkiego psychicznego urazu, który z Inków uczynił naród wasali i lunatyków. Zadaliśmy amazońskim plemionom wiele ciosów, ale ich nie pokonaliśmy. Teraz już wiemy, jakie potworności kryją się za niesieniem postępu, za unowocześnianiem na siłę ludów prymitywnych. Po prostu ich zagłada. Nie popełniajmy tej zbrodni.
Llosa przedstawia również sposoby unowocześniania tychże plemion za pomocą... No zgadnijcie! Chrystianizacji, oczywiście. Pokazuje, jak działa cały mechanizm, jak podchodzą do dawnej kultury misjonarze, nie oceniając tego wprost jako brak szacunku, ale ja tak to właśnie odebrałam po tym, jak przeczytałam słowa misjonarza Edwina Schneila:
[...] Setki lat wierzeń, pewnych obyczajów nie są w stanie zniknąć tak z dnia na dzień. To musi potrwać. Najważniejsze, że zaczęli się zmieniać. Obecni Macziguengowie nie przypominają Macziguengów z czasów, kiedy tu przyjechaliśmy, mogę pana zapewnić.
Jakby jedyną słuszną drogą rozwoju było chrześcijaństwo i zachodnia cywilizacja, a reszta to prymitywizm. A kto niszczy nasz świat?

Nie zaprzeczam, że Gawędziarz jest książką ważną, właśnie z powodów wymienionych powyżej, jednak nie jest to powieść wybitna. Nie wyróżnia się oryginalnością fabuły, stylem, nie wywołała we mnie żadnego emocjonalnego wstrząsu, jedynie potwierdziła, że na całym świecie istnieją podobne problemy. Ponadto łatwo się pogubić w wierzeniach peruwiańskich temu, kto nie zna wcale tej kultury. Mi brakowało przypisów do wyrażeń peruwiańskich, których nie wyjaśniono w książce; myślę że jakiś słowniczek lub chociażby przypisy od tłumacza pozwoliłby lepiej się wciągnąć w lekturę.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Amerykański Robin Hood? - "Wrogowie publiczni", scenariusz: Ronan Benett, Ann Biderman, Michael Mann, reżyseria: Michael Mann, 2009

Lipcowy plan kinowy zrealizowałam w stu procentach. Byłam na wszystkich filmach, które chciałam obejrzeć. Zrecenzowałam już dwa - Epokę lodowcową i Harry'ego Pottera - teraz czas na Wrogów publicznych. Ostrzegam, że będą małe spojlerki. Bardzo lubię filmy, których akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych w latach 30. i 40. ubiegłego wieku, te kręcone wówczas i te stylizowane, rzadko jednak są to filmy gangsterskie (nie znoszę np. wszystkich części Ojca Chrzestnego). Dramat Michaela Manna jest jednym z lepszych w tej kategorii, jakie widziałam, a to z kilku powodów. Przede wszystkim zachwyciły mnie doskonałe zdjęcia, kolorystycznie stylizowane na stare, obraz jest w lekkiej sepii. Niezwykle precyzyjnie wykonane zbliżenia i zwolnienia akcji w odpowiednim momencie, nie dające wrażenia przeładowania i nieprzeszkadzające w odbiorze. Doskonałym pomysłem były również ujęcia stylizowane na nakręcone amatorską kamerą, co zwiększało realizm akcji, a czasem czułam się, jakbym była w teatrze, a wydarzenia rozgrywały się tuż przede mną na scenie! Tutaj wszelkie pochwały należą się operatorowi Dantemu Spinottiemu. Wtopiona w film, odzywająca się tylko w niektórych momentach, muzyka w kompozycji Elliota Goldenthala sprawiała, że niemal czułam się tak, jakbym przeniosła się w lata 30. Godna uwagi jest także świetna charakteryzacja, zwłaszcza Deppa. Poniżej fotka prawdziwego Dillingera i aktora:
John Dillinger
Po drugie, podobało mi się ujęcie obu postaci i zagranie ich przez wybitnych aktorów - Johnny'ego Deppa jako Johna Dillingera i Christiana Bale'a w roli ścigającego go Melvina Purvisa. Moim zdaniem to nie jest film o dobrych gangsterach i złych glinach, jak to sugeruje sylwiapecyna przy okazji recenzowania książki Young Dilligner, ani odwrotnie. Zarówno John, jak i Melvin kierują się swoimi pobudkami, każdy z nich ma swoje racje, pokazani są w obiektywnym świetle, z żadnym nie mogłam sympatyzować, chociaż rzeczywiście momentami John wydawał mi się czarujący (efekt ten prysł jednak w chwili, kiedy po raz pierwszy zagadnął Billie, graną przez Marion Cottilard, czyli niemal na początku filmu). Mann w umiejętny, nienachalny sposób pokazał, dlaczego Dillinger zdobył sobie popularność i sympatię mieszkańców Chicago - brawurowe napady na banki, pozostawianie obywatelom ich wypłat przy kasie z tekstem w stylu: Okradamy banki, nie zwykłych ludzi, kierowanie się "bandyckim honorem", poczucie humoru, swoista buta, ale też dobre wychowanie wobec kobiet (oddanie płaszcza przywiązywanej do drzewa zakładniczce, żeby nie zmarzła w oczekiwaniu na policję) - można powiedzieć, że robił sobie świetny PR, z czego zresztą zdawał sobie sprawę agent Purvis. Nie można jednak nie zauważyć, że John Dillinger to bardziej złożona postać - trochę taki duży chłopiec, pragnący uwagi, bo nie otrzymywał jej w dzieciństwie, który brał sobie to, co chciał, czego akurat potrzebował, który chciał być kochany za wszelką cenę. Depp świetnie poradził sobie z tą rolą, przedstawił człowieka niejednoznacznego, który w jednej chwili potrafi być brutalny i zabić z zimną krwią, by zaraz potem śpiewać piosenkę uciekając przed pościgiem...

