Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anne Rice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anne Rice. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XX: Ulubiony romans

Lubię czytać romanse kostiumowe, historyczne. Dają mi one możliwość, o wiele bardziej niż książki fantasy, przenieść się w świat zupełnie nierealny, chociaż osadzony w historycznym kontekście. Uwielbiam czytać opisy dotyczące wyprawianych kiedyś przyjęć, noszonych przez kobiety sukni i stosowanej wówczas etykiety. Moja wyobraźnia działa wtedy bardzo mocno i sprawia, że przestaję być tylko obserwatorem, ale przenoszę się do środka książki. Poza tym dzięki takim książkom mogę wyłączyć mózg i dać się ponieść opowiadanej historii. Oczywiście nie wszystkie mają takie właściwości, były i takie romanse, które odkładałam z niesmakiem po zaledwie kilku stronach, najczęściej dotyczyły współczesności.

Kiedyś zaczytywałam się harlequinami i książkami Barbary Cartland, bardzo też lubiłam książki wydawnictwa Da Capo (tutaj bardzo dobrze pamiętam Grotę Teresy Medeiros). Później, gdzieś pod koniec podstawówki albo na początku liceum, często sięgałam po książki Margit Sandemo, Sagę o Ludziach Lodu, Sagę o Królestwie Światła, jej cykl opowieści, z którego najbardziej podobał mi się Irlandzki romans i Dziewica z Lasu Mgieł. Ale moim ulubionym romansem jest The Mummy, or Ramzes the Damned Anne Rice. To jedna z moich ulubionych książek w ogóle, o czym pisałam już przy okazji tej notki i tam Was teraz odsyłam.

The Mummy, or Ramzes the Damned
Anne Rice
Ballantine
2007 r.

niedziela, 22 stycznia 2012

Wampirze powieści na miarę stulecia

Z okazji setnej rocznicy śmierci Brama Stokera Horror Writers Association ogłosiło nominacje do Bram Stoker Vampire Novel of the Century Award mającą na celu wybrać powieść, która wywarła największy wpływ na gatunek horroru od czasu Draculi.
Wśród nominowanych znaleźli się:

  • Charles L. Grant z The Soft Whisper of the Dead (1983)
  • Stephen King z Miasteczkiem Salem (1975)
  • Richard Matheson z Jestem legendą (1954)
  • Kim Newman z Anno Dracula (1992)
  • Anne Rice z Wywiadem z wampirem (1976)
  • Chelsea Quinn Yarbro z Hotelem Transylwania (1978)
Ogłoszenie zwycięskiej powieści odbędzie się 31 marca 2012 roku podczas Światowego Konwentu Horroru w Salt Lake City.

Jak sądzicie, kto wygra? Ja stawiam na Rice albo Kinga.

[źródło: Locus]

środa, 26 października 2011

Powszechna mobilizacja - "Lasher", tom I i II, Anne Rice, tłumaczenie: Hanna Pustuła, Rebis 2009


Moja przygoda z cyklem The Mayfair Chronicles zaczęła się od ostatniego tomu. Dzisiaj już mgliście pamiętam fabułę Taltosa, pamiętam natomiast początkowe trudności w czytaniu, kiedy wątki mnie przytłaczały nie tylko swoją ilością, nie mogłam się w nich połapać, ponieważ odwoływały się do wydarzeń, których nie znałam. Książka zaintrygowała mnie jednak na tyle, że postanowiłam poznać całą historię. Dzięki wydawnictwu Rebis miałam okazję postanowienie wypełnić, ponieważ cykl wydawany przez Amber lata temu był dla mnie nie do zdobycia. Pierwszy tom Godziny czarownic zawładnął mną całkowicie, wciąż myślę, że wraz z tomem drugim należy do najlepszych dzieł Anne Rice, obie części zawierają bowiem wszystko, co najlepsze w jej prozie – barwność opisów, niejednoznacznych, nietuzinkowych bohaterów, cudowny, duszny klimat Nowego Orleanu przepełniony magią i niepokojem. Myślałam, że podobnie będę mogła powiedzieć o pierwszym i drugim tomie Lashera. I mogłabym to zrobić, gdyby nie strona 295 drugiego tomu książki.

Ale wróćmy do sedna historii. W dramatyczną noc Bożego Narodzenia powrócił Lasher, którego Rowan postanowiła zabrać z Nowego Orleanu, pozostawiając ukochanego Michaela zakrwawionego i wycieńczonego walką z demonem w ogrodzie domu przy ulicy Pierwszej. Jak zwykle jednak Rice nie kontynuuje historii od razu, o najważniejszych wydarzeniach, które nastąpiły po tamtej piekielnej nocy, dowiadujemy się z perspektywy osób trzecich – tym razem naszym przewodnikiem jest kilkunastoletnia nimfomanka, pardon, Mona, zaliczająca wszystkich swoich krewnych. To ona jest świadkiem chaosu w rodzinie Mayfairów, jaki zapanował po zniknięciu Rowan, dziewczyna usiłuje zrobić wszystko, aby dostać się bliżej chorego Michaela, który ledwo przeżył rozległy zawał serca. Ta zapomniana wiedźma pragnie zaistnieć w rodzinie za wszelką cenę. Swoimi ambicjami i nieugiętym charakterem Mona przypomina mi Klaudię z Wywiadu z wampirem, jednak w przeciwieństwie do wampirzej bohaterki czarownica nie jest przekonująca, jej inteligencja i filozoficzny manieryzm stoją w wyraźnej opozycji do dziecięcych kiecek i kokardek, które nosi z upodobaniem, przynajmniej do pewnego momentu.

