Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock Holmes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sherlock Holmes. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 września 2013

Ian McKellen jako nowy stary Holmes

Brytyjski aktor, Ian "Gandalf" McKellen wcieli się w Sherlocka Holmesa w filmowej adaptacji powieści Mitcha Cullina A Slight Trick of the Mind, której akcja dzieje się w 1947 roku i której bohater jest już na emeryturze i będzie musiał samotnie rozwiązać zagadkę z przeszłości. W dobie popularności młodych Holmesów (Cumberbatch, Downey Jr., Lee Miller) powrót do wizerunku starszego pana, nawet mającego problemy z pamięcią, wydaje się dość... wtórne? Ale jestem pewna, że McKellen świetnie sobie poradzi i może nawet widza zaskoczy...

[źródło: Huffington Post]

niedziela, 17 czerwca 2012

Kto ma większą lufę - "Sherlock Holmes: Gra Cieni", scenariusz: Michele Murloney & Kieran Mulroney, reżyseria: Guy Ritchie, 2011

Na kontynuację przygód Sherlocka Holmesa w reżyserii Guya Ritchiego czekałam z utęsknieniem. Pierwsza część olśniła mnie kompletnie, a Robert Downey Jr. stał się moim idolem. Od tamtej pory wydarzył się jeszcze serial BBC, w którym Benedict Cumberbatch stworzył równie niezapomnianą postać, pod wieloma względami różniącą się od filmowej. O ile jednak serialowy Sherlock Holmes trzyma się w pionie, o tyle filmowy upadł i nie może się podnieść.

Po seansie kinowym wyszłam nawet zadowolona, uśmiechnięta, wciąż mając we wspomnieniach kilka gagów. Nadal uważam, że sceny z osiołkiem i Stanley'em są najzabawniejsze. Po raz drugi film obejrzałam niedawno i doszłam do wniosku, że Gra Cieni to jednak słaby film. Przede wszystkim brak tutaj oryginalności w schemacie, którym ujęła mnie część pierwsza. Wątek Sherlocka i Moriarty’ego toczy się od początku do końca z natrętną przewidywalnością, irytuje stałością poziomu emocji, a raczej jej braku. Nie ma w  tych bohaterach uczuć względem siebie. Zupełnie inaczej było w wypadku Holmesa i Blackwooda, ich rywalizacja i wrogość wobec siebie była naturalna, niewymuszona. Moriarty i Holmes, dwa wielkie mózgi, dwaj geniusze, nie budzą żadnych emocji poza znudzeniem.

Dotyczy to zwłaszcza Moriarty’ego. W pierwszej części jego nikła obecność budziła grozę, tutaj niesmak niedobraniem aktora do postaci. Jarred Harris gra wyrachowanego naukowca, pragnącego władzy i pieniędzy, który nie waha się doprowadzić do wojny światowej, aby osiągnąć swoje cele. Jest uosobieniem wszystkich szarych eminencji naszej historii, które postępowały podobnie. Powinien zatem budzić obrzydzenie, grozę, nienawiść, ale też fascynację swoim geniuszem i zimnym spokojem u widza. We mnie nie wywołuje żadnego z tych uczuć, przeciwnie, cały czas myślałam, że to jakaś pomyłka, że największy złoczyńca świata nie może tak się zachowywać. Jedną z najlepszych scen co prawda jest partia szachów i walka na pięści rozgrywana w umysłach Holmesa i Moriaty’ego, ale to jedyny taki fragment w całym filmie, w którym odczuwa się to napięcie i niepewność.

Największe rozczarowanie wywołał we mnie wątek przyjaźni Holmesa i Watsona. W poprzedniej części śmiałam się z ich potyczek słownych, nie przeszkadzały mi homoseksualne aluzje, subtelnie wprowadzane i obracane w żart. W Grze Cieni twórcy poszli dalej, takich gagów jest więcej, ale nie mają w sobie nic zabawnego, ponieważ swoją siermiężnością nie odbiegają od motywów z filmów klasy C. Zawadiackie zachowanie Sherlocka, które wcześniej imponowało i bawiło, tutaj staje się najzwyklejszą błazenadą. Roztropność Watsona i jego układność, które stanowiło zabawny kontrast, tutaj jest bufonadą i sztywniactwem. Nie mówiąc już o specyficznym trójkącie – w Grze Cieni mimo wysiłków Sherlocka John ożenił się z Mary (wciąż urocza Kelly Reilly), która jednak zostaje brutalnie wypchnięta (dosłownie) z akcji i nie ma większego znaczenia w fabule.

Wielkim nieporozumieniem jest dla mnie również pozbycie się Irene Adler, którą fenomenalnie grała Rachel McAdams, a zastąpienie jej marną kopią – madam Simsą (Noomi Rapace), Cyganeczką, równie niezależną i odważną, ale pozbawioną łotrzykowskiego uroku, jaki miała Irene. Na szczęście twórcy byli na tyle mądrzy, żeby nie wikłać Cyganki i Holmesa w romans.

