Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlaine Harris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlaine Harris. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XVI: Najmniej lubiana bohaterka literacka

Oryginalnie to jest dzień dla ulubionej bohaterki literackiej, ale nigdy nie miałam takiej. Jest kilka literackich żeńskich postaci, które lubię i cenię, ale nie zastanawiałam się, czy mam jakąś taką jedyną, ukochaną. Zastanowiłam się nad tym dzisiaj i w mojej głowie pojawiło się kilka imion. Milva, Yennefer, Ciri (spokojnie, dzisiaj nie będzie nikogo z cyklu wiedźmińskiego), Rowan z The Mayfair Chronicles czy wspominana w wyzwaniu Kerowyn... Mam jedną ulubioną bohaterkę literacką, ale o niej pisać nie będę, ponieważ znajduje się w książce nigdy nie wydanej, która zapewne nigdzie się nie ukaże, bo ją przerabiam od co najmniej piętnastu lat…

To zadanie okazało się trudniejsze niż myślałam, nie umiem wskazać jednej takiej kobiety.

Dlatego stwierdziłam, że przekręcę kategorię i napiszę o najbardziej nielubianej przeze mnie kobiecej postaci. To Sookie Stackhouse z serii Charlaine Harris. Oh, jak mnie ta baba denerwuje! Podobnie negatywne emocje odczuwam też wobec filmowej wersji, chociaż scenarzyści i Anna Paquin sprawili, że nie pałam tu taką niechęcią.


Właściwie Sookie irytowała mnie tak mocno i prawie z tych samych powodów, co Reynevan z Trylogii husyckiej. Przede wszystkim denerwowała mnie jej zmienność w uczuciach i chora fascynacja nieludzkimi mężczyznami. Nie wierzę, że nie znalazłby się chociaż jeden facet, z którym mogłaby się związać i który akceptowałby jej odmienność. Ale nie, barmanka postanowiła rozkładać nogi przed każdym "stworem", jakiego napotka - Bill, Eric, Alcide i nie wiadomo kto jeszcze (skończyłam lekturę na piątej części, a ukazało się już chyba trzynaście…). Niby jest zakochana w jednym, cierpi przez niego, ale zaraz potem zwraca swój blond łebek w stronę kolejnego i tak w koło Macieju. W dodatku nie należy do specjalnie inteligentnych osób, pakuje się w coraz to nowe kłopoty, przez które naraża też swoich najbliższych. Książkowa Sookie nie ma w sobie tej ikry i rozumu, którą posiada jej serialowy odpowiednik (chociaż w ostatnim sezonie Sookie cofa się w rozwoju i zachowuje się kompletnie irracjonalnie, zresztą, kto tam się nie zachowuje irracjonalnie...).

środa, 16 lutego 2011

"Sookieverse" rozrósł się o grę

Cykl Sookie Stackhouse robi nadal furorę w Stanach Zjednoczonych. Charlaine Harris pisze nie tylko kolejne powieści, ale również opowiadania z różnymi postaciami, które w jej książkach pojawiają się jako tło bądź nie znalazły się w nich jeszcze wcale. HBO przygotowuje już czwarty sezon serialu, a teraz do korytka postanowiła dołączyć firma iPlay Entertainment - kilka dni temu wypuściła grę komputerową o jakże malowniczym i poruszającym wyobraźnię tytule Dying for Daylight, którego główną bohaterką jest... nie, nie Sookie, a wampirzyca Dahlia pojawiająca się wcześniej w shortach autorstwa Harris. Gracz jako przebojowa, seksowna i niezwykle modna istota ciemności poszukiwał będzie eliksiru pozwalającego wampirom żyć w dziennym świetle.

Z okazji promocji gry Charlaine Harris udzieliła wywiadu dla Entertainment Weekly, w którym opowiada o swojej technologicznej ignorancji, dalszych planach w stosunku do gry, a także o rozrastaniu się świata Sookie.

wtorek, 11 stycznia 2011

To już jest koniec - "Martwy jak zimny trup", Charlaine Harris, tłumaczenie: Ewa Wojtczak, MAG 2010

