Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naukowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naukowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 września 2016

Mąż głową kraju, ale żona szyją, która głową kręci... - "Żelazne damy", Kamil Janicki, Znak 2015 r.

Żelazne damy to jedna z ciekawszych pozycji popularnonaukowych, jakie czytałam. Książka jest świetną mieszanką historii i fikcji, a przede wszystkim doskonałym zapisem śledztwa autora dotyczącego obyczajowości średniowiecza i charakterów polskich władczyń.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zupełnie inny łowca - "Łowca androidów. Słowa i obrazy", Andrzej Tuziak, Instytucja Filmowa "Silesia-Film", 2014

Podstawowym elementem dobrego filmu jest dobry scenariusz. Zawsze to wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, ile od dobrego scenariusza zależy. Co więcej, nie wiedziałam, jak trudno jest stworzyć dobry skrypt. Każda strona to minuta filmu! Scenarzysta musi uwzględnić mnóstwo czynników – dialog, opisać zachowanie bohaterów w danym momencie, zwracać uwagę na otoczenie, w którym się będą znajdowali… Stworzenie scenariusza jest tym większym wyzwaniem, kiedy trzeba przygotować scenariusz na podstawie powieści. O tym, jak ciężka jest to praca, zwłaszcza gdy pracuje się z twórczością Philipa K. Dicka, opowiada autor tej niezwykłej książki.

Jestem pełna podziwu dla Andrzeja Tuziaka, dla jego wiedzy, pasji, z jaką odkrywa przed czytelnikiem kolejne etapy powstawania scenariusza do filmu Blade Runner i z jaką subtelnością przekazuje także swoje, bardzo ciekawe refleksje. Dzięki niemu zupełnie inaczej podchodzę do oglądania filmów, dostrzegam rzeczy, których nie widziałam wcześniej. Książka zmieniła także mój sposób podejścia do reżyserów ogólnie, do Ridleya Scotta w szczególności. Odniosłam wrażenie, że Scottowi o wiele mniej zależało na zachowaniu klimatu powieści niż scenarzystom i wiem już, że to w dużej mierze dzięki autorom scenariusza Blade Runner jest tak wyjątkowym obrazem.

Książka odsłania kulisy pracy scenarzysty, ale też pokazuje, w jaki sposób funkcjonuje ten wewnetrzny świat filmowy, jak współpracują producenci, reżyserzy, scenarzyści (chociaż Blade Runnera kręcono w latach 80., nie sądzę, by wiele się od tego czasu zmieniło w środowisku filmowym). Uzmysławia, jak ważne jest, aby film postrzegać jako pracę zespołową, a nie tylko widzieć aktorów, reżysera. To była ciekawa i wciągająca przygoda. Polecam nie tylko fanom Dicka, Blade Runnera, ale także tym, których interesuje scenopisarstwo czy ogólnie techniczne aspekty powstawania filmów.

Łowca androidów. Słowa i obrazy zasługuje z pewnością na uwagę czytelników. Bardzo dziękuję Agnes za zaintrygowanie mnie lekturą i uproszenie autora o pożyczenie książki, autorowi dziękuję również:-)

niedziela, 2 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień I: najlepsza książka ubiegłego roku

Na kilku blogach, które śledzę (Kawiarka ZaFraapowana, silva hevsum, Ziuta się dziwi), pojawiło się wyzwanie 30 Day-Book Challenge. Spotkałam się z nim już w ubiegłym roku i w latach poprzednich na blogach zagranicznych, ale dotąd nie poczułam potrzeby brania w nim udziału. Co się zmieniło? Trudno powiedzieć. Niedawno pisałam, że straciłam serce do prowadzenia bloga. Z początkiem tego roku poczułam jednak przypływ nowej energii i postanowiłam powoli powrócić do mojej pasji. Co więcej, to wyzwanie jest doskonałym ćwiczeniem dla mojego mózgu, zaczęłam bowiem wyszukiwać w pamięci wszystkie książki, które dotychczas przeczytałam i w jakiś sposób na mnie wpłynęły, i zastanawiać się, która najlepiej pasuje i dlaczego do konkretnego dnia, tak, aby się nie powtarzała. Wcale to nie jest łatwe (w pierwszym rzucie prawie we wszystkich kategoriach wysuwały się powieści albo opowiadania z cyklu wiedźmińskiego). Doszłam wręcz do wniosku, że dużo łatwiej poszłoby mi z przypisaniem filmów do każdej z tych kategorii niż książek! Dlatego zdecydowałam się podjąć wyzwanie książkowe, a później zrobić sobie podobne wyzwanie filmowe. Może dzięki temu powrócę do rutyny pisania i aktywuję pozostałe w moim mózgu szare komórki, które od jakiegoś czasu chyba błagają o ocalenie…

Ponieważ nie do wszystkich dni mogłam znaleźć odpowiednią książkę, zmodyfikowałam nieco niektóre kategorie.

DZIEŃ I - Najlepsza książka ubiegłego roku
W rocznicę powstania bloga robię podsumowanie, w którym wybieram najlepszą książkę. Tym razem wzięłam pod uwagę okres od początku do końca 2013 roku i uwzględniłam również książki, o których tu nie pisałam.

I właśnie dzisiaj będzie to taka książka - Europa. Rozprawa historyka z historią Normana Daviesa. To pierwsza książka tego historyka, z którą się zapoznałam, ale nie ostatnia (obecnie czytam Boże igrzysko. Historia Polski, a w kolejce czekają Wyspy oraz Zaginione królestwa). Zakochałam się w tym człowieku absolutnie i bez pamięci. Jego wszechstronna, nie tylko historyczna, wiedza i dar jej przekazywania w cudownym, barwnym stylu są imponujące i onieśmielające jednocześnie. Europa pokazuje zupełnie inne spojrzenie na ten "kontynent", niż miałam do tej pory. Davies opisuje w swojej książce dzieje Europy od czasów prehistorycznych, wskazuje, jak bardzo na jej rozwój miał wpływ chociażby ukształtowanie terenu, poszczególne ery, ile Europejczycy wywodzą z kultury azjatyckiej. Autor pozwala zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do rozkwitu i/lub upadku europejskich państw, jak rodziła się europejska świadomość, dał mi większą świadomość historii moich przodków. Książka okraszona jest ciekawostkami dotyczącymi życia każdej z epok, dowiecie się, kiedy zaczęto używać krzeseł, jak to było z winem czy serem camembert… Nasza historia została przedstawiona z niezwykłą erudycją, ale i humorem, subtelnym, miejscami lekko ironicznym. Europa to potężna cegła, licząca ponad tysiąc trzysta stron i ważąca ponad cztery kilogramy, ale jej lektura jest prawdziwą przyjemnością i przygodą. Davies, jak żaden inny historyk, potrafi przenieść czytelnika w przeszłość, którą można zobaczyć, poczuć, posmakować. Europa to nie tylko najlepsza książka ubiegłego roku, lecz także jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w swoim życiu. Jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to nadrabiajcie zaległości. Jeśli nie przepadacie za historią, ta książka sprawi, że ją pokochacie.

Europa. Rozprawa historyka z historią
Norman Davies
Tłumaczenie: Elżbieta Tabakowska
Wydawnictwo: Znak

niedziela, 22 września 2013

Obok Polconu 2013 - Dni Nauki

Tegoroczna edycja Polconu już dawno za nami, mieliście z pewnością okazję przeczytać wiele relacji, stąd też i mi nie paliło się specjalnie do opisywania swoich wrażeń. Tym bardziej, że wykupiłam akredytację tylko na jeden dzień i właściwie byłam bardziej obok niż uczestniczyłam w konwencie. Tak jak pisałam kilka dni przed Polconem, piątek poświęciłam na sprawdzenie Dni Nauki, gdzie zaliczyłam wszystkie zaplanowane spotkania, natomiast sobotę spędziłam na prelekcjach, część zgodnie z planem, część bardziej spontanicznie. W związku z tym podzieliłam wpisy na część naukową właśnie i polconową.

Jak zapewne wiecie, wstęp na Dni Nauki był bezpłatny, co miało między innymi wypromować i przybliżyć środowisko fantastyczne ludziom z nim nie związanym, i w pewnym stopniu udowodnić, że fantastyka czerpie z wielu dziedzin i że my, jej wierni fani, nie jesteśmy takimi odludkami i freakami, za jakich nadal jesteśmy uznawani. Nie wiem, czy to się udało, mam nadzieję, że tak, ponieważ zorganizowanie Dni Nauki było najlepszym pomysłem tej edycji Polconu. Wiele z prelekcji prowadzonych było przez wybitnych profesorów z różnych uczelni, co tylko świadczy o tym (dla tych, którzy tego jeszcze nie wiedzą), że fantastyka nie jest już pariasem w naukowych kręgach. Ale do rzeczy. W moim planie było wysłuchanie prelekcji:
  1. Dr. hab. Krzysztofa Skwierczyńskiego – Małżeństwo, miłość i seksualność w średniowieczu (piątek)
  2. Prof. Anny Gemry – Piękna czy bestia: wokół literatury (i kultury) popularnej (piątek)
  3. Prof. Jakuba Z. Lichańskiego – Retoryka jako narzędzie badań literatury popularnej (piątek)
  4. Dr hab. Doroty Babilas – Upiór Opery: powieść, adaptacje, recepcje (sobota)

