Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przedksiężycowi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przedksiężycowi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

I staniesz się bogiem - "Przedksiężycowi", tom III, Anna Kańtoch, Powergraph 2013

Trzeci tom Przedksiężycowych, najbardziej chyba ciekawej trylogii, z jaką miałam do tej pory do czynienia, ukazał się z początkiem grudnia. Od razu zabrałam się za lekturę, jednak pisanie o tej części przychodzi mi niezwykle trudno. Anna Kańtoch umieściła bowiem w książkach tyle szczegółów, że spamiętanie ich wszystkich i złożenie w całość nie było łatwym zadaniem. Wiem, że za jakiś czas ponownie po nie sięgnę i wtedy, mam nadzieję, każdy fragment układanki trafi na swoje miejsce. Tym bardziej ciężko pisać o trzecim tomie, że styl autorki pozostaje niezmienny (czyli wciąż jest bardzo dobry), a świat został już na tyle rozbudowany, że nie pozostało tu nic do dopisania. Skupić się więc można na fabule i bohaterach, choć na tej pierwszej też nie za bardzo, aby nie zdradzić zbyt wiele.

Ostatnia część Przedksiężycowych składa wszystkie rozproszone wątki w zwartą całość, wyjaśnia motywy bohaterów, by dać czytelnikowi całkiem spektakularny finał. Główny zwrot fabuły jest zaskakujący, z pewnością nic, z czym czytelnik spotkał się w trakcie lektury, nie stanowi jasnej wskazówki. W tej powieści świat i miasto przestają być istotne, wszystkie wydarzenia prowadzą prosto do nieuchronnego końca, nie ma tu już miejsca na tajemnice i pokręcone zwroty akcji. Jedyną prawdziwą niespodzianką jest Kaira, która w tej części ma już w pełni ukształtowany charakter i nie przypomina w żadnym stopniu tej kruchej, zagubionej istoty, jaką poznajemy w pierwszym tomie. Rozczarował mnie natomiast Finnen, którego przemiana tak naprawdę w żaden sposób nie zmieniła, a jego przewrotna lojalność wobec Kairy jest mało wiarygodna. Nie są to jednak bohaterowie, nad których losem specjalnie się pochylałam w czasie przygody, jaką zafundowała autorka. Bardziej przejęła mnie walka kapitan Tellis i jej oddanego partnera, ten wątek jest jednym z lepszych, z jakimi się spotkałam w ogóle.

Mam wrażenie, że im więcej postaci pojawia się w powieści Anny Kańtoch, tym mniejszą autorka ma nad nimi kontrolę, nie prowadzi ich równomiernie – jeszcze pierwszoplanowi Kaira i Finnen są skrupulatnie oddani, natomiast już drugo-, trzecio-, czwarto planowi i dalsi są bardzo zróżnicowanie opisani, zdecydowanie można wychwycić „faworytów”, którzy zostali najlepiej oddani i budzą jakieś emocje. Daniel Pantalekis, Niraj/Unaj, kapitan Tellis, Mahameni. Brin Issa stracił moje zainteresowanie już w drugiej części, chociaż w pierwszym zapowiadał się na naprawdę złą i wyrachowaną, wyzutą z wszelkich uczuć kreaturę. Imion jego rodzeństwa nawet nie pamiętam, nie mówiąc o pozostałych bohaterach. Te postacie w żaden sposób mnie nie wzruszyły, związane z nimi poboczne wydarzenia nie zatrzymały się na dłużej w mojej pamięci. Ponieważ dla mnie sposób prowadzenia bohaterów i to, żeby mnie w jakiś sposób zatrzymali przy sobie, jest ważny, ta warstwa pozostanie w Przedksiężcyowych rozczarowaniem. Na szczęście to tylko jeden element, pozostałe są bez zarzutu.

Mimo pewnych luk pamięciowych i niezbyt przekonywujących ról zapadłam się w lekturę ostatniego tomu dosyć szybko. Kolejne słowa pochłaniałam z niezrównanym przyspieszeniem, byleby jak najszybciej znaleźć rozwiązania, wychwytując każdą z odpowiedzi na wcześniej zadane pytania. Przedksiężycowi to dobra trylogia, wbrew rozbiciu szczegółów, zwarta i logiczna, intrygująca, trzymająca w napięciu. Nie ma tutaj niepotrzebnych dłużyzn, wątków, a to moim zdaniem spory sukces – nie rozciągać fabuły o historie, które nie mająwiększego znaczenia i nawet pośledniego związku z główną osią wydarzeń. Aby jednak w pełni czerpać przyjemność z lektury Przedksiężycowych, warto przeczytać wszystkie tomy po kolei, jak jedną powieść, do czego serdecznie zachęcam.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.