Piąty tom cyklu True Blood jest wyjątkowy pod dwoma względami. Po pierwsze, to najlepsza powieść ze wszystkich, jakie dotąd przeczytałam. Po drugie, jest to ostatnia powieść tej autorki, po którą sięgnęłam – nie zamierzam brnąć dalej w cykl, bo wiem, że ta niekończąca się opowieść (wydanie dwunastego tomu zapowiedziano w Stanach Zjednoczonych na maj 2011 roku i coś mi mówi, że Harris ma w zanadrzu jeszcze kilka…naście lub, co gorsza, dziesiąt) będzie coraz marniejsza. Raz na pięć tomów to zdecydowanie za mało, żeby poświęcać czas serii.
Wróćmy jednak do tego, dlaczego uważam Martwego jak zimny trup za najlepszą z dotychczasowych książek cyklu. Przede wszystkim powieść iskrzy ironicznym humorem i najmniej razi stylem. Chociaż Sookie jest nadal na pierwszym planie, to w powieści przeplata się znacznie więcej wątków niż w poprzednich. Czytelnik ma okazję obserwować problemy brata Sookie, Jasona, z przystosowaniem się do nowego życia, śledzi też zagadkę tajemniczego snajpera, który strzela do zmiennokształtnych i sieje strach wśród mieszkańców Bon Temps, jak bumerang powraca także sprawa Debbie Pelt, byłej narzeczonej Alcide’a. To nie wszystko. Po raz kolejny na horyzoncie pojawiają się wyznawcy Bractwa Słońca. W dodatku Sookie więcej czasu spędza z Claudine, która okazuje się jej wróżką. Wciąż w powieści pełno romansu – tym razem jednak bohaterka nie flirtuje, a kłóci się ze wszystkimi swoimi byłymi i niedoszłymi kochankami.
Charlaine Harris poświęca również w tej części najwięcej jak dotąd uwagi psychice swojej czołowej postaci. Sookie częściej niż zwykle rozmyśla nad swoimi przeżyciami i uczuciami, cały czas zmaga się z telepatycznymi zdolnościami, usiłując je rozwijać. Autorka obdarzyła dziewczynę niezwykłym dystansem do samej siebie, co powoduje wiele zabawnych scen, przeważnie narratorka drwi z siebie, zdaje sobie sprawę, że nie jest herosem, że świat się na nią „uwziął”, a ona boi się już nie tylko o siebie, ale o brata i przyjaciółkę Tarę. Sookie pokazuje po raz kolejny, że mimo wszystko radzi sobie, bez opieki jakiegokolwiek mężczyzny.
Inną postacią, poza Sookie Stackhouse oczywiście, której Harris daje dużo miejsca w powieści, jest Eric Northman. Wciąż usiłujący odzyskać pamięć, tym mocniej interesuje się kelnerką, jednak nie traci swojej osobowości, o ile można to, kim jest, określić w ten sposób. To przede wszystkim chłodny (w przenośni) wampir, którym nie powoduje wyrachowanie, a nieludzki brak odczuć czegokolwiek poza gniewem będącym wynikiem urażenia ego, a nie emocji. Jego jedynego zastanawia własna fascynacja Sookie, jest zirytowany faktem, że pragnie przebywać i chronić człowieka i usiłuje dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje.
Harris więcej niż w poprzednich książkach opowiada o konflikcie między ludźmi a wampirami. Wykorzystuje do tego znane incydenty nietolerancji, jakie miały miejsce w rzeczywistej historii, zwłaszcza działalność obrońców zwierząt.
Muszę też przyznać, że nie zauważyłam w książce rażąco wielu błędów czy tłumaczeniowych wpadek, co również oczywiście jest plusem. I tym miłym wrażeniem z lektury kończę moją znajomość z literacką Sookie Stackhouse.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Potrzebna transfuzja - "Martwy dla świata", Charlaine Harris, tłumaczenie: Ewa Wojtczak, MAG 2010

Czwarty tom przygód Sookie Stackhouse zdecydowanie nie należy do dobrych, nie przysługuje mu nawet miano średniej lektury rozrywkowej. Po Klubie Martwych miałam jeszcze nadzieję, że powróci parodystyczny wydźwięk pierwszych dwóch powieści. Po lekturze Martwego dla świata jestem już pewna, że nic takiego się nie wydarzy. Charlaine Harris zrezygnowała bowiem z zabawy z konwencją na rzecz opisywania erotycznych ekscesów panny Stackhouse. 