Sam motyw fabuły jest natomiast całkiem zmyślny. Wydaje mi się, że Ritchiemu udało się pokazać, czym tak naprawdę jest wojna, jakie są jej przyczyny i że nie chodzi wcale o bogów, honor i ojczyznę. Te mechanizmy rządzą każdym światem, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie chcemy mieć tej świadomości.

Gra Cieni jest dowodem na to, że Guy Ritchie jest reżyserem bardzo nierównym. Czasem potrafi sięgnąć po niekonwencjonalne środki, uczynić z filmu prawdziwe cacko, jak zrobił to w Sherlocku Holmesie czy, najlepszym swoim filmie, Przekręcie. Czasem jednak bierze wszystkie schematyczne motywy i po prostu wrzuca je do jednego worka, miesza nieskładnie ze sobą, z czego wychodzi Sherlock Holmes: Gra Cieni. Czego tu nie ma! Rywalizacja dwóch geniuszy, kulisy polityki i prowadzenia wojen, pościgi konne, partie szachów, strzelaniny i wybuchy w pociągach, lasach, na przyjęciach, konkurs na największą lufę świata, przebieranki, wędkarstwo… Jedyne co w tym filmie nie zawodzi, to piękne zdjęcia i wspaniała muzyka. Film okazał się wydmuszką, która nie spełniła obietnic godnej kontynuacji. Z pewnością jednak zarobił wystarczająco dużo, aby Guy Ritchie myślał o trzeciej części. Tym razem jednak się nie nabiorę.

środa, 14 marca 2012

Na równi - "Sherlock", sezon II, twórcy: Mark Gatiss & Steven Moffat, 2011

Pierwszy sezon Sherlocka produkcji BBC ujął mnie całkowicie swoją wiarygodnością, grą z konwencją cyklu Arthura Conan Doyle’a, humorem, rewelacyjną grą aktorską i odzwierciedlanymi przez aktorów postaciami (poza Moriartym), zdjęciami, muzyką. Tego samego poziomu oczekiwałam po drugiej serii i mogę napisać, że właściwie się nie zawiodłam.

Najbardziej rozczarował mnie A Scandal in Belgravia – głównie w postaci Irene Adler. Wcielająca się w nią piękna Lara Pulver odegrała rolę władczej, nieco demonicznej femme fatale idealnie – za idealnie, żeby była wiarygodna. Tak jak Sherlock Holmes nie potrafił jej odczytać, tak ja nie potrafiłam do końca uwierzyć, że taka Irene istnieje. Z pewnością nie mogłam się oprzeć porównywaniu jej do postaci granej przez Rachel McAdams w Sherlocku Holmesie Guya Ritchiego i w tym porównaniu McAdams wypada zdecydowanie bardziej prawdziwie, podczas gdy wszystko w Irene serialowej jest wystudiowane i sztuczne. Domyślam się, że ten zabieg jest celowy, ale mam wrażenie, że reżyser i aktorka poszli za daleko. Drugim moim zarzutem do pierwszego filmu jest jego przekombinowana fabuła. W poprzednim sezonie wszystkie historie były równie skomplikowane, a ich rozwiązanie błyskotliwie podane czytelnikowi, który mógł brać udział w dotarciu do zakończenia. W A Scandal in Belgravia nakładające się na siebie wątki spowodowały we mnie zniechęcenie i film obejrzałam, płynąc z prądem fabuły, bez głębszego zastanawiania się, co, jak i dlaczego.

Być może dlatego odniosłam wrażenie, że wątek kryminalny nie ma w tym odcinku większego znaczenia. Najważniejsze bowiem jest pokazanie relacji Sherlocka i Irene. Twórcy postawili na zobrazowanie dwóch charakterów w silnej opozycji fizycznej – ona to sam seks, czego nie można powiedzieć o nim. Mimo tej różnicy są do siebie bardzo podobni, zabójczo inteligentni, uwielbiają się popisywać i być podziwiani, każde z nich chce mieć przewagę. Prowadzą ze sobą niebezpieczną grę, w której żadne nie może wygrać i widz do samego końca nie wie, co się między nimi dzieje, iskry wyczuwalne są jednak przez ekran. I chociaż sceny z udziałem Irene i Sherlocka są naładowane ogromnym napięciem, to we mnie dużo większe emocje wzbudzają te, w których Sherlockowi partneruje Molly. Loo Brealey w swojej nieporadności, nieśmiałości, a jednocześnie dużej odwadze i godności jest o wiele bardziej wiarygodna niż Pulver, podobnie jej kontakt z Sherlockiem jest bardziej rzeczywisty.