Byłam na wszystkich i wszystkie wspominam bardzo dobrze. Wykład dr. Skwierczyńskiego był bardzo interesujący, dla mało zaznajomionych z kulturą średniowiecza z pewnością bardziej, mimo że wiele z omawianych ciekawostek było mi znanych. Przede wszystkim wrażenie zrobiło na mnie świetne przygotowanie merytorycznego, doświadczenie i obycie w występowaniu przed publiką, dzięki czemu nie było zbędnych pauz, wykładowca nie sięgał do notatek, żadne pytanie z publiczności uzyskiwało natychmiastową odpowiedź. Doktor w płynny i ciekawy sposób przeprowadził słuchaczy przez okres przemian w podejściu do ciała, seksu, małżeństwa i miłości w średniowieczu. Ze spotkania dowiedzieliśmy się na przykład, kiedy zakazano związków konkubenckich (ok. XII wieku), aczkolwiek na polskich wsiach jeszcze do lat 70. XX wieku (!) panowała o wiele większa swoboda seksualna niż w miastach i seks pozamałżeński uprawiano całkiem powszechnie. Sporo czasu wykładowca poświęcił na omówienie sytuacji kobiety w sferze seksu, która, jak wszyscy wiemy, nie była najlepsza. Zgodnie z założeniami chrześcijaństwa bowiem kobieta miała być zupełnie pasywna w trakcie stosunku, tutaj więc określenie „leżała jak kłoda” było jak najbardziej pożądane. Zarówno jednak kobiety, jak i mężczyźni nie mieli prawa czerpać przyjemności z seksu. Ludzie musieli być bardzo ostrożni w trakcie spowiedzi, bowiem księża mieli specjalne pomoce podręcznikowe z pytaniami na każdy grzech. Tego i wielu innych ciekawostek można było wysłuchać. Jak ja żałowałam, że nie miałam z dr. Skwierczyńskim wykładów na studiach…
Na kolejną prelekcję czekałam z niecierpliwością, ponieważ prowadząca była autorką jednej z ciekawszych prac na temat potworów, jakie ukazały się w Polsce. Niestety lekko rozczarowała mnie prof. Gemra trybem prowadzenia prelekcji – kolejne zdania i przemyślenia wypowiadała bowiem szybciej, niż Robert Kubica jeździ F1, przez co niewiele zostało w mojej głowie. A z pewnością pani Anna ma ogromną wiedzę. Być może, gdyby postanowiła się skupić na zaledwie kilku aspektach rozwoju literatury i kultury popularnej i jej wpływu na społeczeństwo, zamiast próbować przedstawić całą jej genezę, spotkanie byłoby bardziej owocne. Udało mi się jedynie zanotować kilka punktów:
  • Literatura popularna zmieniła pojmowanie dobra i zła w kulturze, to ona wprowadziła szarość i relatywizm
  • W literaturze polskiej temat antykoncepcji pojawił się po raz pierwszy dzięki harlequinom
  • Kulturę popularną starano się wymazywać z kart historii na rzecz tzw. kultury wysokiej – dlatego w pracach o historii literatury pomijano twórców, którzy byli rzeczywiście popularni, a pisano o tych, których ludzie powinni znać
Tak, to niestety tyle. Więcej ciekawostek nie pamiętam, czego szczerze żałuję…

Zaraz po spotkaniu z prof. Gemrą odbył się wykład mojego ukochanego profesora, mojego guru literatury popularnej i promotora pracy magisterskiej, Jakuba Z. Lichańskiego. Tematem była retoryka i jej korelacje z literaturą popularną. W swoistym stylu genialnego erudyty profesor przedstawił nam, maluczkim, swoją, całkiem słuszną, tezę retoryki jako takiej oraz jak może być ona wykorzystywana w badaniach nad popkulturą. Profesor z ogromnym przekonaniem mówił o tym, że przez całe życie posługujemy się symbolami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, że nie można pojmować kultury popularnej wobec czegoś, na przykład literatury pięknej, ponieważ popkultura jest tworem samym w sobie i to dzięki niej wyjaśniamy rzeczywistość, to ona buduje nam wizję świata i środowiska, w którym żyjemy. Czyż nie jest tak? Zastanówcie się. Po tym wykładzie jeszcze bardziej zatęskniłam za studiami.

Ostatnie spotkanie pod znakiem Dni Nauki odbyło się w sobotę i prowadziła je dr Babilas. I zrobiła to rewelacyjnie! Jaką ogromną wiedzę ma ta kobieta na temat Upiora Opery, nie wyobrażacie sobie! Niestety godzina to zbyt mało, żeby chociaż w połowie, w jednej czwartej, ba!, w jednej setnej rozwinąć motyw tego utworu. Nie zdawałam sobie sprawy, że zdobył on tak dużą popularność: co najmniej dwadzieścia adaptacji filmowych, a do tego jeszcze sztuki teatralne, musicale; z czego żadna z nich nie jest wierna powieści. Bardzo dużo dowiedziałam się o samej książce, pani Dorota sypała ciekawostkami niczym magik asami z rękawa. Wiedzieliście na przykład, że musical filmowy Joela Schumachera z 2004 roku jest adaptacją adaptacji musicalu scenicznego? Albo że pierwsze wydania polskie powieści były niekompletne, dopiero w 2005 roku ukazało się całościowe wydanie? Pierwsza adaptacja filmowa z 1925 roku jest jednocześnie pierwszym filmem z gatunku horroru w Hollywood. Upiór Opery miał przeróżne filmowe wariacje – na przykład w adaptacji z 1998 roku główny bohater nie jest okaleczony, ale został wychowany przez szczury… Sama powieść jest bardzo złożona i nie będę się o niej rozpisywać, aby samej sobie nie psuć przyjemności z lektury spoilerami, ale abyście mieli pojęcie (ci, którzy nie czytali lub czytali, a nie zwrócili uwagi), wymienię kilka warstw, jak to zrobiła doktor na wykładzie (zaznaczając na wstępie, że tort ma warstwy, cebula ma warstwy, upiór ma warstwy – co tylko dowodzi słuszności tezy Lichańskiego):
  • Warstwa muzyczna – akcja powieści rozgrywa się wokół oper Don Giovanni, Otello
  • Warstwa historyczna – główny bohater zyskał swoją osobowość z różnych prawdziwych postaci: samego Gastona Leroux, Charlesa Garniera (architekt Opery Paryskiej), Harry’ego Houdiniego, Josepha  Merricka (znanego jako człowiek-słoń), Erika Satie (francuski kompozytor czasów dekadencji)
  • Warstwa legendarna/baśniowa – odwołanie do takich baśni i legend, jak Piękna i Bestia, Sinobrody, Quasimodo, Cyrano de Bergerac
  • Warstwa uwodzicielskiej grozy – maska zakrywająca potworność, dająca złudzenie, przyciągająca tajemniczością
  • Warstwa lustra – bohaterowie są swoimi lustrzanymi odbiciami, polówkami jednej istoty; do tego motywu nawiązuje również Człowiek śmiechu Victora Hugo czy Wichrowe wzgórza Emily Brontë
Upiór Opery był na mojej liście lektur do projektu Piękny czy Bestia, ale do czasu prelekcji nie byłam świadoma, że w tym motywie kryje się taka kopalnia wiedzy o przemianach potwora w ludzkiej świadomości, już sam Upiór mógłby być jedynym przedmiotem badań.

I to by było na tyle. Kolejnym razem wpis poświęcony sobotniemu dniu konwentu.

poniedziałek, 20 maja 2013

Papierowa wielkość - "Śniąc o potędze", Agnieszka Haska & Jerzy Stachowicz, NCK 2013

Kto by pomyślał, że fantastyka alternatywna była tak popularna w czasach międzywojnia. Śniąc o potędze w opracowaniu Agnieszki Haski i Jerzego Stachowicza wydobywa na światło dzienne fragmenty opowiadań i powieści dawno już zapomniane, nie mające, zdawałoby się, większego znaczenia dla rozwoju naszej literatury fantastycznej. Budzące raczej śmiech bądź żal w kontekście wiedzy o prawdziwym stanie ówczesnych sił zbrojnych czy zdolności politycznych. Jednak autorom udało się zabrać czytelnika w niezwykłą podróż do przeszłości oraz przyszłości. Dzięki nim może on zapoznać się z różnymi spojrzeniami na to, co by było gdyby, ale przede wszystkim na to, jak według ówczesnych twórców mogłaby wyglądać Polska w przyszłości. Jak to zwykle bywa, kilka historii okazało się proroczych.

Jak sami autorzy uprzedzają, nie są to utwory posiadające wielką literacką wartość, ba, większość z nich razi wręcz amatorszczyzną. Jednak czytelnik zdaje sobie sprawę (i upewniają go w tym naukowcy), że opowiadania i powieści prezentujące potęgę Polski na różnych polach nie były pisane po to, aby oddać realistyczne założenia tej wielkości. Pretekstem do ich powstania było przede wszystkim utrwalanie mitów budowanych przez władze. Ponadto inne były wówczas zasady pisania. Dlatego recenzentka nie miała tu dużego pola do manewru w krytykowaniu stylu, gramatyki, ortografii. A doprawdy reguły pisowni znacznie różniły się od tego, co obowiązuje teraz, i można zgrzytać zębami, ale trzeba to zaakceptować, aby czytać dalej. Główną cechą wszystkich zgromadzonych tu tekstów jest patos, który patosem pogania patos, kwieciste zdania są na porządku dziennym, co sprawiło, że przebrnięcie całego zbioru było dla mnie większą męką niż się spodziewałam.

Nie można oczywiście całkowicie tych utworów nie doceniać. Wyobraźnia, jaką popisywali się ówcześni autorzy, doprawdy imponuje. Z wielu opowieści przebija desperacka próba podbudowania polskiego ducha obrazkami niezniszczalnej potęgi Polski, co może być odświeżające dla tych, którzy katowani byli wizjami Mesjasza Narodów, wiecznego cierpiętnika (czyli właściwie wszystkich nas, którzy pamiętają lub właśnie przeżywają podstawówkę, gminazjum czy szkołę średnią, nie wspominając o tych katuszach, jakie nam są serwowane codziennie w telewizji i polskim kinie).