Tym razem Sookie wprawdzie nie została pobita, jak to sobie zresztą wcześniej rezolutnie obiecała, ale autorka rzuciła ją w centrum niezwykle groźnych rozgrywek między wampirami i wilkołakami a… czarownicami! A po cóż źli wiccanie przybyli do Bon Temps? Otóż ich przywódczyni pragnie władzy i chce przejąć interesy wampirów ze Shreveport, ale przede wszystkim pożąda Erica Northmana. Tak bardzo, że pozbawiła go pamięci, a kiedy nie udało jej się go schwytać, wyznaczyła nagrodę w wysokości, bagatela!, pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Cierpiącego na amnezję, półnagiego i pobitego Erica znajduje na drodze Sookie Stackhouse, a ponieważ jest dobrze wychowaną Amerykanką, przygarnia wampira. Godzi się także ukrywać go, dopóki Pam i Chow nie poradzą sobie z czarownicami. I w ten sposób ponownie wplątuje się w intrygi i przepychanki między nadprzyrodzonymi istotami. Jakby tego było mało, okazuje się, że zaginął brat dziewczyny, Jason. Zrozpaczona, ale i zdeterminowana Sookie wobec bezsilności miejscowej policji postanawia na własną rękę odszukać chłopaka. Ale to jeszcze nie wszystko! Bohaterka musi uporać się z tęsknotą za byłym wampirem, Billem, z którym się rozstała i który wyjechał do Peru badać historię wampirów. Idzie jej to całkiem nieźle, na każdej kolejnej stronie powieści wręcz coraz lepiej. Jej pierwszym i najważniejszym pocieszycielem jest oczywiście „uszkodzony” Eric, którego wraz z pamięcią Harris pozbawiła charakteru, charyzmy, wyrachowania, stanowczości, męskości, siły – jednym słowem odebrała mu wszystkie cechy, które czyniły jego postać ciekawą. To jednak sprawia, że równie mało ciekawa Sookie ulega jego urokowi i w jego ramionach niemal zapomina o całym świecie… Chyba że spotyka Alcide’a Herveuxa, Sama Merlotte’a lub wracają wspomnienia związane z Billem.

Na pierwszym planie powieści znajdują się więc erotyczne (nie miłosne, bowiem w swoich rozważaniach na temat mężczyzn jej życia, dziewczyna kładzie nacisk na ich fizyczność i własne marzenia seksualne, a nie na stronę duchową jej z nimi relacji) rozterki Sookie Stackhouse, na czym traci jej osobowość. O ile początkowo ceniłam w tej bohaterce jej dystans do siebie, jej świadomość braku wykształcenia z powodu niezwykłych umiejętności, o tyle w tej części odrzuca mnie jej jawna głupota, jaką wykazuje za każdym razem, kiedy widzi Erica, Sama, Alcide’a lub Billa. Widać, że Harris nie tylko przestała starać się o spójną fabułę, ale nie obchodzą jej bohaterowie – liczy się tylko, z kim i w jakich konfiguracjach Sookie uprawia seks. Martwy dla świata jest też najbardziej szablonowy ze wszystkich części, jakie czytałam. Nieco więcej dowiadujemy się z powieści o wilkołakach i zmiennokształtnych, pojawiają się wspomniane czarownice, ale w ich przedstawieniu autorka w większości posłużyła się utartymi schematami. Jedynym novum może być obraz królowej wróżki elfów Claudine, która, choć stereotypowo zniewalająca urodą, wydaje się nie mieć piątej klepki, a jej krew jest ambrozją dla wampirów.

To wszystko plus słabe tłumaczenie i mnóstwo błędów redakcyjnych sprawiło, że czytanie Martwego dla świata przestało być choćby w najmniejszym stopniu przyjemnością, a stało się ponurym obowiązkiem. Zniechęciło mnie też całkowicie do cyklu – szkoda czasu na tak marne książki.

Recenzja Śmietanki czwartego i piątego tomu z oryginałów.
Recenzja także na portalu Katedra.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Ciemna strona Sookie - "Klub Martwych", Charlaine Harris, tłumaczenie: Ewa Wojtczak, MAG 2010

To już trzecia część wampirzego cyklu o Sookie Stackhouse i niestety muszę przyznać, że jest wyjątkowo słaba, ponieważ nie śmieszy, co dotąd było główną zaletą serii. Mam wrażenie, że umiejętności pisarskie Charlaine Harris można porównać do sinusoidy – pierwsza część nie była zachwycająca, druga sprawdziła się jako parodia, a teraz trzecia znowu nie bawi. Jak będzie dalej? Zobaczymy. 