Najbardziej podobał mi się The Hounds of Baskerville. Utrzymany w mrocznym, wilgotnym, ponurym klimacie, przepełnionym tajemnicą i niebezpieczeństwem najmocniej nawiązuje do konwencji kryminałów Doyle’a. Bohaterowie razem z widzem przenoszą się do Dartmoor (czyż nie cudownie niepokojąco brzmiąca nazwa?) i czas jakby się cofa, chociaż wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że wydarzenia dzieją się w XXI wieku. Magię tego miejsca potęgują genialne zdjęcia krajobrazów oraz oczywiście legenda o groźnej bestii, wielkim czarnym psie, którego ofiarą padł przed laty ojciec Henry’ego Knighta. Po latach straumatyzowany, zagubiony, wciąż zrozpaczony chłopak szuka pomocy u Sherlocka Holmesa w rozwiązaniu zagadki śmierci ojca. Russell Tovey jest niezwykle przekonujący jako postać dramatyczna, egzaltowana, cierpiąca, ale z heroiczną odwagą próbująca walczyć z demonem swego dzieciństwa. Benedict Cumberbatch ponownie zaskakuje, całkowicie pozytywnie, pokazując Sherlocka dającego się wciągnąć w psychodeliczną tajemnicę. Jego bezbronność na uczucie strachu, jakie nim zawładnęło, jest porażająca i z całą mocą udowadnia, że największy wróg siedzi w ludzkim umyśle.

The Reichenbach Fall pokazuje, w jaki sposób działa mechanizm popkultury i jak ogromną władzę mają media. To film pod znakiem ironii. Pierwszy raz objawia się ona, kiedy Sherlock Holmes staje się sławny. Kolejne rozwiązane sprawy i nagłaśnianie tych sukcesów przez policję i władze miasta dają mu rozpoznawalność. I chociaż nic tak nie motywuje Sherlocka, jak chęć imponowania maluczkim, do tego stopnia, że nie może się powstrzymać przed popisywaniem się i często popada w arogancję, czym irytuje zarówno Johna Watsona, jak i widza, to ta nagła popularność, artykuły opisujące jego zdumiewające zdolności w tonie bajek miejskich, jego twarz wyglądająca z nagłówków gazet, wcale mu się nie podoba. Kolejny raz ironia daje o sobie znać w postaci brata Sherlocka, Mycrofta. Ten z kolei jest przezabawny w swojej przerysowanej roli agenta secret service w służbie Jej Królewskiej Mości, a zarazem cała otoczka służb specjalnych w kontekście tego, jakim się okazał głupcem, odznacza się mocną i gorzką ironią. Jeszcze raz uderzyła mnie ona, nie po raz pierwszy zresztą, w podejściu Sherlocka do innych ludzi. To zdumiewające, że ten wielki umysł ich nie docenia, choćby takiej niewinnej, wystraszonej, nieśmiałej Molly. Aspołeczność Sherlocka, jego ewidentna pogarda wobec śmiertelników, przekonanie o własnej wyższości doprowadza go do zguby.

W The Reichenbach Fall widz jest świadkiem pojedynku dwóch umysłów. Chociaż kompletnie różni, Moriarty i Holmes mają uderzająco wiele wspólnych cech, tych najbardziej mrocznych i niebezpiecznych. Ich podobieństwo widać już w The Great Game, ale uwydatnia się ono właśnie w ostatnim filmie drugiej serii. Są jak rewers i awers jednej monety, z tą jednak różnicą, że Jim może istnieć bez Sherlocka. Dlaczego? Ponieważ to ten drugi potrzebuje ciekawych zagadek do rozwiązywania, bez ciągłej stymulacji mózgu nie jest w stanie funkcjonować. Sherlock Holmes ma bowiem umysł staroświecki, podczas gdy Jim Moriarty to gadżeciarz, sprytnie wykorzystujący nowoczesne wynalazki, by ułatwić sobie życie. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak działa dzisiejszy świat, czego czasami zdaje się nie dostrzegać jego przeciwnik.

Benedict Cumberbatch jako Sherlock Holmes trzyma równy poziom. Co więcej, jego postać nie jest ciągle taka sama, co oczywiście jest również dużą zasługą scenarzystów i reżyserów. W drugiej serii widz ma okazję obserwować ewolucję psychiki tego bohatera. Nadal przeważają w nim jego główne cechy charakteru, wciąż fascynuje jego błyskotliwość i geniusz, które w równym stopniu doprowadzają do szału. Jednak zachodzą też pewne zmiany. Cumberbatch absolutnie po mistrzowsku oddaje emocje Sherlocka, który stara się naginać do powszechnie przyjętych wzorców społecznych. Rozbrajające są sceny, kiedy detektyw zaciska zęby w wymuszonym uśmiechu i pozuje do zdjęć albo usiłuje pohamować entuzjazm w trakcie śledztwa w sprawie porwanych dzieci. Niewątpliwie w tej powolnej przemianie duży swój udział ma John Watson, mimowolnie przyjmujący rolę pewnego rodzaju agenta Sherlocka. Lojalność i oddanie, jakim odznacza się doktor wobec Holmesa jest godna podziwu. Martin Freeman pozostaje doskonałym partnerem i równoważy postać Cumberbatcha na planie każdego z filmów, a już całkowicie ujmuje w ostatnim z nich.