O ile Godzina czarownic skupia się najpierw na dawnych dziejach rodu Mayfairów, a potem na samej Rowan i jej poprzedniczkach, o tyle Lasher daje pełniejszy obraz rodziny. Czytelnikowi przedstawiani są kolejni członkowie rodu, kobiety odznaczają się odmiennością wyglądu i charakterów, tylko mężczyźni zawsze są tacy sami, ale przecież nie oni grają w cyklu pierwsze skrzypce. Rice wielokrotnie bardzo drobiazgowo zajmuje się biografią, wyglądem, stanem ducha poszczególnych bohaterek. Pokazując zamieszanie wywołane pojawieniem się Lashera wśród żywych i ucieczką Rowan, odzwierciedla podział rodziny na tych, którzy mają świadomość tego, co się stało, oraz na tych, którzy wciąż nie dopuszczają do siebie myśli, że z ich rodziną związany jest prawdziwy demon, a ich ciotki, babki, matki, siostry naprawdę są czarownicami. Traktują opowieści jako atrakcyjne bajki, które w innych wzbudzają ciekawość i sprawiają, że Mayfairowie uznawani są za wyjątkowych. Ze snu budzą się dopiero, kiedy ich kobiety umierają jedna po drugiej w niewyjaśnionych okolicznościach. Wtedy nadchodzi czas powszechnej mobilizacji, siedziba prawniczej firmy zamienia się w sztab generalny, a kilkunastoletnia Mona zostaje naczelnym wodzem. Opisując szczegółowo wszystkie wydarzenia, Rice nie zapomina o umysłach swoich bohaterów, ich lękach i problemach, które inni autorzy pomijają milczeniem lub zbywają czytelnika kilkoma frazesami. Z całą wymownością czytelnik uświadamia sobie wówczas rozpacz Michaela czy cierpienia i radykalnie sprzeczne uczucia Rowan. Cała rodzina natomiast jawi się niczym sekta z prawem członkostwa z urodzenia lub przez małżeństwo, pełna mrocznych sekretów, zepsucia, którego kolejne etapy autorka stopniowo odsłania. Cud, że Rice nie pogubiła się w zawiłościach rodzinnych, ja po kilku próbach zwątpiłam i kolejne fakty przyjmowałam już bez wnikania w kto, co, kiedy i dlaczego.

Portret rodziny zaciemnia się jeszcze bardziej, gdy autorka raczy czytelnika długimi, szczegółowymi i nad wyraz nudnymi biografiami nieistotnych postaci, jakby mało było pozostałych informacji i wątków. Lasher jest też bodaj jedyną powieścią, która odsłania kulisy Talamaski. Zakon, który pojawiał się w wielu utworach Anne Rice, przestał być tajemniczym stowarzyszeniem. Czytelnik ma okazję poznać metody działania jego członków, dowiedzieć się więcej o jego hierarchii i celach, które, co tu kryć, rozmijają się znacznie z pierwszą częścią motta głoszącego Obserwujemy i zawsze jesteśmy w pobliżu.

O tym, co się dzieje z Rowan, długi czas nie wiadomo, a kiedy wreszcie autorka postanawia zaspokoić naszą ciekawość, szokuje obrazem wycieńczonej, więzionej kobiety, którą demon traktuje jak naczynie na swoje nasienie i wielokrotnie usiłuje zapłodnić. Czarownica cierpi, słusznie obwiniając się za zbytnią ufność w swoją silną wolę i ciekawość naukowca, które doprowadziły ją do klęski. Jednocześnie nie potrafi uciec, jeśli nie fizycznie (ponieważ Lasher ją więzi), to psychicznie od swego syna, prześladowcy, kochanka. Doprawdy nie można zarzucić Rice braku wyobraźni w opisywaniu kolejnych koszmarnych czynów Lashera. Rowan za swoją zarozumiałość naukowca płaci wysoką cenę, to ona i członkowie Talamaski są winni wpuszczeniu pradawnego zła do świata, zlekceważyli bowiem niebezpieczeństwo, podczas gdy prości ludzie dostrzegali je w pięknym obliczu demona.

Demona, który od początku istnienia Ziemi przybierał różne postaci, zwany był różnymi imionami. Mi osobiście postać Lashera bardzo przypomina biblijnego nefilima w swoim pragnieniu zdobycia ludzkiego ciała, żądzy wiedzy i miłości bożej, której został pozbawiony. Lasher odpowiada na każde pytanie związane z tytułowym bohaterem. Poznałam wreszcie historię ducha (demona? boga?), bardziej niestety niż bym chciała – a rozpoczyna się ona właśnie na stronie 295 drugiego tomu, kiedy to następuje najbardziej nielogiczny i niewiarygodny zwrot akcji, z jakim się kiedykolwiek spotkałam. Od tego momentu Rice daje upust religijnemu fanatyzmowi w mierze dorównującej ostatnim częściom kronik wampirzych. Chociaż zarówno w pierwszym, jak i w drugim tomie Lashera, a także w Godzinie czarownic pojawiają się liczne aluzje do Pisma Świętego i tradycji chrześcijańskiej, niejednokrotnie zaskakujące pozytywnie przewrotnością pisarki i jej umiejętnością gry z Pismem Świętym, to od strony 295 jej interpretacja losów Lashera staje się nieprzyswajalna. Horror zmienia się w bajkę, w bujdę na resorach nawet, i ostatnie sto stron czytałam z ogromnym trudem. Byłam w stanie przyjąć do wiadomości rewelacje rodem z powieści science fiction, według których Lasher miał być zagubioną częścią łańcucha ludzkiej ewolucji, która rozwinęła się niezależnie, ale „prawdziwa” historia tej postaci to już tylko mistyczne bzdury.