Wracając do tematu – co tym razem przytrafiło się całkiem inteligentnej blondynce z Bon Temps? Nie, nie zaatakował jej wilkołak. Stało się coś gorszego, zaginął Bill. Co więcej, wydaje się w to być zamieszana stworzycielka i dawna kochanka wampira, niejaka Lorena. Rozgniewana nie na żarty zdradą ukochanego, ale jednocześnie pełna dobrych wspomnień, Sookie postanawia pomóc szefowi Billa, Ericowi, w rozwiązaniu zagadki i udaje się do Jackson. W śledztwie ma pomóc dziewczynie przystojny i dobrze wychowany wilkołak Alcide. Tych dwoje zbliża do siebie nie tylko podobieństwo charakterów i fizyczny pociąg, ale także podobne rozczarowania związkami. Klub Martwych to zdecydowanie bardziej romans erotyczny niż kryminał – Sookie, nie dość, że cierpi z powodu nieczystego zachowania Billa i odkrywania jego kolejnych sekretów i flirtuje z Alcide’em, to jeszcze nieudolnie usiłuje opierać się czarowi Erica, który w tej części nie ogranicza się do płomiennego pocałunku. Być może stąd wynika mniejsza dawka humoru, chociaż bohaterka nie żałuje sobie szyderczych uwag, doskonale zdając sobie sprawę ze swoich słabości. Co ciekawe, Sookie jest złośliwa wyłącznie w stosunku do siebie, w przypadku opisywania pozostałych bohaterów ironia nie jest zamierzona.

W tej części Sookie skupia większość swojej uwagi na sobie i swoich uczuciach, poszukiwania Billa Comptona odbywają się jakby mimo chodem. Harris niezbyt umiejętnie jednak oddaje rozterki dziewczyny, więcej miejsca poświęcając opisom napięcia między nią a Erikiem czy Alcide’em, niż cierpieniom bohaterki z powodu złamanego serca przez kłamstwa ukochanego. Czytelnik mimo woli zastanawia się, w czym gorszy jest Bill, który nie potrafił oprzeć się swojej stwórczyni, mającej nad nim władzę z racji swej pozycji? Co więcej, tym razem autorka nie uwydatnia złej natury wampirów i wyraźnych różnic, jakie dzielą je od śmiertelników, a pokazuje ciemną stronę duszy swojej bohaterki. Sookie odkrywa, że jest zdolna do radykalnych posunięć i po dłuższej refleksji godzi się ze swoją naturą, nie ma wyrzutów sumienia. Zdaje sobie sprawę, że aby przetrwać w tym niebezpiecznym świecie, pełnym nadprzyrodzonych istot, nie będzie mogła wiecznie (nie tylko dlatego, że nie chce być przemieniona w wampira) polegać na Billu czy nawet Ericu. Klosz, pod jakim żyła do tej pory, ostatecznie pęka i Sookie z zaskoczeniem stwierdza, że nie potrzebuje niczyjej ochrony.

Tytułowy Klub Martwych to ekskluzywny bar w stolicy Missisipi dla wampirów i nie tylko dla nich, w którym ludzie traktowani są jak zabawki. Harris pokazuje kolejną wampirzą społeczność, nie różni się ona jednak od tej w Dallas czy w Shreveport. Więcej można dowiedzieć się natomiast o zmiennokształtnych, zwłaszcza o wilkołakach, których Alcide jest najbardziej „ucywilizowanym” przedstawicielem. Łaki, jak się o nich mówi powszechnie, do złudzenia przypominają harleyowców, tyle że są bardziej gruboskórni, żeby nie powiedzieć chamscy od swoich pierwowzorów.

Oczywiście autorka nie oszczędziła Sookie cierpień fizycznych. Zaskakuje mnie wytrzymałość tej niepozornej blondynki, która była już bita, gryziona, katowana wręcz, a także drapana śmiertelnie i za każdym razem jest jedną nogą w grobie i oczywiście, zawsze wychodzi cało z każdej opresji, z kilkoma siniakami zaledwie. Ciekawe, jaki zestaw tortur wymyśliła Harris w kolejnym tomie, tym bardziej, że zakończenie Klubu Martwych nie jest szczęśliwe…

Recenzja Śmietanki
Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 4 marca 2010

