Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip K. Dick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip K. Dick. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zupełnie inny łowca - "Łowca androidów. Słowa i obrazy", Andrzej Tuziak, Instytucja Filmowa "Silesia-Film", 2014

Podstawowym elementem dobrego filmu jest dobry scenariusz. Zawsze to wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, ile od dobrego scenariusza zależy. Co więcej, nie wiedziałam, jak trudno jest stworzyć dobry skrypt. Każda strona to minuta filmu! Scenarzysta musi uwzględnić mnóstwo czynników – dialog, opisać zachowanie bohaterów w danym momencie, zwracać uwagę na otoczenie, w którym się będą znajdowali… Stworzenie scenariusza jest tym większym wyzwaniem, kiedy trzeba przygotować scenariusz na podstawie powieści. O tym, jak ciężka jest to praca, zwłaszcza gdy pracuje się z twórczością Philipa K. Dicka, opowiada autor tej niezwykłej książki.

Jestem pełna podziwu dla Andrzeja Tuziaka, dla jego wiedzy, pasji, z jaką odkrywa przed czytelnikiem kolejne etapy powstawania scenariusza do filmu Blade Runner i z jaką subtelnością przekazuje także swoje, bardzo ciekawe refleksje. Dzięki niemu zupełnie inaczej podchodzę do oglądania filmów, dostrzegam rzeczy, których nie widziałam wcześniej. Książka zmieniła także mój sposób podejścia do reżyserów ogólnie, do Ridleya Scotta w szczególności. Odniosłam wrażenie, że Scottowi o wiele mniej zależało na zachowaniu klimatu powieści niż scenarzystom i wiem już, że to w dużej mierze dzięki autorom scenariusza Blade Runner jest tak wyjątkowym obrazem.

Książka odsłania kulisy pracy scenarzysty, ale też pokazuje, w jaki sposób funkcjonuje ten wewnetrzny świat filmowy, jak współpracują producenci, reżyserzy, scenarzyści (chociaż Blade Runnera kręcono w latach 80., nie sądzę, by wiele się od tego czasu zmieniło w środowisku filmowym). Uzmysławia, jak ważne jest, aby film postrzegać jako pracę zespołową, a nie tylko widzieć aktorów, reżysera. To była ciekawa i wciągająca przygoda. Polecam nie tylko fanom Dicka, Blade Runnera, ale także tym, których interesuje scenopisarstwo czy ogólnie techniczne aspekty powstawania filmów.

Łowca androidów. Słowa i obrazy zasługuje z pewnością na uwagę czytelników. Bardzo dziękuję Agnes za zaintrygowanie mnie lekturą i uproszenie autora o pożyczenie książki, autorowi dziękuję również:-)

piątek, 14 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XIII: Twój ulubiony pisarz

Kim jest ulubiony pisarz? Według mnie to taki autor, po którego książki sięgasz zawsze bez wahania, kupujesz, nie pożyczasz, bo chcesz mieć je wszystkie tylko Twoje. Ulubiony pisarz to taki, z którym nie zawsze się zgadzasz, nie wszystkie jego książki uwielbiasz, ale w każdej znajdziesz coś zaskakującego, coś, co rozbawi, wzruszy, skłoni do refleksji, w jakiś sposób zmieni Twoje życie. Jeszcze kilkanaście lat temu mogłam bez wahania powiedzieć, że moim ulubionym pisarzem jest Andrzej Sapkowski. Jednak już Trylogia husycka, słaba Żmija i makabrycznie słaby Sezon burz sprawiły, że utracił to miejsce. W ciągu kilku ostatnich lat pojawili się jednak inni i dzisiaj nie jestem w stanie zdecydować, kogo cenię bardziej ani że wszystkich cenię tak samo, ponieważ są to autorzy bardzo różni. Dlatego dzisiaj napiszę o pięciorgu moich ulubionych pisarzy. Kolejność zupełnie przypadkowa.