Tak swoją drogą, to taka odmienna postać w wykonaniu Deppa (ostatnio oglądam go w rolach najróżniejszych dziwaków w komediowej nucie) bardzo mi się spodobała i chciałabym teraz zobaczyć go w roli jakiegoś psychopaty... Trochę w cieniu stoi tutaj Christian Bale jako agent FBI, ale w końcu to nie on jest głównym bohaterem i nie jest to żaden zarzut z mojej strony. Jego Melvin Purvis to człowiek opanowany, świadomy swoich metod. Kieruje tworzącym się dopiero wydziałem FBI z godną podziwu stanowczością wobec rozbestwionych nieco policjantów, tak jak powinien robić to prawdziwy komendant. Nie jest jednak przedstawiony jako niezłomny, do końca uczciwy stróż prawa, potrafi zabić z zimną krwią, ma też wiele wątpliwości co do kierunku, w jakim poszedł rozwój biura śledczego. Przy okazji możemy poznać, w jaki sposób kształtowało się FBI, wystarczy zacytować jedno zdanie z tego filmu: Nareszcie możemy zdjąć białe rękawiczki (ten sam motyw wykorzystał Robert DeNiro w przedstawieniu początków CIA w swoim filmie Dobry agent).

Jedyne, co mi w tym filmie nie zagrało, to wątek miłosny - brakowało chemii między Deppem a Cotillard, co przełożyło się na relacje ich postaci, które wydawały się wykreowane na siłę. Winę, moim zdaniem, ponosi tutaj ekipa reżysersko-scenariuszowa, która prowadziła rolę Billie niekonsekwentnie, przez co i aktorka wypadła jakoś tak blado i mało przekonująco.

środa, 15 lipca 2009

To nie Amelia, to Audrey - "Coco Chanel", scenariusz: Christopher Hampton, Anne Wiazemsky, Anne i Camille Fontaine, reżyseria: Anne Fontaine, 2009