Co ciekawe, Lasher sprawia wrażenie zamkniętej całości dopełniającej fabułę Godziny czarownic, nawet z niedokończonymi istotnymi wątkami, które moim zdaniem mogłyby stanowić idealne zakończenie pozostawiające czytelnika w zawieszeniu i niepewności. Taltos jest więc jedynie naciągniętym, wydłużonym zakończeniem, ale nawet świadomość tego, jak i moje poirytowanie rozwiązaniem tajemnicy Lashera i męcząca strona religijna nie sprawiły, że zrezygnowałam z poznania całej historii. Istne to szaleństwo, ale zamierzam skończyć cykl i ponownie przeczytać Taltosa.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 14 sierpnia 2011

O różnicy między mężczyznami a kobietami

Mężczyźni nie mają pojęcia, co się może zdarzyć. Są szczęśliwi. Kobiety natomiast zdają sobie sprawę ze wszystkich zagrożeń. Wiecznie się martwią.
Anne Rice, Lasher, t. I, Rebis 2009

wtorek, 9 sierpnia 2011

O starości

Oto właśnie najwstrętniejsza, najbardziej irytująca strona starości. Jeśli uda ci się dodać dwa do dwóch, wszyscy biją ci brawo!
Anne Rice, Lasher, t. I, Rebis 2009

środa, 19 stycznia 2011

Zrób to sam, czyli jak wyremontować zrujnowaną rezydencję - "Godzina czarownic", tom II, Anne Rice, tłumaczenie: Małgorzata Samborska & Agnieszka Izdebska, Rebis 2009