środa, 30 października 2013

Książki i filmy na listopadowe wieczory

KSIĄŻKI
Tytuł: Ziemiomorze
Autor: Ursula Le Guin
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 4 listopada 2013 r.

Kiedyś próbowałam przeczytać Czarnoksiężnika z Archipelagu, jednak wydał mi się straszliwie nudny. Oglądałam miniserial i ten też nie wzbudził we mnie większych emocji. Ale to było lata temu, a że ostatnio przekonuję się, że są książki, które mogą nie być dla mnie odpowiednie w danym momencie, aby za jakiś czas mi się spodobać, to sięgnę po cykl Ursuli Le Guin, tym bardziej, że jej inne powieści wspominam bardzo dobrze.
Po raz pierwszy w jednym tomie!

„Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin to jeden z najznakomitszych cykli literatury fantasy, porównywany z dziełami J.R.R. Tolkiena czy C.S. Lewisa. Opisuje malowniczy świat pełen wysp, smoków i tajemnic, w którym najważniejsza jest równowaga między tworzącymi go siłami. Głównym bohaterem serii jest czarnoksiężnik Ged; poszczególne części opowiadają jego losy – od najmłodszych lat i pierwszych kroków stawianych w świecie magii, aż po czasy gdy zaczęła się ona stawać niebezpiecznym narzędziem w rękach zła.
Ged, którego Ziemiomorze na zawsze zapamięta jako Krogulca, zostaje wysłany na wyspę Roke, aby tam zgłębiać czarnoksięską sztukę. Jest obdarzony niezwykłymi magicznymi zdolnościami, więc po latach nauki zostaje Arcymagiem, który będzie musiał pomóc Najwyższej Kapłance Archipelagu – Tenar – uciec z labiryntu ciemności.
Niestety, wraz z upływem lat równowaga Ziemiomorza zacznie się chwiać coraz bardziej, a prawdziwa magia i pradawne zwyczaje coraz częściej wykorzystywane będą przez mroczne siły zła i śmierci…
Saga o Ziemiomorzu to opowieść o dojrzewaniu, o wyzbywaniu się młodzieńczej pychy i ducha rywalizacji, dorastaniu do wewnętrznej harmonii i mądrości, ale też zrozumienia ograniczoności ludzkich działań. Im większa moc i im większa władza, tym większa odpowiedzialność – przestrzega Le Guin.
— „Wysokie obcasy”
Potrzebowałam sześciu książek i trzydziestu lat życia, by opowiedzieć historię Geda i Tenar. W tym czasie nieustannie dowiadywałam się czegoś nowego o krainach i ludach Ziemiomorza – bo wszystkie przygody i odkrycia bohaterów były też moimi przygodami i odkryciami. (…) I oto wreszcie macie przed sobą ukończoną historię. Oby lektura sprawiła wam równie wielką przyjemność, jak mnie jej pisanie!
— Ursula K. Le Guin
Tytuł: Tajemnica diabelskiego kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Data premiery: 6 listopada 2013 r.

Ania Kańtoch wraca do korzeni kryminalnych, tym razem w powieści dla młodzieży. To jest to, czego potrzebuję na jesienne dni. Ciekawa jestem, na ile pisarka jest inna w podejściu do młodych odbiorców, czy jej bohaterowie i fabuła również będą się różnić od opowiadań i powieści dorosłych.
Nie każdy zostaje wybrany przez anioły i zaproszony przez nie na tajemnicze wakacje w klasztorze znajdującym się w niewielkiej miejscowości Markoty. Tak się składa, że przydarzyło się to trzynastoletniej Ninie. Nie bardzo wie jednak, dlaczego – jest przecież bardzo zwyczajną dziewczyną. Czy aby na pewno?
Tytuł: Wiedźmin. Sezon burz
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: SuperNOWA
Data premiery: 6 listopada 2013 r.