Niezwykle utalentowany, zaskakujący dojrzałością swoich tekstów, bezpośredni i bezkompromisowy w opisywaniu naszej rzeczywistości, potrafiący balansować na granicy grozy i horroru. Małecki oprócz umiejętności operowania słowem ma też świetne pomysły, jego bohaterowie to prawdziwi ludzie, różniący się od siebie i niepowtarzający się w kolejnych książkach. Zaintrygował mnie opowiadaniami zebranymi w tomie Zaksięgowani, przeczytałam też Przemytnika cudu i świetne W odbiciu. Pracuję nad uzupełnieniem swojej biblioteki o pozostałe jego książki, zanim napisze ich tyle, że stanie się to niemożliwością.

Twórczość Ani śledzę od samego początku, bardzo lubię jej wszystkie powieści i opowiadania, chociaż nie wszystkie w takim samym stopniu. Kańtoch ma niesamowitą wyobraźnię w tworzeniu światów, jej styl udoskonala się z książki na książkę. To dla mnie absolutna mistrzyni w budowaniu intrygi i dozowaniu napięcia poprzez rzucanie czytelnikowi malutkich kawałeczków układanki. Cenię jej subtelne poczucie humoru, zarówno słownego, jak i sytuacyjnego, ciekawych bohaterów i nietuzinkowe rozwiązania akcji.

Niejednokrotnie pisałam, że Philip K. Dick należy do grupy moich ukochanych twórców. Cenię go przede wszystkim za opowiadania, niezwykle treściwe, często bardzo oryginalne w pomysłach, pełne dowcipu i zaskakujące puentą. Lubię także jego powieści, chociaż (a może właśnie dlatego, że) porażają przygnębiającą wizją świata i ludzi. Filozoficzne rozważania, jakich pełno w książkach Dicka, udzielają mi się za każdym razem. To chyba jedyny autor, którego teksty zmuszają mnie do dłuższych refleksji o mojej rzeczywistości, o śmierci i życiu, innych ludziach i ich zachowaniach.

Pierwszą książką Gaimana, po jaką sięgnęłam, był tom opowiadań Dym i lustra, a skłoniło mnie do tego inne opowiadanie tego pisarza Studium w szmaragdzie, które ukazało się w którymś wydaniu Nowej Fantastyki. Do dzisiaj jest to moje ulubione opowiadanie Gaimana. Autor kupił mnie całkowicie oryginalnym językiem, świetnymi pomysłami, grą z konwencją, specyficznym poczuciem humoru, w którym wyczuwa się brytyjskość. Kupuję i czytam wszystkie jego książki, nawet te dla najmłodszych. Do moich ulubionych należą bezsprzecznie Nigdziebądź, Amerykańscy bogowie, Chłopaki Anansiego i ostatnio Ocean na końcu drogi. W tym roku mam plan nadrobić zaległości, ponieważ jeszcze kilku książek nie przeczytałam. No i czeka na mnie Sandman.

Norman Davies wywindował się i zmiótł Andrzeja Sapkowskiego z listy ulubionych pisarzy jedną zaledwie książką - Europą, o której pisałam w pierwszy dzień tego wyzwania. Imponująca jest wiedza tego człowieka, a umiejętność jej przekazywania zachwyca mnie jeszcze bardziej. Dzięki niemu każdy pokocha historię. Davies, tak jak Jakub Lichański i Krzysztof Mrowcewicz, to moja platoniczna miłość.

wtorek, 3 kwietnia 2012

O świadomości

[...] należy odróżniać swoją świadomość od tego, czego się jest świadomym.
Philip K. Dick, Transmigracja Timothy'ego Archera, Rebis 2012 r.

czwartek, 29 marca 2012

Do prawdy przez życie i śmierć - "Transmigracja Timothy'ego Archera", Philip K. Dick, tłumaczenie: Lech Jęczmyk, Rebis 2012

Philip K. Dick to jeden z moich ulubionych pisarzy, którego twórczość dopiero poznaję. Zaczęłam od opowiadań, teraz zapoznaję się z powieściami. Byłam pod wrażeniem Blade Runnera. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, równie mocne emocje wywołała we mnie Transmigracja Timothy’ego Archera.