Drugi tom, a właściwie druga część pierwszego tomu cyklu Opowieści o czarownicach z rodu Mayfair Anne Rice jest nieco inna od pierwszej części, przede wszystkim dlatego, że nie zawiera już opisów dziejów Mayifairów, skupia się na teraźniejszości, na historii Rowan, najpotężniejszej czarownicy rodziny, przepowiedzianej trzynastej, która ma być przejściem dla demona Lashera do świata żywych. Jednak ta część to głównie opowieść o poszukiwaniu tożsamości – Rowan odnajduje się w swojej rodzinie, ale też szuka siebie w sobie samej, Michael próbuje się dowiedzieć, dlaczego został ocalony i czy jest to jakaś boska opatrzność, czy siły drugiej strony. Także Lasher pragnie się dowiedzieć, jak to jest być istotą z krwi i kości i jest ciekaw, co mu przyniesie życie w ludzkiej, chociaż nieśmiertelnej postaci.
Umiera Deidre i Rowan zostaje spadkobierczynią całego dziedzictwa Mayfairów, zarówno fortuny, jak i tajemnic rodziny. Powrót do Nowego Orleanu jest dla niej spełnieniem najskrytszych marzeń – chociaż zobaczyła matkę, gdy ta leżała już w trumnie, to poznała wszystkich kuzynów, kuzynki, wujów i ciotki, została przez nich nadzwyczaj ciepło przyjęta. W dodatku Michael okazuje się jej „drugą połówką” i obiecują sobie dozgonną miłość, planują razem odbudowę domu przy Pierwszej i wspólne w nim życie. Rowan ma także na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie odrzucać pomocy w poznaniu historii jej rodziny oferowanej przez Talamaskę, zaprzyjaźnia się z Aaronem Lightnerem, który przekazuje jej całą swoją wiedzę. Kobieta zaczyna być coraz bardziej świadoma swojej mocy, potężnej i szalenie niebezpiecznej, którą postanawia opanować, zdusić. Czuje również obecność swojego cienia, Lashera, który towarzyszy czarownicom z jej rodu od pokoleń, i wie, że musi być czujna. Obiecuje walczyć z nim i zniszczyć go, w czym wspierają ją Michael i Aaron.
Taki obraz sytuacji czytelnik otrzymuje przez pierwsze dwieście-trzysta stron powieści. Zmienia się to radykalnie, gdy Lasher decyduje się wyjść z ukrycia. Dotąd obserwator, teraz postanawia wkroczyć w życie Rowan, wyczuwając jej zainteresowanie. Rice umiejętnie buduje napięcie, sprawiając, że i czytelnik śledzi wydarzenia z ciekawością i pewnym zagubieniem. Zaciera się bowiem granica między dobrem a złem, każdy z bohaterów okazuje się mieć ukryte cele, nikt nie jest tym, za kogo się podaje, chociaż zdarza się, że niektórzy nie zdają sobie z tego sprawy. Chwilami fabuła klimatem zbliża się do powieści grozy: szepty w powietrzu, piękne kwiaty pojawiające się znikąd i gnijące w ciągu kilku minut, wyczuwalna niepewność – wszystko to powoduje, że ta niepokojąca atmosfera staje się namacalna. Są również momenty niczym wyjęte z horroru - laleczki voodoo, części ludzkiego ciała w słojach, szczegółowe opisy okropieństw, jakich dopuszczali się niektórzy członkowie rodziny Mayfair.
Postaci Godziny czarownic to chyba najbardziej oryginalne twory wyobraźni Anne Rice. Rowan w niczym nie przypomina większości bohaterek amerykańskiej autorki – przede wszystkim dlatego, że ma charakter, silny i niezależny, wie, czego chce i dąży do tego, w przeciwieństwie do swoich protoplastek nie pragnie mocy, którą posiada, i postanawia obrócić ją w broń przeciwko Lasherowi. Michael już bardziej przypomina cierpiętników pisarki, choćby Louisa z Wywiadu z wampirem. Bez pamięci zakochany w młodej lekarce jest gotowy na wszystko, aby ją wspierać, opętany myślą o przeznaczeniu wciąż usiłuje się dowiedzieć, kim były istoty, które ukazały się w chwili jego śmierci. Jest też silny fizycznie i dobrze zbudowany jak Ramzes II z Mumii, ale nie posiada takiej inteligencji. Pragnie zrozumieć rzeczy przekraczające jego pojmowanie rzeczywistości, szuka odpowiedzi wszędzie i u każdego. Ich związek jest natomiast bardzo schematyczny i często spotykany w twórczości Rice – on jest dużo starszy, ich miłość jest natychmiastowa, od pierwszego wejrzenia, bez granic i na wieki, chociaż Rowan może zabijać myślą, a Michael ma problemy z alkoholem. W tym schemacie tylko ich role są odwrócone – w większości powieści Anne Rice daje mężczyźnie mądrość i obycie świata, kobiecie pozostawiając kruchość i potrzebę wsparcia. Tu jest odwrotnie – to Rowan ma silniejszy charakter, doskonale wie, że do walki z Lasherem musi stanąć sama. Przewrotnie nazywa Michaela swoim aniołem – ukochany nie może jej wszak przed demonem ochronić i oboje mają tego świadomość. Pojawienie się Lashera w życiu Michaela i Rowan powoduje komplikacje w ich miłości, brak zaufania, narastanie tajemnic, a także całkowite odwrócenie ich światopoglądów.
Sam Lasher nadal pozostaje postacią niejednoznaczną, mimo że więcej dowiadujemy się o nim samym, o jego istocie, pragnieniach, ale nie prawdziwych celach. Demon ponad wszystko chce mieć ludzkie ciało, ale ani Rowan, ani czytelnik nie wiedzą, czy właściwym powodem jest niezwykła ciekawość doświadczenia wszystkiego co ludzkie.Czarownica od chwili kontaktu z Lasherem traci całą pewność siebie, swego istnienia, zatraca się w jego słowach, obietnicach, chociaż stara się za wszelką cenę im nie ufać. Jednak żądza wiedzy i pokusa nieśmiertelności wydają się być silniejsze. Działania Lashera przypominają mi trochę biblijną postać Azazela, upadłego anioła, który przez związek z ludzką kobietą chciał odzyskać siły i zawładnąć światem. Jednak czytelnik nie wie, czy o to samo chodzi Lasherowi. Dowiaduje się natomiast, czym jest wiara i jaką moc posiada. Rice przekonująco opowiada o istocie religii (chrześcijańskiej, jak zwykle), o istnieniu wszelkich bogów i ich racji bytu na Ziemi i muszę przyznać, że podzielam jej zdanie.
Rice czaruje nie tylko stworzoną przez siebie historią, przemyślaną i logiczną, pozostawiającą więcej pytań niż odpowiedzi. Swoisty urok posiadają także jej opisy, wyraziste, malownicze, choć momentami nużą obszerne fragmenty o etapach remontu willi przy ulicy Pierwszej (stąd nieco złośliwy tytuł recenzji). Niestety tego samego nie można powiedzieć o kreowanych przez autorkę dialogach. Chodzi mi głównie o rozmowy Micheala i Rowan, które, przepełnione wzajemnym uwielbieniem, są pełne patosu i wprowadzają niezamierzony efekt komiczny. Tak jak i w poprzedniej części wiele do życzenia pozostawia strona redakcyjna książki i nie spodziewam się jej polepszenia w kolejnych tomach, ale nawet mi to nie przeszkodzi w kontynuowaniu cyklu.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 12 listopada 2009

"Wciąż nawiedzają mnie demony"

