Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009/2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009/2010. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 września 2010

Świat jest wampirem - "Pocałunek Śmierci", Marcus Sedgwick, tłumaczenie: Maciejka Mazan, Nasza Księgarnia 2010

Moda na wampiry trwa w najlepsze. Wydawnictwa dorzynają kurę znoszącą złote jaja z premedytacją godną Kuby Rozpruwacza, serwując czytelnikowi paranormalne romanse z wampirami, wilkołakami, aniołami, sukubami uwodzącymi niewinne dziewczęta łaknące prawdziwej miłości lub sprowadzających ludzkich mężczyzn na manowce. Ciężko znaleźć dzisiaj na księgarnianych półkach książki nie należące do tej grupy, nie wspominając o pozycjach, które mogłyby zainteresować chłopców. Marcus Sedgwick postanowił najwidoczniej wypełnić tę lukę, czyniąc bohaterem Pocałunku śmierci młodego Marka, któremu przyjdzie stanąć oko w oko z tajemniczą wampirzycą, tytułową Królową Cieni. I nie jest to na szczęście spotkanie kończące się miłosnym happy endem między tym dwojgiem.

Pradawne zło, mroczna i niepokojąca Wenecja jako miejsce akcji, piękna sojuszniczka – to świetne składniki na dobrą młodzieżową powieść przygodową. Niestety Sedgwick nie umiał wykorzystać ich na swoją korzyść, czyniąc ze swojej książki zaledwie szkic tego gatunku. Szkoda, ponieważ początek zapowiadał obiecującą fabułę, autor umiejętnie budował niepokojący klimat – tajemniczy fragment listu i wiadomość o zaginięciu ojca głównego bohatera wiodą Marka do Wenecji, miasta przepełnionego nieuczciwością, którego mieszkańcy nie wiedzą co to moralność. Okazuje się, że list wysłała córka tutejszego jubilera, Sorrel Bellini, niewiele starsza od chłopca, i nie jest uradowana z przybycia niedoświadczonego młokosa. Od początku chłodna i wrogo nastawiona zrzuca maskę obojętności, gdy docierają do domu, w którym dziewczyna mieszka razem z szalonym ojcem cierpiącym na chroniczną bezsenność. To właśnie w wyleczeniu Simona Belliniego miał pomóc ojciec Marka, cieszący się dobrą sławą lekarz. Młodzi rozpoczynają śledztwo, które doprowadzi ich do jeszcze mroczniejszych tajemnic miasta. Ich śladami podąża mężczyzna z szablą, znany już z Królowej Cieni Peter.
Dwójka głównych bohaterów to niemal dokładne powielenie postaci z poprzedniej powieści – Marko jest tak samo bezradny, nieśmiały i zdeterminowany jak Peter, a Sorrel podobnie niedostępna i cyniczna, co okazuje się być maską cierpienia, jak Sofia. Sam Peter, tutaj już jako stary i zmęczony ciągłą walką człowiek, jest tylko postacią drugiego planu, podobnie jak Simono Bellini z jego pogłębiającym się szaleństwem. Autor i tym razem nie rozbudował ich osobowości, pozostawiając czytelnikowi zbiór szablonowych cech, co dorosłemu może wadzić, gdyż czyni bohaterów mało wiarygodnymi, nastolatki jednak zapewne nie zwrócą na to uwagi. Prawdopodobnie nie będzie im też przeszkadzała chaotyczna, porwana akcja, gdyż prowadzona jest szybko i nie wymaga dłuższego zastanowienia. Chociaż sama nie przepadam za „molochami” książkowymi liczącymi setki stron, to Pocałunkowi Śmierci nie zaszkodziłoby choćby te pięćdziesiąt stron więcej, na których autor mógłby opisać dokładniej, co czują młodzi ludzie rzuceni w wir wydarzeń, których nie pojmują.

Podobał mi się natomiast sposób pokazania wampiryzmu. W Królowej Cieni mieszkańcy wioski przemieniani byli w prawdziwe bestie powstające z grobów, Sedgwick odwoływał się do wierzeń słowiańskich, zręcznie wplatając je w tempo akcji. Tutaj wampirzyca włada umysłami wenecjan, z jednych czerpiąc siły witalne, innych hipnotyzując tak, że stają się jej wyznawcami. Sorrel, która początkowo nie wierzy w nadprzyrodzone moce władające miastem, twierdzi, że to „świat jest wampirem, który odbiera nam duszę”. Na tle trwających w książce wydarzeń nie sposób nie przyznać jej racji.

Książka bardzo mile zaskoczyła mnie ładną stroną redakcyjną, znalazłam w niej zaledwie kilka błędów i potknięć w tłumaczeniu, dzięki czemu lektura stanowiła całkiem przyjemną, krótką rozrywkę.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Potrzebna transfuzja - "Martwy dla świata", Charlaine Harris, tłumaczenie: Ewa Wojtczak, MAG 2010

Czwarty tom przygód Sookie Stackhouse zdecydowanie nie należy do dobrych, nie przysługuje mu nawet miano średniej lektury rozrywkowej. Po Klubie Martwych miałam jeszcze nadzieję, że powróci parodystyczny wydźwięk pierwszych dwóch powieści. Po lekturze Martwego dla świata jestem już pewna, że nic takiego się nie wydarzy. Charlaine Harris zrezygnowała bowiem z zabawy z konwencją na rzecz opisywania erotycznych ekscesów panny Stackhouse. 

Tym razem Sookie wprawdzie nie została pobita, jak to sobie zresztą wcześniej rezolutnie obiecała, ale autorka rzuciła ją w centrum niezwykle groźnych rozgrywek między wampirami i wilkołakami a… czarownicami! A po cóż źli wiccanie przybyli do Bon Temps? Otóż ich przywódczyni pragnie władzy i chce przejąć interesy wampirów ze Shreveport, ale przede wszystkim pożąda Erica Northmana. Tak bardzo, że pozbawiła go pamięci, a kiedy nie udało jej się go schwytać, wyznaczyła nagrodę w wysokości, bagatela!, pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Cierpiącego na amnezję, półnagiego i pobitego Erica znajduje na drodze Sookie Stackhouse, a ponieważ jest dobrze wychowaną Amerykanką, przygarnia wampira. Godzi się także ukrywać go, dopóki Pam i Chow nie poradzą sobie z czarownicami. I w ten sposób ponownie wplątuje się w intrygi i przepychanki między nadprzyrodzonymi istotami. Jakby tego było mało, okazuje się, że zaginął brat dziewczyny, Jason. Zrozpaczona, ale i zdeterminowana Sookie wobec bezsilności miejscowej policji postanawia na własną rękę odszukać chłopaka. Ale to jeszcze nie wszystko! Bohaterka musi uporać się z tęsknotą za byłym wampirem, Billem, z którym się rozstała i który wyjechał do Peru badać historię wampirów. Idzie jej to całkiem nieźle, na każdej kolejnej stronie powieści wręcz coraz lepiej. Jej pierwszym i najważniejszym pocieszycielem jest oczywiście „uszkodzony” Eric, którego wraz z pamięcią Harris pozbawiła charakteru, charyzmy, wyrachowania, stanowczości, męskości, siły – jednym słowem odebrała mu wszystkie cechy, które czyniły jego postać ciekawą. To jednak sprawia, że równie mało ciekawa Sookie ulega jego urokowi i w jego ramionach niemal zapomina o całym świecie… Chyba że spotyka Alcide’a Herveuxa, Sama Merlotte’a lub wracają wspomnienia związane z Billem.

Na pierwszym planie powieści znajdują się więc erotyczne (nie miłosne, bowiem w swoich rozważaniach na temat mężczyzn jej życia, dziewczyna kładzie nacisk na ich fizyczność i własne marzenia seksualne, a nie na stronę duchową jej z nimi relacji) rozterki Sookie Stackhouse, na czym traci jej osobowość. O ile początkowo ceniłam w tej bohaterce jej dystans do siebie, jej świadomość braku wykształcenia z powodu niezwykłych umiejętności, o tyle w tej części odrzuca mnie jej jawna głupota, jaką wykazuje za każdym razem, kiedy widzi Erica, Sama, Alcide’a lub Billa. Widać, że Harris nie tylko przestała starać się o spójną fabułę, ale nie obchodzą jej bohaterowie – liczy się tylko, z kim i w jakich konfiguracjach Sookie uprawia seks. Martwy dla świata jest też najbardziej szablonowy ze wszystkich części, jakie czytałam. Nieco więcej dowiadujemy się z powieści o wilkołakach i zmiennokształtnych, pojawiają się wspomniane czarownice, ale w ich przedstawieniu autorka w większości posłużyła się utartymi schematami. Jedynym novum może być obraz królowej wróżki elfów Claudine, która, choć stereotypowo zniewalająca urodą, wydaje się nie mieć piątej klepki, a jej krew jest ambrozją dla wampirów.

To wszystko plus słabe tłumaczenie i mnóstwo błędów redakcyjnych sprawiło, że czytanie Martwego dla świata przestało być choćby w najmniejszym stopniu przyjemnością, a stało się ponurym obowiązkiem. Zniechęciło mnie też całkowicie do cyklu – szkoda czasu na tak marne książki.

Recenzja Śmietanki czwartego i piątego tomu z oryginałów.
Recenzja także na portalu Katedra.

czwartek, 17 czerwca 2010

Pratchett mix - "Humor i mądrość Świata Dysku", tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2009

Zbiór cytatów z książek Terry’ego Pratchetta to z pewnością idealny prezent dla każdego fana tego pisarza, chociaż pozycja ta nadaje się głównie po to, by wyeksponować ją na półce swojej biblioteki. Wspaniała okładka, czerwona tasiemka, dobrej jakości papier i ładny układ graficzny to wszystko, co Humor i mądrość Świata Dysku ma do zaoferowania i niejeden wielbiciel humorystycznej literatury Brytyjczyka może się poczuć zawiedziony. Nie jest to bowiem The Best of Pratchett, a jedynie kolejny haczyk reklamowy na fanów autora. 

Już po przeczytaniu wstępu można stwierdzić, że wydawca nas wykiwał – wyboru dokonał  niejaki Stephen Briggs, sam wierny czytelnik Pratchetta, zaangażowany w promocję jego powieści i produkcję wielu gadżetów, między innymi książek takich jak recenzowana.  Dowiadujemy się jednak o tym dopiero na stronie ósmej, gdyż wydawca nie wysilił się o tym poinformować w tytule. Angielskie wydawnictwo miało chociaż tyle przyzwoitości, żeby nie nęcić czytelników nazwiskiem pisarza na okładce, pewne, że fani i tak rzucą się do księgarni.