Transmigracja Timothy’ego Archera to ostatnia powieść Philipa K. Dicka i tę ostateczność czuć w każdym słowie, co jest tym bardziej niezwykłe, że autor nie spodziewał się śmierci. Ta niesamowita książka jest jedną z najlepszych, jakie czytałam. Żaden inny pisarz nie potrafi tak wwiercić się w mój mózg, jak robi to Philip K. Dick, tym bardziej kiedy to, o czym pisze, jest tak osobiste. Chociaż Transmigracja… nie jest autobiografią, w każdym z bohaterów czuć prawdziwość i obecność autora, co potwierdza w przedmowie (którą tradycyjnie przeczytałam po skończeniu powieści i nadal uważam, że, wbrew definicji, nie powinno się czytać przedmowy przed przeczytaniem książki) Dominika Oramus.

Powieść jest swoistą podrożą do śmierci i poprzez śmierć, poszukiwaniem sensu istnienia, narodzin, umierania, rozważaniem każdej wiary. To rozpaczliwe wołanie człowieka zagubionego w całej wiedzy, jaką posiadł, a nie dającej mu odpowiedzi na najważniejsze pytania, od których zależy jego cała egzystencja. Mimo że historia dotyczy kilkorga różnych ludzi, cały czas miałam wrażenie, że prawdziwym jej bohaterem jest sam Philip K. Dick. Najsilniej odczuwałam to w wypadku Angel Archer, narratorki całej opowieści, oraz Timothy’ego Archera, kontrowersyjnego, wiecznie poszukującego prawdy biskupa Kalifornii.

Fabuła nie jest nadzwyczajna, wręcz przeciwnie. Angel Archer spisuje swoisty pamiętnik, wspomnienia o najbliższych jej ludziach, którzy pozostawili ją żywą, opuścili z ziemskiego życia. Trzydziestokilkuletnia, wykształcona, niezwykle inteligentna kobieta doświadcza najpierw śmierci męża, by niedługo potem zmagać się z bólem po odejściu swego teścia i przyjaciółki. Nie ma w tym nic skomplikowanego, chciałoby się powiedzieć, że przecież takie jest właśnie życie. Jednak to nie opowieść jest ważna, jak zwykle w wypadku twórczości Dicka. W „Transmigracji…” każde słowo ma znaczenie, choć czasami wydaje się bezładnym tokiem ludzkich myśli, myśli autora, czego natychmiast domyśli się ten, kto przynajmniej trochę zna jego biografię. Pisana prostym, wyrazistym językiem książka poraża swoją błyskotliwością, ironią, zaskakuje wnioskami, a miejscami wydaje się niezwykle skomplikowana. Zmusza do ciągłej uwagi, nie można jej tak po prostu czytać, ją trzeba przeżyć, przemyśleć. A to bardzo łatwe dać się wciągnąć w rozważania bohaterów, bo przecież każdy z nas kiedyś się zastanawiał, czy istnieje jakikolwiek bóg, czy mamy duszę, a jeśli tak, to co się z nią dzieje po śmierci naszego ciała, czy można wrócić z zaświatów, kiedy zaczyna się życie…

Jeśli do tej pory się nad tym nie zastanawialiście, być może zaczniecie w trakcie lektury powieści Dicka. Książka w wielu aspektach może się wydać prowokacyjna, zwłaszcza dla tych, którzy są bardzo przywiązani do chrześcijaństwa i zapewne się im nie spodoba. Nie należy jednak traktować wywodów autora jako ataku na jakąkolwiek religię, jego przemyślenia odzwierciedlają potrzebę poszukiwania właściwych odpowiedzi. Można dojść do przekonania, że żadna religia tak naprawdę się nie liczy, ponieważ w ostateczności wiara katolicka czy buddyzm nie różnią się znacznie od siebie. W Transmigracji Timothy’ego Archera nie znajdzie się jednak recepty na życie czy pogodzenie się z faktem, że każdy z nas musi umrzeć. Wręcz przeciwnie, ukończenie książki pozostawia na pastwę własnych myśli o życiu i śmierci, z mnóstwem pytań o sens posiadania wiedzy, która oddala od wiary i z poczuciem, że szczęśliwi są ci, którzy bezgranicznie ufają w dogmaty, ponieważ oni nie muszą się zastanawiać, im wystarczą odpowiedzi, które otrzymali. Bo czy warto szukać ostatecznej mądrości kosztem własnego szczęścia i miłości najbliższych?