Na stronie Timesa przeczytać można wywiad z Anne Rice. Autorka opowiada nie tylko o swojej najnowszej książce, Angel Time: The Songs of the Seraphim (wspominałam o niej tutaj i tu), ale też swoim życiu prywatnym i zmianach, jakie w niej zaszły, swojej miłości do lalek (już wiem, skąd u Klaudii z Wywiadu z wampirem taka nimi fascynacja...) i podejściu do literatury fantastycznej i wampirycznej w ogóle. W tym fabularyzowanym wywiadzie Chris Ayres przybliża historię nawrócenia pisarki w odniesieniu do jej przeszłości. Rice zdradza również, że prowadzone są rozmowy w sprawie kontynuacji przenoszenia pozostałych części Kronik wampirzych na ekran (ciekawe, że to jej nie bulwersuje). W kontekście swojego nawrócenia pod prowokującymi pytaniami dziennikarza pisarka tłumaczy się ze swoich wcześniejszych tekstów, cyklu o Śpiącej Królewnie (tym, którzy nie znają, wyjaśniam, że chodzi o serię pornograficznych książek pod pseudonimem Anne Roquelaure), który był dla niej jedynie zabawą, nie mającą nic wspólnego z jej prawdziwym życiem:
I wrote those books in the 1980s. They’re still out there, and they’re still doing very well. They’re total pornography, yes, but safe — a playful fantasy, both gay and straight. I’ve never heard of the books doing anyone any harm, and I wasn’t into the lifestyle myself. I’ve always lived a fairly conservative life. I’ve never been particularly wild or crazy.
Rice szczerze przyznaje, że jej książki naznaczone są jej prywatnym życiem i bez skrępowania opowiada o swoim niezbyt szczęśliwym dzieciństwie. Twierdzi, że nadal zmaga się z własnymi demonami i ciężko przychodzi jej wierzyć w bożą interwencję w jej życie. Pisarka wydaje się z niezwykłym spokojem ducha opowiadać o nieszczęściach, jakie ją spotkały, nie obwinia o nie Boga, uważa nawet, że to wiara właśnie pomogła jej poradzić sobie ze śmiercią męża, czy z tragicznym huraganem, jaki nawiedził Nowy Orlean.

Autorka znana jest ze swojej obsesji na punkcie lalek naturalnych rozmiarów, ma ich w domu tysiące, większość wyglądające na pięcioletnie dziewczynki, a na jedną taką potrafi wydać 50 tysięcy dolarów! Pisarka nie tłumaczy swojej fascynacji bezpośrednio, nie musi, wystarczy kiedy mówi: Y’know, it’s funny, people look at my dolls and they see a theme. They think I’m looking for my lost daughter (córka Anne, Michele, zmarła w 1972 roku w więku pięciu lat na raka).

środa, 28 października 2009

I wampir stał się aniołem

Ha! Wiedziałam! Dwa dni temu pisałam o najnowszej książce Anne Rice, wydanej w tym miesiącu. Już wtedy zauważyłam podobieństwo nowych bohaterów autorki do jej starych przyjaciół, a wywiad z Rice na łamach The Wall Street Journal potwierdza moje przypuszczenia, że wcale nie odeszła ona od schematu, który wytworzyła w trakcie pisania cyklu wampirzego. Pisarka wyjaśnia połączenie między swoimi wampirami i aniołami, które są dla niej naturalnym przejściem od tych pierwszych. Myślę, że można pokusić się o stwierdzenie, że wampir ewoluował w anioła. Czytając wywiad, zauważyłam, że zmienił się lekko stosunek Rice do napisanych przez nią Kronik Wampirzych - kilka lat temu, kiedy oficjalnie ogłosiła, że nie będzie już pisała o istotach nocy, wyrażała się bardzo stanowczo i niezbyt pochlebnie zarówno o książkach, jak i o ludziach, którzy je czytają. Teraz widać, że nabrała dystansu i to nie tylko do swojej twórczości, ale też do całego fenomenu wampirzego, wliczając w to serial True Blood (którego jest fanką, podobnie jak ja) i serię Zmierzch (o której wypowiada się bardzo dyplomatycznie, zupełnie inaczej niż ja).
Anne Rice w swojej posiadłości. Ciekawe, czy przed 1998 rokiem (wtedy się nawróciła) za nią figurki wampirów...

poniedziałek, 26 października 2009

Teraz będzie o aniołach...

Jak zapowiedziała, tak zrobiła. Anne Rice napisała nową książkę, której tytuł wyraźnie daje do zrozumienia, że zamierza pisać w imię Boga - Angel Time: The Songs of Seraphim. To pierwsza część cyklu, którego postaci będą mieć skrzydła. Mimo że Rice odcięła się od swojego wampirzego cyklu (i innych magicznych książek), nie zrezygnowała z pewnych swoich schematów, które można zauważyć choćby w opisie jej najnowszej książki. Bohaterem Angel Time jest Toby O'Dare (słabość do Irlandczyków pozostała), któremu anioł Malchiah (nieśmiertelna istota kochająca Boga, podobnie jak wampiry, tyle że nie cierpiąca z powodu odrzucenia) pomaga wrócić na dobrą drogę. Recenzenci zapewniają natomiast, że nie będzie to słodka historia, ale pełen prowokujących refleksji nad moralnością romans (znamy to? znamy) z barwnie namalowanym historycznym tłem (co też jest konikiem pisarki).

[źródła: NewsOK oraz Publishers Weekly]

Kiedy dowiedziałam się, że Rice będzie pisała tylko "na chwałę Pana", powiedziałam, że nie sięgnę po jej trylogię o Chrystusie. Zmieniłam zdanie, jestem ciekawa. Zwłaszcza tego, czy w swoich nowych książkach nudzi dywagacjami nad religią i czy pozostał jej ten mistycyzm, który raził mnie w kolejnych częściach o wampirach...

wtorek, 13 października 2009

Tajemnica rodu Mayfair - "Godzina czarownic", tom I, Anne Rice, tłumaczenie: Anna Czajkowska & Hanna Pustuła, Rebis 2009

Jestem chyba jedną z nielicznych osób, która lubi prozę Anne Rice, chociaż nie przez wszystkie z jej książek może przebrnąć. Na szczęście, przez cykl o czarownicach z rodu Mayfair brnąć będę z przyjemnością, bo już po pierwszej części widzę, że jest tutaj wszystko to, co w pisarstwie Rice najlepsze.
 