Nasuwa się spostrzeżenie, że wybór to subiektywny, jednak w trakcie przeglądania tego zbioru można odnieść wrażenie, że selekcja przeprowadzana była na zasadzie zabawy „na co wypadnie, na to bęc”. W dodatku ciężko trafić w gusta wszystkich czytelników i najlepiej bawić się czytaniem Humoru i mądrości… będą najwierniejsi z nich, którym nie przeszkadza, że większość z prezentowanych tu fragmentów wcale nie śmieszy, a tym bardziej nie zawiera w sobie żadnych „mądrości”.

Książka podzielona została na rozdziały odnoszące się do powieści Terry’ego Pratchetta. Znajdziemy tutaj cytaty ze wszystkich dotąd wydanych tomów Świata Dysku. Są krótkie zdania oraz całe akapity, tyle że większość z nich nie jest niczym więcej jak pustymi słowami pozbawionymi szerszego kontekstu i nawet wstęp na początku każdego rozdziału, omawiający w skrócie fabułę kolejnej książki, nie pomaga w pochwyceniu dowcipu. Co więcej, wytłuszczonym drukiem zostały zdania już zupełnie nieśmieszne, jak:
…człowiek, którego umiejętność poszukiwania wody ograniczała się do sprawdzenia, czy ma zmoczone stopy…
albo
Sacharissa o winach wiedziała akurat tak dużo, by zdawać sobie sprawę, że Chateau Maison to wino bardzo popularne.
Boki zrywać. Znajdą się oczywiście perełki, zabawne, wyśmiewające ludzkie wady i skłaniające do refleksji:
Elfy są piękne. Mają styl. Urodę. Grację. Tylko to się liczy. Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie.
– Pije, tylko kiedy jest w depresji – wyjaśnił Marchewa. – A dlaczego wpada w depresję? – Czasami dlatego, że nie mógł się napić.
To jednak zbyt mało, żeby cieszyć się lekturą wybranych przez Stephena Briggsa cytatów.

wtorek, 8 czerwca 2010

Bajka większa od gry - "Książę Persji: Piaski Czasu", scenariusz: Boaz Yakin, Jordan Mechner i inn, reżyseria: Mike Newell, 2010

Bardzo czekałam na ten film. Uwielbiam grę, o czym może kiedyś napiszę w oddzielnym wpisie, więc spodziewałam się po jej ekranizacji tego, czego spodziewa się każdy fan – dobrej zabawy. Rzeczywiście, była dobra, jednak bawili się na niej wyłącznie twórcy i małe dzieci. 

Najmilej zaskoczył mnie odtwórca tytułowej roli, Jake Gyllenhaal, do którego od początku byłam nastawiona sceptycznie. Wydawał mi się zbyt… chłopięcy do tej postaci. Nadal uważam, że nie jest idealnym Dastanem, jednak nie oceniam go już tak surowo. Postarali się o to specjaliści od kostiumów i charakteryzacji (wygląd księcia wzorowany jest na bohaterze Warrior Within, nie na Sands of Time, co wypada na korzyść obrazu), a także sam aktor, który intensywnie trenował do roli na kilka miesięcy przed rozpoczęciem zdjęć. Tę zwinność, tak charakterystyczną w grze, widać także w filmie, chociaż efekty są dużo mniej spektakularne. Gyllenhaal dał Dastanowi naturalną bezpretensjonalność, łobuzerskość, o ile mogę się tak wyrazić. Tylko trochę przesadził - nie potrafił pogodzić humoru z dramatycznością postaci, co spowodowało, że nie czuło się jego cierpienia. Podobała mi się również współpraca Dastana z Taminą (w tej roli urocza Gemma Arterton), a raczej ich antypatia i wzajemnie czynione złośliwości. Twórcom widocznie zależało na damskiej części widowni, gdyż więcej tutaj tych przepychanek niż akcji, co osobiście mam im za złe, także Dastan biega częściej pół nagi niż Tamina, czego nie mam za złe. Gemma, chociaż kompletnie nie pasuje urodą do Farah, doskonale poradziła sobie z rolą godnej, wyniosłej, ale też odważnej i niemożliwie irytującej księżniczki, zupełnie jak jej pierwowzór z gry. Niezawodny jak zwykle Ben Kingsley, zaufany brat króla i czarny charakter, nie wychodził poza swoją funkcję i niczym ciekawym się nie wyróżniał. Pozostałych aktorów, między innymi Alfreda Molinę jako szejka Amara wykazującego lekko niepokojącą miłość do strusich wyścigów, ledwie się zauważa.

Niestety scenarzyści i reżyser nie zmusili aktorów do wysiłku w pogłębienie psychologii postaci, która większa jest w grze niż w tym obrazie. Twórcy postanowili zrobić ze swojego dzieła komedię przygodową, ale im nie wyszło. Mało scen walk, na których przecież gra tyle zyskuje, wymuszony i ograny humor sytuacyjny, a także łopatologicznie potraktowany morał sprawiał, że film nudzi i jego oglądanie nie sprawia większej przyjemności. To puszczanie oka do widza niezmiernie mnie irytowało – bardzo lubię i cenię grę z konwencji, ale w tym przypadku wypadło to żałośnie; czułam, że twórcy obrażają moją inteligencję marnymi gagami. Obraz nie trzyma w napięciu, widz doskonale orientuje się w tym, kto jest zły, a kto lepszy, nie mówiąc już o tym, że od początku wie, jakie będzie jego zakończenie. Widać też, z dużą szkodą dla filmu, że został on dostosowany do oglądania przez młodszych widzów – ta plastikowa oprawa przypominała mi nieudanego Wolverine’a.

Film różni się od gry wieloma pobocznymi wątkami, co oczywiście nie byłoby złe, gdyby nie fakt, że komputerowa wersja jest znacznie bardziej urozmaicona, zarówno w kwestii przygodowej, jak i przedstawienia bohaterów. W historię oryginalnego księcia dużo łatwiej uwierzyć niż w bajkę (specjalnie i z całą złośliwością używam tego słowa) pokazaną na ekranie kinowym.

Także efekty specjalne nie imponują. Są dobre, dopracowane, sceny walk urealniono, a wyczyny księcia nie różnią się wiele od popisów choćby słynnych Yamakasi czy też ich żywych odpowiedników, czyli traceur, ale wydają się jedynie marnym odwzorowaniem gry. Zachwycają natomiast przepiękne zdjęcia średniowiecznych miast Persji, oczywiście uzyskane za pomocą techniki komputerowej, ale zapierające dech w piersi. W oprawie wizualnej ładnie wkomponowuje się muzyka autorstwa Harry’ego Gregsona-Williamsa, bazująca na tej komputerowej.

Film sprzedał się całkiem nieźle, zapewne powstanie kontynuacja, na którą być może się wybiorę, o ile nie będzie takim love story, a twórcy skupią się na akcji i postaci Dastana i, wybaczcie, dzieci, że to piszę, będzie miał wyższą kategorię wiekową.

niedziela, 6 czerwca 2010

Świat w kolorze oktaryny - "Kolor magii", Terry Pratchett, tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 1994

Kolor magii to pierwszy tom cyklu ze świata Dysku, który liczy sobie obecnie ponad czterdzieści części. Zdecydowanie nie jest to najlepszy debiut, dawką humoru nie dorównuje późniejszym pozycjom w dorobku Terry’ego Pratchetta. Znajdziemy tutaj oczywiście wszystko to, co charakterystyczne dla powieści autora – opisy płaskiego świata trzymanego przez słonie stojące na wielkim żółwiu, absurdalny humor i dywagacje na temat współczesności, a także wyśmiewanie konwencji fantasy – nie jest to jednak tak zabawne, jak choćby Kosiarz

Głównym bohaterem książki jest Rincewind, wykazujący niezwykłą wolę przetrwania mag, którego tak właściwie nie można nazwać magiem, ponieważ nie zna on żadnych zaklęć oprócz jednego z ośmiu największych czarów świata (wszystko przez nadmierną ciekawość i księgę magii Octavo). Ma on za to wybitną zdolność do nauki języków, przez co wpakował się w niezłe tarapaty, gdy przypadkiem spotkał Dwukwiata, turystę z Kontynentu Przeciwwagi, wykazującego się z kolei niezwykłą chęcią zobaczenia najniebezpieczniejszych atrakcji, o jakich słyszał jedynie w baśniach. Szantażowany przez patrycjusza Ankh-Morpork Rincewind musi zaopiekować się beztroskim człowieczkiem, co prowadzi ich obu w kolejne kłopoty. Z tą różnicą, że jeden panicznie lęka się o własne życie i usiłuje za wszelką cenę się z nich wydostać, a drugi brnie w nie z uporem maniaka i uśmiechem najszczęśliwszego człowieka na świecie…

Bohaterowie przemierzają więc kolejne mile, zachwycony wszystkim Dwukwiat spełnia swoje marzenia – poznaje wielkiego bohatera, Hruna Barbarzyńcę, odkrywa tajemnicze skarby w przeklętej świątyni Bel-Shamharotha, spotyka driady, razem z magiem trafia również do Zmokbergu, królestwa smoków, by ostatecznie wylądować na Krawędzi świata… Przez cały ten czas Rincewind z heroicznym wysiłkiem wymyka się spod kosy Śmierci, którego te działania wielce irytują. Mag musi też uważać na Bagaż Dwukwiata, wielki niebezpieczny kufer zrobiony z myślącej gruszy, który podąża za swym panem dokądkolwiek ten się uda.

Mimo że jest to pierwsza część cyklu i dowiadujemy się w niej całkiem sporo o Dysku oraz obyczajowości jego mieszkańców, to większość informacji powtarzanych jest w kolejnych tomach, dużo bardziej sensownie. Informacje o przedstawionym w Kolorze magii świecie są chaotyczne i trudno się tak naprawdę zorientować, o co chodzi w dygresjach pisarza. Podobnie niejednokrotnie spotkamy się jeszcze z tytułowym kolorem magii – oktaryną, ósmym kolorem tęczy, widocznym jedynie dla istot obdarzonych magicznymi mocami, czyli przez czarodziejów i… koty.