Drugą serię, podobnie jak pierwszą, mogę pochwalić za świetną oprawę wizualną i muzyczną. Nie brakuje też tutaj gry z konwencją, przełamywania i przerysowywania stereotypów filmów kryminalnych, szczególnie tych o tytułowym bohaterze. Przeciągnięcie sceny pierwszego spotkania Moriarty’ego z Holmesem czy moment, kiedy Sherlock zmuszony jest pozować do zdjęcia w śmiesznym kapelusiku, to tylko przykłady z tego, co można w serialu znaleźć. Największe „ale” mam jednak do rozwiązania akcji w ostatnim filmie. Cały wątek pokazujący siłę sugestii i łatwość żonglowania opiniami ludzi przez media jest trochę naciągany, co wcale nie oznacza, że takie rzeczy się nie zdarzają. Zdarzają się niestety i świadczy to tylko o postępującej głupocie społeczeństwa. Po twórcach filmu spodziewałam się jednak czegoś lepszego niż ciągłego „mrugania okiem” do widza, mającego go ostrzec, żeby przypadkiem nie uwierzył w historie z The Sun.

czwartek, 19 stycznia 2012

Sherlock Holmes jedzie do Nowego Jorku

Po sukcesie pierwszej i drugiej części Sherlocka Holmesa Guya Ritchiego oraz doskonałym przyjęciu serialu BBC, którego pierwszy sezon już recenzowałam (drugi czeka w kolejce) amerykańska telewizja CBS wzięła się za ekranizację przygód najsłynniejszego konsultanta detektywistycznego. Serial będzie nosił tytuł Elementary, jego akcja osadzona zostanie we współczesnym Nowym Jorku. Fani Sherlocka nie powinni się jednak spodziewać wierności literackiemu oryginałowi.

Sherlock Holmes w Nowym Jorku? Hmmm, no nie wiem...

[źródło: Huffington Post]

poniedziałek, 21 listopada 2011

Ponadczasowy Sherlock Holmes - "Sherlock", sezon I, twórcy: Mark Gatiss & Steven Moffat, 2010


Na początku tego roku zachwycałam się filmową adaptacją przygód Sherlocka Holmesa w reżyserii Guya Ritchiego. Niedawno chwaliłam literacki oryginał. Zostałam fanką słynnego detektywa i nie sądziłam, że ktokolwiek może dorównać wizerunkowi, jaki stworzył Robert Downey Jr. Nie wyobrażałam sobie również innej scenerii dla przygód Sherlocka niż XIX wiek. Jeśli myślicie podobnie, to powinniście obejrzeć najnowszy serial BBC.

Pierwszy sezon Sherlocka ma zaledwie trzy odcinki, ale nie jest to zwykły serial, bowiem każdy z odcinków trwa około dziewięćdziesięciu minut. Otrzymujemy więc film telewizyjny, jakością dorównujący produkcjom kinowym, często je nawet przewyższający. Rolę główną otrzymał, mało znany u nas (to kwestia czasu), brytyjski aktor Benedict Cumberbatch, który z miejsca został moim idolem numer jeden. Cumberbatch pokazał Holmesa w jeszcze bardziej zintensyfikowany sposób niż zrobił to Downey Jr. Jego detektyw jest równie bliski oryginałowi literackiemu, twórcy serialu poszli jednak jeszcze dalej i wyostrzyli jego cechy. Dostajemy więc neurotycznego, niesamowicie inteligentnego człowieka, który swoim umysłem zdolny jest przenikać przez innych ludzi jak Superman wzrokiem przez ściany. Sherlock Holmes jest ekscentrykiem, egoistą, geniuszem, który nieustannie potrzebuje rozplątywać najgorsze zagadki, inaczej jest niewymownie znudzony. Skupiony na sobie uwielbia się popisywać, dlatego współpracuje z londyńską policją, dlatego lubi towarzystwo Johna Watsona, który nie ukrywa podziwu i akceptuje wszelkie dziwactwa Sherlocka. Charyzma, stanowczość, brawura i niezwykła inteligencja czynią go intrygującym socjopatą, żyjącym na granicy. On nie pomaga policji z pobudek altruistycznych czy dla pieniędzy, nie liczą się dla niego takie fakty, jak zagrożenie ludzkiego życia czy państwowe bezpieczeństwo. Najważniejsza jest tajemnica, a im bardziej skomplikowana, tym lepiej.