Kiedy kilka dni temu gruchnęła wieść, że pojawi się kolejna książka ze świata o Wiedźminie, podchodziłam do niej z zadziwiającym spokojem i może lekkim rozczarowaniem brakiem konsekwencji autora. Ale teraz... Przecież to Geralt, Jaskier, Yennefer! Cieszę się, niezmiernie się cieszę, że jednak pisarz się złamał i będę miała szansę powrócić do wiedźmińskiego świata.
Oto nowy Sapkowski i nowy wiedźmin. Mistrz polskiej fantastyki znowu zaskakuje. „Sezon burz” nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi.

„Nigdy nie mów nigdy!” W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta – bard i poeta Jaskier – oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze. I tak przez 404 strony porywającej lektury.
„Wiedźmin. Sezon burz” to w wiedźmińskiej historii rzecz osobna, nie prapoczątek i nie kontynuacja. Jak pisze Autor: Opowieść trwa. Historia nie kończy się nigdy…
Tytuł: Przedksiężycowi, tom III
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Data premiery:  29 listopada 2013 r.

Ostatnia część trylogii ma się ukazać z końcem listopada, mam nadzieję, że termin się nie przedłuży i będę mogła w końcu uzyskać odpowiedzi na dręczące mnie pytania z tomu pierwszego i drugiego.

FILM

Tytuł: Thor. Mroczny świat
Scenariusz: Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McFeely
Reżyseria: Alan Taylor
Data premiery: 8 listopada 2013 r.

Kontynuacja plastikowej produkcji, którą nie byłam zachwycona. Czy pójdę do kina, nie wiem, bilety drogie teraz, sam film to czysta, bezmyślna rozrywka (przynajmniej tak odebrałam pierwszą część), a ja obiecałam sobie nie wydawać pieniędzy na głupoty. No ale może się skuszę w jakiejś promocji.
Thor próbuje zaprowadzić porządek w kosmosie, ale starożytna rasa, dowodzona przez mściwego Malekitha powraca, by zepchnąć wszechświat w ciemność.
Tytuł: Adwokat
Scenariusz: Cormac McCarthy
Reżyseria: Ridley Scott
Data premiery: 16 listopada 2013 r.

To może być jeden z lepszych filmów roku... Dobra, nie nastawiam się, bo najlepiej to nie mieć żadnych oczekiwań. No ale Michael Fassbender w roli głównej... Nie, nie, bez oczekiwań...
Cieszący się powszechnym szacunkiem prawnik ze wszystkich sił stara się wyplątać z narkotykowego biznesu, który miał być dla niego krótką przygodą. 
Tytuł: Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia
Scenariusz: Simon Beaufoy & Michael Arndt
Reżyseria: Francis Lawrence
Data premiery: 22 listopada 2013 r.

Jakiś czas temu obejrzałam pierwszą część i film mi się podobał, zwłaszcza to, jak grała w nim Jennifer Lawrence. Z pewnością obejrzę również kontynuację.
Katniss i Peeta odbywają obowiązkowe Tournee Zwycięzców, kiedy dowiadują się o fali zamieszek, do których przyczynił się ich zuchwały czyn.

wtorek, 2 lipca 2013

Tajemnica tajemnicę tajemnicą pogania - "Przedksiężycowi", tom II, Anna Kańtoch, Powergraph 2013

Na drugi tom Przedksiężycowych Anna Kańtoch kazała długo czekać. Były nawet obawy, że kontynuacja się w ogóle nie ukaże. Na szczęście pisarka przeszła do Powergraphu i zarówno pierwsza, jak i druga część powieści trafiła w kwietniu do rąk czytelników (niektórym szczęśliwcom w marcu). Sądziłam, że w kolejnym tomie uzyskam odpowiedzi, może nie wszystkie, ale przynajmniej kilka na najważniejsze dla mnie pytania, że chociaż trochę rozjaśni się tajemnica Przedksiężycowych. A gdzie tam! Autorka tylko jeszcze bardziej zapaliła moją ciekawość, tak, że już nie mogę się doczekać trzeciego tomu (który ma się ukazać w sierpniu, dopiero w sierpniu!).