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

środa, 21 marca 2012

wtorek, 21 lutego 2012

O Chrystusie

Chrystus [...] to jest rola, a nie osoba. To słowo jest błędną transliteracją hebrajskiego Maszi'ach, co dosłownie znaczy Pomazaniec, czyli Wybrany. Mesjasz, rzecz jasna, przychodzi na koniec świata i ustanawia Złoty Wiek, zastępujący Wiek Żelaza, w którym teraz żyjemy.
Philip K. Dick, Transmigracja Timothy'ego Archera, Rebis 2012 r.

sobota, 18 lutego 2012

O wiedzy

Jeżeli wiedza sprawia zastępczy ból, to niewiedza stanowi realne niebezpieczeństwo.
Philip K. Dick, Transmigracja Timothy'ego Archera, Rebis 2012 r.

czwartek, 16 lutego 2012

O pobożności i szaleństwie

Ludzi, którzy mówią do Boga, nazywamy pobożnymi, a ludzi, do których mówi Bóg - wariatami.
Philip K. Dick. Transmigracja Timothy'ego Archera, Rebis 2012 r.

wtorek, 24 stycznia 2012

O życiu

[...] chyba wiem, po co żyjemy na tej ziemi. Żeby się dowiedzieć, że to, co kochamy najbardziej, zostanie nam odebrane raczej na skutek błędu na górze niż w wyniku jakiegoś planu.
Philip K. Dick, Transmigracja Timothy'ego Archera, Rebis 2012 r.

sobota, 3 grudnia 2011

Posłuchaj Philipa K. Dicka

Lubisz twórczość Philipa K. Dicka? To posłuchaj tego prawie dwugodzinnego wywiadu z pisarzem, który na blogu Gry fabularne umieścił Adriano Kuc. Czytałam ostatni wywiad-rzeka w A jeśli nasz świat jest ich rajem?, ale posłuchać jednego z moich ulubionych pisarzy... Jestem pod wrażeniem osobowości. 2 marca 2012 roku minie trzydzieści lat, odkąd tego niesamowitego człowieka nie ma z nami.

czwartek, 20 października 2011

Co to jest człowiek? - "Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?", Philip K. Dick, tłumaczenie: Sławomir Kędzierski, Rebis 2011


Kiedy obejrzałam po raz pierwszy Blade Runnera byłam zachwycona wizją, jaką namalował Ridley Scott, nie zdawałam sobie również sprawy, że nie zastosował oryginalnego tytułu, więc mi to nie przeszkadzało. Tym bardziej, że wydawał się adekwatny do fabuły, w końcu Rick Deckard grany przez Harrisona Forda był łowcą androidów, tak zarabiał na życie. Bardzo spodobała mi się wówczas postać androida wykreowana przez Rutgera Hauera, który dał mi zupełnie inny obraz robota, jaki znałam chociażby z Ja, robot – jednocześnie groźnego i budzącego współczucie, pragnącego przetrwać za wszelką cenę, być wolnym, zupełnie jak… człowiek. Dopiero jednak po przeczytaniu literackiego oryginału uświadomiłam sobie, jak bardzo Scott spłycił treść Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?, aczkolwiek udało mu się zachować przekaz. Rozumiem też, dlaczego reżyser nie zachował tytułu nadanego przez Philipa Dicka, w filmie nie mówi się wiele o elektrycznych owcach czy też o tym, dlaczego zastępowały prawdziwe zwierzęta.

A to bodaj najważniejszy wątek całej powieści. Wizja świata, jaką przedstawił amerykański pisarz, przygnębia swoją beznadziejnością – Ziemia dogorywa po wojnie nuklearnej, ludzie poruszają się w mroku, słońce bowiem przykryte jest przez gęsty radioaktywny pył, który powoli niszczy ludzkie organizmy. Ci, którzy mają dość pieniędzy i są jeszcze zdrowi, odlatują do kolonii na Marsie, gdzie mają zapewnić ciągłość gatunku. Dla ich wygody produkowane są androidy, mające im pomagać w domowych obowiązkach maszyny łudząco podobne do ludzi, jednak nie posiadające najważniejszej cechy świadczącej o człowieczeństwie – empatii. To przed jej utratą chroni ludzi merceryzm, hodowla zwierząt, programatory nastroju zawsze zachowujące w człowieku nadzieję i dobre samopoczucie. W telewizji nadawany jest jeden program prowadzony przez Przyjaznego Bustera, który polemizuje z filozofią Wilbura Mercera, stawiając na czystą rozrywkę (czyli mniej więcej to, co na co dzień oglądamy w publicznej telewizji). Nie ma tu miejsca na depresję, tęsknotę i nic dziwnego, widok umierającego świata mógłby doprowadzić do rozpaczy i szaleństwa. Stan psychiczny i fizyczny ludzi jest kontrolowany, niezdolni do prokreacji, mniej inteligentni są nazywani specjalami i żyją na marginesie społeczeństwa. Bezpłodność jest największym zagrożeniem i chociaż dzisiaj wydaje się, że grozi nam bardziej przeludnienie i konieczność kontroli urodzin, jak to opisywał choćby Joe Haldeman w Wiecznej wojnie, to świat bez człowieka, świat robotów wydaje się równie przerażający.