To, za co przede wszystkim cenię Anne Rice, to jej niezwykle plastyczny styl, którym popisała się również w Godzinie czarownic. Nie bez przyczyny ta pani trafiła do kanonu literatury fantastycznej, chociaż niestety stało się to dzięki cyklowi o wampirach, który z każdym następnym tomem czyta się coraz gorzej. Godzina czarownic wolna jest jednak od dywagacji religijnych, mistycyzmu i wątków homoseksualnych, chociaż bez wzmianki tych kwestii i tutaj nie mogło się obyć, co wynika zapewne z zainteresowań pisarki (fanka filozofii egzystencjalnej, przez lata ateistka, homoseksualistą jest jej syn, z jej biografii wynika, że sama mogła mieć związek z kobietą). W ogóle, gdyby spojrzeć na twórczość Rice pod kątem jej prywatnego życia, można powiedzieć, że jej powieści są silnie autobiograficzne. Te wszystkie wątki nie są jednak ważne w pierwszej części Godziny czarownic.

Tutaj autorka zaledwie wprowadza głównych bohaterów, Rowan Mayfair i Michaela Curry’ego, i daje do zrozumienia, że tych dwoje połączy silne uczucie. Jednak ich wątek jest tylko pretekstem do przedstawienia rodu czarownic Mayfair, ich historii i związku z tajemniczym demonem Lasherem. Rice jest jedną z nielicznych autorek fantastyki, która dba o każdy szczegół prowadzonej opowieści. Co więcej, robi to w sposób nawet dla siebie nietuzinkowy – przedstawia źródła historyczne i dokumenty, z których bohaterowie i czytelnicy dowiadują się coraz więcej o mrocznej przeszłości rodziny. Historię uzupełniają także opowieści osób postronnych, najczęściej nie rozumiejących wszystkich szczegółów, czy wydarzeń, których byli świadkami. Zazwyczaj, to główny bohater opowiada o swoich losach. Niezwykła skrupulatność i rozmach w stworzeniu genealogii rodziny i jej tajemnic jest godna podziwu i w połączeniu z barwnym stylem sprawia, że książka wciąga od pierwszej strony i pozostawia w oczekiwaniu do ostatniej kartki.

Każdy z bohaterów wprowadzonych do powieści ma swoją własną osobowość. Chociaż ich odczucia i motywacje często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, to autorka przedstawia je na tyle realistycznie i umiejętnie, że czytelnikowi nietrudno w nie uwierzyć i poczuć więź z postaciami. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie Rowan Mayfair. Nie jest to bowiem typowa bohaterka książek Anne Rice. Większość kobiet z prozy Amerykanki to puste, bezwolne, naiwne i irytująco niewinne lalki. Rowan, podobnie jak Klaudia z Wywiadu z wampirem, to postać daleko bardziej skomplikowana. Jest kobietą niezależną, wyrachowaną, zamkniętą w sobie, nie potrafiącą znaleźć więzi z innymi ludźmi, chociaż dla wszystkich stara się być miła. Czuje się zagubiona i wyobcowana przez swoje nadnaturalne zdolności (za pomocą dotyku może badać ludzki organizm skuteczniej niż tomograf), a gdy dowiaduje się, że jej prawdziwa matka zmarła, postanawia złamać obietnicę daną przybranej opiekunce i wrócić do rodzinnych stron, by odkryć prawdę o sobie. Nie jest postacią schematyczną, jednoznacznie dobrą czy złą, ma swoje mroczne sekrety, boryka się z poczuciem winy, że jest taka a nie inna. Nie można tego natomiast powiedzieć o Michaelu, mężczyźnie, który doznał śmierci klinicznej i jest przekonany, że jakieś istoty powierzyły mu bardzo ważne zadanie. W wyniku wypadku otrzymał także niezwykły dar – widzenia za pomocą dotyku, który przez długi czas uważa za swoje przekleństwo. Michael jest standardowym bohaterem męskim i jego przemiana przebiega utartymi torami – szlachetny, prostolinijny, opiekuńczy, z kompleksem ubogiej rodziny, po tragicznych wydarzeniach popada w alkoholizm, by zapomnieć o całym świecie, ale spotkanie z przedstawicielem starożytnego zakonu Talamaski przywraca mu siły i stawia przed nim cel. Związek Michaela i Rowan też jest schematyczny i niczym nie odbiega od innych opisywanych przez Rice: oboje są spełnieniem swoich marzeń, ona szukała opiekuńczego, dobrze zbudowanego, ale wrażliwego faceta, jego rozczula jej młodość i niewinność (nie wie o niej wielu rzeczy), ponadto oboje rozumieją swoje nadnaturalne umiejętności. Symptomatyczna dla Rice jest także ich różnica wieku – Rowan nie skończyła jeszcze trzydziestki, Michael dobija pięćdziesiątki. Jednak, jak już wspomniałam, ich wątek jest zaledwie zarysowany i jego naiwność i przewidywalność (typowa miłość z przeszkodami) nie przeszkadza zbytnio w czytaniu.

Lekko uwierać może za to słaba strona redakcyjna powieści, masa drobnych i kłujących oczy błędów: literówki, brak albo nadmiar przecinków, gdzieniegdzie pojawiają się też nie te słowa lub imiona. Na szczęście, książka nie ma rażących błędów w tłumaczeniu, chociaż trzeba być naprawdę nieudolnym tłumaczem, żeby nie poradzić sobie ze stylem Rice.