Holmes przede wszystkim zachwyca, fascynuje, ale przy bliższym poznaniu można dostrzec w nim pewną rysę, której nikomu dotąd nie udało się pokazać, o której być może nie wiedział nawet Arthur Conan Doyle. Ciężko wytrzymać z taką osobowością, przytłaczającą, absorbującą całkowicie i doszczętnie. A mimo wszystko zarówno widz, jak John Watson, trwają w tej przedziwnej relacji. Przyjaźń tych dwóch mężczyzn jest doprawdy niezwykła. Podobnie jak u Ritchiego, tak i w serialu John Watson nie jest przybocznym Sherlocka, ale oddzielną postacią. Martin Freeman grający Watsona również idealnie do tej roli pasuje. I tutaj kolejna niespodzianka w przedstawieniu postaci-symbolu – weterana wojennego. Ranny podczas misji w Afganistanie Watson musi wrócić do Anglii, ale nie może sobie poradzić z przystosowaniem się do rzeczywistości. Fakt, prześladują go wizje przeszłych wydarzeń, krwawe obrazy bitew, chodzi do psychologa, który zaleca mu rozpoczęcie pisania bloga (jak nowocześnie!) w celu uporania się ze wszystkim, co go spotkało. Traktowany jak chory budzi współczucie, którego jednak nie potrzebuje. Watson nie potrzebuje też normalnego, cichego życia. Wbrew pozorom i schematowi lekarz wojskowy tęskni za wojenną zawieruchą, za akcją, adrenaliną, za tym, że był komuś potrzebny. Spotkanie z Holmesem jest więc dla niego wybawieniem i przede wszystkim dlatego toleruje bałaganiarstwo, dziwne, czasami dziecinne zachowania kompana. Obaj doskonale się uzupełniają.

Także postaci drugoplanowe są rewelacyjne: Rupert Graves jako detektyw Lestrade, Una Stubbs w roli Pani Hudson czy urocza Loo Brealey jako Molly. Rozczarował mnie jedynie Moriarty. Wiadomo, że w przyrodzie musi istnieć równowaga, chociaż w tym wypadku nie można mówić o opozycji Dobra i Zła, ponieważ Holmes nie jest Dobrym. Jednak jeśli chodzi o postać Moriarty’ego, to wyobrażałam go sobie jako mężczyznę o większej klasie.

Chociaż czytałam dopiero pierwsze opowiadanie z Sherlockiem Holmesem, jestem przekonana, że serial ma mnóstwo nawiązań przynajmniej do najważniejszych i najbardziej znanych utworów z cyklu Doyle’a. Już w A Study in Pink aż iskrzy od aluzji do A Study in Scarlet, zdarzają się nawet bardzo podobne cytaty. Poszukiwanie tych „smaczków” daje dodatkową przyjemność i sprawia, że filmy można oglądać wielokrotnie. Akcja wciąga od pierwszych minut i trzyma w napięciu do ostatnich chwil, w ogóle nie czułam tych dziewięćdziesięciu minut „odcinka” i w jedną noc obejrzałam wszystkie trzy filmy. Każdy jest rewelacyjny, oddaje klimat powieści i prawdziwego kryminału. Serial nie pozbawiony jest poczucia humoru, subtelnej (lub mniej) ironii, zwłaszcza w scenach interakcji Holmesa z innymi ludźmi. Człowiek tak spostrzegawczy, zwracający uwagę na najdrobniejsze szczegóły związane ze śledztwami, zdaje się nie dostrzegać, co się dzieje wokół niego, przez co rani ludzi. Mam wrażenie, że nie do końca jest takim nieczułym człowiekiem, że doskonale ukrył swoje emocje. Serial pokazuje to, czego nie widzieliśmy w żadnym innym filmie, czego można nie dostrzec w książkach. Pokazuje, jak osamotniony musi być człowiek tak całkowicie inny od większości, jak ciężko musiał znosić dzieciństwo, jaką musiał wytworzyć w sobie odporność wobec traktowania go jak wynaturzenie. Momentami Sherlock przypominał mi serialowego Dextera z pierwszego sezonu.


Serial jest również dopracowany pod względem scenografii, wspaniałych zdjęć Londynu, rewelacyjnych kostiumów (tu mam na myśli głównie Sherlocka, którego strój jest zawsze nienaganny i który, wybaczcie mi to, wygląda powalająco w idealnie skrojonych garniturach czy świetnym płaszczu). Tła dopełnia klimatyczna muzyka, mam wrażenie, że nawiązująca do filmu Ritchiego, w kompozycji Davida Arnolda (naczelny kompozytor ścieżki dźwiękowej do filmów o Jamesie Bondzie) i Michaela Price'a (spec od muzycznego nastroju we Władcy Pierścieni). Czy są jakieś wady? Owszem, największą jest przeciągnięte zakończenie, które nie trzyma w niepewności co do przyszłych wydarzeń. Pozostałe to już „wadki”, drobiazgi, które nie wpływają na przyjemność oglądania. Sherlock to pozycja obowiązkowa dla fanów Holmesa, ale również dla wszystkich, którzy lubią dobry kryminał i nieprzeciętnych bohaterów. Drugi sezon dopiero w przyszłym roku, ale warto czekać.