O wiele większą wartość mają dla mnie jednak części opracowujące, wprowadzające w kontekst historyczny i społeczny każdego tematu. To opowiadania są tu dodatkiem do pracy Agnieszki Haski i Jerzego Stachowicza, stanowią ciekawą oprawę ich wywodów. Oprócz naprawdę cennych komentarzy uczonych pracę zdobią czarno-białe fotografie z okresu międzywojnia, niestety niepodpisane i przez to niewiele znaczące dla czytelnika. Podoba mi się również oprawa graficzna pracy, nawiązująca do okresu powstawania twórczości. Szkoda, że za grafiką nie poszła część redakcyjna. Rozumiem, że nie można było wnikać w poprawianie przedwojennych tekstów, ale wypadało w takim razie zadbać o te pięćdziesiąt kilka stron tekstu naukowego.

Mimo pewnych niedociągnięć Śniąc o potędze jest lekturą obowiązkową dla każdego fana fantastyki polskiej, jeśli nie w kwestii znajdujących się tam opowiadań, to z pewnością ich opracowania naukowego.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

O książce dużo ciekawiej pisze Ula na O dystopiach.

środa, 20 lutego 2013

W kręgu naszych mitów - "Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian", Jerzy Strzelczyk, Rebis 2008


Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian to leksykon zawierający sporo informacji na temat wierzeń naszych przodków. Nie jest to może tak zajmująca lektura jak Rękopis znaleziony w Smoczej Jaskini (który chociaż nie zajmuje się mitami, to z racji tematyki nieco się po nich prześlizguje) czy legendarna już Mitologia Słowian Aleksandra Gieysztora, jednak stanowi ciekawy zbiór pojęć dotyczących nie tylko wierzeń słowiańskich, lecz także naszej historii i obyczajowości, bez których nie można rozpatrywać kultury żadnego plemienia.

Autor już na samym wstępie uświadamia, jak trudną pracą jest zebranie szczątkowej wiedzy i ułożenie jej w bardziej kompletną całość. Jerzy Strzelczyk nie miał łatwego zadania, biorąc pod uwagę skąpą ilość pisanych źródeł, a jeszcze mniejszą źródeł wiarygodnych. Dlatego też nie dziwi, że w książce znalazły miejsce również postaci, demony i bogowie, których prawdopodobieństwo istnienia i występowania w wierzeniach Słowian jest znikome. Bez nich praca zawierałaby zapewne o wiele mniej pojęć. Strzelczyk sięga również po opisy miejsc istotnych z punktu rozwoju naszej historii i kultury. Czasem miałam wrażenie, że więcej tu legendarnych i historycznych bohaterów niż bóstw, z których część miała tylko imię i miejsce występowania, a ich moc pozostała nieznana. Autor starał się odtworzyć historię słowiańskich dziejów, jednak forma słownikowa nie jest dla tego najlepszą metodą, wątki i wydarzenia są porozrzucane i ciężko z tego wszystkiego wyłowić spójną ciągłą wersję.

Mimo wszystko lektura to całkiem przyjemna, na co wpływ w dużej mierze ma lekki, wprawny styl badacza, miejscami ironiczny, a nawet uszczypliwy, zwłaszcza w stosunku do wspominanych we wstępie mniej wprawnych autorów różnych pozycji mniej lub bardziej naukowych. Praca pokazuje, że chociaż nie dysponujemy pisanym świadectwem na istnienie wierzeń w postaci zbiorów mitów, to jednak możemy mieć pewność, że nasi przodkowie takowe posiadali i mieli ich całkiem sporo.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Krew i wilki - "Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności", Erberto Petoia, tłumaczenie: zbiorowe, Universitas 2004

Podobnie jak Wampira Marii Janion tę książkę czytałam na studiach i we fragmentach przy okazji pracy licencjackiej i magisterskiej. Kupiłam ją ponad dwa lata temu i od tamtego czasu nawet do niej nie zajrzałam. Aż do teraz. Wampiry i wilkołaki zgodnie z opisem to zbiór legend, mitów, podań dotyczących tych właśnie istot magicznych. Zainteresowani tematem znajdą tu bogate źródło wiedzy, od starożytnych mitów po bardziej współczesne fragmenty literatury wampiryczno-likantropicznej. A wszystko opatrzone świetnym wstępem Alfonsa M. di Noli oraz pomniejszymi „międzysłowiami” Erberta Petoi.

Wampiry i wilkołaki to świetna pozycja zarówno dla osób mało obeznanych z tematem, jak i fascynatów. Znajdują się tu bardziej i mniej znane legendy, opowieści, fragmenty poważanych w ówczesnych sobie czasach pism kościelnych i świeckich, raporty sądowe, dekrety królewskie. Przeważa motyw wampirzy, ale nie ma się co dziwić, przecież to jeden z najpopularniejszych i najbardziej trwałych mitów w naszej kulturze, głęboko powiązany z naszym największym lękiem – śmiercią – i marzeniem – nieśmiertelnością. Wilkołakom poświęcono niewiele miejsca, jednak historie z nimi związane są także bardzo ciekawe i pouczające.

Mnie osobiście urzekło antropologiczne podejście do fenomenu wampiryzmu i szeroko zakrojone pole badawcze. I chociaż pewne informacje już posiadałam, a i wiele legend i mitów tu zawartych jest mi znanych, to autorom udało się mnie kilka razy zaskoczyć. Przede wszystkim udowodnili, że mit wampira i wilkołaka są bardzo ze sobą powiązane, nad czym ja sama nigdy się nie zastanawiałam. Wiele kultur uważa wręcz, że to jedno i to samo, na co wskazuje podobieństwo wyrażeń określających wampiry i wilkołaki.

Ta książka, jak mało która, pokazuje opętanie motywem wampiryzmu wśród ludzi, począwszy od średniowiecza, przez epokę oświecenia i, jak świadczą niektóre wydarzenia, zdarza się nawet dzisiaj. Gdyby zebrać wierzenia różnych kultur, to okazuje się, że trudno było nie zostać wampirem! Najwięcej „sposobów” mają chyba Rumuni. Według nich wampirem mógł zostać:
  • Człowiek, który urodził się w owodni (taki zostaje wampirem sześć tygodni po śmierci),
  • Nikczemnik, który za życia popełniał wiele niecnych czynów, szczególnie kobiety mające za życia do czynienia z szatanem, czarownice,
  • Mężczyzna, który nie je czosnku, jest wampirem,
  • Dziecko, które umrze, zanim zostanie ochrzczone, zostaje wampirem w wieku siedmiu lat (ewenement wampira żywego!),
  • Krzywoprzysięzcy dla pieniędzy zmieniają się w krwiopijców sześć miesięcy po śmierci,
  • Kobieta ciężarna, na którą spojrzy wampir, urodzi wampira,
  • Kobieta ciężarna, która nie je soli (!!!), urodzi wampira,
  • Jeśli w rodzinie rodzi się siedmioro dzieci tej samej płci, siódme będzie wampirem,
  • Trup zostanie wampirem, jeśli skoczy na niego kot (to rozumiem, koty nie były lubiane od średniowiecza) lub mężczyzna (?!),
  • Wampirem zostanie też ten, którego przeznaczeniem jest stać się wampirem (od przeznaczenia nie uciekniesz),
  • Jeżeli odkopane zwłoki po trzech latach (dziecko), czterech lub pięciu (młoda osoba) lub też siedmiu (starsza osoba) nie rozłożyły się całkowicie, oznaczało to, że jest to wampir.
To tylko kolejny powód, jak bardzo motyw wampira jest zakorzeniony w ludzkiej świadomości i jak mocno ją naznaczył (zwłaszcza w okresie średniowiecza). Co ciekawsze, Kościół katolicki utrwalał te przekonania wśród ciemnego ludu, a robił to tak zapamiętale, że królowie i królowe epoki oświecenia wydawali specjalne dekrety piętnujące takie postępowanie, co jednak nie przeszkadzało im popierać działań Inkwizycji, o czym też można poczytać w tej książce.

Bardzo ciekawa i pouczająca lektura, aż szkoda, że nie zebrano w niej więcej przykładów i wyjaśnień. Wampiry i wilkołaki powinna się znaleźć w bibliotece każdego szanującego się fana mitu.

sobota, 26 stycznia 2013

Wampiry wg Janion - "Wampir. Biografia symboliczna", Maria Janion, słowo/obraz/terytoria 2008


Z książką Marii Janion spotkałam się na studiach, podczas mojej pracy nad licencjatem. Wtedy Wampira czytałam fragmentami. Niedawno postanowiłam zapoznać się z całością i przyznam, że była to pouczająca lektura. Może nie tak, jak się tego spodziewałam i nie znalazłam tu wiele przydatnych informacji dla moich poszukiwań, ale z pewnością można uznać Wampira. Biografię symboliczną za wartą uwagi przez wszystkich zainteresowanych tematem wampiryzmu, nie tylko w literaturze.

Przede wszystkim książka jest kopalnią źródeł bibliograficznych i cytatów z przeróżnych dziedzin. Autorka imponuje wiedzą i rozeznaniem na temat wampirów, zwłaszcza w literaturze, nie zapomina przy tym o społecznym i historycznym tle. Nie polecam pracy osobom zaczynającym przygodę z motywem wampirycznym, zbyt szczątkowe informacje mogą się wydać wyrwane z kontekstu i nie wystarczające do zrozumienia poruszanych tematów.

Dobry, nieprzeładowany naukowym językiem styl Janion pozwala bez większych problemów przejść przez kolejne rozdziały. Autorka potrafi zaskoczyć interesującymi teoriami, potwierdza również te, które krążą wśród znawców od dawna. Z jej pracy możemy się dowiedzieć między innymi, że motyw żywego trupa został utrwalony przez Kościół chrześcijański, który nie miał żadnych trudności w zaakceptowaniu "wymiaru filozoficznego wampirów. Nasza cywilizacja przedstawia przecież dowód nie do podważenia, że człowiek może umrzeć, być pogrzebany i opuścić grób, wyposażony w moc, pozwalającą na obcowanie z żyjącymi – to sam Chrystus." Badaczka na potwierdzenie tej, dość kontrowersyjnej teorii, przytacza kolejny cytat:
Zapewniając sobie życie nocne za pomocą picia krwi żyjących, wampir jest wyobrażeniem mitu, który stanowi pogańską wersję mitologii chrześcijańskiej, ofiarowującej wiernym ciało i krew Chrystusa. (s. 41)
Janion przeprowadza czytelnika przez genezę powstania i utrwalenia mitu wampirycznego, powołując się na tytułową symbolikę znaczenia krwi, śmierci, życia po śmierci. Zwraca uwagę na przemiany, jakim przez wieki podlegał wampir, z lekka ocierając się tylko o motyw potworności (na co liczyłam najbardziej). Pokazuje istnienie wampirów w mitach, wierzeniach, literaturze, filmie oraz prawdziwym świecie, przytaczając przykłady największych zbrodniarzy i zbrodniarek. Oczywiście przy tej okazji porusza wątek nieśmiertelności, której tajemnicę posiadł wampir. Nie zapomina o klimacie, w jakim najlepiej rozwija się wątek wampiryczny, opisując mroczny urok zamczysk, nocy, śmierci, i ludzkiego strachu przed nimi.