To właśnie takiego świata, opanowanego przez maszyny o sztucznej inteligencji, których nie można odróżnić od ludzi, obawiał się Philip Dick i swoje wątpliwości skutecznie potrafił zasiać w czytelniku. Z początku wszystko jest oczywiste – Rick Deckard otrzymuje zlecenie po rannym koledze, ma zabić sześć andków, które uciekły z Marsa na Ziemię. Najpierw musi na każdym podejrzanym przeprowadzić specjalny test psychologiczny, aby przez pomyłkę nie usunąć istoty ludzkiej. Po nieudanej próbie przeprowadzenia eksperymentu w firmie Rosena, produkującej najnowocześniejsze androidy, Deckard jest zdany sam na siebie. W jego umyśle zaczynają jednak zachodzić pewne zmiany. Dotąd pogardzający maszynami, zaczyna się zastanawiać, czy potrafią odczuwać jak ludzie. Spotkanie z innym łowcą, Philem Reschem, sprawia, że bohater zadaje sobie pytanie, czy człowiek może być jak android i jak w takim wypadku odróżnić jednego od drugiego… Fabuła staje się w pewnym momencie niejednoznaczna, schizofreniczna i podobne wątpliwości ma czytelnik, nie wiadomo, kto jest człowiekiem, a kto maszyną. Bo chociaż Deckard stara się myśleć o androidach jak o maszynach bez uczuć, to gdy jest mowa o ich likwidowaniu, używa słowa „zabijać”, a przecież nie można zabić martwej istoty. Dickowi, posługującemu się prostym językiem, nie nadużywającemu terminów pseudonaukowych, nie przytłaczającemu elementami science fiction, w niezwykły sposób udaje się namieszać czytelnikowi w głowie. Zadaje pytania o sens człowieczeństwa, o ludzki byt, nie stawiając ich wprost, zmusza do refleksji, do zastanawiania się, czy androidy marzą o elektrycznych owcach, czy posiadają emocje. Przecież gdyby nie miały żadnych uczuć, to nie buntowałyby się i nie uciekałyby, aby funkcjonować na wolności, bo jakie mogłoby to mieć dla nich znaczenie?

Cała fabuła podszyta jest ironią, często cynizmem, szyderstwem z człowieka, z jego przekonania o swojej wyjątkowości, z jego potrzeby wiary w wyższą siłę, którą tutaj uosabia Wilbur Mercer. Androidy wg Dicka budzą mieszane emocje. Z jednej strony wyraźna jest dla nich pogarda, traktowane są przez ludzi jak zabawki stworzone na ich podobieństwo, bez żadnego szacunku. Z drugiej strony ich desperacja, aby istnieć, być wolnym, mieć prawo do odczuwania budzą współczucie. Elektryczne zwierzęta zastępują człowiekowi prawdziwe, do złudzenia przypominają żywe stworzenia, ludzie opiekują się nimi, ale nie mogą się do nich przywiązać. Żyją jednak w tym fałszu, za wszelką cenę usiłują zachować w sobie uczucia. Producenci natomiast robią wszystko, aby maszyna była nie do odróżnienia od żywej istoty, co prowadzi do paradoksalnych sytuacji, w których człowiek brany jest za androida, prawdziwe zwierzę traktowane jest jak maszyna… Ten paranoidalny świat przytłacza, motyw człowieczeństwa i wątpliwości Deckarda są na pierwszym planie. Obok, jakby w tle można dostrzec również wątek trudnego związku dwojga ludzi usiłujących przetrwać, mimo wszystkich trudności zachowujących wzajemną miłość, może nie w takim ujęciu, w jakim my ją rozumiemy, ale niewiele się różniącym. To przecież Iran, żona Ricka, jako pierwsza się buntuje przeciwko trwającemu porządkowi, to ona ma dość sztucznie wywoływanego zadowolenia, to ona też wypowiada znamienne „te biedne andki”, otwierając klamrę opowieści.