Druga część zdecydowanie trzyma poziom, właściwie nie można wiele więcej powiedzieć, poza tym, że Kańtoch stosuje tę samą co poprzednio metodę odkrywania fabuły po kawałeczku, dokłada kolejne puzzle do i tak już potężnej układanki, a czytelnik musi ciągle się mieć na baczności, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie dany szczegół okaże się istotny. To oczywiście nieprawda, że pisarka nie udziela odpowiedzi na pytania. Udziela, owszem, ale są one tak cząstkowe, że nie można zbudować wokół nich kontekstu i koniec końców czytelnik wraca do punktu wyjścia. Jak choćby wtedy, kiedy czytelnik dowiaduje się, że zniszczenie Archiwów ma połączyć i ocalić wszystkie światy oraz zlikwidować Skoki, ale taka wiedza nie zdaje się na wiele, gdy nie wiadomo, dlaczego akurat Archiwa są takie ważne. Autorka do perfekcji opanowała sztukę podobnego drażnienia czytelnika, wodzenia go za nos, dając, jednocześnie nie dając wskazówek, tych pozornie nieistotnych detali, które okazują się ważne wiele stron dalej. Jestem jednak pewna, że warto tę wiedzę gromadzić, że w którymś momencie zapali mi się w mózgu żaróweczka i doznam olśnienia. Prawda?

Drugi tom, oprócz wyraźnego już głównego wątku, rozwija poboczne historie, dowiązując kolejne motywy, niczym pajęczą sieć. Kańtoch wyprowadza na scenę kolejnych bohaterów, wśród których moją ulubienicą stała się kapitan Tellis i jej prywatne śledztwo w sprawie innej mojej ulubionej postaci. Przyznam, że te właśnie fragmenty są najciekawsze i najbardziej wciągające w całej opowieści, może dlatego, że autorka ma niezwykły talent do snucia detektywistycznych wątków. Coraz lepiej poznajemy też samo Lunapolis, które jest przecież jednym z kluczowych bohaterów, coraz sugestywniej pokazywana jest beznadziejność ludzkiej tu egzystencji, która okazuje się nie mieć tak naprawdę znaczenia. Ciągła pogoń za doskonałością, wieczną młodością, bogactwem zostaje tu jeszcze silniej skontrastowana z ubóstwem i wszędzie czającą się śmiercią przeszłych światów. Samo teraźniejsze Lunapolis się zmienia, jego mieszkańcy zaczynają mieć dość władzy niewidocznych, powątpiewać w ich istnienie i prowokować. W jakiś sposób te dwie rzeczywistości mogą być metaforą naszego życia, o ile można by było się jakichkolwiek upatrywać w powieści, nie jest to jednak metafora moralizująca.

Kolejne cząstki fabuły, którymi tak oszczędnie szafuje pisarka, wydają się nie mieć większego sensu jako całość. Cały czas zastanawiam się, w jaki sposób zostaną połączone, co będzie tu spoiwem i czy Ani Kańtoch uda się pozamykać wszystkie historie, zwłaszcza, że sporo ich znajduje się we fragmentarycznych (jakżeby inaczej!) interludiach. Jedyny motyw, jaki mi tu w ogóle nie pasuje i jaki mnie drażni, to ten romantyczny między Kairą i Finnenem. Już w pierwszym tomie autorka daje pewne sygnały, w drugiej części autorka również daje do zrozumienia, że między tym dwojgiem coś się dzieje. Niestety nie wyczuwa się tu żadnej chemii, wręcz relacja Kairy i Finnena jest wymuszona, wyrachowana nawet – on za wszelką cenę pragnie być częścią historii, którą tworzy Kaira, ona traktuje go jak narzędzie do osiągnięcia celu. I to jest oczywiste i jasne, nie ma tu miejsca na jakiekolwiek romantyczne zrywy serc, które nijak nie są prawdziwe.

Drugi tom, podobnie (a może nawet gorzej) niż pierwszy, pozostawił mnie we mgle, ciągle gęstej, bez szansy na ustalenie kierunku drogi. Chociaż na kilka pytań uzyskałam odpowiedzi, to w ich miejsce powstało tysiące kolejnych. Książka pozostawiła mnie z ogromnym niedosytem i doprawdy z trudem wyczekuję do ukazania się ostatniego tomu. Jeśli nie chcecie czuć się podobnie, radzę poczekać do sierpnia i wtedy usiąść spokojnie i przeczytać wszystkie tomy od razu.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

"Przedksiężycowi" going twice! - "Przedksiężycowi", tom I, Anna Kańtoch, Powergraph 2013

Kiedy trzy lata temu po raz pierwszy ukazała się powieść Anny Kańtoch, odebrałam ją tak. Teraz prezentuję drugą recenzję pierwszego tomu Przedksiężycowych, którzy już w całości ukażą się w Powergraphie.