Widać, że autor doskonale zna konwencję literatury fantasy i stara się wpleść jak najwięcej znanych motywów, by je ośmieszyć. Niestety z marnym skutkiem, dowcip jest tu bowiem wymuszony, a gra z konwencją mało błyskotliwa. Ponadto nie ma tutaj tak lubianych przeze mnie drwin ze współczesności – szydzenie z kultury zwiedzania przez Europejczyków to niewiele w porównaniu z obnażaniem problemów i tematów tabu w następnych książkach Pratchetta. Być może na początku lat 80. (w Wielkiej Brytanii Kolor magii ukazał się w 1983 roku) powieść była świeżym powiewem, dzisiaj jest już zaledwie zefirkiem. W lekturze przeszkadzać może również słaba strona redakcyjna, dużo literówek i błędów interpunkcyjnych. Tym, którzy do tej pory nie zapoznali się ze Światem Dysku, odradzam sięgnięcie po Kolor magii. O wiele lepiej zaopatrzyć się w późniejsze tomy cyklu, w których dowcip Pratchetta się wyostrzył i stał się naturalną, nieodłączną częścią powieści, tym bardziej, że nie są to już tylko książki parodiujące fantasy. Pozycja obowiązkowa tylko dla zagorzałych fanów pisarza.

niedziela, 30 maja 2010

Blake dobry na wszystko - "Prowadź swój pług przez kości umarłych", Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie 2009

Wiele mówiło się o najnowszej książce Olgi Tokarczuk – przede wszystkim, że inna, że niepodobna do stylu pisarki ze względu na wybrany gatunek… Niedawno Prowadź swój pług przez kości umarłych otrzymało nominację do NIKE. O ile ta kwestia wydaje mi się mocno na wyrost, a nominacje do tej nagrody zaczynam traktować jako czystą komercję, to i za bardzo nie zgodzę się też ze stwierdzeniem, że kryminał odbiega od twórczości autorki. Fakt, powieść Tokarczuk jest bardziej przyziemna i o wiele lżejsza od chociażby debiutanckiego Prawieku…, to jednak wyraźny jest w niej jej specyficzny styl i obraz przedstawianego świata. Ponadto Prowadź swój pług przez kości umarłych nie nazwałabym kryminałem, to raczej doskonała powieść obyczajowa z kryminalnym tłem, nieco tajemniczym, a czasem nawet nadprzyrodzonym. 

Główną bohaterką jest przemiła i niezwykle oryginalna Janina Duszejko, emerytowana nauczycielka, wielbicielka wszelkich istot ziemskich poza ludźmi. Na miejscowość, w której ta zażywna dama mieszka, spadają nieszczęścia - kolejno umierają ludzie, ale ich śmierć tylko dla bohaterki nie wydaje się przypadkową, tym bardziej, że przy każdym ciele znaleziono zwierzęce tropy. Pani Duszejko ma oczywiście własną teorię na temat sprawców i nie waha się podzielić niezwykłą wiedzą z policją i mieszkańcami – to leśne zwierzęta wymierzają karę ludziom, którzy na nie polują, unikając odpowiedzialności. Sama też nie dziwi się bardzo, kiedy nikt nie chce jej wierzyć, postanawia jednak prowadzić własne śledztwo i uważnie obserwuje świat wokół siebie.

A wszystko po to, by, jak zwykle, dać pretekst do wytknięcia przez autorkę wad naszemu społeczeństwu. Nie wiem, jak ona to robi, ale podziwiam umiejętność Tokarczuk wyrażenia pogardy lub wyśmiania jakiejś cechy jednym zaledwie zdaniem. Autorka celnie wbija szpile – obnaża polską małostkowość, brak tolerancji, hipokryzję, nasz „kulturowy katolicyzm”, absurdalność polskiego prawa, a przede wszystkim wytyka niezrozumienie i brak szacunku do starszych osób, które w dzisiejszych czasach traktowane są jako dopust boży i wysłuchują wszędzie, że nie są już potrzebni albo że muszą być ciągle młodzi. W tym miejscu polecam książkę zwłaszcza młodym czytelnikom, gdyż Olga Tokarczuk niesamowicie trafnie oddaje psychikę osoby starszej i pozwala spojrzeć na te wszystkie dziwaczności przychylniejszym okiem, zachowując dystans do własnej postaci. Pokazuje, że można żyć godnie w każdym wieku i że nie wolno nikogo spychać na margines. Ja sama chciałabym pozostać tak pięknym człowiekiem, jakim jest Janina Duszejko.

Bije z tej książki niezwykłe ciepło autorki do jej bohaterki, która uwielbia Williama Blake’a, którego i ja kocham, i cytatami z jego twórczości, a także astrologią, tłumaczy sobie rzeczywistość. Celne uwagi Janiny Duszejko o ludziach i życiu okraszone są ironicznym humorem, dzięki czemu lektura książki staje się prawdziwą przyjemnością, jednocześnie pozostawia po sobie refleksję nad dzisiejszym światem.

wtorek, 18 maja 2010

Rzecz o wampirach w horrorze - "Synowie Kaina, Córy Lilith...", Paweł Ciećwierz, Fantasmagoricon 2009

Czekałam na możliwość przeczytania książki Pawła Ciećwierza odkąd dowiedziałam się o jej zapowiedzi na jesieni zeszłego roku, tym bardziej, że jej wydanie zapowiadano o wiele wcześniej. Długo jednak przybierałam się do sięgnięcia po tę pracę, wampirów ostatnimi czasy w moim życiu było zatrzęsienie. Kiedy wreszcie zatęskniłam za nimi, czytałam Synów Kaina, córy Lilith… z prawdziwą przyjemnością fanki literatury fantastycznej i wampirów oczywiście. Tych, którzy za krwiopijcami nie przepadają, niech nie zraża tytuł – duża część publikacji traktuje o literaturze fantasy jako takiej, jej założeniach i egzystencji w literaturze ponowoczesnej. Dla nieznających tematu, a chcących się z nim zapoznać w sposób bezbolesny, mogę pracę Pawła Ciećwierza z czystym sumieniem polecić. Jasny, lekki ton wywodów zawierających kwintesencję literatury fantastycznej pozwala je przyswoić bez obaw, że pogubimy się w pojęciach. Osoby, które orientują się w konwencji fantasy dzięki tej pracy mogą sobie tę wiedzę utrwalić, skonfrontować z innymi tekstami, często niestety traktującymi gatunek po macoszemu, czego zresztą Ciećwierz szanowanym badaczom nie boi się wytknąć. 

Synowie Kaina, córy Lilith… to przede wszystkim obowiązkowa lektura każdego porządnego fana literatury wampirzej. Dotyczy to zwłaszcza młodszego pokolenia, które wyrasta na paranormalnych romansach czy filmach typu Underworld (skądinąd bardzo udanego widowiska). Książka mówi bowiem o wampirach klasycznych, legendarnym Draculi, krwawej Carmilli czy bohaterach Kronik wampirów. Stąd też tytuł recenzji – autor bowiem niemal bezustannie odwołuje się do horroru, zamiast więcej miejsca poświęcić zmianom, jakie zaszły w wizerunku wampira w fantasy. Fakt, bardzo dobrze opowiada o literackich korzeniach tej istoty, ze znawstwem badacza rozwodzi się nad jej ambiwalencją pociągającego potwora wywodzącego się z ludzkiego umysłu. Jest to z pewnością jedna z nielicznych polskojęzycznych prac obejmujących historię wampira od jego biblijnych początków po czasy literacko nowożytne, a wszystko rozpatrywane na kulturoznawczym tle. Dużo miejsca Ciećwierz poświęca umieszczeniu fantastyki i mitu wampirzego w kontekście kantowskiej estetyki wzniosłości, płynnie operując filozoficznymi pojęciami i wplatając je w, zdawałoby się, literaturę nie posiadającą większej filozofii. Szkoda tylko, że autor, wiele miejsca poświęcając chociażby na omówienie problematyki niemożliwej miłości między wampirem a człowiekiem, nawet słowem się nie zająknął o paranormal romanse, w której wampiry królują od dobrych kilkunastu lat. To, że w Polsce wydawana jest dopiero od kilku lat, nie powinno było powstrzymać badacza, zwłaszcza, że pozwoliłoby to na poznanie szerszego kontekstu gatunku niż pokazują to polskie wydawnictwa. Książkę traktować można jako dobre wprowadzenie do wampirzej wiedzy tajemnej, ale do Wampira. Biografii symbolicznej Marii Janion, którą to zresztą pracą Ciećwierz bardzo się podpiera, brakuje jej nie tylko jakichś pięciuset stron, ale też szerszego punktu widzenia.

Dużym minusem książki jest jej strona redakcyjna, o czym świadczyć może już taki bubel jak użycie cudzysłowu po skrócie „tzw.” na stronie siódmej. Dalej nie jest na szczęście wiele gorzej, ale źle o redaktorze świadczą pozostawiane, często po kilka na tej samej stronie, literówki i błędy interpunkcyjne. Mimo tego jednak Synów Kaina, córy Lilith… warto przeczytać, choćby z tego powodu, że w Polsce nadal powstaje zbyt mało publikacji o fantastyce, które są jednocześnie dobrze przygotowane merytorycznie i nie wyrażają się o tym gatunku pejoratywnie lub nie wciskają go w otoczkę krzewienia wiary religijnej…

czwartek, 29 kwietnia 2010

Ciemna strona Sookie - "Klub Martwych", Charlaine Harris, tłumaczenie: Ewa Wojtczak, MAG 2010

To już trzecia część wampirzego cyklu o Sookie Stackhouse i niestety muszę przyznać, że jest wyjątkowo słaba, ponieważ nie śmieszy, co dotąd było główną zaletą serii. Mam wrażenie, że umiejętności pisarskie Charlaine Harris można porównać do sinusoidy – pierwsza część nie była zachwycająca, druga sprawdziła się jako parodia, a teraz trzecia znowu nie bawi. Jak będzie dalej? Zobaczymy. 

Wracając do tematu – co tym razem przytrafiło się całkiem inteligentnej blondynce z Bon Temps? Nie, nie zaatakował jej wilkołak. Stało się coś gorszego, zaginął Bill. Co więcej, wydaje się w to być zamieszana stworzycielka i dawna kochanka wampira, niejaka Lorena. Rozgniewana nie na żarty zdradą ukochanego, ale jednocześnie pełna dobrych wspomnień, Sookie postanawia pomóc szefowi Billa, Ericowi, w rozwiązaniu zagadki i udaje się do Jackson. W śledztwie ma pomóc dziewczynie przystojny i dobrze wychowany wilkołak Alcide. Tych dwoje zbliża do siebie nie tylko podobieństwo charakterów i fizyczny pociąg, ale także podobne rozczarowania związkami. Klub Martwych to zdecydowanie bardziej romans erotyczny niż kryminał – Sookie, nie dość, że cierpi z powodu nieczystego zachowania Billa i odkrywania jego kolejnych sekretów i flirtuje z Alcide’em, to jeszcze nieudolnie usiłuje opierać się czarowi Erica, który w tej części nie ogranicza się do płomiennego pocałunku. Być może stąd wynika mniejsza dawka humoru, chociaż bohaterka nie żałuje sobie szyderczych uwag, doskonale zdając sobie sprawę ze swoich słabości. Co ciekawe, Sookie jest złośliwa wyłącznie w stosunku do siebie, w przypadku opisywania pozostałych bohaterów ironia nie jest zamierzona.