Powieść Dicka, choć krótka i prosta w formie, jest niełatwa w odbiorze. Mimo że w fabule występują pewne luki, czasami akcja zbyt szybko przeskakuje z jednego wątku do innego, a motywacje bohatera nie zawsze są w pełni zrozumiałe, nie przeszkadza to w lekturze, wydźwięk książki jest zrozumiały dla każdego. Nie polecam rozpoczynać czytania od przedmowy Lecha Jęczmyka, skądinąd bardzo poruszającej i rewelacyjnie oddającej ducha powieści, jednak nie pozwalającej na osobiste przeżycie i uprzedzającej przebieg fabuły. Natomiast jest to idealne dopełnienie książki po jej zakończeniu, tak jak przepiękna okładka i szkice Wojciecha Siudmaka.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 9 maja 2010

Dzienniki Philipa K. Dicka do publikacji

Amerykańskie wydawnictwo Houghton Mifflin Harcourt (HMH) opublikuje prywatne dzienniki Philipa K. Dicka, Exegesis, które pisał od 1974 roku aż do śmierci w 1982. Wydanie obejmowało będzie dwa tomy i zawierało będzie wszystkie ręcznie zapisywane przez autora notatki, w których zastanawiał się nad istotą wszechświata.

Dick zaczął pisać Exegesis po tym, jak doznał serii wizji po usunięciu zęba mądrości, pod wpływem leków przeciwbólowych. Po raz pierwszy fragmenty dziennika ukazały się w 1991 roku, ale dopiero teraz córkom pisarza udało się podpisać umowę z wydawcą, który zainteresowany jest nie tylko wydaniem go w całości, ale też zakupił prawa do 39 powieści Dicka.

Pierwszy tom ukaże się na jesieni 2011 roku. Nad redakcją pracy i przygotowaniem komentarzy pracował będzie Jonathan Lethem, jeden z najbardziej znanych i cenionych badaczy twórczości pisarza.

[źródło: Guardian]

sobota, 13 czerwca 2009

"A jeśli nasz świat jest ich rajem? Ostatnie rozmowy z Philipem K. Dickiem", tłumaczenie: Michał Lipa, Helion 2008

Trudno mi recenzować zapis rozmów, więc poprzestanę jedynie na opisie moich emocji, których mi on dostarczył. Od niedawna Philip K. Dick należy do moich ulubionych pisarzy, a po przeczytaniu A jeśli nasz świat jest ich rajem? postanowiłam przeczytać wszystkie jego książki. Już po lekturze kilku opowiadań wiadomo, że był to człowiek niezwykły, ta praca jednak pozwala zrozumieć jego sposób myślenia, daje możliwość poznania jego inspiracji i trybu pracy nad powieściami. Pokazuje człowieka niezwykłego, intrygującego, bardzo oczytanego i religijnego, geniusza o umyśle filozofa, który chciał dotrzeć do głębi wszystkich rzeczy (może to banalne stwierdzenie, ale nie dbam o to, dalej będzie jeszcze gorzej). Dick był pisarzem z powołania - on poświęcał się swoim książkom całkowicie i bezapelacyjnie, zupełnie jakby każdą z nich pisał własną krwią... Jego niezwykła wrażliwość i entuzjazm w stosunku do nieznanego... Dick nie pisał powieści, on nimi żył, kochał swoich bohaterów albo ich nienawidził.

Duża część publikacji dotyczy jego ostatniej, nieukończonej powieści Sowa w świetle dnia, która wkrótce ma doczekać się publikacji, a jej ukończenia podjęła się podobno ostatnia żona pisarza. Jestem bardzo ciekawa, czy zdołała sprostać jego wizji.