środa, 2 listopada 2011

Dzień dobry, panie Holmes! - "A Study in Scarlet", Arthur Conan Doyle, Penguin Books 1981


Zawsze lubiłam filmy z Sherlockiem Holmesem, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby sięgnąć do literackiego oryginału. Jednak po obejrzeniu Sherlocka Holmesa w reżyserii Guya Ritchiego, wokół którego krążyło wiele dyskusji na temat wierności lub nie utworom Arthura Conan Doyle’a, a także po przeczytaniu wciągającego Świata zaginionego stwierdziłam, że czas najwyższy poznać detektywa. Zaczęłam od pierwszej powieści, w którym Doyle powołał do życia Holmesa i Watsona – co więcej, postanowiłam zmierzyć się ze A Study in Scarlet po angielsku.

Nie wiem, jak odbierany jest Holmes w polskim tłumaczeniu, na mnie książka po angielsku zrobiła duże wrażenie. Przede wszystkim już od pierwszych stron widać, że ci, którzy twierdzą, że film Ritchiego ma niewiele wspólnego z literackim Sherlockiem, prawdopodobnie nigdy nie czytali książki, a opinię wyrobili sobie na podstawie wcześniejszych filmów. Doyle nie uczynił Sherlocka Holmesa grzecznym, starszym panem w śmiesznym kapelusiku, to mężczyzna w kwiecie wieku, nadzwyczaj inteligentny i ekscentryczny – Robert Downey Jr. jest idealnym, powtarzam, idealnym odtwórcą tej roli. Ale dość o filmie, czas na wrażenia z lektury.

John Watson powrócił do Londynu z wojny brytyjsko-afgańskiej z powodu ran odniesionych w bitwie pod Maiwandem. Poszukujący mieszkania chirurg wojskowy poznaje Sherlocka Holmesa, mężczyznę młodszego od siebie, charyzmatycznego i nieco dziwnego, ale budzącego sympatię. Panowie zostają współlokatorami (w późniejszym czasie również przyjaciółmi) i wówczas dr Watson dowiaduje się, że Holmes współpracuje z detektywami wszelkiej maści jako konsultant. Ma okazję również wziąć udział w jednym z mrocznych śledztw, z jakimi miała do czynienia londyńska policja – zamordowano mężczyznę, ale chociaż są ślady krwi, nie ma śladu ran na ciele, wskazówką może być słowo RACHE wymalowane krwią zmarłego na jednej ze ścian. Lekarz z fascynacją obserwuje poczynania Holmesa, który swoją przenikliwością, przebiegłością i brawurą góruje nad detektywami. Podczas gdy Sherlock Holmes rozwiązuje kolejne elementy dziwnej układanki, Watson rozwiązuje zagadkę Sherlocka Holmesa. Czytelnik otrzymuje dokładny opis wyglądu detektywa, jego charakteru i wszechstronności. Watson skrupulatnie notuje również wszelkie wyjaśnienia składane przez Holmesa w sprawie morderstwa. Nie jest jednak biernym obserwatorem, udaje mu się od czasu do czasu zrównać z myślami detektywa, chociaż jego największą pomocą jest rozmowa z Holmesem, pozwalająca bohaterom dojść do poszczególnych wniosków. Kto jest mordercą, czytelnik dowiaduje się tak nagle, że przez kilka chwil nie wie, co się wydarzyło, a już w ogóle nie ma pojęcia, podobnie jak wszyscy poza Holmesem, skąd pewność, że wskazany przez detektywa człowiek jest mordercą.

Odpowiedzi nie otrzymujemy od razu. Doyle zaskoczył ponownie – w momencie kiedy Holmes objawia mordercę, kończy się pierwsza część powieści. Druga część przenosi czytelnika kilkadziesiąt lat wstecz, autor raczy go historią poprzedzającą makabryczne wydarzenia, po czym ponownie powraca do właściwego toku akcji. Ta część najmniej mi się podobała i irytowało mnie oczekiwanie na poznanie rozwiązania zagadki, co paradoksalnie doprowadziło mnie do znudzenia fabułą. Z trudem przebrnęłam przez historię amerykańskich kolonistów-mormonów, melodramatyczne love story, by już z mniejszym entuzjazmem powrócić do relacji Watsona. Ten nagły zwrot akcji nie przemówił do mnie, zdaję sobie jednak sprawę z ówczesnej konwencji.