W tej części Sookie skupia większość swojej uwagi na sobie i swoich uczuciach, poszukiwania Billa Comptona odbywają się jakby mimo chodem. Harris niezbyt umiejętnie jednak oddaje rozterki dziewczyny, więcej miejsca poświęcając opisom napięcia między nią a Erikiem czy Alcide’em, niż cierpieniom bohaterki z powodu złamanego serca przez kłamstwa ukochanego. Czytelnik mimo woli zastanawia się, w czym gorszy jest Bill, który nie potrafił oprzeć się swojej stwórczyni, mającej nad nim władzę z racji swej pozycji? Co więcej, tym razem autorka nie uwydatnia złej natury wampirów i wyraźnych różnic, jakie dzielą je od śmiertelników, a pokazuje ciemną stronę duszy swojej bohaterki. Sookie odkrywa, że jest zdolna do radykalnych posunięć i po dłuższej refleksji godzi się ze swoją naturą, nie ma wyrzutów sumienia. Zdaje sobie sprawę, że aby przetrwać w tym niebezpiecznym świecie, pełnym nadprzyrodzonych istot, nie będzie mogła wiecznie (nie tylko dlatego, że nie chce być przemieniona w wampira) polegać na Billu czy nawet Ericu. Klosz, pod jakim żyła do tej pory, ostatecznie pęka i Sookie z zaskoczeniem stwierdza, że nie potrzebuje niczyjej ochrony.

Tytułowy Klub Martwych to ekskluzywny bar w stolicy Missisipi dla wampirów i nie tylko dla nich, w którym ludzie traktowani są jak zabawki. Harris pokazuje kolejną wampirzą społeczność, nie różni się ona jednak od tej w Dallas czy w Shreveport. Więcej można dowiedzieć się natomiast o zmiennokształtnych, zwłaszcza o wilkołakach, których Alcide jest najbardziej „ucywilizowanym” przedstawicielem. Łaki, jak się o nich mówi powszechnie, do złudzenia przypominają harleyowców, tyle że są bardziej gruboskórni, żeby nie powiedzieć chamscy od swoich pierwowzorów.

Oczywiście autorka nie oszczędziła Sookie cierpień fizycznych. Zaskakuje mnie wytrzymałość tej niepozornej blondynki, która była już bita, gryziona, katowana wręcz, a także drapana śmiertelnie i za każdym razem jest jedną nogą w grobie i oczywiście, zawsze wychodzi cało z każdej opresji, z kilkoma siniakami zaledwie. Ciekawe, jaki zestaw tortur wymyśliła Harris w kolejnym tomie, tym bardziej, że zakończenie Klubu Martwych nie jest szczęśliwe…

Recenzja Śmietanki
Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 22 kwietnia 2010

A jednak może być gorzej - "Dobry, zły i nieumarły", Kim Harrison, tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz, MAG 2010

Po rozczarowaniu pierwszą częścią paranormalnego kryminału o Rachel Morgan, postanowiłam dać Kim Harrison jeszcze jedną szansę wiedziona nadzieją, że po debiucie autorka nabrała nieco wprawy pisarskiej, i ciekawością, jak rozwinie niedokończone wątki. Zostałam ukarana za naiwność. Nie tylko straciłam czas na przeczytanie tej ponad sześćsetstronicowej cegły, ale przekonałam się o prawdziwości stwierdzenia, że zawsze może być gorzej… 

Dobry, zły i nieumarły rozpoczyna się w taki sam sposób, jak Przynieście mi głowę wiedźmy – czytelnik trafia w sam środek akcji, tym razem pani detektyw kradnie rybę na zlecenie drużyny wilkołaków, jak się potem okazuje zupełnie niepotrzebnie. Bohaterka Harrison nie ewoluuje w żadnym stopniu, a już na pewno nie staje się mądrzejsza. Gdyby nie pixy Jenks i wampirzyca Ivy, zginęłaby marnie. Mimo swojej kompletnej nieporadności w prowadzeniu śledztw, zostaje zatrudniona „na boku” przez komisarza FBI do rozwiązania tajemniczych mordów na czarownicach i czarownikach. Pomaga jej w tym, jakżeby inaczej, jeden z agentów, oczywiście od początku nie pałają do siebie sympatią, co, oczywiście, później się zmienia. W tej części dowiadujemy się, dlaczego Ivy odeszła z ISB i czemu stara się być blisko Rachel. Nadal jednym z głównych wątków pozostaje relacja wampirzycy z czarownicą, która staje się coraz bardziej napięta, zwłaszcza, że Rachel ma chłopaka, i naładowana seksualnością, nie robi jednak żadnego wrażenia z powodu chaotyczności opisów pisarki.

Bohaterowie powieści zdają się być powycinani z szablonu, można ich opisać jednym, dwoma wyrazami. Nie zmieniają się, nie wychodzą ze swoich ról. Rachel cały czas jest głupią (jej zachowania nie można już nazwać naiwnym), niezdarną wiedźmą. Trochę lepiej wypada Ivy, rozdarta między pragnieniem swoich genów a potrzebą zachowania człowieczeństwa. Niestety, pierwszoosobowa narracja w wykonaniu Morgan nie daje jej szansy na pełnowymiarowość. Najbarwniejsza postać (chodzi o sposób ubierania się, nie o charakter), czyli Jenks, irytuje, nie tylko bohaterów, swoimi złośliwymi, niewyszukanymi żarcikami, które nikogo nie śmieszą. Nick, chłopak Rachel, pozostaje w cieniu jako kochające wsparcie czarownicy, ale jego tajemniczość pozwala sugerować, że przestanie być dodatkiem do bohaterki w następnych częściach. Nowy bohater, detektyw FBI Glenn, także nie budzi większych emocji, to jeszcze jeden nieopierzony sztywniak w garniturze, który dzięki głównej bohaterce przekonuje się, czym jest prawdziwa policyjna robota i zaczyna ją podziwiać. Nie zaciekawia również Trent Kalamack, z którym Rachel prowadzi swoistą wojnę. Jako główny złoczyńca w szatach szanowanego radnego miasta nie wykracza poza konwencję złego.

Harrison bawi się wampiryzmem, magią jako taką, szerzej opisuje też Zapadlisko i mieszkających w nim Inderlanderów, pokazując różnice dzielące ich od zwykłych ludzi. Mogłaby to być najmocniejsza, a właściwie jedyna, strona tej książki, gdyby nie fakt, że autorka powiela schematy, a dużo ciekawiej o czarach piszą dzisiejsi „czarownicy”. Cała fabuła jest zresztą grubymi nićmi szyta i, tak jak w pierwszej części, nieprzemyślana. Sądziłam, że wirus w pomidorze to był absurd, ale piętno przyjemności, które od niefortunnego spotkania z demonem nosi Rachel, bije go na głowę dwukrotnie. Blizna po ugryzieniu czyni bowiem kobietę niezwykle podatną na wpływ wszystkich wampirów, jakich spotka i sprawia, że one pragną jej bardziej, niż kogokolwiek:
Zostałaś naznaczona piętnem przyjemności i jeśli nie będziesz miała wampira, który by cię zapragnął dla siebie i chronił, wszyscy to wykorzystają, biorąc, co chcą, i przekazując cię dalej, aż staniesz się marionetką błagającą o upuszczenie krwi.
I jak z tym żyć?

Nie wiem, czy to niedbałość redakcji, czy nieprofesjonalizm Harrison, ale w książce pojawiają się rażące przykłady braku logiki. Jak choćby wtedy, gdy bohaterka podczas przeszukiwania mieszkania zaginionego mężczyzny znajduje kota i dowiadujemy się od niej, że jest pewna, że to jest Dan [zaginiony mężczyzna] uwięziony w ciele kota, po czym kilkanaście stron później ona sama zastanawia się, co stało się z rzeczonym Danem… Dodam tylko, że tajemnicze zniknięcie Dana jest jedną z kluczowych kwestii w książce. Nie wspominając o tym, że cała historia jest przewidywalna od pierwszych stron.

Dobry, zły i nieumarły jest zdecydowanie gorsza od części pierwszej i aż boję się pomyśleć, jaki poziom będzie miała kolejna. Nie zamierzam tego sprawdzać, w przeciwieństwie do Rachel Morgan, uczę się na błędach i trzeciej szansy dla Kim Harrison nie będzie.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Koniec wojen to koniec świata - "Klęska ważki", Adrian Tchaikovsky, tłumaczenie: Andrzej Sawicki, Rebis 2010

Drugi tom Adriana Tchaikovksy’ego nadal czyta się dobrze, chociaż nie budzi we mnie takich zachwytów jak Imperium Czerni i Złota. Rzeczy, które nie przeszkadzały mi w pierwszej części – wartka akcja, prowadząca bohaterów i czytelnika bez wytchnienia, nieprzewidywalne i niewytłumaczalne z punktu widzenia fabuły zwroty wydarzeń, które ratują głównym bohaterom skórę, i ideologia – tutaj zaczęły drażnić, momentami nawet irytować. 

Akcja Klęski Ważki rozpoczyna się w tym samym momencie, w którym zakończyła się w poprzednim tomie. Tym razem jednak czytelnik jest wprowadzany w wydarzenia wolniej, autor postarał się o przypomnienie najważniejszych wydarzeń. Bohaterowie, chociaż ciągle działają, nie pędzą już na złamanie karku, co wydaje się świetną okazją do pogłębienia ich obrazów psychologicznych. Niestety Tchaikovsky nie poświęca tej kwestii należytej uwagi, pozostawiając swoje postaci takimi samymi, jakimi były. Więcej nawet, niektóre z nich, jak dobrze rokującego niejednoznacznego w swoich wyborach Thalryka, spłyca do minimum. Stenwold nadal jest naiwnym frajerem, który nie uczy się na błędach, Tisamon wciąż niewzruszonym zabójcą, Tynisa się do niego upodabnia. Cheerwell, chociaż miała szansę rozwinąć się w ciekawą postać, jest damską kopią swojego stryja, a o Achaeosie dowiadujemy się tylko tyle, że dręczony jest koszmarami. Jedyną interesującą osobą mógł być Totho, któremu los daje niepowtarzalną szansę na spełnienie marzeń za cenę własnej duszy. Piszę „mógł”, ponieważ na ostatnich stronach powieści autor porzuca swojego bohatera, zamyka jego rozterki kilkoma zdaniami i tym samym zaprzepaszcza jego potencjał na naprawdę nietuzinkową postać fantasy. Także nowe postaci nie są nikim więcej, jak tłem wydarzeń, nie odgrywają ważniejszych ról.