Doskonałym uzupełnieniem opasłego tomiszcza jest dodatek literacki. Zamieszczono tu w całości Narzeczoną z Koryntu Goethego, Wampira Polidoriego, Upiora. Balladę morlacką autorstwa Mériméego, Berenice Poego i jeszcze kilka innych, a także fragmenty Giaura Byrona, Draculi Stokera czy Chrztu ognia Andrzeja Sapkowskiego. Lektura obowiązkowa dla fascynatów wampirologii, Marii Janion i w ogóle dobry opracowań literackich.

środa, 26 września 2012

O polskiej fantasy w gorzkiej pigułce - "Baśnie zbyt prawdziwe. Trzydzieści lat fantasy w Polsce", Małgorzata Tkacz, Gdański Klub Fantastyki 2012


Trzydzieści lat minęło… Właśnie w tym roku mija trzydziesta umowna rocznica istnienia literatury fantasy w Polsce. Z tej okazji Gdański Klub Fantastyki postanowił wydać pracę Małgorzaty Tkacz Baśnie zbyt prawdziwe. Trzydzieści lat fantasy w Polsce, określając ją jako przełomową i pierwszą taką pracę na gruncie polskim.

Czy jest to praca przełomowa na gruncie fantasy? I tak, i nie. Tak, ponieważ zbiera wszystkie najważniejsze informacje o konwencji i jej odmianach, odwołując się wyłącznie do polskiej literatury fantasy. Przedstawiając fundamentalne założenia poszczególnych odmian, pokazuje różnice, jakie występują między twórczością polskich pisarzy a ich zachodnimi kolegami. A jest ich całkiem sporo. To największy plus Baśni zbyt prawdziwych, żadne bowiem inne opracowanie nie uwzględnia tylu dzieł z rodzimego rynku. Co więcej, autorka nie skupia się prawie w ogóle na dziełach zagranicznych. Owszem, powołuje się na klasyków i powieści będące „kamieniami milowymi”, ale jedynie w tym celu, aby ukazać pewne schematy. Dalej już stąpa wyłącznie po polskim gruncie. Dlaczego jednak pojawiło się to „nie”? Nie uznałabym pracy za fundamentalną, oryginalną, ponieważ nie znajduje się w niej nic odkrywczego, to przede wszystkim zbiór danych o fantasy polskiej, które przez wszystkie lata istnienia gatunku w naszym kraju publikowane były w różnych źródłach. Ci, którzy znają prawa konwencji i orientują się w historii literatury fantastycznej, nie znajdą tutaj nic, czego nie dowiedzieliby się z czasopism i wcześniejszych opracowań, czy też nie doszliby własnymi przemyśleniami.

Przyznam, że mnie ta praca zmęczyła. Przede wszystkim dlatego, że autorka nie napisała niczego, czego bym już nie wiedziała o fantasy. Przyjemność lektury odbierał również akademicki styl, pełny naukowych zwrotów, typowych dla toku przynudzającego, podstarzałego i przesiąkniętego rutyną wykładowcy, a nie fanki literatury fantastycznej, która chce przybliżyć ją innym fanom (rozumiem, że taki był cel wydania książki w Gdańskim Klubie Fantastyki). Słowa takie jak, żeby przytoczyć tylko kilka, „heterogeniczność” (niejednoznaczność, różnorodność), „komplementarny” (uzupełniający się), „epigoński” (naśladowczy, mało oryginalny), „delimitacja” (wyznaczenie granic) mogą (oczywiście nie muszą) utrudniać zrozumienie tekstu, a przecież wystarczyło użyć ich normalniejszych odpowiedników. Jakby tego było mało wydawca również nie zadbał o poprawną stronę redakcyjną czy korektę, w książce roi się od wszelkiego rodzaju błędów. Utrudnienie w czytaniu sprawiała również czcionka szeryfowa, która przez małe odstępy między wierszami zlewała się w trakcie lektury.

Autorka imponuje wiedzą na temat polskiej fantasy, rzeczywiście przeczytała niemal wszystko, co wyszło spod piór najważniejszych przedstawicieli gatunku w naszym kraju, z pewnością jest również zaznajomiona z większością utworów należących do klasyki fantasy na świecie. Tkacz odrobiła również pracę domową z zakresu teorii literatury oraz teorii konwencji literatury fantastycznej. Świadczy o tym bogata bibliografia załączona na końcu pracy. Z pewnością "Baśnie zbyt prawdziwe" można określić skarbnicą wiedzy i podstawowym kompedium dotyczącym fantasy, z którym każdy, kto chce mieć jakiekolwiek pojęcie o tym gatunku, powinien się zapoznać. Autorka wskazuje i popiera solidnymi argumentami artystyczność i oryginalność wielu powieści polskich z gatunku fantasy, obalając tym samym tezy o jej wyłącznie rozrywkowym charakterze.

Dlatego mimo pewnych mankamentów opracowanie Małgorzaty Tkacz powinno znaleźć poczesne miejsce wśród prac na temat fantasy polskiej. Powinno być także lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy pragną pogłębić swoją wiedzę o konwencji fantasy oraz polskim do niej podejściu. Baśnie zbyt prawdziwe warto mieć również na półce choćby po to, aby móc do nich sięgnąć w celu przypomnienia sobie pewnych elementów konwencji czy choćby ze względu na wspomnianą bogatą bibliografię tekstów literackich oraz opracowań.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 17 września 2012

One są wszędzie! - "Wampiry", Nigel Suckling, tłumaczenie: Paulina Głuchowska, Bellona 2012


Temat wampiryzmu i jego istnienia w kulturze oraz przerabiania przez konwencje literackie interesuje mnie od lat. Znam klasyków gatunku, czytałam wiele książek Anne Rice, mam za sobą kilka książek z cyklu Charlaine Harris, przeczytałam nawet Zmierzch. Od strony literackiej temat zaczął mnie już nużyć. Na świecie era wampirów pomału dobiega kresu, w Polsce jednak moda na krwiopijców trwa nadal. Wydawnictwa ciągle wznawiają powieści paranormalne, raz na jakiś czas postanawiają dać również czytelnikom pozycje mniej lub bardziej naukowe. Jedną z nich jest książka Nigela Sucklinga (zwróciliście uwagę na charakterystyczne nazwisko?). I chociaż Wampirom daleko do poważnej naukowej pracy (nie można ich nawet zaliczyć do popularnonaukowych książek), to jednak stanowi całkiem interesujący zbiór ciekawostek o wierzeniach w wampiry i inne demony mniej lub bardziej je przypominające.


Autor barwnie opowiada o istotach demonicznych z różnych stron świata. Mimo że od samego początku odwołuje się do Draculi Brama Stokera, z której cytaty stanowią motta kolejnych rozdziałów, o samych wampirach i ich historii dowiemy się niewiele. Bardziej Sucklinga interesują wampiropodobne stworzenia oraz istoty nie mające dużo wspólnego z krwiopijcami. Amerykanin ze swobodą skacze przez różne epoki i tematy, zarzuca czytelnika sporą ilością informacji, mniej lub bardziej rozbudowanych. Robi to przy tym w sposób bardzo chaotyczny, często zdawkowy, co przekłada się na słabe ich przyjmowanie. Książkę czyta się szybko i bez większych trudności, ale też niewiele pozostaje w pamięci. Po lekturze nasunął mi się szczególnie jeden wątek – każda społeczność ma jakiegoś wampira w kulturze. To zdumiewające, jak, odległe zdawałoby się, narodowości mają podobne wyobrażenia o demonach.

Sporym plusem, przynajmniej dla mnie, jest to, że autor nie zajmuje się literackimi wersjami mitu. Poza dość częstym odwoływaniem się do Stokera, wymienia tylko Wampira Polidoriego, Carmillę Le Fanu czy należącego do wielu autorów Wampira Varneya. Kilka zdań poświęca żyjącym pisarzom. I dobrze, przecież powstało tak wiele opracowań, że cóż jeszcze oryginalnego można napisać? Zamiast tego Suckling postanowił zebrać przeróżne historie o istotach nadnaturalnych i przekazać je czytelnikom. Niestety najwidoczniej bez większego planu. Jak już zwróciłam uwagę wcześniej, nie kieruje autorem żadna chronologia, trudno też mówić o uporządkowaniu tematycznym, wbrew tytułom rozdziałów. W dodatku wszystkie opowieści, sprawozdania policyjne, legendy, przerabia na swoją narrację, przez co tracą nieco na autentyczności. Być może gdyby poświęcił więcej uwagi kilkunastu tylko wątkom, zamiast upychać całą wiedzę na niecałych trzystu stronach, jego praca byłaby o wiele ciekawsza i miałaby większy wpływ na czytającego.