To, co urzeka w pierwszej części Godziny czarownic, to mroczny i duszny klimat Nowego Orleanu, jego starych dzielnic, wiktoriańskich domów i alejek wysadzanych wiekowymi drzewami. Wyraźnie czuć emocjonalny stosunek pisarki do tego miejsca, tym bardziej dotyka on czytelnika, jeśli zda sobie sprawę, że po huraganie Katrina sprzed czterech lat nie pozostało już nic z jego magii. W powieści jednak Nowy Orlean żyje w pełni i jest tłem dla rozgrywających się tutaj tajemniczych wydarzeń. To wspaniały hołd Anne Rice złożony miastu, w którym się urodziła i spędziła dzieciństwo, i do którego po latach wróciła.

Bardzo spodobał mi się również wątek fantastyczny, który jest dla mnie świeżym powiewem po tonach książek fantasy. Czary wkraczają do świata, do którego nie należą i nie są czymś normalnym, nie są „na miejscu”. Istnieją jednak ludzie, którzy zaakceptowali swoje moce i którym zależy na ich naukowym zbadaniu – to zakon Talamaska, trzymający straż i zawsze obecny. Jego główny przedstawiciel, Aaron Lightner, pojawia się też w książkach o wampirach, jednak dopiero w Godzinie czarownic poznajemy jego osobowość, a także możemy przyjrzeć się działaniu Talamaski. To oni właśnie od wieków obecni są obok rodziny Mayfairów i zbierają o niej informacje. To oni chcą ustrzec Rowan przed jej przeznaczeniem.

I tutaj dochodzimy do mojego ulubionego bohatera powieści – Lashera. To jak do tej pory najbardziej niejednoznaczna postać cyklu, o której wbrew pozorom wiemy najmniej. Demon, przywołany przez zupełnie nieświadomą konsekwencji wieśniaczkę, towarzyszący odtąd jednej wybranej z rodu dziewczynce od dnia jej narodzin aż do (zazwyczaj) tragicznej śmierci. Nie jest on jednak sługą, nad którym można panować. Między czarownicą a Lasherem tworzy się specyficzny związek – on daje jej moce, opiekuje się nią, czuwa nad jej bezpieczeństwem i dobrobytem, ona zaś „żywi” go swoją osobą, dzięki niej demon się uczy i rośnie w siłę, ciągle ewoluuje. Często też ducha i kobietę łączy seks. Niezaprzeczalne jest też uczucie, jakim Lasher obdarza swoje wybranki, które w większości nie jest odwzajemniane, a wręcz przeciwnie, kobiety czują się jego obecnością przytłoczone, osaczone, co doprowadza je często do tragicznych w skutkach aktów desperacji. Nie jest to wprawdzie motyw w literaturze fantastycznej nieznany, ale Rice przedstawiła go realistycznie, ze znajomością tematu. Co więcej, prowadzi czytelnika przez historię czarownic i Lashera tak subtelnie i tajemniczo, że z napięciem czeka on na kolejne informacje. Ja również z niecierpliwością czekam na tom drugi.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 21 czerwca 2009

Dobry demon - "Servant of the Bones", Anne Rice, Arrow Books 1997

To pierwsza książka Anne Rice, którą przeczytałam po angielsku, mam więc do niej sentyment. Skusiła mnie przepiękna, tajemnicza okładka (podobne zaprojektował teraz Rebis, wznawiający wampirzy cykl pisarki), a także imię bohatera. To jedna z nielicznych powieści amerykańskiej królowej wampirów opowiadająca historię zupełnie niezależną i nie związaną z jej bestsellerowym cyklem, i zdecydowanie jedna z najlepszych w jej dorobku. Atutem książki są zwłaszcza plastyczne  i zgodne z wiadomą historią opisy starożytnego Babilonu i rytualne zwyczaje jego mieszkańców. Wyjątkiem książki jest także jeden z głównych wątków – morderstwo i działania związane z rozwikłaniem tajemnicy sprawcy. Jednak tak jak w pozostałych powieściach Rice, tak i tutaj najważniejsze są rozterki duszy głównego bohatera.

Azriel to tajemnicza istota, ni anioł, ni demon, której celem jest służyć dobru. Urodzony w starożytnym Babilonie, podczas uroczystości koronacji perskiego króla Cyrusa ozłocony wbrew sobie na podobieństwo boga Marduka, którego miłował, uwięziony został we własnych złotych kościach. Odtąd jego niespokojna dusza, niezwykle potężna, miała służyć tym, którzy posiadali jego szczątki. Dzięki jednak okolicznościom przemiany właśnie i temu, że Azriel nie był złym człowiekiem, potrafił przeciwstawić się swemu panu, jeśli ten chciał z jego pomocą czynić zło. Wówczas obracał się przeciwko niemu i kolejny mag kończył jako kupka popiołu. Powieść nie jest jednak historią kolejnych walk Azriela, chociaż opisuje on służbę u każdego ze swych panów, a morderstwa młodej kobiety, którego demon był świadkiem i w przypływie impulsu postanowił odkryć, kto był zleceniodawcą.

Książka napisana jest w charakterystycznym dla Anne Rice stylu – barwnie, emocjonalnie, wzruszająco, wciągająco. Jest też oparta na powtarzającym się u pisarki motywie zwierzeń głównego bohatera człowiekowi – profesorowi historii Jonathanowi Benowi Isaacowi, którego zadaniem jest wysłuchanie i opisanie losów Azriela.