Niełatwo być wampirem - "U martwych w Dallas", Charlaine Harris, tłumaczenie: Ewa Wojtczak, MAG 2009

Drugą część cyklu o Sookie Stackhouse czyta się o wiele lepiej niż pierwszą, a mają na to wpływ dwie kwestie – lepsza jakość tłumaczenia i poprawa stylu samej autorki, chociaż wciąż brakuje mu wiele do dobrego poziomu, ale jako poprawa humoru sprawdza się doskonale. Tak jak w poprzedniej części, i tutaj Harris nie szczędzi swojej bohaterce przygód, ale też cierpień. Tym razem urocza kelnerka z Bon Temps na dzień dobry zostaje zaatakowana przez tajemniczą bestię, po czym szybko zdrowieje dzięki staraniom Erica, by wyruszyć do Dallas, gdzie ma za zadanie dowiedzieć się, co stało się z pewnym wampirem z tegoż miasta, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Szybko się okazuje, że w całą sprawę zamieszana jest organizacja religijna nie pałająca sympatią do wampirów. 

W tej części autorka skupia się przede wszystkim na dwóch wątkach – kryminalnej zagadce, oczywiście, oraz na relacjach w związku głównej bohaterki i jej wampira Billa, przy czym ten drugi przyćmiewa wątek zniknięcia wampira Farrella. Jest jeszcze trzeci, od którego zaczyna się powieść, czyli tajemniczy potwór z Bon Temps i jego wpływ na tamtejszych mieszkańców, jednak stanowi zaledwie dodatek na zakończenie tomu.

Dużo mniej jest nawiązań do wampiryzmu czy popkultury. Można powiedzieć nawet, że Harris powiela rozwiązania znane w wampirycznej literaturze. W tej części poznajemy strukturę hierarchiczną wampirów i dowiadujemy się, że różni się ona nieznacznie w zależności od miejsca, w którym znajduje się dany klan, dowiadujemy się też o ich działalności politycznej wśród ludzi. Pojawiają się tu również inne istoty – zmiennokształtni oraz greckie bóstwo, ale autorka nie poświęca im wiele miejsca, używając ich jako rekwizytów, podobnie jak czyni to z innym telepatą, którego Sookie poznaje w hotelu Cichy Brzeg. Więcej uwagi Harris poświęca komplikacjom w związku głównych bohaterów, bowiem w wyniku nieprzypadkowych okoliczności Sookie wypija nieco erikowej krwi i w ten sposób dziewczyna zbliża się do Erika dużo bardziej, niż życzyłaby sobie tego ona, nie wspominając o Billu. Tworzy się swoisty erotyczny trójkąt, autorka jednak zaledwie zarysowuje wynikające z tej sytuacji problemy, które zapewne rozwijać się będą w dalszych częściach.

W U martwych w Dallas Charlaine Harris porusza również kwestię tolerancji, naśmiewa się z idei sekt religijnych. Pokazuje też „nieżycie” wampirów od drugiej, mroczniejszej strony – wieczność to samotność, znudzenie, depresja i brak chęci istnienia. Sprawia też, że Sookie zaczyna zastanawiać się nad przyszłością jej i wampira, nad czasem, który upływa dla niej, ale nie dla niego, a także nad tym, czy nie jest przypadkiem od Billa uzależniona seksualnie… Autorka nadal drwi sobie z ludzkiej małostkowości i prowincjonalności, nie moralizuje jednak, nie staje po żadnej ze stron, pokazując różnice w pojmowaniu świata przez ludzi i wampiry, czytelnik wciąż ma świadomość, z kim ma do czynienia.

Wszystko to podane w lekkiej, zabawnej formie, którego nie kaleczy już nieudolne tłumaczenie. W przypadku tej części dużo częściej śmiałam się do łez z dowcipu autorki, a nie z żałości nad przekładem. W odbiorze nie przeszkadzało mi nawet nadal spora ilość błędów, zarówno redakcyjnych, jak i logicznych samej autorki. Pozostaje teraz czekać na trzecią część…

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

I ty możesz mieć swojego wampira - "Martwy aż do zmroku", Charlaine Harris, tłum. Ewa Wojtczak, MAG 2009