Dużym plusem Wampirów są piękne ilustracje Bruce’a Penningtona. Nadają słowotokowi Sucklinga swoisty klimat. Książka nie jest przełomowa, nie wnosi żadnych rewelacji ani odkryć, ale może być przyjemną rozrywką na kilka wieczorów.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 5 lipca 2012

Celtowie, jakich nie znamy - "Celtowie. Od epoki brązu do New Age", John Haywood, tłumaczenie: Ewa Marczak, Książka i Wiedza 2008


Wątek kultury celtyckiej jest jednym z powszechniejszych w literaturze fantasy. Fascynuje autorów i nas, czytelników, motyw ludzi lasu, bliskich naturze, odprawiających tajemnicze obrzędy w świetle księżyca, posługujących się magią żywiołów. Swoisty urok mają opowieści bardów, ich obecność w literackich światach. Mnie od zawsze najbardziej ciekawił krąg Stonehenge (przynajmniej dopóki nie zobaczyłam go na własne oczy), który od lat kojarzony jest z kulturą celtycką i magią druidzką, a który, jak dowiecie się z książki Johna Haywooda, nic z Celtami nie ma wspólnego. I nie tylko tego dowiecie się z tej rewelacyjnej pracy – Celtowie. Od epoki brązu do New Age odmieni Wasze postrzeganie tej kultury, pozwoli poznać historię plemion celtyckich i zrozumieć przekształcenia, jakim podlegała przez wieki.

Już od samego początku Haywood osadza Celtów mocno w kontekście historycznym, oddziela konkrety od mitów, tworzy tło wydarzeń, które przez wieki wpływały na istnienie kultury celtyckiej. Dopóki nie przeczytałam książki, myślałam, że Celtowie zamieszkiwali jedynie tereny dzisiejszej Wielkiej Brytanii, Irlandii oraz północnej Francji. Jak się okazuje, zasięg ich migracji był znacznie szerszy i obejmował m.in. Włochy, Czechy, Bałkany. Autor prowadzi czytelnika przez fascynujący świat wielu plemion, lekko i bez zadęcia tłumaczy wydarzenia, które miały wpływ na kształtowanie historii nie tylko Celtów, lecz także Rzymian, Francuzów, Anglików, Szkotów, Irlandczyków, Hiszpanów… Oczywiście wszystkie wydarzenia odnoszą się bezpośrednio do celtyckiej kultury i to jej rozwój, a później upadek i odrodzenie, jest motywem przewodnim pracy.

Celtowie to fascynująca i wciągająca niczym najlepsza powieść książka o plemionach Europy, podbojach i najazdach, pełna ciekawostek (czy wiedzieliście na przykład, że kilt wcale nie jest historycznym strojem narodowym Szkotów – został wymyślony dopiero w 1727 roku!) i odkrywczych (dla laików) wniosków. Dzięki niej można zrozumieć, dlaczego Celtowie tak długo opierali się ekspansji innych narodów, głównie Rzymian, uświadamia również kontrast romantycznego wizerunku tej narodowości, który utrwalił się w dzisiejszym świecie, z rzeczywistością historyczną. Haywood cierpliwie i metodycznie pokazuje, że Celtowie niewiele się różnili od innych ówcześnie żyjących plemion, mieli podobne obyczaje, czcili podobnych bogów. Nie byli święci ani bardziej bliżsi natury, często wręcz nazywano ich dzikusami; to głównie o nich mówili Rzymianie, że są barbarzyńcami. Autor zwraca uwagę, że najbardziej odbiegali od innych sztuką wojenną, a raczej jej brakiem i wskazuje, że to przede wszystkim było powodem ich zguby, kiedy stawali przeciwko Rzymianom czy później Sasom (Anglikom). Dzięki Haywoodowi dostrzegłam także różnicę między brytyjskim i angielskim, których to terminów dzisiaj używa się praktycznie wymiennie. Haywood tłumaczy, że odrodzenie Celtów miało dwa źródła. Jednym z nich była potrzeba Walijczyków, Szkotów, Irlandczyków do zaznaczenia swojej odrębności wobec coraz bardziej narzucających się Anglików:
Walijczycy potrzebowali nowego sposobu wyrażania własnej nieangielskiej tożsamości i pierwotnych praw do Wielkiej Brytanii. […] W ciągu kilku lat po publikacji Archaeologia Britannica [dzieło wydane przez Walijczyka Edwarda Lhuyda w 1707 roku – przyp. mój] wykształceni Walijczycy mówili o sobie, że są Celtami i wykazywali znów zainteresowanie własnym językiem. To, co zapoczątkowali Walijczycy, przeniosło się w XIX wieku na pozostałe ludy mówiące, według Lhuyda, po celtycku […]. Pojawiła się współczesna koncepcja tożsamości celtyckiej. [s.257-258]
Drugim źródłem jest romantyzm, który uczynił z kultury celtyckiej tajemniczą, fascynującą praktykę, przybliżającą człowieka do natury i pozwalającą mu zachować duszę:
Celtomania była przejawem romantyzmu, kulturowym buntem przeciw racjonalizmowi i materializmowi oświecenia. […] Celtowie przekształcili się z niebezpiecznych dzikusów w dzikusów szlachetnych, nieskażonych dekadencką cywilizacją. Choć prawie nic nie wiedziano o ich wierzeniach, to druidzi stali się wzorami duchowości, które mieli naśladować intelektualiści rozczarowani bezosobowym charakterem zorganizowanej religii i pełni niesmaku wobec szpetnych produktów rewolucji przemysłowej. [s. 258-259]
Przede wszystkim autor uświadamia, że ci, których dzisiaj nazywamy Celtami, nie znali tego słowa za swojego życia. Nie było jednego wielkiego plemienia Celtów czy Galów, ale wiele społeczności – Piktowie, Helweci, Veneti, Brytowie, Eduowie, Redones, Catuvellaunii i wiele, wiele innych. To niesamowite, że w Europie istniało tyle różnych nacji. W dobie dzisiejszego dążenia do unifikacji narodów europejskich praca Haywooda daje motywację, aby mimo wszystko każdy z nich zachowywał granice swojej niezależności, bronił oryginalnych obyczajów, pielęgnował wyjątkowość.

Styl książki jest jasny, barwny, konkretny. Autor skupia się na faktach, wspominając jedynie wątki mityczne. O Arturze na przykład pisze tylko, że nie ma historycznych dowodów na istnienie takiego wodza i że, jeśli ktoś podobny istniał, prawdopodobnie nazywał się inaczej (Ambrosius Aurelianus). Haywood, powołując się na ówczesne źródła, wspomina również o bitwie pod Mount Badon, której prawdziwej lokalizacji nigdy nie odnaleziono. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jak dobrą pracę wykonał Bernard Cornwell w Trylogii arturiańskiej.

Czasem jednak gubiłam się w ilości faktów, postaci historycznych, bitew. Brakowało mi map ważniejszych walk, które pozwoliłby mi lepiej wyobrazić sobie ich przebieg. Zdarzało się, że autor tak szybko przerzucał różnymi informacjami, że potrzebowałam dłuższej chwili, a czasem musiałam czytać ponownie akapit, żeby je ułożyć. W nadążaniu za tempem akcji przeszkadzały mi również „skróty myślowe” – pewne wydarzenia Haywood traktuje jako oczywiste, jakby oczekując od czytelnika, że ten ma o nich rozległą wiedzę, i nie poświęca im więcej miejsca. Mimo wszystko Celtowie to podstawowa pozycja dla wszystkich, którzy chcą lepiej poznać celtycką kulturę. 

piątek, 10 lutego 2012

Biblia dla początkujących autorów - "Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować", Dwight V. Swain, Cat Book 2010

Z nieufnością podchodzę do wszelkich kursów kreatywnego pisania, zwłaszcza do takich, które są prowadzone przez przeciętnych autorów. Długo też wzbraniałam się przed sięgnięciem po Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować Dwighta V. Swaina. Nie bardzo wiedziałam, co mogłaby mi dać ta książka, ponadto przekonana byłam, że żaden podręcznik ani kurs nie zrobi z nikogo pisarza, jeśli ten nie ma talentu. Byłam zaskoczona i ujęta tym, że amerykański autor wyraża podobne przekonanie w swoim wprowadzeniu. Zaczęłam czytać i potwierdzam pozytywne opinie. Polecam lekturę nie tylko tym, którzy chcieliby spróbować swoich sił w pisaniu, ale również samym czytelnikom, bo książka pokazuje obie strony literackiego świata.

Posługując się prostym językiem, obfitym w trafne porównania i metafory, Swain pokazuje przede wszystkim, jak ciężką pracą jest pisarstwo. Chłodzi od samego początku zapał tych, którym wydaje się, że wystarczy mieć jakiś pomysł, a reszta przyjdzie sama. Licznymi przykładami udowadnia, że pisać każdy może, ale nie każdy stanie się pisarzem. Że potrzeba wiele samodyscypliny, ciągłego poszerzania wiedzy o świecie i ludziach, rozwijania stylu i zdolności językowych, pomysłów, aby móc zainteresować wydawnictwa swoją twórczością. Stwierdza również, i trudno się z nim nie zgodzić, że pewnych technik można się nauczyć, ale bez tej iskry, odrobiny chociaż talentu, na nic pójdą każde studia i ćwiczenia. A ponadto:
Nikogo nie obchodzi, czy uda ci się zostać pisarzem, czy nie. Nikogo oprócz ciebie. Mało tego, nikt nie zapłaci ci za opowieści, których nie napiszesz. A to oznacza, że ty sam musisz być swoim szefem. (s. 278)
Książka, oprócz mnóstwa cennych porad dotyczących samej sztuki pisarskiej, pozwala także wejść za drugą stronę okładki, czyli zrozumieć czytelnika. Swain bardzo umiejętnie tłumaczy, w jaki sposób różni ludzie postrzegają literaturę, czego oczekują po książkach. Wielokrotnie kiwałam głową nad jego kolejnymi przykładami, myśląc: „tak, właśnie tego chcę od książki”. Swain zwraca uwagę, że czytelnicy są różnorodni i nie każdemu musi się spodobać to, co piszemy. Jednak słusznie twierdzi, że podejście „jestem genialnym pisarzem, którego nikt nie rozumie”, jakie zdarza się wśród twórców (przede wszystkim) głównego nurtu, jest błędne. Po co pisać, jeśli nikt tego nie chce czytać? Jaki jest sens marnować papier?

