Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013/2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013/2015. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 września 2015

Średniowieczny flow - "Ślepy demon. Sieciech", Witold Jabłoński, SuperNOWA 2015 r.

Ślepy demon. Sieciech był dla mnie tegorocznym zaskoczeniem. Po lekturze Słowa i miecza sądziłam, że to jednorazowa przygoda Jabłońskiego z taką formą średniowiecznych opowieści. To zaskoczenie było oczywiście jak najbardziej pozytywne. Pierwsza część bardzo mi się podobała, przede wszystkim ze względu na świetnie oddane realia historyczne oraz słowiańskie mity. Z niecierpliwością sięgnęłam więc po drugi tom. Autor nie zawiódł i otrzymałam kolejną żywą wersję średniowiecznej historii kraju Polan, mocno osadzoną w słowiańskich wierzeniach.

Język powieści jest jak zawsze potoczysty, barwny, ozdobny w wiele metafor. Jabłoński zdecydowanie nie jest zwolennikiem prostej formy, ale w jego przypadku to sie akurat sprawdza. Swoisty patos nie pozostawia wiele miejsca na humor, ale zdarza się on we właściwych momentach. Podobnie jak w Słowie i mieczu mnóstwo tu złości i agresji, wszyscy myślą tylko o krzywdzie, jakiej doznali, i zemście, jakiej dokonają! Jednak o wiele szybciej się do tego przyzwyczaiłam niż poprzednim razem i po przebrnięciu kilkunastu stron nie zwracałam już większej uwagi na jad wypływający z ust i myśli każdego bohatera. Może tacy właśnie byli nasi przodkowie, a może też autor chciał pokazać, że nie wszystko można osiągnąć dobrem odpłacając za zło…

Podobnie jak w Słowie i mieczu autor nie pokazuje słowiańskiej wiary jako jedynej słusznej, a raczej wskazuje, że religia to jedno, a ludzie ją wyznający lub działający w jej imieniu to zupełnie co innego. Autor z bezwzględnością i bez ogródek, o wiele silniej niż w poprzednim tomie, pokazuje obłudę ludzi, ukrywających się za prawdami swych wierzeń, knujących niezliczone intrygi. W tle, a właściwie jako jeden z głównych wątków, jest historia rodzącej się Polski. Może nie do końca jest ona zgodna ze źródłami (chociaż kto dzisiaj może stwierdzić, co jest prawdą, a co nią nie jest, zwłaszcza w przypadku tak odległych czasów), a z historią szkolną w ogóle, to jednak kulisy powstania kraju są przedstawione wiarygodnie i zajmująco.

Chociaż książka jest wciąż fantasy historyczną, to jest w niej mniej fantasy niż w poprzednim tomie. Mniej jest opisów obrzędów i zwyczajów, więcej uwagi autor poświęca intrygom i polityce jako takiej. Mimo to (a może właśnie dlatego) książka podobała mi się znacznie bardziej, jest bardziej ludzka. To zwłaszcza zasługa postaci, zarówno kobiet i mężczyzn. Sieciech, Kościej, Luba, Krystyna są wiarygodni psychologicznie i nieszablonowi, w przeciwieństwie do drugoplanowych bohaterów. Powrócili też bohaterowie z poprzedniego tomu: Mara, Andaj, bliźniaki, skrzaty. Chociaż są z boku głównej akcji, to jednak ich wątki zdają się istotne dla dalszych wydarzeń. Bogowie tutaj są podobni do ludzi, mogą stać się zarozumiali, gniewni, nigdy jednak radośni. Wydają się bardziej artefaktami, narzędziami w osiąganiu celów ludzkich, niż władcami umysłów śmiertelników.

Świetnie oddani są zwłaszcza Sieciech i Krystyna, dwoje młodych, ale już bardzo świadomych siebie ludzi, próbujących wywalczyć dla siebie życie w tym, co otrzymali od Losu. Wydarzenia pokazują, że lepiej wychodzą w życiu ci, co akceptują to, co im ono przynosi, niż ci, którzy ze wszystkim wałczą i przeciw wszystkiemu się buntują bez większego pomyślunku. Mam wrażenie, że średniowieczni ludzie już dawno odkryli, czym jest „flow”, który jest tak modny teraz, i z czego on wynika. Żyli w zgodzie z naturą, więc nie musieli się tego uczyć, mieli to we krwi i przekazywali tę wiedzę intuicyjnie.

Prolog wydaje się raczej epilogiem (właściwy epilog jest kontynuacją prologu), co już jednoznacznie wskazuje, że powstaje kolejna cześć, udowadnia też, że autor ma przemyślaną koncepcję dla całej historii, nie tworzy jej z tomu na tom. Ślepy demon. Sieciech podsyca apetyt na więcej.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 17 września 2015

Ani dla dorosłych, ani dla młodzieży - "Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury", Philip Pullman, tłumaczenie: Tomasz Wyżyński, Albatros 2014 r.

Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach nowe wydanie „Baśni braci Grimm” w opracowaniu Philipa Pullmana, byłam ciekawa, ile tu będzie nowego i opracowania. Zabrałam się do lektury, jak tylko dostałam książkę. Szybko stwierdziłam, że trudno będzie zrecenzować taką pozycję, wszak baśnie tutaj zebrane należą do klasyki, większość z nich jest znanych w oryginalnej wersji, co tu oceniać? Baśń jest na tyle specyficzną formą literacką, przemawia do zupełnie innych rejonów ludzkiej wrażliwości (zwłaszcza dziecięcej), że niesprawiedliwym byłoby poddawanie jej takiej analizie jak innych gatunków prozy. Wiadomo, że jedne są strukturalnie lepsze, inne gorsze, o czym świadczy fakt, że tylko niektóre baśnie Grimmów zyskały nieśmiertelną popularność i mają ogromną nośność nawet w dzisiejszych czasach. Ja sama znam tylko kilka z nich, zawsze bardziej do mnie przemawiały baśnie polskie zebrane w tomie „U złotego źródła” (oczywiście dziś wiem, że są to inne wersje baśni Grimmów czy rosyjskich lub białoruskich, ale to niczego nie zmienia) czy „Baśnie” Hansa Christiana Andersena. Podobała mi się forma tych opowieści, ich klimat, stylizacja.

Philip Pullman postanowił oczyścić z literackich naleciałości (zwłaszcza ze stylizowanej formy) wybrane baśnie Grimmów, przywracając, swoim zdaniem, ich formę sprzed wieków. Swoją motywację wyjaśnia we wstępie, w którym też prezentuje własne podejście do tego, czym baśń jest i czym powinna pozostać. Tłumaczy też, dlaczego niektóre baśnie z przedstawionych w zbiorze zmodyfikował według własnego uznania. Przyznam, że wstęp to najlepszy fragment książki autorstwa Pullamana, z pewnością o wiele bardziej ciekawy niż opracowania poszczególnych historii. Przede wszystkim dlatego, że uzmysławia, jak ciężko, wbrew pozorom, jest stworzyć dobrą baśń. Udowadnia też, że historie baśniowe najlepsze są, gdy są żywe, gdy są zmieniane, udoskonalane, o ile nie naruszają przekazu.

Komentarzy wieńczących każdą z baśni nie można nazwać opracowaniem, niczego bowiem nie wnoszą, niczego nie uczą, niczego nie uzmysławiają. Istotne informacje w nich zawarte dotyczą źródeł, z których pochodzą, podobnych baśni, jakie zostały spisane oraz typów według „The Types of International Folktales”. Liczyłam na głębszą analizę, na odniesienia do konwencji, na autorski komentarz względem wersji ludowej a tego, jak bardzo się zmieniła z czasem.

Niestety zbiór przedstawiony przez Pullmana najbardziej zainteresuje dzieci, dla których wciąż baśnie tu zawarte będą swoistymi drogowskazami. Ani młodzież, ani dorośli nie znajdą w nim interesującej zawartości.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Katedra.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kryminał wielofunkcyjny - "Zbrodnia w szkarłacie", Katarzyna Kwiatkowska, Znak 2015 r.

Po lekturze Zobaczyć Sorrento i umrzeć Katarzyny Kwiatkowskiej sądziłam, że będzie to moja ulubiona jej książka i że autorka nie przeskoczy już sama siebie, ale że chociaż utrzyma ten styl. W końcu kryminały to dość skostniała konwencja i niewiele można w niej namieszać. Zbrodnią w szkarłacie Katarzyna Kwiatkowska pokazuje, że ona jednak namieszać potrafi i z pewnością jeszcze niejednym pomysłem zaskoczy swoich czytelników. Tak jak postarała się pisarka, postarało się też wydawnictwo – piękna okładka, inicjały autorki złożone w proste, szykowne logo, dobre słowo od uznawanego za mistrza kryminału retro Marka Krajewskiego i ten zacny tytuł pierwszej damy dla autorki, na który w pełni zasługuje.

Autorka coraz śmielej sobie poczyna, wplatając w fabułę coraz więcej wątków, i idzie jej to doskonale! Mamy tu morderstwo, romans, obyczajowość, kwestię zagarniania majątków polskich, cichej walki z zaborcą, poszukiwanie skarbu. Trudno za tym nadążyć, ale nie można się poddawać, a zabawa jest przednia! Autorka doskonale operuje humorem, zarówno dialogowym, jak i sytuacyjnym. Pojawia się on w idealnych momentach, a jest ich całkiem sporo. Do tej wielofunkcyjności powieści dochodzi zatem jeszcze funkcja komediowa. Aż dziwne, że udało się to wszystko zmieścić na niecałych czterystu stronach. Co ciekawe żaden z elementów nie przytłacza, nie miałam wrażenia, że czegoś jest za dużo, a czegoś zbyt mało. Z książki na książkę jest coraz lepiej! Zbrodnia w szkarłacie pokazuje świadomość pisarską Kwiatkowskiej, która eksperymentuje z konwencją kryminału. Pokazała to już w Zobaczyć Sorrento i umrzeć. Tutaj także zmienia schemat prowadzenia akcji, nadal co prawda pozostając w głównej konwencji. W Zbrodni w szkarłacie tym razem "pomocnikiem" Jana nie jest wyjątkowo Mateusz, który prawie się w powieści nie przewija.