Chociaż powieść pisana jest podobnym schematem, jak pozostałe powieści Rice, wyróżnia się na ich tle opisem emocji targających głównym bohaterem, jego wątpliwości, cierpień, rozczarowań i zawodów oraz prawdziwego umiłowania dobra. Azriel to demon, ale posiadający własną wolę, potrafi być stanowczy, a nawet okrutny, ale także delikatny i zagubiony. Nie ma w tej książce religijnego fanatyzmu, który przejawia się w wampirzym cyklu. Nie ma cierpienia wyklętej duszy, która tęskni za Bogiem, wręcz odwrotnie – Azriel, który przyjaźnił się z bogiem Mardukiem za ludzkiego życia, został przez niego zdradzony. Autorka obnaża również prawdziwy sposób działania sekt religijnych na przykładzie opisanego ruchu Świątyni Umysłu Bożego, który świetnym marketingiem zdobywa rzesze wyznawców, odbierając im rozsądek i dorobek całego życia. Zawiła intryga przeplata się z refleksjami demona nad istotą człowieczeństwa, który zazdrości ludziom możliwości śmierci, podczas gdy on skazany jest na wieczną tułaczkę po świecie. Rice potrafi poruszyć do głębi, wydobyć tak różne emocje, że czytanie tej książki staje się niesamowitym przeżyciem.

czwartek, 28 maja 2009

Zakochana w faraonie - "The Mummy, or Ramzes the Damned", Anne Rice, Ballantine 1997

Uwielbiam tę książkę, to jedna z moich ukochanych, a składa się na to kilka powodów. Przede wszystkim jej bohaterem jest mój ulubiony faraon, Ramzes II Wielki, jeden z największych i najmądrzejszych władców Egiptu. W swojej książce Anne Rice przedstawia go właśnie takim - jako potężnego króla, godnego, od którego bije aura siły i boskość; pisarka dała mu także boskie ciało, którego opis przyprawia o dreszcze i przejrzyste niebieskie oczy, magnetyzujące nie tylko damskie spojrzenia. I nieśmiertelność, która jest jego przekleństwem (jak zresztą we wszystkich książkach Rice).Takiego Ramzesa zawsze sobie wyobrażałam, dlatego całkowicie poddałam się jego sugestywnemu opisowi u Rice.

Tłem fabuły jest XIX-wieczny Egipt, którego klimat w pełni oddają krótkie, ale treściwe opisy autorki. Można poczuć żar słońca, ciepły piasek pod stopami, chłód piramid, smród targowisk... Miejsca, które odwiedzają bohaterowie, tchną jeszcze mistycyzmem, który zanikł wraz z rosnącym przemysłem turystycznym. Kiedy czytam The Mummy, zanurzam się w ten świat całkowicie...

To, za co cenię powieści Rice, to przejrzysty, obrazowy i niezwykle nastrojowy język i styl. Widać, że pisarka całkowicie oddaje się swojej powieści i stworzonym bohaterom. Dlatego o niebo lepiej czytać jej książki w oryginale, zwłaszcza że Rebis wprowadza spolszczenia imion postaci, co strasznie mnie wkurza.

Klimat i postać samego Ramzesa przyćmiewają schematyczną budowę bohaterów - Julie to typowa panna z dobrego, angielskiego domu, znudzona swoim życiem i nie potrafiąca się zdecydować; jej narzeczony Alex to typowy angielski dżentelman, słodki chłopaczek, bez pamięci zakochany w Julie, nudny ponad wszelkie wyobrażenie; więcej ikry ma jego ojciec Elliot, który jest drugą po Ramzesie interesującą postacią; kuzyn Julie, Henry to świetnie skrojony "bad gay", który budzi we mnie odrazę i pogardę, i któremu Rice wymierza przewrotną karę (jeden z jej najlepszych pomysłów, moim zdaniem). Rewelacyjnie Rice przedstawiła też Kleopatrę - to owładnięta namiętnością i żądzą życia szalona kobieta (szaleństwo jest skutkiem podania eliksiru nieśmiertelności po śmierci mózgu), nie panująca nad własnymi potrzebami, a przy tym nie mająca żadnych zahamowań.

To co mnie najbardziej zraża w powieściach Rice, to jej sposób przedstawiania wątku miłosnego - silny, władczy, niesamowicie przystojny, no po prostu prawdziwy mężczyzna, zakochuje się w bladej, kruchej i niezbyt rozgarniętej panience. On ją uwodzi cierpliwością i spokojem, ona dość słabo się mu opiera... Nie wprowadza to żadnego napięcia, tym bardziej, że czytelnik doskonale przeczuwa już od pierwszego zdania, czym się to wszystko skończy - mdłym happy endem. Da się jednak spokojnie te fragmenty omijać, bez szkody dla fabuły książek, i tak też czynię.

The Mummy przeczytałam już trzy razy i z pewnością jeszcze niejeden raz zajrzę do tej książki. Co mnie bardzo zaintrygowało, to informacja (w angielskim i także polskim wydaniu) o kontynuacji powieści, jednak Rice najwyraźniej nie zabrała się za nią, a teraz, kiedy się nawróciła, poświęci się już całkowicie pisaniu o życiu Jezusa... Szkoda.