Podręcznik to bardzo dobre określenie dla Warsztatu pisarza. Książka jest podzielona na kilka sekcji. Dowiedzieć się z niej można, w jaki sposób pracować nad słownictwem, jakie podstawowe elementy powinna zawierać powieść czy opowiadanie. Znajdziecie tu sporo naprawdę przydatnych rad dotyczących budowania fabuły, bohaterów, planu powieści, rozbudowywania akcji. Dowiecie się także, w jaki sposób funkcjonuje rynek książki, który wszędzie wygląda podobnie. Autor ma bardzo zdrowe podejście do wszystkich zasad, które opisuje – najważniejsze to nie dać się zwariować, nie trzeba ślepo stosować się do każdej porady, one mają być jedynie wskazówkami na dalszą drogę. Swain uczy również akceptować swoje słabości, zachęca do prób, stwierdzając, że Tylko wtedy, gdy jesteś gotowy popełniać błędy dzisiaj, masz szansę na sukces jutro. (s. 28)


Bardzo, bardzo mądra i ciekawa książka. Polecam!

środa, 7 września 2011

W krainie mitu - "Mitologie Andrzeja Sapkowskiego", Elżbieta Żukowska, Gdański Klub Fantastyki 2011

Nie ulega wątpliwości i nikt nie zaprzeczy, że Geralt z Rivii, Cirilla cintryjska, Yennefer z Vengerbergu, a także inne postaci z cyklu wiedźmińskiego Andrzeja Sapkowskiego na trwałe wpisały się w kanon polskiej fantastyki. Od momentu wydania opowiadań i powieści związanych z wiedźminem powstało wiele prac naukowych w odniesieniu do różnych aspektów poruszanych w tej prozie, dwie takie w formie prac licencjackiej i magisterskiej popełniłam i ja. W świadomości fanów fantastyki wciąż żywy, kilka lat temu Geralt pojawił się na ekranach monitorów komputerowych i jego postać na nowo zawitała w polskiej (i nie tylko) popkulturze. Sam Andrzej Sapkowski zastanawia się, czy nie wrócić do wykreowanego na przełomie lat 80. i 90. uniwersum. Dlatego też nie dziwi mnie chęć Gdańskiego Klubu Fantastyki przypomnienia korzeni cyklu wiedźmińskiego wydaniem pracy Elżbiety Żukowskiej.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie jest pracą odkrywczą, nie stawia hipotezy, której broni czy z którą polemizuje. Stanowi swoiste kompendium przedstawiające przeplatanie się trzech najważniejszych mitologii – słowiańskiej, celtyckiej oraz germańskiej – w świecie wiedźmińskim. Dociera do źródeł, z jakich mógł korzystać Andrzej Sapkowski podczas kreacji cyklu. „Mógł” to słowo w tym wypadku kluczowe, ponieważ autorka pracy często snuje domysły, nie zakłada za pewnik, że AS wykorzystał daną część mitu celowo, czasem sugeruje, że zrobił to kompletnie nieświadomie, a zdarza się nawet, że uznaje zastosowanie jakiegoś tropu za „wspomagacz” jego „potencji” twórczej:
Sposób, w jaki autor wykorzystał mitologię celtycką do stworzenia wizerunku rasy elfów, znamionuje oczywiście wysoki stopień znajomości kultury celtyckiej, choć poddaje w wątpliwość potencję jego wyobraźni twórczej. (s. 62)
Autorka zdaje się w ten sposób studzić fascynację tych czytelników, którzy uznają Sapkowskiego za absolutne guru w dziedzinie fantasy. Twierdzi wręcz, że fenomen popularności cykl zawdzięcza oparciu go o wykorzystanie mitów. Czego zdaje się nie przyznawać, to faktu, że jak mało któremu twórcy, Sapkowskiemu udało się nadać mitom nową wartość dzięki niezwykłej umiejętności połączenia różnych wierzeń w całość i, co tu kryć, niezaprzeczalnemu talentowi pisarskiemu.

Pomijając ten dysonans poznawczy, który w moim wypadku tkwi częściowo w podejściu emocjonalnym (wprawdzie nie uważam Sapkowskiego za absolutne guru, ale to właśnie cykl wiedźmiński pokazał mi, że fantastyka może być czymś więcej niż „bajką dla dorosłych”), praca Żukowskiej w sposób ciekawy przedstawia świat wiedźmiński w odniesieniu do mitów. Bardzo dobrym rozwiązaniem było podzielenie książki tematycznie, w każdej części autorka zderza ze sobą dwie rzeczywistości – mitu i podejścia do niego pisarza. Oprócz odniesień do trzech wspomnianych mitologii Elżbieta Żukowska wspomina także o wykorzystaniu w cyklu wątku arturiańskiego, zarówno w ujęciu mitu (Artur kultury celtyckiej), jak i legendy (Artur kultury chrześcijańskiej). Odrębny rozdział poświęca także dwojgu najważniejszym bohaterom cyklu, Geraltowi i Ciri, w kontekście trawestacji mitycznych bohaterów kulturowych.

Żukowska wprowadza czytelnika w każdą mitologię krótkim przedstawieniem historii poszczególnych plemion, wydobywa na światło dzienne ich wierzenia związane z cyklem, powołując się na najbardziej istotną bibliografię, która jest oddzielnym skarbem dla poszukującego szerszych informacji. Następnie rozkłada świat wiedźmina na kawałeczki – czasoprzestrzeń, postaci, demonologię, sferę sacrum i profanum -, stawiając je w opozycji do mitologii. Czytelnik otrzymuje więc kompletny obraz źródeł inspiracji twórczości Andrzeja Sapkowskiego, autorka staje się jego przewodnikiem po świecie starego i nowego mitu. Trzeba przyznać, że wychodzi jej to świetnie, zajmuje uwagę czytelnika w całości, stosując prosty język znamienny w literaturze popularnonaukowej, i udowadniając swoje doskonałe merytoryczne przygotowanie do tematu.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie powinny być traktowane jako wykładnia wiedzy jedynej, jak wcześniej wspomniałam, autorka w wielu wypadkach posługuje się własną interpretacją cyklu, doszukując się w nim wątków, których Sapkowski mógł nie wziąć pod uwagę, czego sama ma świadomość. Praca pozwala osadzić cykl wiedźmiński w kontekście mitu i dla mnie osobiście jest kolejnym dowodem na to, że fantasy łączy w sobie dziedzictwo mitu i baśni, ponieważ fantasy oscyluje wokół mitu niejako z racji swego charakteru. […] opowiada historie, które wydarzyły się w pewnym konkretnym miejscu i czasie. Posiada tak wiele pól wspólnych z mitem, że jej bezpośrednie odniesienia literackie wydają się zupełnie naturalne. (s. 135) Polecam wszystkim zainteresowanym tematyką mitu w fantasy, a fanom Sapkowskiego jako lekturę obowiązkową.

środa, 22 czerwca 2011

Zrozumieć historię przez archeologię - "Europa wczesnego średniowiecza", Maria Miśkiewicz, Trio 2008


Fantasy (teraz już klasyczna) w kreowaniu świata opiera się na czasach średniowiecznych. Najważniejsze atrybuty tego gatunku sięgają tej właśnie epoki, jego autorzy jednak korzystają z dobrze znanych motywów, mieszając swobodnie stulecia tak, że zagorzali historycy dostaliby białej gorączki w trakcie lektury. Czytelnicy natomiast najczęściej wyrabiają sobie pojęcie o epoce średniowiecza właśnie na podstawie książek fantasy, nie sięgają do fachowych opracowań, bo przecież kreacja twórcza rządzi się własnymi prawami (ukuto nawet wygodny termin: quasi-średniowiecze). Gdyby jednak ktoś pragnął zapoznać się z czasami, z których wywodzą się heroiczne opowieści, książka Marii Miśkiewicz będzie idealnym wyborem. Znajdziecie tu wszystko, od polityki, przemian materialnych, po społeczny i mentalny rozwój kultury Europy na przestrzeni V i XIII wieku.

Chociaż praca skupia się głównie na aspektach archeologicznych, nie dominują one, a prosty język sprawia, że kolejne rozdziały czyta się z przyjemnością, między jednym a drugim tematem dobrze jest jednak robić kilkudniowe przerwy, bowiem nadmiar informacji i dość częste powtórzenia mogą zmęczyć. Nie należy też książki traktować jako skarbnicy wiedzy, chociaż znajdziemy w niej mnóstwo informacji na przeróżne tematy, ale jako wprowadzenie do epoki i bardziej zainteresowani będą musieli sięgać po inne pozycje, szczegółowiej zajmujące się czy to polityką, czy militariami, czy też życiem społecznym. Autorka Europy wczesnego średniowiecza postarała się opowiedzieć, w niektórych wypadkach bardzo ogólnie, w niektórych szerzej, o wszystkich aspektach wczesnego średniowiecza. Książka podzielona jest tematycznie, a rozdziały z kolei chronologicznie, tak że czytelnik otrzymuje pełny przegląd danego zagadnienia, pokazujący jej rozwój od początku do pewnego etapu.