Nie przepadam za trylogiami, nie gustuję w cyklach, a już w szczególności nie cierpię wielotomowych sag. Dlaczego? Autorom nie udaje się mnie zaskakiwać, podtrzymywać w napięciu, opowiadane przez nich historie stają się nudne i powtarzalne, a główny wątek (główne wątki) przestaje być interesujący. Albo wręcz odwrotnie – motywów, bohaterów jest tak dużo, że ciężko nadążyć kto, co, jak i dlaczego. Stąd rzadko sięgam po książki, w których opowieść jest rozpisana na więcej niż jeden tom. Wyjątek zrobiłam dla kilku pisarzy – Andrzeja Sapkowskiego, Jarosława Grzędowicza, Bernarda Cornwella. I teraz Anny Kańtoch i jej Przedksiężycowych. Ta drobna i niepozorna kobieta potrafi diabelsko dobrze stopniować napięcie i przekazywane informacje, dzięki czemu nie jestem w stanie się oderwać od żadnej z jej opowieści, kiedy się w nią już „wgryzę”. Co ciekawe, w pierwszym tomie trylogii nie otrzymałam ich prawie wcale, więcej tu pytań niż odpowiedzi, to zaledwie wprowadzenie do prawdziwej fabuły. A i tak czyta się je z zapartym tchem.

Lunapolis jest ostatnim miastem na planecie niewiadomej nazwy, w którym władają tajemniczy Przedksiężycowi, uznani za bogów, chociaż nikt nie wie, kim są i czy w ogóle istnieją. Mieszkańcy metropolii nie mają jednak czasu, aby się trudzić polityką. Są skupieni na swoim życiu, na ciągłym udoskonalaniu swych ciał i dusz z pomocą specjalistów od genetycznych modyfikacji. Wierzą i są w tej wierze wychowywani, że to uchroni ich przed pozostaniem w gnijącej przeszłości podczas kolejnych Skoków ku Przebudzeniu. Ta jedna chwila decyduje o ich być albo nie być – szczęśliwcy pozostają w pięknym, pozbawionym śmieci i śmierci Lunapolis, podczas gdy inni muszą czekać na powolną agonię w Lunapolis przeszłym, gdzie pozostał wszelki brud, gnije żywność, rozwijają się choroby i ludzie przestają być ludźmi. Mieszkańcy teraźniejszego miasta żyją chwilą, zarabiają na kolejne genetyczne zmiany, aby stawać się coraz doskonalsi. Dzieci nie rodzą się naturalnie, a są produkowane i wyposażane w zestaw genów, na jaki stać ich „rodzicieli”. Nie ma tu miejsca na prawdziwe uczucia, ludzie nie wiążą się ze sobą, a tylko bawią w zakochanych, z wyrachowaniem i bolesną świadomością niestałego losu. W tej krainie niby-anarchii rządzi jednak przewrotne prawo, które skazuje ludzkie dusze na więzienie w ciele maszyny, co paradoksalnie staje się dla nich jedyną szansą na dotrwanie do Przebudzenia.

W takiej scenerii czytelnik poznaje bohaterów, którzy budzą różne, często sprzeczne ze sobą emocje. Autorka ma niezwykłą umiejętność do przedstawiania swoich postaci w sposób bezstronny, z dystansem, zupełnie jakby nie ona ich tworzyła, a sami się powołali do istnienia. Jednych się lubi, innych nienawidzi, jeszcze inni są irytujący, ale intrygujący zarazem, a do niektórych się nic nie odczuwa. Wraz ze zmianami zachodzącymi w postaciach, zmieniają się też czytelnicze emocje w stosunku do nich. Chociaż to Finnen i Kaira zdają się grać pierwsze skrzypce, to na scenie o wiele wyraźniejsi byli dla mnie zagadkowy, hipnotyzujący Brin Issa, jego małomówny syn Niraj czy Daniel Pantalekis. Tak, zwłaszcza ten ostatni rzucał mi się w oczy, ponieważ on jako jedyny wydał mi się najbardziej prawdziwy, najbardziej podobny do mojego gatunku w przeciwieństwie do lunapolijczyków. I uwierzcie mi, nie tylko Jacques Diot chciał zabić Daniela Pantalekisa.