Rozczarowana jestem też wątkiem władcy imperium – chociaż postać Alvdana z pewnością się rozwinie w kolejnych częściach, już w Klęsce Ważki widać, że nie ma on nic do pokazania. To po prostu kolejny zły charakter, jakich pełno w literaturze. Niezbyt przekonujący wydaje się również mag Uctebri, wcale nie taki tajemniczy, jak przedstawia go Tchaikovsky.

Styl autora nadal jest niezwykle plastyczny, dzięki czemu opisy działań wojennych robią wrażenie. Przy okazji kolejnych bitew Tchaikovsky umiejętnie pokazuje naturę poszczególnych ras w obliczu zagrożenia. W Klęsce Ważki bliżej poznajemy mrówców, modliszowów i pająków, więcej dowiadujemy się o muchach czy ciemcach. Pojawiają się także nowe rasy, jak motyle, których przedstawicielką jest ukochana Salmy, czy moskity reprezentowane są przez Uctebriego. Znowu aluzje do naszej historii są jasne, a przy tym nietrudno zauważyć, że i nie różnimy się bardzo w postępowaniu od bohaterów powieści. Trzeba przyznać, że autor wciąż wprawnie opisuje ludzkie odczucia, pokazuje, czym naprawdę jest wojna i jak różnie potrafią zachowywać się ludzie w obliczu niebezpieczeństwa. Uwydatnione są zarówno ich słabości, jak i odwaga i waleczność. Powtarza się wątek, znany polskim czytelnikom chociaż z cyklu wiedźmińskiego, że wojna rodzi postęp, a wieczny pokój nie jest możliwy. Za dużo tu jednak patosu i oczywistości, za dużo słów, brak miejsca na własną refleksję, co sprawia, że ostatnie sto stron czyta się coraz ciężej i mniej chętnie.

Podobnie jak w Imperium Czerni i Złota, tak i w tej części najważniejsi bohaterowie cudem ratują się z opresji, a miastom na pomoc przychodzi odsiecz w ostatniej chwili. Przyznam szczerze, że liczyłam na to, że chociaż jedna z głównych postaci wreszcie zginie i doznawałam rozczarowania za każdym razem, kiedy jednak nadchodziła pomoc. Oczywiście śmierć jest obecna, nie dotyka jednak głównych bohaterów, a jedynie lekko ich straszy. Możecie uznać, że to nie jest zarzut, ale czy nigdy nie doznaliście szoku, kiedy ginął choćby jeden z ważnych bohaterów? Czy wtedy nie zapamiętywaliście tej powieści lepiej i nie przeżywaliście jej bardziej? Czy naprawdę nie nudziły Was nigdy szczęśliwe zakończenia?

Klęska Ważki ma także niższy poziom od strony redakcyjnej. Pojawiają się tu już nie tylko literówki, w większej ilości niż w tomie pierwszym, ale również błędy w nazwach, dosłowne tłumaczenia zdań. Szkoda też, że w blurbie wydawca zdradził dwa z głównych wątków książki. W Wielkiej Brytanii trzecia część cyklu Cienie Pojętnych ukazała się w lutym tego roku, my trochę na nią poczekamy. Mi się już tak bardzo nie spieszy.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 28 marca 2010

Polacy nie gęsi, swój kryminał mają - "Złoty wilk", Bartłomiej Rychter, W.A.B. 2009

Tak bardzo ostatnio wychwala się kryminały szwedzkie i duńskie, że pomyśleć by można, że gatunek ten nie jest dobrze reprezentowany przez polskich autorów. Niniejszym pragnę poinformować, że kryminał ma się w Polsce coraz lepiej i śmiało może konkurować z zagranicznymi bestsellerami. Przykładem na to jest najnowsza książka Bartłomieja Rychtera, Złoty wilk, utrzymana w XIX-wiecznej stylistyce opowieść o tajemniczych zbrodniach w sennym Sanoku. To klasyczny kryminał retro łączący w sobie także powieść społeczną i historyczną o tamtych czasach, które nam w literaturze kojarzą się przede wszystkim z pozytywizmem. 

XIX wiek widać nie tylko w sugestywnych opisach miasta, ale także, a może przede wszystkim, w mentalności jego mieszkańców, pochodzących z różnych kultur i zmuszonych do wspólnej egzystencji. Jednak różnokulturowość nie pociąga za sobą tolerancyjności. Tutaj obok siebie mieszkają Polacy, Austriacy i Żydzi i autorowi udało się doskonale pokazać różniące ich cechy, które powodują wzajemne antypatie nie tyle ze względu na sytuację polityczną, co na odmienne światopoglądy. Podziały na grupy widać także wewnątrz środowisk, są bogaci i bardzo biedni, wyraźne są różnice w pozycji między mężczyznami a kobietami, które nie istnieją bez męskich opiekunów. Czytelnik ma również świadomość, w jakim okresie historycznym dzieje się akcja powieści – Rychter z dystansem zaledwie kilkoma wtrąceniami informuje, że Polska jest pod zaborami, Sanok znajduje się pod kuratelą Austrii, pobrzmiewają tu też echa rodzącego się komunizmu. Podane są historyczne fakty, bez nacechowania emocjonalnego.

Rychter prowadzi akcję swojej powieści niespiesznie, wątek kryminalny toczy się jakby obok, czytelnik otrzymuje szczątkowe informacje o kolejnych mordach, na pierwszym planie jest miasto i jego mieszkańcy. Chociaż bohaterowie tworzeni są na podstawie schematów, to stworzeni są dobrze, dzięki czemu nie są papierowi, każdy kryje w sobie jakieś tajemnice, mniej lub bardziej mroczne. Kolejne bestialskie morderstwa potęgują strach, nie sprawiają jednak, że ludzie stają się sobie bardziej pomocni, wręcz przeciwnie – wzrasta nieufność i uprzedzenie do innych. Zagadkę usiłuje rozwiązać nie tylko austriacki komisarz policji, Ludwik Witchenbacher, ale na własną rękę próbuje to zrobić ubogi nauczyciel Borys Pasternak ze zdolnościami paranormalnymi we współpracy z Joachimem Augustem Hildenbergiem, profesorem medycyny uzależnionym od środków odurzających. W tle mamy romans między Borysem a młodą Żydówką Aliną, a także rozważania o śmierci kilkunastoletniej uczennicy Borysa, Laury Zaleskiej, chorej na białaczkę i z tego powodu nad wiek dojrzałej, której postać stała się dla mnie szczególnie bliska. Barwny styl autora dodaje każdej z tych postaci indywidualnych rysów, nie zapomina on również o bohaterach drugiego planu – wystarczy mu kilka zdań, aby umiejętnie oddać ich charakter.

Bartłomiej Rychter zadbał także o stylizację powieści – bohaterowie rozmawiają w sposób charakterystyczny dla tamtych czasów, także narracja prowadzona jest na wzór powieści pisanych w XIX wieku. Historia przedstawiona jest na kilku planach, nie tylko ludzkich – pewne wydarzenia obserwujemy bowiem z perspektywy czarnego kota z białą łatą na łbie… Uznanie należy się autorowi również za skrupulatność w opisach samego Sanoka, niewielkiego miasteczka na „krańcu świata”, jego brudnych i mrocznych uliczek tonących w jesiennych słotach, co składa się na groźny klimat powieści.

Wprawnie budowane napięcie sprawia, że od książki z trudem można się oderwać. Akcja zapętla się i wije coraz bardziej tak, że nie sposób domyślić się zakończenia, które psuje lekko całokształt powieści właśnie dlatego, że nie da się go w żaden sposób przewidzieć, nawet po przeczytaniu książki po raz drugi. Nie rozwiązanie zagadki jest tu jednak najważniejsze i nie pozbawia przyjemnego wrażenia po dotarciu do ostatniej strony książki.

Pochwalić wypada także wydawcę i to za kilka rzeczy. Przede wszystkim za to, że wydaje książki Bartłomieja Rychtera. Po drugie, za intrygującą okładkę jak najbardziej oddającą niepokojący klimat powieści. Po trzecie, za dbałość o stronę redakcyjną książki – nie obyło się wprawdzie bez drobnych błędów, które policzyć można na palcach jednej ręki, ale to nic w porównaniu z „bykami”, jakimi grzeszy wielu polskich wydawców. Po czwarte wreszcie, za zgodny opis na czwartej stronie okładki. Dzisiaj naprawdę rzadko zdarza się, że blurb ma cokolwiek wspólnego z treścią książki, a tutaj miłe zaskoczenie – opis nie tylko wzbudza ciekawość, ale również rzetelnie zarysowuje fabułę, a i w nazwaniu Złotego wilka znakomitym połączeniem kryminału retro i mrocznego thrillera nie ma przesady.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 22 marca 2010

Midgaard survival - "Pan Lodowego Ogrodu", tom I, Jarosław Grzędowicz, Fabryka Słów 2005

W listopadzie zeszłego roku ukazała się trzecia część powieści Jarosława Grzędowicza. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier roku, czekałam również i ja, ponieważ dwie poprzednie części podobały mi się i byłam ciekawa, co czeka Vuka Drakkainena. Szczerze przyznam jednak, że nie pamiętałam z obu części niemal nic poza tym, że mi się podobały. Postanowiłam więc sobie odświeżyć cykl i podzielić się wrażeniami. Dzisiaj tom pierwszy. 

Nie wiem, jaka będzie czwarta część powieści, ale z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że pierwsza jest najlepsza z tych trzech, które się ukazały.

Pan Lodowego Ogrodu dzieli się na dwa wyraźne wątki, każdy inspirowany przeciwstawnymi kulturami: „wikiński”, którego bohaterem jest Vuko Drakkainen, oraz „azjatycki”, w którym główną rolę gra tohimon klanu Żurawia (imienia nigdy nie pamiętam...). Pierwszy jest o wiele ciekawszy od drugiego, sprawiającego wrażenie dodatku, przedłużenia fabuły, aby można było książkę podzielić na cztery (miejmy nadzieję, że tylko tyle) części.

Vuko Drakkainen zostaje wysłany na planetę zwaną Midgaardem II w celu odnalezienia garstki naukowców, która nie dawała znaku życia od dwóch lat. Jego zadaniem jest przywiezienie ich z powrotem na Ziemię lub, jeśli zajdzie taka konieczność, wyeliminowanie ich. Intensywne szkolenia paramilitarne i „historyczno-kulturowe”, wszczepienie organicznego komputera i wyposażenie w trwałą broń miało pomóc Vukowi przetrwać w obcym środowisku. Przede wszystkim jednak miał nie dopuszczać do siebie refleksji o tym świecie, nie porównywać jego mieszkańców ze sobą, pozostać biernym obserwatorem, który ma zrobić swoje i wracać. Okazuje się, jak zawsze zresztą, że nie jest to wcale takie łatwe, jak bohater był pewien, że będzie.