W zeszłym roku zachwycił mnie pierwszy sezon serialu True Blood, postanowiłam więc sięgnąć po pierwowzór i, co tu dużo kryć, ocena wypadła na niekorzyść powieści, serial jest bowiem o wiele lepszy. Postaram się jednak skupić wyłącznie na książce i jej… tłumaczeniu. Tak się składa, że miałam okazję przeczytać Martwego aż do zmroku w obu wersjach – oryginalnej i polskiej, i rozdźwięk w odbiorze obu jest znaczący. Charlaine Harris nie jest pisarką z prawdziwego zdarzenia, daleko jej do szeroko rozumianej doskonałości pod względem stylu, ale to, co zrobiła z jej książką pani Ewa Wojtczak woła o pomstę do nieba. Jej tłumaczenie odebrało powieści główny atut autorki – specyficzny, ironiczny humor. Łopatologiczny, dosłowny przekład sprawia, że prowincjonalność, z której naigrawa się Charlaine Harris w swojej książce, w polskim druku staje się prostactwem. Do tego dochodzi niedbalstwo redakcyjne – literówki, błędy stylistyczne i logiczne rzucają się w oczy niemal z każdej strony tak nachalnie, że nie sposób ich zignorować.

Jeśli chodzi o samą treść, to nie jest to pozycja zachwycająca pod żadnym względem, raczej sympatyczna parodia do przeczytania w pociągu czy autobusie. Prosty język i uproszczona akcja powodują, że przez kartki Martwego aż do zmroku wzrok prześlizguje się w ekspresowym tempie bez jakichkolwiek refleksji nad wydarzeniami czy psychologią bohaterów (jaką psychologią? – chciałoby się zapytać, tej bowiem jest jak na lekarstwo). Wątek kryminalny jest w opowieści jedynie pretekstem (o czym świadczy beztroska w jego prowadzeniu i sporo nielogicznych rozwiązań, nie wspominając już o zakończeniu powieści) do zabawy z mitem wampiryzmu, co autorce, przyznać trzeba, idzie całkiem sprawnie, momentami nawet wywołuje zamierzony uśmiech wbrew staraniom tłumaczki. Podobnie motyw telepatii głównej bohaterki ograniczono do minimum, traktowany jest on jednocześnie jako coś naturalnego (przez lata Sookie się z nim oswoiła i stara się go kontrolować) oraz dziwnego (mieszkańcy Bon Temps wprawdzie tolerują zdolności dziewczyny, ale starają się ją omijać szerokim łukiem i odczuwają przed nią swoisty lęk). Oprócz licznych aluzji do wampiryzmu, zwłaszcza do prozy Anne Rice, której styl autorka stara się parodiować, znajdziemy też wiele odniesień do konwencji fantastycznej oraz do literatury i filmu w ogóle.

Oczywiście, na pierwszym planie znajduje się trudna miłość Sookie Stackhouse, która jest w dodatku telepatką i barmanką (dumną ze swego fachu), do wampira Billa Comptona. Tych dwoje łączy wzajemna fascynacja – dziewczyna od dawna marzyła o spotkaniu nieumarłego, Billa pociąga jej brak lęku, bezpośredniość i prostolinijność. Przy tym oboje są wyrzutkami, on z racji swojej natury, ona przez wzgląd na niezwykłe umiejętności. Ich relacje nie są jednak przez to w żadnym stopniu łatwiejsze, choćby dlatego, że ona funkcjonuje w dzień, on „ożywa” po zmroku. Do tego dochodzi różnica wieku (on ma ponad 130 lat, ona 25) i pokoleń (on pamięta czasy wojny secesyjnej i ciężko mu pogodzić się z czymś takim, jak emancypacja kobiet, ona oczekuje jego akceptacji), a także środowiska naturalnego i jego praw (chociaż wampiry wyszły z ukrycia i mieszkają wśród ludzi, nadal istnieją różnice w poglądach).

To jednak trzeba zaliczyć Harris na plus – Sookie zastanawia się nad rzeczami, nad którymi nie myśleli bohaterowie Kronik wampirów Anne Rice czy ostatnio Bella Swan znana z Sagi mroku (specjalnie podaję przykłady z gatunku paranormal romance, do którego cykl Charlaine Harris przecież się zalicza). I chodzi nie tylko o problemy uczuciowe, ale też "techniczne" aspekty znajomości (np. anemia bohaterki z powodu picia jej krwi przez ukochanego), wszystko ma swoje plusy i minusy. Autorka bez skrupułów rozbiera mit miłości wampira i żwyej kobiety na części pierwsze, odziera go z całej „romantycznej” otoczki, a przecież Martwy aż do zmroku to dopiero pierwszy tom. Bardzo ważnym motywem w relacjach tych dwojga wydaje się być kwestia własności, potraktowana w bardzo przewrotny sposób. Mianowicie, Sookie za każdym razem zżyma się, gdy Bill mówi o niej jako o „swojej”, podczas gdy sama już od pierwszej chwili nazywa go „swoim wampirem” (Ale ja czekałam na mojego własnego nieumartego.).