Książka ma zaledwie 179 stron i czyta się ją jednym tchem. Czułam się tak, jakbym była obecna przy tych rozmowach, kompletnie straciłam dystans, wyobrażałam sobie nawet Dicka opowiadającego o kręconym właśnie Blade Runnerze, szukającego zapisków w biurku, siedzącego w fotelu, słyszałam jego głos... To niesamowite przeżycie, zupełnie inne niż przy czytaniu zwyczajnych wywiadów. Duży wpływ miało na to nie wnikanie w tekst przez redakcję, pozostawienie wszystkich dźwięków onomatopeicznych, wszystkich "hmm", "wiesz"...

Czytając te nagrania, aż trudno uwierzyć, że Dick był chory psychicznie - żywość jego umysłu, niezwykle trafne spostrzeżenia, rozprawianie o rzeczach, o których zwyczajny śmiertelnik nie ma pojęcia. Jednak dostrzec można symptomy schizofrenii paranoidalnej, na którą cierpiał: powtarzanie zdań nawet po 3, 4 razy z rzędu, wizje mistyczne, gorączkowe opowiadanie o czymś i za chwilę zmiana tematu, nieodróżnianie fantazji od rzeczywistości - jednego dnia mówi o najnowszym pomyśle do książki, drugiego wierzy, że sam tego doświadczył.

A jeśli nasz świat jest ich rajem? to niesamowite przeżycie dla czytelnika, który chciałby chociaż raz wniknąć w umysł pisarza. Z pewnością odbiór pracy jest dużo lepszy, gdy zna się twórczość Dicka, stąd moje wcześniejsze postanowienie;). Polecam! Polecam! Polecam!

piątek, 16 stycznia 2009

Wieczór z łowcą - "Łowca androidów", scenariusz: Hampton Fancher & David Webb Peoples, reżyseria: Ridley Scott, 1982

Kilka dni temu obejrzałam film Łowca androidów w reżyserii jednego z moich ulubionych reżyserów Ridleya Scotta. Film jest z roku 1982 i w sumie wstyd, że nie oglądałam go wcześniej. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że nie lubię filmów science fiction w jakiejkolwiek postaci. Jednak do obejrzenia skłonił mnie scenariusz obrazu, napisany na podstawie książki Philipa K. Dicka, którego twórczość staje mi się coraz bliższa.

Blade Runner to zdecydowanie dobry film, chociaż nie epatujący efektami specjalnymi. I dobrze, bo nie o nie chodzi. Dick to był pisarz specyficzny, bardziej filozof niż gadżeciaż, i Scottowi udało się nastrój powieści oddać w pełni. Harrison Ford wypada trochę blado, podobnie jak jego filmowa partnerka Sean Young (przypomina mi Katy Perry...) grająca Rachael - androida myślącego, że jest człowiekiem. Najciekawszą postacią z całego filmu był, o dziwo, Rutger Hauer. O dziwo dlatego, że tego aktora wręcz nie znoszę i wzbraniam się przed oglądaniem jakiegokolwiek z nim filmu. Zwykle wcielający się w role bezwzględnych twardzieli, tutaj wystąpił jako wrażliwy (!) replikant, którego jedynym marzeniem jest po prostu żyć. A jaki był przystojny...

Jak daleko może posunąć się człowiek w tworzeniu inteligentnych maszyn? Czy rzeczywiście możliwe jest, że w przyszłości powstaną roboty z rozwijającą się inteligencją i emocjami? Czy wtedy nastanie koniec ludzkiej rasy? Czyżbyśmy sami kopali pod sobą dołki? Fabuła filmu i pytania stawiane przez Dicka, a powtórzone przez Scotta, przypomniały mi podobne obrazy: np. Ja, robot Alexa Proyasa (na podstawie powieści Isaaca Asimova), czy A.I. Sztuczna Inteligencja Spielberga (opowiadanie Briana Aldissa).

Całości Blade Runnera dopełniają niezwykłe zdjęcia, jak na lata 80. całkiem realistyczne, oraz muzyka skomponowana przez Vangelisa. Efekty specjalne też niczego sobie, zwłaszcza efekt odblaskowej błony w oczach replikantów widoczny pod wpływem odpowiednio rzuconego światła, jak u zwierząt (podobało mi się zastosowanie tego jako "klucza zagadki", bystry widz od razu zauważał pewne rzeczy); albo scena miażdżenia mózgu i wyłupienia oczu... niezwykle realistyczne muszę przyznać (choć krew sztuczna).