Grzędowicz bazuje na sprawdzonym wątku przeniesienia z jednego świata do drugiego – w tym wypadku z przyszłości do pseudośredniowiecza, robi to jednak w sposób wyjątkowy. Zwykle bowiem bohater, który przenosi się w przeszłość, nie ma problemów z zaanektowaniem się w nowej dla siebie rzeczywistości, nieważne czy jest to starożytność, średniowiecze czy wiek XVII… Autor PLO pokazuje, że przystosowanie się, nie dość, że nie jest łatwe, jest wręcz niemożliwe bez odpowiedniego przygotowania. Dzisiejszy człowiek nie przeżyłby w surowym, wczesnośredniowiecznym świecie ze względu na szok kulturowy i fizyczne ograniczenia.

Wątek „azjatycki” jest najzwyczajniej w świecie nudny, na co wpływ ma silne naznaczenie ideologią polityczną, ale też naiwny do bólu tohimon, który nie posiada w sobie siły i mądrości cesarskiego syna. Powstanie przeciwko monarchii, spowodowane przez Ogień Pustyni, zmusza chłopaka do ucieczki i sprawia, że musi on odnaleźć własną twarz wśród wielu masek, które będzie musiał nosić. Jego pierwszoosobowa opowieść o tej drodze jest jednak tak mdła i schematyczna, że bez żadnej szkody dla całości powieści można ją sobie darować.

Książka wydaje się być inspirowana nie tylko kulturą Wikingów czy Azjatów, ale także grami komputerowymi. Przygoda Drakkainena to trochę takie RPG – bohater otrzymuje imię (Nocny Wędrowiec), odpowiedni ekwipunek i rzucony zostaje w inny świat, w którym ten kto ma miecz, jest prawem i gdzie musi wykonać różne zadania, aby dotrzeć do celu. Nawiązania do gier przygodowych widać w opisach walk Vuka, przypominających slow motionowe sekwencje z Księcia Persji, strategiczne, np. Settlersów, obrazują chociażby ćwiczenia synów cesarza na bystretkach.

W zależności od tego, w jakim obecnie wątku jesteśmy, zmienia się styl autora. W przypadku Vuka narracja podzielona jest na trzecio- i pierwszoosobową, obie są naładowane ironią, zwłaszcza ta druga – bohater czyni złośliwe uwagi względem swojej bytności w świecie Midgaardu, usiłuje sobie tłumaczyć wydarzenia tego świata przez książki i filmy fantastyczne, co jest częścią ogromnej intertekstualności książki. Te aluzje przewijają się także w drugim, już wyłącznie pierwszoosobowym i o wiele bardziej monotonnym motywie, ale jest ich mniej. Grzędowicz zamieszcza mnóstwo nawiązań do samej konwencji fantasy (choćby świadomość Vuka, że znalazł się w świecie żywcem wyjętym z wikińskich opowieści), ale też do literatury fantastycznej (początek przypomina opowiadanie Wiedźmin Andrzeja Sapkowskiego) czy konwencji baśni (Kruk połykający ziarno Drakkainena, Grajek fletem wabiący dzieci) i jeszcze wiele innych (Ogień Pustyni żywo przypomina historię Jezusa z tym wyjątkiem, że kobieta nie niesie ze sobą miłości i pokoju, no i nie zostaje ukrzyżowana, wręcz odwrotnie). Odniesienia te oraz wątek „wikiński”, inspiracje tamtejszym światem, mentalnością, religią, kulturą – to największe plusy Pana Lodowego Ogrodu. Do tego dochodzą trafne i jak zwykle barwne metafory dotyczące naszej rzeczywistości, a także dopracowane szczegóły fabuły i techniczne podejście autora do świata Midgaardu – tutaj nawet magia i istnienie bogów mają racjonalne wytłumaczenie, które nie kłóci się jednak z filozofią fantastyki.

Minusem i to dużym jest oprawa książki i jej strona redakcyjna. Okładki nie będę się czepiała, bo mi się podoba, ale już ilustracje w środku przypominają bazgroły niedouczonego pseudoartysty i drażnią oko. Podobnie jak duża ilość błędów, a przecież nad korektą książki siedziały dwie osoby...

czwartek, 4 marca 2010

Niełatwo być wampirem - "U martwych w Dallas", Charlaine Harris, tłumaczenie: Ewa Wojtczak, MAG 2009

Drugą część cyklu o Sookie Stackhouse czyta się o wiele lepiej niż pierwszą, a mają na to wpływ dwie kwestie – lepsza jakość tłumaczenia i poprawa stylu samej autorki, chociaż wciąż brakuje mu wiele do dobrego poziomu, ale jako poprawa humoru sprawdza się doskonale. Tak jak w poprzedniej części, i tutaj Harris nie szczędzi swojej bohaterce przygód, ale też cierpień. Tym razem urocza kelnerka z Bon Temps na dzień dobry zostaje zaatakowana przez tajemniczą bestię, po czym szybko zdrowieje dzięki staraniom Erica, by wyruszyć do Dallas, gdzie ma za zadanie dowiedzieć się, co stało się z pewnym wampirem z tegoż miasta, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Szybko się okazuje, że w całą sprawę zamieszana jest organizacja religijna nie pałająca sympatią do wampirów. 

W tej części autorka skupia się przede wszystkim na dwóch wątkach – kryminalnej zagadce, oczywiście, oraz na relacjach w związku głównej bohaterki i jej wampira Billa, przy czym ten drugi przyćmiewa wątek zniknięcia wampira Farrella. Jest jeszcze trzeci, od którego zaczyna się powieść, czyli tajemniczy potwór z Bon Temps i jego wpływ na tamtejszych mieszkańców, jednak stanowi zaledwie dodatek na zakończenie tomu.

Dużo mniej jest nawiązań do wampiryzmu czy popkultury. Można powiedzieć nawet, że Harris powiela rozwiązania znane w wampirycznej literaturze. W tej części poznajemy strukturę hierarchiczną wampirów i dowiadujemy się, że różni się ona nieznacznie w zależności od miejsca, w którym znajduje się dany klan, dowiadujemy się też o ich działalności politycznej wśród ludzi. Pojawiają się tu również inne istoty – zmiennokształtni oraz greckie bóstwo, ale autorka nie poświęca im wiele miejsca, używając ich jako rekwizytów, podobnie jak czyni to z innym telepatą, którego Sookie poznaje w hotelu Cichy Brzeg. Więcej uwagi Harris poświęca komplikacjom w związku głównych bohaterów, bowiem w wyniku nieprzypadkowych okoliczności Sookie wypija nieco erikowej krwi i w ten sposób dziewczyna zbliża się do Erika dużo bardziej, niż życzyłaby sobie tego ona, nie wspominając o Billu. Tworzy się swoisty erotyczny trójkąt, autorka jednak zaledwie zarysowuje wynikające z tej sytuacji problemy, które zapewne rozwijać się będą w dalszych częściach.

W U martwych w Dallas Charlaine Harris porusza również kwestię tolerancji, naśmiewa się z idei sekt religijnych. Pokazuje też „nieżycie” wampirów od drugiej, mroczniejszej strony – wieczność to samotność, znudzenie, depresja i brak chęci istnienia. Sprawia też, że Sookie zaczyna zastanawiać się nad przyszłością jej i wampira, nad czasem, który upływa dla niej, ale nie dla niego, a także nad tym, czy nie jest przypadkiem od Billa uzależniona seksualnie… Autorka nadal drwi sobie z ludzkiej małostkowości i prowincjonalności, nie moralizuje jednak, nie staje po żadnej ze stron, pokazując różnice w pojmowaniu świata przez ludzi i wampiry, czytelnik wciąż ma świadomość, z kim ma do czynienia.

Wszystko to podane w lekkiej, zabawnej formie, którego nie kaleczy już nieudolne tłumaczenie. W przypadku tej części dużo częściej śmiałam się do łez z dowcipu autorki, a nie z żałości nad przekładem. W odbiorze nie przeszkadzało mi nawet nadal spora ilość błędów, zarówno redakcyjnych, jak i logicznych samej autorki. Pozostaje teraz czekać na trzecią część…

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Piąte - nie okradaj druida - "Mojra. Wilczyca i Córka Ziemi", Henri Loevenrbuck, tłumaczenie: Eliza Kasprzak-Kozikowska, Otwarte 2010

Kilka dni temu zapowiadałam, że podzielę się z Wami wrażeniami z lektury pierwszego tomu trylogii Henriego Loevenbrucka Mojra. Wilczyca i Córka Ziemi. No to się dzielę.

Przede wszystkim nie zaliczyłabym powieści francuskiego pisarza do fantasy - chociaż spełnia podstawowe zasady konwencji, od pierwszej strony nie opuszczało mnie wrażenie, że czytam bajkę dla dzieci z górną granicą wieku trzynaście, może czternaście lat, chociaż okładka sugeruje zupełnie coś innego, ale o niej później. Książkę można swobodnie czytać na głos, wręcz sama się o to prosi, nawet młodszym dzieciom, zaryzykowałabym, że 6-, 7-letnim z pominięciem kilku krwawych szczegółów (można je policzyć na palcach jednej ręki).

Wpływ na takie odczucia względem Mojry ma na pewno styl autora, jego prosty, chociaż malowniczy język. Nie ma tutaj miejsca na własną refleksję, wszystko jest wytłumaczone. Oczywiście nie będzie to przeszkadzać kilkunastoletniej dziewczynce, która wzruszy się losem biednej Alei nie dlatego, że bohaterka jest bezdomna, ale dlatego, że autor napisał o niej, że jest biedna, bo jest bezdomna. To, co jeszcze spodoba się młodszym czytelniczkom, to wartka akcja, sprawiająca, że książkę czyta się szybko i bez większych problemów, przygody, w których Alei towarzyszą przyjaciele oraz pierwsza miłość, która się bohaterce przytrafia. Na drugim planie pojawia się wilczyca Imala, nieposłuszna dominującej parze stada i z tego powodu napętnowana, która opuszcza swoją rodzinę i udaje się na tułaczkę w poszukiwaniu szczęścia. Mamy też złego do szpiku kości druida-renegata, a w tle wojnę między ludźmi a plemieniem Tuathannów.