Kańtoch przedstawia wykreowany przez siebie świat wiszącego miasta Lunapolis, najważniejszych bohaterów historii, zarysowuje główne wątki (przynajmniej część), w których będą brali udział. I właściwie to wszystko, co dla niektórych wyda się za mało godne uwagi, a innym wielce interesujące. Ja zaliczam się do tych drugich, w mojej głowie zrodziło się mnóstwo pytań. Najciekawsze jest jednak to, że najmniej mnie obchodziło, kim są Przedksiężycowi. O wiele bardziej interesujące stały się dla mnie zamiary Brina Issy, co powoduje i jak się zaczęły Skoki, co tak naprawdę decyduje, kto zostanie, a kto trafi do przeszłości, bo jak się okazuje nawet najlepiej zmodyfikowani nie mogą mieć pewności przetrwania. Ci, którzy oczekują wartkiej akcji, miliona wydarzeń zmieniających jej zwrot, wielkich emocji czy problemów, mogą się rozczarować. Natomiast powieść spodoba się wielbicielom zagadek, powolnego rozbudowywania kreowanego świata, intrygujących postaci, o których dowiedzą się niewiele lub prawie nic.

Specyficzny styl i sposób budowania historii przez autorkę sprawia jednak, że nie jest to książka, w którą się od razu „wsiąka”. Oszczędnie dawkowane informacje, a raczej ich brak mogą powodować trudności w przebrnięciu przez pierwsze kilkanaście stron. Ale kiedy to już się uda… Nie jest to książka, którą można czytać na raty. Jeśli tak do niej podejdziecie, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie odłożycie ją i nie wrócicie do niej więcej. Przedksiężycowi to bowiem powieść wymagająca, przeplatana mnóstwem drobnych szczegółów i szczególików, które pozornie nie mają znaczenia, a w dalszym toku akcji okazują się często kardynalne dla fabuły. Dlatego trzeba i warto poświęcić tej książce więcej czasu pół godziny czy godzina w ciągu dnia. Najlepiej się z nią zamknąć w czterech ścianach na co najmniej kilka godzin, tak aby przeczytać ją w całości.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 28 kwietnia 2009

Doskonal się albo giń - "Przedksiężycowi", t. I, Anna Kańtoch, Fabryka Słów 2009

Anna Kańtoch to zdecydowanie oryginalna autorka. I bardzo zdolna. Chociaż dopiero zaczyna (2 tomy opowiadań, 2 powieści), zdążyła już zdobyć uznanie nie tylko fanów, ale i kolegów z fantastycznego światka. Kańtoch jest także jedną z moich ulubionych pisarek. Dlatego nie wahałam się ani chwili przed kupnem "Przedksiężycowych" i, jak zwykle, nie żałuję.

Lunapolis - miasto, którego mieszkańcy dążą do doskonałości za wszelką cenę. Celem jednak nie jest doskonałość sama w sobie, ale ich życie. Ci bowiem, którzy zostaną uznani przez Przedksiężycowych za nieprzygotowanych lub niegodnych Przebudzenia, zostają w przeszłości w wyniku odbywających się co jakiś czas Skoków. Tam nie pozostaje im nic innego, jak gnicie wśród rozpadającego się dawnego miasta. Lunapolis to świat, w którym nie liczy się nic, oprócz przetrwania i... zabawy. Nie ma tu miejsca na przyjaźń, miłość, wzajemną pomoc. Jest natomiast zatracenie w seksie, alkoholu, narkotykach. Popularną rozrywką są także wyprawy w przeszłe światy - niektórzy wybierają się tam z ciekawości, nieliczni z chęcią pomocy, wielu na polowania, bo przecież ci ludzie to już żywe trupy, więc dlaczego nie skrócić ich cierpienia? Przyjemne z pożytecznym. Jak bardzo Lunapolis przypomina nasz własny świat...

Nikt tak naprawdę nie wie (czytelnik również), czym jest Przebudzenie i kim są Przedksiężycowi. Strach przed odrzuceniem jest jednak tak wielki, że wypiera całą świadomość i tylko nieliczni zastanawiają się nad sensem istniejącego systemu i dostrzegają jego braki. Powodowani walką o przetrwanie mieszkańcy Lunapolis wydają każde pieniądze na kolejne genozmiany. Dzieci nie rodzą się w naturalny sposób, są produktami duszoinżynierów, mieszankami określonych cech, wykupywanych przez rodziców zależnie od stopnia zamożności. Nawet to jednak nie daje gwarancji na dotrwanie do Przebudzenia. Ludzie, doskonaląc się genetycznie, zatracają własne człowieczeństwo. Zdarza się też tak, że genozmiany stają się celem samym w sobie (Brin Issa, ojciec Kairy).