Wczesne średniowiecze to okres, w którym stare wierzenia odchodzą w przeszłość na rzecz coraz bardziej panoszącej się wiary chrześcijańskiej. Książka uświadamia, jak bardzo i na jak wiele aspektów ludzkiego życia miał wpływ katolicki Kościół, jak mocno czerpał z „pogaństwa”, przekuwając rytuały i filozofię na swoje wierzenia. To niesamowite, w jaki sposób ograniczano człowieczeństwo, namiętności i popędy:
Za czasów Karola Wielkiego zabraniano małżonkom pożycia przez 40 dni przed Bożym Narodzeniem, 40 dni przed Wielkanocą i tydzień po Wielkanocy, tydzień po Zielonych Świątkach, w przeddzień uroczystych świąt, a także w środy i w piątki, podczas brzemienności żony i przez 30 dni po porodzie (jeśli to chłopiec), a 40 dni (jeśli to dziewczynka), pięć dni przed przystąpieniem do komunii, w okresie menstruacji.
Nie licząc okresu ciąży czy kwestii fizyczności kobiety daje to w przybliżeniu 200 dni bez seksu w ciągu roku! Kościół ingerował nie tylko w sferę fizyczną i duchową, mieszał się również do takich spraw, jak higiena ludzka czy… rybołówstwo – liczne posty mięsne zmuszały ludność do częstszych połowów ryb słodkowodnych i morskich. W książce znajdziecie o wiele więcej podobnych przykładów kościelnego wpychania „palców między drzwi” i nic dziwnego, to przecież czasy intensywnej ekspansji katolicyzmu w całej Europie. Znajdziecie tu także sporo informacji o ludzkiej mentalności, która nie była tylko zależna od Kościoła, np. pojmowanie dzieciństwa, kulturę stroju, broni czy budownictwa albo uprawiania roli.

Europa wczesnego średniowiecza to doskonały wstęp do poznania historii średniowiecza. W odbiorze przeszkadzać może kompletnie nieintuicyjny sposób używania przypisów, z którym się nigdy wcześniej nie spotkałam – niektóre cytaty i tezy nie mają w ogóle poparcia źródłem, pozostałe natomiast opisane są nazwiskiem autora, rokiem wydania i numerem strony. Na szczęście bibliografia nie jest nadmiernie rozbudowana i dość łatwo się w niej odnaleźć, ale zdarza się i tak, że odwołanie w tekście nie ma w niej żadnego poparcia. Razi w oczy również niedbałość redakcyjna i to nie tylko w sporej ilości drobnych błędów interpunkcyjnych, literówek czy irytujących momentami powtórzeń, ale także w organizacji słowniczka terminów, w którym nie znalazła się definicja już pierwszego pojęcia (limes), kolejne zaś, Domesday Book, objaśnione jest u dołu strony zamiast w słowniku.

sobota, 30 kwietnia 2011

Zrozumieć świat dzięki baśniom - "Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni", Bruno Bettelheim, tłumaczenie: Danuta Danek, W.A.B. 2010

Z pracą Brunona Bettelheima zetknęłam się jeszcze na studiach, czytałam ją jednak jedynie we fragmentach, nigdy bowiem nie zdążyłam wypożyczyć tych niewielu egzemplarzy dostępnych w bibliotekach. A książkę Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni przeczytać warto, więcej nawet, przydałaby się w każdym domu dla edukacji przyszłych rodziców, a także po to, aby móc do niej sięgać w razie potrzeby. Jej lektura pozwoli zrozumieć, jak wiele baśnie wnoszą w życie wewnętrzne dzieci, jak bardzo ubogie jest ono bez barwnych opowieści z przeszłości.

Napisana w latach 70. praca zadziwia aktualnym podejściem, uświadamiając, że tak naprawdę w psychice ludzkiej niewiele się zmieniło. Bettelheim w sposób jasny i wciągający tłumaczy znaczenie baśni, posługując się freudowską koncepcją psychoanalizy, prostując błędy, jakim uległo podejście do niej z powodu niekompetentnych tłumaczy dzieł Freuda. Aby nie pogubić się w pojęciach id, ego i superego, które różnią się od powszechnie używanych, warto zapoznać się z wprowadzeniem tłumaczki, Danuty Danek, oraz samym wstępem autora. Myślę też, że zgodnie z intencją pani Danek książkę śmiało mogą czytać nie tylko dorośli i literaturoznawcy, ale także młodzież.

Książka podzielona jest na dwie części – pierwsza uświadamia czytelnikowi, dlaczego czytanie baśni jest tak istotne w rozwoju człowieka, w drugiej autor bardziej szczegółowo rozpracowuje wybrane przez siebie, najbardziej rozpowszechnione i najważniejsze z punktu wychowania dziecka baśnie pod kątem ich znaczenia w różnych etapach jego rozwoju. Postawiona jest także wyraźna granica między baśnią a bajką, oraz między baśnią a mitem, które bardzo często traktowane są równorzędnie. Bettelheim każdym kolejnym słowem udowadnia, że prawdziwe baśnie jako jedyne pomagają dziecku zrozumieć świat i radzić sobie z jego problemami – podczas gdy dorosłemu wydawać się one mogą błahe i usiłuje je rozwiązać za pomocą logicznych słów, baśń traktuje owe egzystencjalne lęki i dylematy całkowicie poważnie i zawiera bezpośrednie odniesienia do nich: do potrzeby, aby być kochanym, i lęku, że się jest uważanym za kogoś pozbawionego wartości; do miłości życia i lęku przed śmiercią. Co więcej, baśń ofiarowuje rozwiązania tego rodzaju, że są one dziecku dostępne na jego poziome rozumienia. (s. 33)

Bajki rozebrane uświadomiły mi, jak wielki wpływ wywarły na moje życie czytane mi baśnie, dzięki książce Bettelheima zrozumiałam z kolei, dlaczego dzieci domagają się niektórych opowieści częściej niż innych i jakim błędem jest pomijanie ich potrzeb. W ten właśnie sposób, przez powtarzanie baśni, wracanie do nich w różnym wieku, dziecko stara się poradzić sobie z rodzącym się w nim akurat wątpliwościami, a także wzbogaca swoje wnętrze, dzięki czemu nie zabija w sobie wrażliwości i łatwiej mu prowadzić dorosłe życie, bowiem:
Baśnie pomagają dziecku w odkrywaniu własnej tożsamości i własnego powołania, wskazując zarazem, jakich potrzebuje ono doświadczeń, aby rozwinąć swój charakter. (s. 50)
Tym, którzy nie uznają żadnych dobroczynnych wartości baśni, praca być może pokaże, jak bardzo się mylą w swoich ocenach. Autor rozprawia się z takimi zarzutami, jak prostota fabuły baśni, zbyt wyraźny podział na dobro i zło, a przede wszystkim walczy z pojęciem, że dawne baśnie są zbyt makabryczne dla wyobraźni dziecka. Dorośli bowiem mierzą wszystko swoją miarą, zapominając, że postrzeganie dzieci jest zupełnie inne, ma wymiar bardziej symboliczny i to właśnie baśnie przemawiają do ich podświadomości. Na twierdzenie cyników, że baśń oszukuje dziecko i nie przygotuje go na szarość świata, badacz tłumaczy:
Postacie baśniowe nie są ambiwalentne – nie są zarazem dobre i złe, jak my wszyscy w życiu realnym. Ponieważ w umyśle dziecka dominuje biegunowość, charakterystyczna jest ona także dla baśni. Postać jest albo dobra, albo zła; nic pośredniego nie istnieje. […] Ukazywanie postaci tak biegunowo przeciwstawnych pozwala dziecku łatwiej uchwycić zachodzącą między nimi różnicę, niż gdyby były one przedstawione w sposób bliższy rzeczywistemu życiu, to znaczy z uwzględnieniem całej złożoności, która właściwa jest realnym ludziom. (s. 31)
Z kolejnym, najczęstszym oskarżeniem wobec baśni, które rzekomo są zbyt okrutne dla dziecka i dlatego trzeba je „uładzać” Bettelheim walczy przy okazji wspomnienia choćby o baśni Trzy małe świnki, których prawdziwa wersja – wilk zjadł pierwsze dwie świnki, natomiast ostatnia wygrała z bestią i sama ją pożarła – już dawno poszła w zapomnienie:
Ponieważ trzy małe świnki reprezentują fazy ludzkiego rozwoju, zniknięcie dwu pierwszych nie wywołuje u dziecka trwałej przykrości; rozumie ono podświadomie, że jeśli mamy rozwijać się, dążąc ku wyższym formom egzystencji, musimy porzucać formy wcześniejsze. Kiedy rozmawia się z małymi dziećmi o ‘Trzech małych świnkach’, dają one tylko wyraz radości, że wilka spotkała kara i że najstarsza świnka odniosła przemyślne zwycięstwo; nie okazują żalu z powodu losu dwu młodszych świnek. (s. 82)
Podczas lektury narasta podziw dla twórców prawdziwych baśni, którzy jak nikt inny zdawali sobie sprawę z tego, co jest dziecku potrzebne do zrozumienia świata, a co zagubiło się w czasach współczesnych. Książka pozwoli dorosłym nie tylko zrozumieć, jak ważne są baśnie w życiu dzieci, ale także uzmysłowi, jak wiele zyskali, kiedy sami byli odbiorcami baśni, lub jak wiele stracili, jeżeli nikt im ich nie czytał. Celowo podkreśliłam słowo „czytał”, gdyż czytanie baśni dziecku przez dorosłego jest według Bettelheima kluczowym elementem pełniejszego odbioru opowieści, dzięki temu ma ono pewność, że jego wątpliwości są w pełni akceptowane. Być może fantasy w pewnym stopniu kontynuuje misję baśni w wersji dla dorosłych – przemawia do ich dawno uśpionej podświadomości symbolami zawartymi w oprawie nierealnych światów, przypomina im fundamenty człowieczeństwa, operując jasnymi przekazami ubranymi w „dorosłe” schematy, ponieważ stracili oni zdolność rozumienia baśni pierwotnych. Być może my, podobnie jak dzieci z baśni, bierzemy z powieści fantasy to, do czego tęsknimy i czego nam brakuje w danym momencie.