Ja również dałam się wciągnąć w opowieść i książkę przeczytałam szybko, chociaż nie bez zwrócenia uwagi na sporo niedociągnięć. Podobał mi się wątek celtycki wpleciony w opowieść, widać, że Loevenbruck trzymał się historycznych faktów - jego druidzi to nie są pomyleńcy-ekolodzy biegający po lasach z jemiołą i sierpem, ale potężna frakcja manipulatorów politycznych, z którą liczyć się muszą władcy. Od pierwszych stron dają też znać o sobie inspiracje twórczością J.R.R. Tolkiena i jego Władcą Pierścieni:
  • zamiast hobbita Froda mamy ludzką dziewczynkę Aleę;
  • zamiast pierścienia, który rządzi pozostałymi dostajemy pierścień będący symbolem potężnej druidzkiej mocy - Samildanacha;
  • zamiast Gandalfa jest druid Felim;
  • krasnolud Gimli nazywa się tutaj Mjolln i jest piekielnie irytujący przez swoje ciągłe "hem" i "ahum" (chociaż z pewnością dzieciom ta postać bardzo przypadnie do gustu);
  • Boromira i Aragorna zastępują magistel Felima, Galiad, i jego syn, Erwan;
  • Hirilimowie mogliby spokojnie zastąpić Nazguli;
  • pojawiają się też sygnały wskazujące na podobieństwo między przepowiednią o Samildanachu a przepowiednią Glorfindela, którą wypełniła Eowina zabijając Wodza Nazguli.
To są najbardziej widoczne, nie jestem fanką Tolkiena i pewnie przeoczyłam jeszcze kilka, a przecież to dopiero pierwsza część. Nie przeszkadzało mi to jednak w lekturze, wprost przeciwnie, uważam, że każdy autor ma prawo do podobnych zabiegów o ile nie szkodzi to powieści. Tej nie zaszkodziło, powiedziałabym nawet, że pomogło trochę zatuszować niedociągnięcia.

Teraz będzie mniej przyjemna część. Ze względu na wątki celtyckie i powyższe nawiązania do Tolkiena nie wadziła mi schematyczność fabuły, w której pełno jest gwałtownych zwrotów akcji, gdzie wydarzenia nie mają przyczyny, tylko skutek. Raziła mnie natomiast stereotypowość postaci, chociaż widać było, że autor starał się nie tyle od niej uciec, co ją uwiarygodnić. Niestety z marnym skutkiem. Nawet Alea nie jest prawdziwa jako biedna bezdomna dziewczynka, która została wplątana w wir burzliwych wydarzeń mających zmienić losy świata. Loevenbruck usiłował oddać chaos jej myśli, wewnętrzne rozdarcie między dzieciństwem a dorosłością, zrobił to jednak w tak nieumiejętny sposób, że jego bohaterka robi wrażenie chorej na schizofrenię neurotyczki, która przecież sama wpakowała się we wszystkie kłopoty... Dorośli czytelnicy zapewne zwrócą uwagę na fakt, że Alea jest jedynym bezdomnym dzieckiem w Sarre i traktowana jest tam na podobieństwo maskotki, albo na to, że jej menstruacja trwała kilka tygodni...

Złym zabiegiem wydaje mi się również częściowa antropomorfizacja wilczycy Imali - przez wplecenie w jej postać ludzkich odruchów i motywacji jej wątek stał się tylko częścią bajki, stracił na autentyczności. Francuz porusza w książce ważne problemy, dotyczące zarówno życia, jak i śmierci, szkoda tylko, że prześlizguje się po nich jak olimpijski saneczkarz i w trakcie czytania nie zwraca się na nie uwagi.

Druga kwestia - wątek miłosny. Kompletnie spłycony, opisany rodem z disnejowskich bajeczek. Jest punkt A - Alea poznaje Erwana, którym jest oczarowana, bo jest piękny i szarmancki, a także punkt B - Alea stwierdza z przekonaniem kilkadziesiąt stron później, że kocha Erwana (co ciekawe, nie zastanawiała się nad tym, dopóki Mjolln nie stwierdził, że chłopak wygląda na zakochanego w dziewczynce); nie ma nic pomiędzy. Co więcej, przez uczucie zmienia się radykalnie cel misji dziewczynki - przez większość książki jest nią odzyskanie świętego spokoju, odnalezienie własnej drogi i przy okazji ocalenie świata, w ostatniej chwili Alea stwierdza, że najważniejsze to uratować ukochanego. Furda niezależność, poszukiwanie samej siebie i przyjaźń, kobieta stworzona została po to, żeby służyć mężczyźnie. A podobno żyjemy w świecie, w którym stawia się na równouprawnienie...

Kilka słów jeszcze o stronie redakcyjnej. Właściwie nie mam większych zastrzeżeń, poza licznymi literówkami większych błędów książka nie ma. Wytknąć mogę natomiast wygląd okładki - przedstawiona na niej, osiemnastoletnia może, dziewoja ze zmysłowo rozwianym włosem, z kusząco odsłoniętym ramieniem i rozwiązaną niedbale wstążką na wydatnym biuście sukni w niczym (poza kolorem włosów) nie przypomina trzynastoletniej, chudej dziewczynki o niebieskich oczach, która dopiero wkracza w dorosłość. Dla porównania poniżej okładka oryginalna:
Szkoda, bo Mojra mogłaby być naprawdę ciekawym pierwszym krokiem do fantasy.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Więcej nie znaczy lepiej - "Punkt Omega", Michał Protasiuk, Wydawnictwo Dolnośląskie 2006

Kolejna książka w steampunkowym wyzwaniu, której nie nazwałabym steampunkową, więcej, nie nazwałabym jej nawet fantastyczną. Punkt Omega Michała Protasiuka zaliczyłabym raczej do literatury sensacyjnej, zresztą całkiem niezłej przez lekko ironiczny ton prowadzenia opowieści, ale rozczarowującej podjętą tematyką, którą skutecznie obrzydził mi już Dan Brown. Wprawdzie polski pisarz idzie w innym kierunku, bo raczej gloryfikacji systemu chrześcijańskiego i jego głównej wykładni, robi to jednak z rażącą naiwnością i schematycznością. Szkoda, że te wszystkie aluzje do Starego i Nowego Testamentu są tak oczywiste i przewidywalne.

Mimo wszystko książkę czyta się całkiem przyjemnie, może to przez wzgląd na lekki styl autora i prowadzenie czytelnika przez fabułę na podobieństwo kina akcji – kolejne rozdziały czy wątki kończą się typowym dla tego gatunku cliffhangerem, przez co czułam się tak, jakbym nie czytała książki, a oglądała trzymający w napięciu (do pewnego stopnia) film. Tyle, że to wszystko już gdzieś było, nic tu nie zaskakuje. Podczas czytania książki nie opuszczało mnie wrażenie, że autor wybrał sobie zbyt wiele kwestii, o których chciał opowiedzieć jak na taką małą objętość. Fabuła przysłoniła bohaterów i miejsce akcji (gdyby nie podpowiedź wydawcy, w życiu nie pomyślałabym, że to Poznań, równie dobrze mogło to być każde inne miejsce na kuli ziemskiej).

Nie wadził mi naukowy czy też „pseudonaukowy” sposób prowadzenia opowieści, raczej bawił – to jeden z nielicznych plusów tej książki, Protasiuk pokazał, że można całkiem interesująco przedstawić schematyczną historię, używając języka ścisłego i muzycznego. Podobał mi się także dystans pisarza do obu przedstawionych w książce sił – zarówno strona burmistrza Lavouple’a, jak i sekta Iana Sheperta (w obu przypadkach aluzje są subtelniejsze – Lavouple jako żywo kojarzy się z wilkiem, Ian Shepert z Janem Pasterzem) nie jest krystaliczna, chociaż oczywiście ta pierwsza jest pokazana jako większe zło. Można by pokusić się nawet o stwierdzenie, że stowarzyszenie Logosu jest odwróconym zwierciadłem poglądów Leona Lavoulupe’a. Sporo ironii było również w sposobie opisu samych bohaterów, które autor usiłował uczynić wyrazistymi. Owszem, były wyraziste, w swojej szablonowatości. Stefan Skyggen kojarzył mi się nawet uparcie z innym literackim Stefanem, Skellenem… Drażniły mnie postacie kobiece, przedstawione jako puste, głupie i mało interesujące dodatki do światłych mężczyzn. Na uwagę zasługuje tutaj Katarzyna Moebius, która swoją godnością i zdroworozsądkowością przyćmiła całą plejadę jednakowych bohaterów, zarówno damskich, jak i męskich (a może zwłaszcza ich).

Co przeszkadzało mi najbardziej w odbiorze książki, to jej strona redakcyjna. Cztery osoby w redakcji i tyle błędów?! To wręcz niewiarygodne i żaden cud krzyczący z okładki nie pomoże mi uwierzyć, że ktoś czytał tę powieść chociażby raz po ogólnej redakcji. Gdyby nie te ciągłe literówki, przecinki, ich brak, złe odmiany wyrazów, no niechlujstwo redakcyjne po prostu, powieść Michała Protasiuka wspominałabym jako miłą rozrywkę.

A miałam nie oceniać książki tak źle...

wtorek, 9 lutego 2010

Krzywe zwierciadło rzeczywistości - "Cztery róże dla Lucienne", Roland Topor, tłumaczenie: Tomasz Matkowski, L&L 1995

Cztery róże dla Lucienne Rolanda Topora to, podobnie jak Najpiękniejsza para piersi na świecie, zbiór krótkich opowiadań, makabresek, przedstawiających współczesny świat w bardzo krzywym zwierciadle. Niewiele nowego mogę napisać, ponieważ to wciąż ten sam, groteskowy, absurdalny i genialny humor, który tak spodobał mi się w poprzednim zbiorze. Chociaż nie, tutaj więcej jest o zachowaniach ludzkich jako takich, o mentalności społeczeństwa, przerysowanej do niemożliwego stopnia, a jednak zachowującej prawdziwość, niż o trudach pisarskiego życia (te także autor opisuje). Topor odziera ludzkość z wszelkiej szlachetności i racjonalności, ukazując zwierzęcą wolę przetrwania (Sznycel górski) czy błędne podejście do misji szkolnictwa (Szkoła w przepaści). Bawi się także konwencją fantastyczną, pokazując jak magia wyglądałaby w naszym, logicznym świecie (Wróżka inna niż wszystkie). Pojawia się także wątek wampirzy (Zęby wampira), chociaż, jak można się spodziewać, przewrotny i zupełnie oryginalny, jedno Wam powiem, nie jest bezpiecznie zbierać znaczki... Drwi sobie z wiary w Świętego Mikołaja (Opowieść wigiljna) i z wiary ogólnie (Wypadek). Większość tych opowieści nie ma dobrego zakończenia, wyjątkiem są tytułowe Cztery róże dla Lucienne i przyznam, że akurat tutaj happy end mnie rozczarował, nie pasował mi do całości. Zdarza się Toporowi być również bardziej poważnym niż prześmiewczym, widać to w Ojcowskim poświęceniu. Autor porusza wiele wątków politycznych, pokazuje paradoksy snobizmu (Wstawać!), plusy i minusy rządzenia (Zgniłe królestwo, Przelotne burze) czy do czego stworzona jest królowa (Pociupciać królową).