Coco Chanel to film o kobiecie, której nie trzeba przedstawiać, niezależnej i mającej świadomość samej siebie. Na jej temat powstało kilka filmów i powieści. Najnowszy obraz powstał w oparciu o zbeletryzowaną biografię autorstwa Edmonde'a Charlesa-Roux'a. W legendę mody wcieliła się Audrey Tautou, która wyglądem przypomina prawdziwą Coco. Aktorka, która od 2001 roku nazywana jest nie inaczej, jak Audrey "Wieczna Amelia" Tautou, dzięki tej roli zerwała z wizerunkiem lekko nawiedzonej, zwariowanej dziewczyny z sąsiedztwa, szarej myszki, która pomaga wszystkim. Może niezupełnie, bo jednak Amelia bardzo mocno naznaczyła karierę Tautou, ale aktorce udało się pokazać nie tylko silną, niezwykłą kobietę, o radykalnych poglądach na to, kim chce być, ale także zagubioną, pragnącą miłości dziewczynę. Film ukazuje nie tylko genezę "narodzin" samej Coco (projektantka naprawdę nazywała się Gabrielle), jej dojrzewanie do bycia projektantką (marzyła, by zostać aktorką), ale też rozwój duchowy i drogę odkrywania samej siebie i własnej wolności i wartości jako człowieka (a nie jedynie jako dodatku do mężczyzny). 

Coco Chanel
Coco Chanel to także film o przyjaźni, niezwykłej i nietuzinkowej, Coco z Etienne'em Balsanem, nieokrzesanym hodowcą koni wyścigowych, przy którym, wbrew pozorom, Coco mogła tej wolności spróbować i dowiedzieć się, czego na pewno nie chce (ponoć już małe dziewczynki, chociaż jeszcze nie zdają sobie sprawy czego chcą, wiedzą dobrze, czego nie chcą - coś w tym jest). Jest też wątek miłosny - to u Balsana Coco poznaje miłość swojego życia, Arthura "Boy'a" Capela, który pozwala jej rozwinąć skrzydła i zostaje jej kochankiem.

To film pokazujący konsekwencje pewnych decyzji i konieczności zmierzenia się z nimi. Jednocześnie, nakręcony z klasycznym, francuskim polotem i humorem, dzięki czemu ogląda się go z prawdziwą przyjemnością, a po seansie wychodzi z głową pełną myśli i pytań, jaka naprawdę była Coco... Film czaruje przepięknymi zdjęciami, strojami i muzyką skomponowaną przez Alexandre'a Desplata.

wtorek, 21 kwietnia 2009

Bestia Portman - "Kochanice króla", scenariusz: Peter Morgan, reżyseria: Justin Chadwick, 2008

Długo przymierzałam się do obejrzenia tego filmu, przede wszystkim przez niezbyt pochlebne recenzje i dwójkę aktorów, których gry nie toleruję (Eric "lukierkowy chłopiec" Bana i Scarlett "nadęte usta" Johansson). Ponieważ jednak mam fazę na filmy kostiumowe i akurat była okazja, skorzystałam.

Byłam zaskoczona, że to jednak dobry film. Chociaż tytuł angielski The Other Boleyn Girl i powieść sugerują, że główną bohaterką opowieści będzie młodsza Maria, żyjąca w cieniu siostry, to jednak w filmie niepodzielnie panuje Anna, a raczej grająca ją Natalie Portman.

Aktorkę widziałam dotąd w trzech filmach - kultowym Leonie Zawodowcu i dwóch częściach Gwiezdnych wojen. W Leonie... podobała mi się bardzo, ale ten obraz zepsuły właśnie Gwiezdne wojny i słodki aż do mdłości wątek miłosny Amidali z Anakinem. W Kochanicach króla Portman udowodniła mi, że potrafi grać fenomenalnie. Anna w jej wykonaniu to ambitna, wyrachowana, ale jednocześnie zbyt emocjonalna i nieopanowana w swych zamierzeniach młoda kobieta, która nie potrafi udźwignąć konsekwencji własnych decyzji. Ostatecznie jednak znalazła w sobie siłę i odeszła godnie. Taką Annę z kart historii sobie zawsze wyobrażałam.

Co do pozostałych aktorów, nie ma się co rozpisywać. Bana w rajtuzach i wamsie z kryzą wyglądał po prostu żałośnie, nie mówiąc już o tym, że nie poradził sobie, z prostą przecież, rolą opętanego chucią króla. W ogóle to nie wydaje mi się, żeby Henryk VIII miał tak niecierpliwego penisa (wiem, film powstał na podstawie czytadła, ale jednak). Johansson po raz kolejny pokazała to samo - wydęte usteczka, bezbarwną skromność i niewinność podszytą hipokryzją, niezbyt zagraną zresztą. Jej postać Marii nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć poza pogardą.