A może niezwykłość filmów na podstawie książek Dicka wynika z niezwykłości jego książek? Podobał mi się też Raport mniejszości z Tomem Cruise'm (wypadł całkiem ciekawie, a nie jak plastikowy chłoptaś). Niezły był też Next z nielubianym już przeze mnie Nicolasem "cocker spanielem" Cage'm. Świetna była też Zapłata z Benem Affleckiem, chociaż opowiadanie bardziej mi się podobało.

Trzeba uzupełnić jeszcze filmografię. Ciekawa jestem jak wyszedł Impostor: Test na człowieczeństwo.

sobota, 15 listopada 2008

Poznać Dicka - "Opowiadania najlepsze", Philip K. Dick, tłumaczenie: Jan Karłowski, Tomasz Oliasz, Michał Begiert, Rebis 2008, recenzji część I

Nie lubię science fiction i to wcale nie z racji tego, że jestem wielbicielką fantasy (powszechnie wiadomo, że czytelnicy i twórcy fantasy nie lubią tych od SF, tak jak kibice Legii nie znoszą fanów Widzewa). Philip K. Dick jest jednak jednym z nielicznych pisarzy "wrogiego obozu", którego twórczość lubię i szanuję, chyba dlatego, że autor nie skupiał się na technicznych nowinkach, na których język by można połamać.

Z twórczością Dicka zetknęłam się przy okazji seminarium magisterskiego. Jedna z koleżanek pisała pracę na jego temat. Przeczytałam wtedy zaledwie jedno jego opowiadanie zatytułowane "Roog", które od razu stało się jednym z moich ulubionych.Byłam mile zaskoczona, że zostało włączone do "Opowiadań najlepszych" jako jedno z 19 pozostałych.

Na razie przeczytałam 5 z nich, stwierdziłam bowiem, że mimo całej sympatii do stylu i pomysłów autora, jego prozę muszę sobie dawkować. Nie da się czytać tych opowiadań jednego po drugim. Przede wszystkim dlatego, że pisane są takim stylem, że można zatracić granicę między rzeczywistością a fikcją. Po przeczytaniu Mistyfikatora zaczęłam sobie zadawać pytanie, czy rozwiązanie zastosowane w akcji może być prawdziwe i czy przypadkiem wokół mnie przypadkiem nie znajdują się androidy... Bardzo spodobało mi się opowiadanie Gdzie kryje się wub, ponieważ zaskoczyło mnie i rozbawiło swoim zakończeniem, a humor nie wydaje mi się domeną Dicka. Odmiana Druga opisuje jak niebezpieczne może okazać się skomputeryzowanie świata; swoją drogą z takim poglądem zetknęłam się już wielokrotnie, m.in. w Ja, robot Isaaca Asimova. Wypłata jest jak do tej pory najbardziej fantastycznym opowiadaniem z fabułą wirującą wokół urządzenia zwanego czerpakiem czasowym, swoistego lustra czasu. Napisane jednak prostym językiem opowiadanie jest w pełni zrozumiałe i ani na chwilę nie musiałam się zatrzymywać. Wartka akcja przypomina dobrą książkę sensacyjną, a niebanalne zakończenie przyjemnie zaskakuje.

Treść opowiadań wydaje się tym bardziej ciekawa, gdy ma się świadomość, że ich autor wierzył, że opisywał prawdę. Dick cierpiał bowiem na schizofrenię paranoidalną, poza tym był uzależniony od narkotyków. Dick tworzył świat psychodeliczny, ale ponad wszelką wątpliwość realny, widać, że fascynował się kwestiami filozoficznymi i teologicznymi dotyczącymi natury człowieczeństwa i świata jako takiego.

Opowiadania najlepsze to zdecydowanie dobry zakup nie tylko dla fanów Dicka czy science fiction. Do pozostałych wrócę z pewnością za jakiś czas. Zamierzam upolować też kilka powieści. Może ktoś z Was czytał coś ciekawego?