Chociaż te krótkie historie czyta się szybko, lepiej nie czytać całego zbioru od razu, pomysły i sposób ich opowiadania mogą bowiem znudzić - brak schematyczności też po pewnym czasie staje się schematyczny.
Na koniec moje ulubione opowiadanko z tego tomu. Jeśli też podoba Wam się taki humor, będziecie zachwyceni twórczością Rolanda Topora. Wrażliwi i bardzo bogobojni niech jednak nie czytają.

Wypadek
Chrystus zdecydowanym krokiem wstąpił na wody jeziora Genezaret. Apostołowie, wciąż jeszcze z niedowierzaniem, obserwowali stopy Pana. Jezus szedł po wodzie! Nie zanurzał się ani na milimetr! Z oczyma wzniesionymi ku niebu, zdawał się nie pamiętać, gdzie się znajduje.
Krzyk wyrwał się z piersi apostołów. Za późno. Jezus nie zauważył skórki od banana. W czasie krótszym, niż można to sobie wyobrazić, poślizgnął się i roztrzaskał czaszkę o grzbiet fali.

piątek, 5 lutego 2010

Powrót do źródeł - "Królowa Cieni", Marcus Sedgwick, tłumaczenie: Maciejka Mazan, Nasza Księgarnia 2010

Premiera książki 10 lutego, recenzja już u mnie na blogu. Czy kupić, zdecydujcie sami.

Powieść Marcusa Sedgwicka skierowana jest do młodszego czytelnika i nie przyciągnie raczej starszych fanów fantastyki, no, może tylko tych, którzy uwielbiają czytać opowieści o wampirach i tęsknią za ich dawnym, złym wizerunkiem. Królowa Cieni to bowiem powrót do tradycji słowiańskiej, w której postać wysysającej krew bestii bardzo się upowszechniła. Dzisiaj już mało kto pamięta, kim był nosferatu, upir czy moroii, w popkulturze modny jest obecnie obraz wampira nieco romantycznego, tułającego się po świecie od setek lat, samotnego i cierpiącego z powodu swego losu, lub, co gorsza, zakochanego w ludzkiej dziewczynie rycerza w mrocznej zbroi. Ani jednego, ani drugiego nie znajdziemy w książce Sedgwicka.

Autor prezentuje stare wierzenia i siłę, jaką miały nad ówczesnymi ludźmi. Akcja powieści przenosi czytelnika do siedemnastowiecznej Transylwanii, do wioski Chust, w której pogański lęk przed złem wzmacniany jest przez miejscowego popa. To tutaj budzą się zmarli, którzy nocami polują na śmiertelników i żywią się ich krwią, wcale nie wbijając ostrych zębów w ich szyje, a już na pewno nie wzbudzając w ten sposób żadnej przyjemności. Nie bez powodu też Sedgwick opowiada swoją historię zimą, która od wieków uważana była za czas panowania mocy piekielnych. Dzięki tym wszystkim zabiegom pisarzowi udało się stworzyć niepokojący klimat dawnego świata, a także realistycznie przedstawić mentalność jego mieszkańców – i to jest największy plus powieści. Taka wycieczka w przeszłość, mroczną i niespokojną, w której odczuwano ogromny lęk przed niosącą zło nocą, żyjącymi na granicy światów Cyganami, w której wydawano żyjące panny za zmarłych kawalerów, aby odeszli oni w pokoju, może spodobać się młodzieży, a przy okazji nauczyć nieco o, także naszej, pogańskiej wierze.

Dorosłym przeszkadzać w odbiorze mogą proste zdania podzielone na krótkie akapity i szczątkowe opisy, dzięki temu jednak, książkę czyta się szybko i nie traci się nią zainteresowania. Na jeden wieczór w zupełności wystarczy. Irytować może również sposób prowadzenia fabuły, w której kolejne elementy układanki wyskakują jak „diabeł z pudełka” w miejscach, w których byśmy się tego nie spodziewali i musi minąć dobra chwila, zanim dotrze do nas, co się wydarzyło. W innych momentach natomiast autor tłumaczy oczywistości, których domyśliłby się dziesięciolatek. Także morał, płynący z opowieści, na pewno bardzo ważny nie tylko dla młodych osób, przedstawiony został w sposób przedszkolny i w okolicznościach, które raczej nie sprzyjają wykładom. Sedgwick skupia się na opowiadanej historii, bohaterom poświęcając niewiele uwagi, pozostawiając więcej luk niż wypełnień w ich życiorysach. Szkoda, bo każde z nich – młody Peter i jego ojciec Tomas, drwal i alkoholik, a także Cyganka Sofia czy niektórzy mieszkańcy wioski Chust – mogłoby ubarwić opowieść swoimi historiami.

Podsumowując, Królowa Cieni to książka średnia i na pewno nie wykorzystująca w wystarczającym stopniu potencjału opowiadanej historii, ale może stanowić przyjemną odskocznię od, jakże popularnego, paranormal romance.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

I ty możesz mieć swojego wampira - "Martwy aż do zmroku", Charlaine Harris, tłum. Ewa Wojtczak, MAG 2009

W zeszłym roku zachwycił mnie pierwszy sezon serialu True Blood, postanowiłam więc sięgnąć po pierwowzór i, co tu dużo kryć, ocena wypadła na niekorzyść powieści, serial jest bowiem o wiele lepszy. Postaram się jednak skupić wyłącznie na książce i jej… tłumaczeniu. Tak się składa, że miałam okazję przeczytać Martwego aż do zmroku w obu wersjach – oryginalnej i polskiej, i rozdźwięk w odbiorze obu jest znaczący. Charlaine Harris nie jest pisarką z prawdziwego zdarzenia, daleko jej do szeroko rozumianej doskonałości pod względem stylu, ale to, co zrobiła z jej książką pani Ewa Wojtczak woła o pomstę do nieba. Jej tłumaczenie odebrało powieści główny atut autorki – specyficzny, ironiczny humor. Łopatologiczny, dosłowny przekład sprawia, że prowincjonalność, z której naigrawa się Charlaine Harris w swojej książce, w polskim druku staje się prostactwem. Do tego dochodzi niedbalstwo redakcyjne – literówki, błędy stylistyczne i logiczne rzucają się w oczy niemal z każdej strony tak nachalnie, że nie sposób ich zignorować.

Jeśli chodzi o samą treść, to nie jest to pozycja zachwycająca pod żadnym względem, raczej sympatyczna parodia do przeczytania w pociągu czy autobusie. Prosty język i uproszczona akcja powodują, że przez kartki Martwego aż do zmroku wzrok prześlizguje się w ekspresowym tempie bez jakichkolwiek refleksji nad wydarzeniami czy psychologią bohaterów (jaką psychologią? – chciałoby się zapytać, tej bowiem jest jak na lekarstwo). Wątek kryminalny jest w opowieści jedynie pretekstem (o czym świadczy beztroska w jego prowadzeniu i sporo nielogicznych rozwiązań, nie wspominając już o zakończeniu powieści) do zabawy z mitem wampiryzmu, co autorce, przyznać trzeba, idzie całkiem sprawnie, momentami nawet wywołuje zamierzony uśmiech wbrew staraniom tłumaczki. Podobnie motyw telepatii głównej bohaterki ograniczono do minimum, traktowany jest on jednocześnie jako coś naturalnego (przez lata Sookie się z nim oswoiła i stara się go kontrolować) oraz dziwnego (mieszkańcy Bon Temps wprawdzie tolerują zdolności dziewczyny, ale starają się ją omijać szerokim łukiem i odczuwają przed nią swoisty lęk). Oprócz licznych aluzji do wampiryzmu, zwłaszcza do prozy Anne Rice, której styl autorka stara się parodiować, znajdziemy też wiele odniesień do konwencji fantastycznej oraz do literatury i filmu w ogóle.

Oczywiście, na pierwszym planie znajduje się trudna miłość Sookie Stackhouse, która jest w dodatku telepatką i barmanką (dumną ze swego fachu), do wampira Billa Comptona. Tych dwoje łączy wzajemna fascynacja – dziewczyna od dawna marzyła o spotkaniu nieumarłego, Billa pociąga jej brak lęku, bezpośredniość i prostolinijność. Przy tym oboje są wyrzutkami, on z racji swojej natury, ona przez wzgląd na niezwykłe umiejętności. Ich relacje nie są jednak przez to w żadnym stopniu łatwiejsze, choćby dlatego, że ona funkcjonuje w dzień, on „ożywa” po zmroku. Do tego dochodzi różnica wieku (on ma ponad 130 lat, ona 25) i pokoleń (on pamięta czasy wojny secesyjnej i ciężko mu pogodzić się z czymś takim, jak emancypacja kobiet, ona oczekuje jego akceptacji), a także środowiska naturalnego i jego praw (chociaż wampiry wyszły z ukrycia i mieszkają wśród ludzi, nadal istnieją różnice w poglądach).

To jednak trzeba zaliczyć Harris na plus – Sookie zastanawia się nad rzeczami, nad którymi nie myśleli bohaterowie Kronik wampirów Anne Rice czy ostatnio Bella Swan znana z Sagi mroku (specjalnie podaję przykłady z gatunku paranormal romance, do którego cykl Charlaine Harris przecież się zalicza). I chodzi nie tylko o problemy uczuciowe, ale też "techniczne" aspekty znajomości (np. anemia bohaterki z powodu picia jej krwi przez ukochanego), wszystko ma swoje plusy i minusy. Autorka bez skrupułów rozbiera mit miłości wampira i żwyej kobiety na części pierwsze, odziera go z całej „romantycznej” otoczki, a przecież Martwy aż do zmroku to dopiero pierwszy tom. Bardzo ważnym motywem w relacjach tych dwojga wydaje się być kwestia własności, potraktowana w bardzo przewrotny sposób. Mianowicie, Sookie za każdym razem zżyma się, gdy Bill mówi o niej jako o „swojej”, podczas gdy sama już od pierwszej chwili nazywa go „swoim wampirem” (Ale ja czekałam na mojego własnego nieumartego.).

Do tej pory w cyklu Sookie Stackhouse ukazało się dziesięć książek, zarówno powieści, jak opowiadań, pisarka planuje kolejne, w myśl zasady, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja, a fani przecież połkną wszystko. Na półce czeka na mnie U martwych w Dallas – oby w tej części tłumaczenie się poprawiło, błędów było mniej, wtedy wtedy czytanie książki będzie przyjemniejsze, nawet jeżeli poziom stylu Harris się nie podniesie.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.