Do tej pory w cyklu Sookie Stackhouse ukazało się dziesięć książek, zarówno powieści, jak opowiadań, pisarka planuje kolejne, w myśl zasady, że nie zabija się kury znoszącej złote jaja, a fani przecież połkną wszystko. Na półce czeka na mnie U martwych w Dallas – oby w tej części tłumaczenie się poprawiło, błędów było mniej, wtedy wtedy czytanie książki będzie przyjemniejsze, nawet jeżeli poziom stylu Harris się nie podniesie.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

środa, 23 grudnia 2009

Charlaine Harris odwiedzi Polskę

Jak podaje wydawnictwo MAG autorka cyklu Czysta Krew przyjedzie do naszego kraju (dokładnie do Warszawy) w ramach promocji kolejnej książki z cyklu (Klub Martwych) i wydania 1 sezonu serialu na DVD. Harris spędzi w Polsce dwa dni - 5 i 6 marca, nie znane są jednak jeszcze szczegóły wizyty.

[źródło: wirtualnywydawca.pl]

poniedziałek, 28 września 2009

Wariacja na temat mitu wampira - "True Blood", sezon I, 2008

Zaczęłam oglądać serial dzięki Śmietance. Zaczęło się od odcinka 6, w dwa tygodnie połknęłam całą pierwszą serię w powtórkowych emisjach HBO. Już dawno nie oglądałam tak zabawnego i tak dobrze zrealizowanego serialu. Podobno jest tysiąc razy śmieszniejszy i wciągający niż książka, na podstawie której powstał scenariusz. Nie wiem, nie czytałam, ale w przyszłości zamierzam to nadrobić, żeby móc sobie porównać.

Wracając do serialu, to przede wszystkim zauroczyła mnie jego obsada aktorska. Anna Paquin, rozsławiona już jako dziecko za fenomenalną rolę w Fortepianie, zagrała główną bohaterkę - Sookie Stackhouse, prowincjonalną, niby stereotypową blondynkę, mimo dwudziestu kilku lat ciągle dziewicę wierzącą w wieczną miłość, ponadto posiadającą uciążliwą umiejętność czytania wszystkim w myślach. Sposób, w jaki Paquin przedstawia Sookie jest nie do opisania, to po prostu majstersztyk aktorstwa! Jej miny, naiwność, która gwałtownie zmienia się w pewność siebie, bezbronność przechądząca gładko w wojowniczość. Początkowo sama jej nie znosiłam, irytowała mnie każdym gestem, szybko jednak moje zdenerwowanie przeszło w zachwyt nad umiejętnościami aktorskimi Anny.

Gdy na swojej drodze spotyka wampira Billa (Bill?! Wampir Bill?! Myślałam, że wampiry noszą bardziej arystokratyczne imiona, jak... Edward), w którego wciela się pociągający Stephen Moyer, Sookie nareszcie może się zrelaksować, nie słyszy bowiem jego myśli. Między tym dwojgiem rozwija się niezwykle silne uczucie, najpierw pożądania, później miłości. I nie jest to tylko i wyłącznie miłość piękna i wzniosła, ale pełna wyrzeczeń - dziewczyna szybko zaczyna sobie zdawać sprawę, że życiem (albo nieżyciem) wampira rządzą już inne prawa. Bill, chociaż stara się panować nad swoimi instynktami i zachowywać jak dżentelmen, nie zawsze potrafi. Kieruje się także nieco innym systemem wartości - może zabić bez skrupułów, ale tylko wtedy, gdy uzna to za stosowne (przeważnie w obronie Sookie). Dla swojej ukochanej jednak stara się zachować w sobie choćby cząstkę człowieczeństwa.