Kańtoch wprawnie posługuje się sugestywnym, plastycznym opisem swojego miasta. W ogóle, zauważyłam panującą modę na miasta "wiszące", budowane z przedziwnych konstrukcji o dziwnych nazwach (Scott Lynch i jego Camorra, i tak, niestety Alan Campbell i jego Deepgate). Lynchowi i polskiej autorce zdecydowanie wychodzi to lepiej, czytelnik z łatwością potrafi to sobie wyobrazić. Zwłaszcza jeśli chodzi o Lunapolis z przeszłości - odczuwa się duszną atmosferę rozkładu, mroczną beznadziejność. "Przedksiężycowi" to nie jest już fantasy, książkę określiłabym bardziej jako s-f w stylu retro (wynalazki, latające machiny, mechanoidy, duszoinżynierowie, a jednak wszystko utrzymane w kolorze sepii). Akcja "Przedksiężycowych" od razu niemal nasunęła mi skojarzenia z filmem "Equilibrium", nie tylko przez nazwę jednej z wież, w której pracują duszoinżynierowie, ale przede wszystkim w odniesieniu do doskonalenia się bez możliwości wyboru innej drogi, niż ta wyznaczona przez przywodcę, którego zresztą nikt nigdy nie widział.

To co podoba mi się u Kańtoch, to jej świetny sposób opisu swoich bohaterów zaledwie kilkoma słowami. Cenię ją również za nieco ironiczny stosunek do nich, zupełnie bezemocjonalny. To z kolei rzutuje na mój odbiór postaci - z żadną się nie utożsamiam, dzięki czemu mogę ich zachowania oceniać bardziej obiektywnie. Ogólnie Kańtoch ma specyficzny, lekko ironiczny styl pisania nawet o rzeczach poważnych, dzięki czemu osiągnęła lekkość odbioru, jednocześnie nie tracąc zupełnej powagi opisywanej sytuacji, a czasem wręcz ją podkreślając.

Równie dobrze i przemyślanie ułożona jest fabuła książki, która rozrasta się w miarę kolejnych stron. Poszczególne wątki splatają się ze sobą, tworząc logicznie ułożoną całość, intrygując sprawiają, że chce się poznać więcej szczegółów, które oczywiście pojawią się w następnych tomach (a może tomie, bo z drugiej strony nie wydaje mi się, żeby było miejsce na 3).

Żeby nie było tak kolorowo, są też pewne minusy. Przede wszystkim Kańtoch zdarza się urywać pewne wątki w miejscach, w których powinny być kontynuowane, i od razu przeskakuje do innego, jakby się znudziła. Trochę lepiej mogłyby być również dopracowane postacie Finnena i Kairy, w obojgu dostrzega się potencjał, jednak czegoś im brakuje, cech, które uczyniłyby je bardziej wyrazistymi. Finnen to budzący politowanie, a czasem lekką pogardę aktor-mitoman, dla którego życie to jedno wielkie przedstawienie w nim w roli głównej. Kaira natomiast jest wychowaną na starych księgach i żyjącż nieistniejącymi w Lunapoli ideałami panieneczką z dobrego domu, która kompletnie nie jest przystosowana do życia. Nie jestem w stanie jednak w żaden sposób ich polubić lub odwrotnie. Co ciekawe, udało się to Kańtoch osiągnąć w przypadku opisu Brina Issy, czy Niraja (brat Kairy). Ten ostatni najbardziej mnie zaintrygował, ale być może wynika to z mojej słabości do bohaterów pozujących na zimnych drani...

Zanim kupiłam książkę, przeczytałam recenzję w Esensji, nadesłaną mi przez Śmietankę. I chociaż już wtedy stwierdziłam, że jej autor nie czytał książki, teraz jestem pewna, że co najwyżej przejrzał tylną stronę okładki. Nazwać Lunapolis utopijnym światem - to trzeba być doprawdy niespełna rozumu, a to już moim zdaniem jest bezczelność. Link do tejże podaję http://esensja.pl/ksiazka/recenzje/tekst.html?id=7131. O książce Kańtoch, o ile bardziej wiarygodnie, pisze też dziennik.pl: dziennik oraz Łukasz Orbitowski: czytelnia.onet.