Mimo to książka zachwyciła mnie stylem Doyle’a, który rewelacyjnie oddaje klimat XIX wieku w zachowaniach ludzi, ówczesny język urzeka poetyckością i nie sprawia trudności w odbiorze, jak się tego obawiałam. Dbałość autora o szczegóły w opisach ludzi, krajobrazów, poszczególnych elementów zbrodni jest powalająca. Godna podziwu jest także jego znajomość i odzwierciedlenie stylizacji dla różnych warstw społecznych – miejski slang czy specyficzny styl wypowiedzi amerykańskich traperów był dla mnie najtrudniejszy do zrozumienia. Klimat powieści dopełnia lekko ironiczny humor, z jakim autor przedstawia policyjnych detektywów czy pracę ówczesnej prasy, która goniła za sensacją i przeinaczała fakty tak samo jak dzisiaj. W styczniu 2012 roku do polskich kin zawita Sherlock Holmes: A Games of Shadows, na co już nie mogę się doczekać. A z literackim Holmesem również spotkam się jeszcze nie raz.

sobota, 29 października 2011

O ludzkim mózgu

[...] a man's brain originally is like a little empty attic, and you have to stock it with such furniture as you choose.
Arthur Conan Doyle, A Study in Scarlet, Penguin Books 1981. 

niedziela, 23 października 2011

O geniuszu

To a great mind, nothing is little.
Artur Conan Doyle, A Study in Scarlet, Penguin Books 1981.

Trailer "Sherlock Holmes: A Game of Shadows" - będzie wybuchowo!

Od kilku dni można obejrzeć najnowszy trailer drugiej części Sherlocka Holmesa. Sherlock Holmes: A Game of Shadows zapowiada się równie widowiskowo i rewelacyjnie co pierwsza część. Oprócz Roberta Downeya Jr., Jude'a Law, Rachel McAdams oraz Kelly Reilly zobaczymy Noomi Rapace (główna bohaterka filmowego i serialowego cyklu Millenium na podstawie powieści Stiega Larssona) jako Sim oraz Jareda Harrisa w roli Moriarty'ego. Światowa premiera w grudniu tego roku, w Polsce film ukaże się w styczniu 2012 roku.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Nowy Sherlock Holmes

W tym roku mija 81. rocznica śmierci Artura Conan Dyole'a. Pamięć twórcy nieśmiertelnego Sherlocka Holmesa postanowił uczcić Anthony Horowitz (autor jest najbardziej znany i ceniony za książki dla dzieci z cyklu Księgi Pięciorga, wydawane również w Polsce, prywatnie wielki fan twórczości Conan Doyle'a) powieścią The House of Silk. Narratorem będzie dr Watson, który już na emeryturze i rok po śmierci swojego przyjaciela i mentora opisuje jedną z najbardziej wstrząsających spraw, jaką mieli okazję razem rozwiązać.

Wiadomość o ukazaniu się powieści wywołała prawdziwe poruszenie w mediach i wśród wielu fanów Holmesa. The House of Silk będzie bowiem pierwszą od niemal stu lat, autoryzowaną przez spadkobierców Conan Doyle'a, powieścią o Sherlocku Holmesie.

[źródło: The Guardian]

sobota, 19 lutego 2011

Inny niż wszyscy - "Sherlock Holmes", scenariusz: Michael Robert Johnson, Anthony Peckham, Simon Kinberg, reżyseria: Guy Ritchie, 2009

Tym, którzy nie czytali książek o Sherlocku Holmesie, jego postać kojarzy się z filmowym wizerunkiem, konsekwentnie kreowanym przez wszystkich reżyserów jako starszego, statecznego mężczyzny z fajką i w śmiesznej czapce z dwoma daszkami, który ze stoickim spokojem rozwiązuje kolejne zagadki kryminalne, wyjaśniając reguły dedukcji niezbyt rozgarniętemu doktorowi Watsonowi. W produkcji Guya Richiego mistrz i jego uczeń stają się równoległymi partnerami i lojalnymi przyjaciółmi, w żaden sposób nie przypominając filmowych poprzedników, a bardziej upodabniając się do książkowych pierwowzorów.

Najnowszy Sherlock Holmes to najlepszy film 2009 roku, a także jeden z najlepszych, jakie oglądałam kiedykolwiek. Nie ma w tym obrazie nic, co by mi się nie podobało, poczynając od scenariusza, przebiegu fabuły, zdjęć, gry aktorskiej, a na muzyce kończąc. Po fenomenalnym Przekręcie to kolejna genialna produkcja Ritchiego, zawierająca wszystko, co cenię w jego twórczości – żywą i wartką akcję, realność scen walki, charakterystyczne zabiegi typu slow motion. Współgra z tym doskonała praca scenarzystów, którzy postarali się o zabawne, prawdziwe i niebanalne dialogi, nadające każdej postaci jej własny charakter.