Świetne są też kreacje bohaterów drugoplanowych. Przyjaciółkę Sookie, Tarę, gra Rutina Wesley. Tara jest zupełnym przeciwieństwem Sookie - cyniczna, często wręcz chamska i odpychająca innych, w głębi duszy jednak jest bardzo nieszczęśliwa, pragnie jedynie życia młodej kobiety, która mogłaby cieszyć się przyjaciółmi i pracą, znaleźć prawdziwą miłość, zamiast znosić upokorzenia ze strony wiecznie pijanej matki. Przyjacielem Sookie jest także Sam Merlotte (Sam Trammell), skrycie kochający się w dziewczynie i starający się ją chronić, mający jednak własne, mroczne tajemnice. To też postać niejednoznaczna, poszukująca własnej tożsamości, usiłująca zachować pozory normalności w zwariowanym świecie. Prześmieszny jest brak Sookie, Jason (Ryan Kwanten), typowy, wręcz przerysowany playboy, były gwiazdor drużyny sportowej ze szkoły średniej, pusty do granic możliwości, któremu jednak los nie szczędzi problemów. I, oczywiście, jest też Eric (Aleksander Skarsgard), blondwłosy wampir, przełożony Billa, właściciel klubu wampirzego Fangtasja (czyż nie urocza nazwa?). Jestem pewna, że większość damskiej części widowni ogląda serial właśnie ze względu na niego. Ten to wampir z krwi i kości, chciałoby się rzec - wysoki, przystojny Nord (za życia był Wikingiem), roztaczający wokół siebie aurę chłodnego magnetyzmu, znudzony i zblazowany ponad wszelkie wyobrażenie, co przedstawia poniższy screen:
Ja gram w gameboya, a Ty mnie wielbij
Świat True Blood to rzeczywistość, w której wampiry wyszły z ukrycia i walczą o poszanowanie swoich praw. Zakładają stowarzyszenia, głosują, mają wpływ na bieżącą politykę kraju. Nie są to jednak mili sąsiedzi z naprzeciwka i wszyscy dobrze o tym wiedzą. Większości ludzi nie podoba się ich towarzystwo, jednak prawo zabrania jakiejkolwiek dyskryminacji ze względu na... rasę. Ludzie zafascynowani wampirami, które nieodmiennie i tutaj kojarzą się z wyuzdanym seksem, stają się ich zabawkami, z których mogą upuszczać sobie krwi stopniowo do czasu zużycia terminu przydatności lub do znudzenia. Wampiry mogą istnieć obok ludzi dzięki syntetycznej krwi, tytułowej Tru Blood, produkowanej przez... Coca Cola Company. Ich prawdziwa krew natomiast, nazywana V, jest wśród ludzi potężnym i szybko uzależniającym narkotykiem. W świecie True Blood każdy czyn ma jednak swoje konsekwencje, nic nie dzieje się bez przyczyny.

Uwielbiam humor dialogowy i sytuacyjny tego serialu! Poniżej kilka przykładów:
- Twoja mama wie, że tu jesteś?
- Moja mama nie żyje.
- To tak jak ja.
Sookie do Billa po ich pierwszej wspólnej nocy:
- Jestem taka osłabiona...
- To normalne, piłem twoją krew. Bierz witaminę B12.
Sookie: Po prostu tęsknię za Billem...
Terry (pracownik w Merlotte's): Tak, mi też czasem brakuje kilku zmarłych...
W połączeniu z mimiką bohaterów wychodzi zabawna mieszanka.

True Blood to świetny serial w umiejętny sposób dekonstruujący mit wampira. Mamy tutaj wszystkie (no, jeszcze nie, bo przed nami kolejne sezony) zabobony i pojęcia związane z wampiryzmem, które są w subtelny i nienachalny sposób wyśmiewane. Harris wyśmiała nawet Zmierzch Stephenie Meyer, a przecież Martwy aż do zmroku został wydany dwa lata wcześniej! Obecne są też tutaj ludzkie problemy i słabości - choćby dyskryminacja ze względu na orientację seksualną, patologia w rodzinie, uzależnienia, psychozy.

Oczywiście, jest też seks i to całkiem sporo i całkiem otwarcie prezentowany, ale to w końcu serial dla dorosłych i wszystko na wysokim poziomie dobrego erotyku.

True Blood obejrzałam już dwa razy, teraz czekam z niecierpliwością na drugi sezon. Tym, którzy kręcą nosami na takie a nie inne przedstawienie fabuły - w przeciwieństwie do cyklu Zmierzch True Blood nie traktuje tematu poważnie.