Nie czytałam powieści Philippy Gregory, jednak nie wydaje mi się, żeby akurat tych dwoje, przecież ważnych bohaterów, tak spłyciła. A może to aktorzy spłycili swoje postaci? Filmu zdecydowanie nie można traktować jako historycznego, aczkolwiek bardzo dobrze i trafnie oddaje on zasady panujące na dworze angielskim w ówczesnym czasie.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Do czego zdolny jest pisarz, by stworzyć dzieło swego życia? - "Infamous", scenariusz i reżyseria: Douglas McGrath

Infamous (polski tytuł Bez skrupułów) obejrzałam dwa razy. I za każdym razem długo nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia, jakie na mnie zrobił. Film opowiada o kulisach powstania jednej z najsłynniejszych powieści Trumana Capote zatytułowanej Z zimną krwią. Nie czytałam tej książki, ale z pewnością nadrobię to w najbliższej przyszłości.
 
Infamous to wstrząsający dramat o ludziach popchniętych do zbrodni przez różne życiowe doświadczenia, ale dla mnie to jest przede wszystkim film o wyrachowaniu pisarza, który jest gotów zrobić wszystko dla swojej powieści. Fenomenalna rola Toby'ego Jonesa (Capote), który sprawił, że ciężko było mi odróżnić film od rzeczywistości. Do tej pory zastanawiam się, kiedy jego bohater był szczery, a kiedy z premedytacją udawał. Gdy już wydaje mi się, że go rozgryzłam, on wywraca moje przekonanie do góry nogami. Jak np. moment, w którym Capote rozmawia ze swoją przyjaciółką, pisarką Harper Lee (Sandra Bullock) i mówi, że nie może znieść myśli o wydaniu wyroku w sprawie Perry'ego, ale po chwili twierdzi, że jego śmierć byłaby najlepsza dla jego powieści!

Jak daleko można się posunąć, by zdobyć materiał do książki? I czy Capote rzeczywiście wszystko co robił, robił w tym właśnie celu? Czy to co mówił Perry'emu miało jedynie przybliżyć go do prawdy, czy naprawdę tak odczuwał?

Perry'ego Smitha gra tutaj Daniel Craig. Dla fanów Jamesa Bonda jego rola może być nie lada zaskoczeniem, w Infamous bowiem aktor gra homoseksualistę, zagubionego i zniszczonego psychicznie przez ojca, który aż do ostatniej chwili nie mógł pogodzić się z własną osobowością, a jednocześnie zachował człowieczeństwo i godność, mimo tego, co zrobił. To człowiek o duszy artysty, niezwykle inteligentny i oczytany, który chciał być doceniony za to, co robił, i który zdaje sobie również sprawę z niezwykłego paradoksu i ironii losu:
Całe życie chciałem stworzyć dzieło sztuki. Śpiewałem - nikt nie słuchał. Malowałem - nikt nie patrzył. A teraz, gdy ja i Dick zabiliśmy 4 osoby, co z tego wyjdzie? Dzieło sztuki.
Paradokumentalna forma filmu potęgowała jedynie uczucie pomieszania rzeczywistości. W moim odczuciu Infamous to świetnie zrobiony film biograficzny z rewelacyjną grą aktorów. Jego fabuła, zwłaszcza za ostatnim razem, głęboko zapadła mi w świadomość i nie zaznam spokoju, dopóki nie przeczytam książki. Chcę przekonać się, czy wizja reżysera i autora biografii odzwierciedla się w powieści, czy dostrzegę te ślady wyrachowania, a może wręcz przeciwnie - ironię tytułu, o której mówił filmowy Capote, tłumacząc Perry'emu chęć napisania książki. Chcę wiedzieć, chociaż to może absurdalne, czy to nie było perfidne kłamstwo (i tu proszę ewentualnych komentujących - jeśli czytaliście Z zimną krwią to ani słowa o niej!).

Podobno obraz nie zdobył takiego rozgłosu przez wcześniejszą premierę głośnego Capote z Philipem Seymourem Hoffmanem. Nie widziałam tego filmu, ale jeśli tylko będę miała okazję, na pewno obejrzę.