Rewelacyjny Robert Downey Jr wszedł na wyżyny swego wybitnego talentu. Przez lata nieco zapomniany i odtrącony przez swoje uzależnienia, teraz znowu znalazł się w gronie najlepszych aktorów. Jego notoryczny, ekscentryczny Sherlock Holmes zachwyca ponadprzeciętną inteligencją i niekonwencjonalnymi metodami postępowania, bawi bezczelnym poczuciem humoru, ujmuje lojalnością wobec swego najdroższego przyjaciela. Ten ostatni dzielnie dotrzymuje kroku szalonemu, uwielbiającemu eksperymenty detektywowi. John Watson w kreacji Jude’a Lowa jest przeciwieństwem Holmesa, to człowiek bardziej wyważony, opiekuńczy względem kompana, nie ustępujący mu jednak inteligencją czy nawet rozsądkiem, mający własne tajemnice. I chociaż głównym wątkiem filmu jest walka z lordem Blackwoodem, to równorzędnym elementem staje się przyjaźń dwóch mężczyzn, prawdziwa więź wystawiona na próbę pojawieniem się kobiety, dla której Watson postanawia zrezygnować z ekscytującego, ale niebezpiecznego trybu życia, co oznacza również ograniczenie kontaktów z Sherlockiem.
Najlepszy filmowy duet męski
Wspomniany lord Henry Blackwood jest idealnym złoczyńcą i nie razi jego schematyczność. To niewątpliwie zasługa Marka Stronga, który nadał stereotypowym cechom złego charakteru wyrazistość. Ambitny, żądny władzy Blackwood swoim sprytem i wyrachowaniem fascynuje na równi z postacią Sherlocka, co tylko udowadnia, że w przyrodzie musi istnieć równowaga – wielki bohater nie może istnieć bez wielkiego zła. Rozumie to Blackwood, zdaje sobie z tego również sprawę Sherlock.
Rewelacyjny jako Septimus w Gwiezdnym pyle Mark Strong
coraz częściej gości na ekranach kin.
Film Ritchiego to nie tylko przygoda, kryminał, to także nietypowa opowieść miłosna na dwóch frontach. Z jednej strony widzimy uczucie Watsona i Mary Morstan, granej przez uroczą Kelly Reilly, z drugiej strony obserwujemy skomplikowane relacje Sherlocka i pięknej Irene Adler (Rachel McAdams). Kobiety w Sherlocku Holmesie nie są jednak urozmaiceniem tła, ofiarami złoczyńców ani nagrodami dla dzielnych bohaterów. To niezależne i znające swoją wartość damy, które siłą charakteru i sprytem dorównują, a zdarza się, że i przewyższają, swoich ukochanych. Irene jest inteligentną oszustką, posiadającą więcej przebiegłości niż posiada w sobie Holmes, świadomą swojej przewagi i umiejętnie wykorzystującą słabe punkty detektywa przeciwko niemu. Ona jedyna zdołała go przechytrzyć, co jest jedną z przyczyn, dla których tak Holmesa pociąga, ale też jest jedyną kobietą, której naprawdę na nim zależało i nadal zależy. Zupełnym przeciwieństwem wydaje się być Mary, wyważona i skromna nauczycielka, jednak i ona okazuje się skałą, której nie skruszy aroganckie, zazdrosne zachowanie Sherlocka. Jest lojalna wobec Johna, potrafi walczyć o swoje, słusznie jej należne, miejsce partnerki u boku doktora.
Kwiaty sobie wzięła sama...
Niech Was nie zwiedzie ten łagodny uśmiech, Mary to prawdziwy wojownik
Akcja filmu osadzona jest w XIX-wiecznym Londynie, którego gotycki klimat oddany jest za pomocą przepięknych ujęć Phillipe’a Rousselota, oszczędnych w kolorystycznej stylistyce, znacznie wspomaganych przez grafikę komputerową. Obraz uzupełniają cieszące oko stroje z epoki i dekoracje wnętrz. Kropką nad i jest genialna oprawa muzyczna w kompozycji Hanza Zimmera, całkowicie inna od jego znanych motywów, nierozerwalnie kojarząca się z filmem, chociaż stanowiąca radość dla ucha również poza nim. Kto jeszcze Sherlocka Holmesa nie widział, niech nie zwleka. Obecnie kontynuacja przygód detektywa jest w post produkcji (premiera w tym roku). W niej to sławny detektyw stanie oko w oko ze swoim najzagorzalszym wrogiem, doktorem Moriartym. Już nie mogę się doczekać i tym razem wybiorę się do kina.

wtorek, 19 stycznia 2010

A jednak Doylowski?

W Esensji zamieszczona została recenzja najnowszego filmu Guya Ritchiego. Tekst Konrada Wągrowskiego różni się od oceny filmu Rafała Świątka, o której wspominałam kilka dni temu, przede wszystkim wskazuje podobieństwa między bohaterem filmowym a wytworem Conan Doyle'a. Co recenzent to opinia, a ja jestem coraz bardziej zaintrygowana...

piątek, 15 stycznia 2010

Dwóch różnych Holmesów

Znowu linki do recenzji w Rzeczpospolitej, tym razem dotyczące filmu Guya Ritchiego oraz książki Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana. Pierwsze to podejście niekonwencjonalne, drugie ma już więcej wspólnego z postacią Conan Doyle'a.