Nie sposób wyrazić słowami, jak ogromny wpływ wywarła na mnie książka Brunona Bettelheima, ile o sobie samej pozwoliła mi zrozumieć. Mogę tylko dziękować mojemu kochanemu tacie, że czytał mi prawdziwe baśnie każdego wieczoru mojego dziecięcego życia i współczuć tym, którzy nie mieli takiego szczęścia. Niech jednak nie pozbawiają go własnych dzieci. Cudowne i pożyteczne powinno się znaleźć w każdym domu i służyć jako swoisty poradnik dla rodziców, jak pomóc dzieciom przezwyciężać ich lęki, a gdy one same dorosną, lektura książki pozwoli im zrozumieć, dlaczego baśnie tak bardzo były im potrzebne.

czwartek, 13 stycznia 2011

Anatomia wampira - "Od Draculi do Lestata. Portrety wampira", Katarzyna Kaczor, Gdański Klub Fantastyki 2010

Po raz pierwszy praca Katarzyny Kaczor ukazała się w 1998 roku, ponad dwanaście lat temu. Od tamtego czasu zmieniło się pojmowanie wampirów w literaturze czytanej w Polsce. Popularność zyskali autorzy horrorów, tacy jak Stephen King czy Graham Masterton, którzy jeśli pisali o wampirach, to jako o potomkach groźnego Draculi, istotach niezwykle niebezpiecznych i nie posiadających ludzkich odruchów. poczytny był cykl Nekroskop Briana Lumleya, którego główny bohater walczył z obrzydliwymi monstrami łaknącymi ludzkiej krwi. Taki wizerunek szybko został wyparty przez krwiopijców stworzonych przez Anne Rice (Wywiad z wampirem wydany został w naszym kraju w 1992 roku, aż szesnaście lat po premierze w Stanach Zjednoczonych), wymuskanych, pięknych aniołów ciemności cierpiących ból odtrącenia przez chrześcijańskiego boga. Kilka lat temu bestię na dobre zastąpił szlachetny, przystojny i panujący nad swoją naturą wampir, w którym kochają się ludzkie dziewczęta, i tylko prawdziwi fani horroru pamiętają potwora, jakim był. O tej przemianie pisze polska doktor, poczynając od wzorca pierwotnego, którym tak naprawdę zawsze był i pozostanie hrabia Dracula Brama Stokera, na przeklętych wampirach Anne Rice kończąc.

Wbrew zapowiedziom autorka nie powiększyła swojej pracy o opis współczesnego wampira, który obecnie króluje w powieściach paranormal romance. Dostajemy nawet nie szkic, a kilka zdań o bohaterach Buffy. Postrach wampirów, Czystej krwi czy Zmierzchu. Nie przeszkadza to jednak tym, którzy znają dzisiejszy trend wampiryczny, zauważyć różnice, jakie dzielą go od pełnej grozy wizji wampirów przedstawianych w powieściach do końca XX wieku. Można pokusić się o stwierdzenie, że żadna analiza dzisiejszych książek nie jest konieczna (przeciwnego zdania są jednak wydawcy tychże, produkujący na skalę masową wszelakie [Tytuł dowolnej serii o wampirach] i filozofie), wystarczy wiedzieć, w jaki sposób prezentowały się wampiry przez stulecia i porównać atrybuty, jakie posiadały, z tym, co sobą przedstawiają współczesne nie-potwory. Katarzyna Kaczor już w tytule pracy – Od Draculi do Lestata – zaznaczyła dwóch bohaterów, dwa bieguny literatury wampirzej, na przykładzie których pokazywać będzie metamorfozę tej najbardziej nośnej postaci. Pomiędzy nimi znajdują się jeszcze filmowe odpowiedniki Draculi, bohaterowie Jestem legendą Richarda Mathesona, wampir Barlow z Miasteczka Salem Stephena Kinga, Clifford M. z Pielgrzymki Clifforda M. Boba Lemana, dr Weyland z Gobelinu z wampirem Suzy McKee-Charnas, wampiry z Zagadki nieśmiertelności Tony’ego Scotta i wreszcie pozostałe wampiry z Kronik wampirów Anne Rice. To właśnie powyższe książki i filmy stały się podstawą do opisania ewolucji, jaką przeszedł wampir od XIX wieku do czasów obecnych.

Znawcy tematu nie znajdą tutaj odkrywczych wątków, Od Draculi do Lestata to dogłębne opracowanie połączone ze szczegółowym streszczeniem wymienionych powieści i niektórych filmów z zaznaczeniem przemian, jakim został poddany wizerunek wampira. Czytelnikom, którzy nie sięgnęli jeszcze po Draculę, Wywiad z wampirem czy Gobelin z wampirem, a zamierzają to zrobić, odradzam czytanie tej pracy, zawiera bowiem opisy wydarzeń, które odbiorą z pewnością jakiekolwiek zaskoczenie, a mogą również pozbawić przyjemności z lektur. Dla tych jednak, którzy mają przygody z powyższymi powieściami za sobą, jest to świetne uzupełnienie wiedzy, praca pozwoli również rozpatrzeć sporo wątków pod kątem literackich i społecznych przeobrażeń. Podobnie jak Synowie Kaina, córy Lilith… Pawła Ciećwierza praca Katarzyny Kaczor porządkuje informacje na temat wampirów, znacznie bardziej skupia się natomiast na treści książek, interpretacji funkcjonowania poszczególnych krwiopijców będących w rozwoju literatury wampirycznej postaciami przełomowymi.

Liczącą sobie niecałe sto stron książkę czyta się z przyjemnością, styl dopasowany jest do przeciętnego odbiorcy, nie razi naukowymi zwrotami ani profesorską pompą. Autorka opiera się głównie na treści przeczytanych przez siebie powieści i obejrzanych filmów, jest bardzo dobrze przygotowana merytorycznie i chociaż jej wnioski są znane, to nie sprawiają wrażenia kopiowanych. Wiele do życzenia pozostawia natomiast strona redakcyjna opracowania. Tylu błędów interpunkcyjnych nie widziałam od czasów Martwego aż do zmroku Charlaine Harris, nomen omen także traktującej o wampirach.

wtorek, 18 maja 2010

Rzecz o wampirach w horrorze - "Synowie Kaina, Córy Lilith...", Paweł Ciećwierz, Fantasmagoricon 2009

Czekałam na możliwość przeczytania książki Pawła Ciećwierza odkąd dowiedziałam się o jej zapowiedzi na jesieni zeszłego roku, tym bardziej, że jej wydanie zapowiadano o wiele wcześniej. Długo jednak przybierałam się do sięgnięcia po tę pracę, wampirów ostatnimi czasy w moim życiu było zatrzęsienie. Kiedy wreszcie zatęskniłam za nimi, czytałam Synów Kaina, córy Lilith… z prawdziwą przyjemnością fanki literatury fantastycznej i wampirów oczywiście. Tych, którzy za krwiopijcami nie przepadają, niech nie zraża tytuł – duża część publikacji traktuje o literaturze fantasy jako takiej, jej założeniach i egzystencji w literaturze ponowoczesnej. Dla nieznających tematu, a chcących się z nim zapoznać w sposób bezbolesny, mogę pracę Pawła Ciećwierza z czystym sumieniem polecić. Jasny, lekki ton wywodów zawierających kwintesencję literatury fantastycznej pozwala je przyswoić bez obaw, że pogubimy się w pojęciach. Osoby, które orientują się w konwencji fantasy dzięki tej pracy mogą sobie tę wiedzę utrwalić, skonfrontować z innymi tekstami, często niestety traktującymi gatunek po macoszemu, czego zresztą Ciećwierz szanowanym badaczom nie boi się wytknąć. 

Synowie Kaina, córy Lilith… to przede wszystkim obowiązkowa lektura każdego porządnego fana literatury wampirzej. Dotyczy to zwłaszcza młodszego pokolenia, które wyrasta na paranormalnych romansach czy filmach typu Underworld (skądinąd bardzo udanego widowiska). Książka mówi bowiem o wampirach klasycznych, legendarnym Draculi, krwawej Carmilli czy bohaterach Kronik wampirów. Stąd też tytuł recenzji – autor bowiem niemal bezustannie odwołuje się do horroru, zamiast więcej miejsca poświęcić zmianom, jakie zaszły w wizerunku wampira w fantasy. Fakt, bardzo dobrze opowiada o literackich korzeniach tej istoty, ze znawstwem badacza rozwodzi się nad jej ambiwalencją pociągającego potwora wywodzącego się z ludzkiego umysłu. Jest to z pewnością jedna z nielicznych polskojęzycznych prac obejmujących historię wampira od jego biblijnych początków po czasy literacko nowożytne, a wszystko rozpatrywane na kulturoznawczym tle. Dużo miejsca Ciećwierz poświęca umieszczeniu fantastyki i mitu wampirzego w kontekście kantowskiej estetyki wzniosłości, płynnie operując filozoficznymi pojęciami i wplatając je w, zdawałoby się, literaturę nie posiadającą większej filozofii. Szkoda tylko, że autor, wiele miejsca poświęcając chociażby na omówienie problematyki niemożliwej miłości między wampirem a człowiekiem, nawet słowem się nie zająknął o paranormal romanse, w której wampiry królują od dobrych kilkunastu lat. To, że w Polsce wydawana jest dopiero od kilku lat, nie powinno było powstrzymać badacza, zwłaszcza, że pozwoliłoby to na poznanie szerszego kontekstu gatunku niż pokazują to polskie wydawnictwa. Książkę traktować można jako dobre wprowadzenie do wampirzej wiedzy tajemnej, ale do Wampira. Biografii symbolicznej Marii Janion, którą to zresztą pracą Ciećwierz bardzo się podpiera, brakuje jej nie tylko jakichś pięciuset stron, ale też szerszego punktu widzenia.

Dużym minusem książki jest jej strona redakcyjna, o czym świadczyć może już taki bubel jak użycie cudzysłowu po skrócie „tzw.” na stronie siódmej. Dalej nie jest na szczęście wiele gorzej, ale źle o redaktorze świadczą pozostawiane, często po kilka na tej samej stronie, literówki i błędy interpunkcyjne. Mimo tego jednak Synów Kaina, córy Lilith… warto przeczytać, choćby z tego powodu, że w Polsce nadal powstaje zbyt mało publikacji o fantastyce, które są jednocześnie dobrze przygotowane merytorycznie i nie wyrażają się o tym gatunku pejoratywnie lub nie wciskają go w otoczkę krzewienia wiary religijnej…