Zwykle gdy czytam kryminały, to nieznacznie uczestniczę w akcji jako detektyw, nie angażuję się w rozwiązywanie zagadki, bo wiem, że nie mam wielkich szans i raczej pozwalam autorowi się prowadzić. Przy książkach Kwiatkowskiej zamieniam się w prawdziwego śledczego, analizuję, wracam do poprzednich wydarzeń, robię sobie notatki i staram się wyprzedzić myśli i kroki Jana. Kilkakrotnie udało mi się to chociaż na chwilę i wtedy byłam z siebie bardzo dumna.

Zbrodnia w szkarłacie to plejada cudownie wyrazistych, żywych bohaterów. To zachwycające, że każda z postaci w książkach Kwiatkowskiej jest inna, niepowtarzalna. To bardzo rzadka umiejętność - takie tworzenie postaci, aby się od siebie odróżniały nie tylko w jednej powieści, ale także różniły się od postaci z innych książek. Oczywiście, nie różnią się od siebie diametralnie, wiele cech mają podobnych, ale posiadają swoje unikalne właściwości. Każda z tych osób mogłaby opowiedzieć swoją historię. A przy tym są to prawdziwi ludzie, chciałoby się ich poznać, porozmawiać z nimi, uczyć od nich. O samym Janie można się wreszcie więcej dowiedzieć! Autorka zdradza bardziej intymne, prywatne szczegóły z życia Morawskiego, jak jego wspomnienia z dzieciństwa, czy mniejsze lub większe grzeszki. Mamy okazję być świadkiem jego bardziej osobistych przemyśleń, widzimy jak przeżywa emocje, którym dotąd zdawał się nie poddawać. Bardzo podoba mi się także zachowanie ciągłości w książkach. Co jakiś czas pojawiają się wzmianki o bohaterach z wcześniejszych, dzięki temu łatwiej się zaangażować w te historie, wydają się prawdziwe.

Jak w poprzednich powieściach, tak i tutaj przewija się polska historia. Tym razem bardziej szczegółowo można poczytać o Związku Ziemian, o którym Jan dowiedział się już w powieści Abel i Kain. Wyjątkowo Zbrodnia w szkarłacie jest też bardzo na czasie, mimo że tło historyczne jest odlegle. Zdaje mi się, że autorka wyraża w powieści swoje zdanie na temat trwającej od kilku dobrych lat sytuacji w naszym kraju i ja się z nią zgadzam. Obnaża bezmyślność, chciwość naszych przodków, którą odziedziczyliśmy i niewiele nas nauczyły przeszłe doświadczenia.

W każdej książce Kwiatkowskiej odznacza się miłość do wielkopolskich dworów jako budynków, architektury, przestrzeni, ale w Zbrodni w szkarłacie szczególnie to widać. Dwór w Jeziorach zdaje się być pełnoprawnym, barwnym bohaterem opowieści. Fascynacja dworami wielkopolskimi doskonale zgrywa się z moją miłością do dworów i zamków! Malownicze i dokładne opisy architektury sprawiają, że miałam ochotę się spakować i tam pojechać choćby zaraz. Jeziory są na mojej liście miejsc do odwiedzenia, a w podroż zabiorę te książkę jako przewodnik.

Chociaż zawsze staram się delektować opowiadaną przez autorkę historią, czytać uważnie i powoli, to zawsze się łamię i ostatnie pięćdziesiąt stron czytam już w amoku, głodna rozwiązania wszystkich wątków, nie zważając na to, że to już trzecia nad ranem, a o szóstej pobudka do pracy…


Za udostępnienie recenzenckiego egzemplarza dziękuję autorce i wydawnictwu Znak.

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Książkowego 2015 w kategorii:
  • W tytule jest kolor

środa, 22 kwietnia 2015

Pustosłowie - "Clariel", Garth Nix, tłumaczenie: Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie 2015 r.

Clariel jest zapowiadana jako prequel serii Stare Królestwo. Ponieważ jednak wszystkie istotne wątki zostały zamknięte w Abhorsenie, sądziłam, że autor sięgnie do początków stworzenia swojego świata, może opisze genezę powstania Muru, wyjaśni podział na magiczność i niemagiczność. Clariel okazała się jednak mało prequelowa. Tytułowa bohaterka pojawia się w poprzednich (następnych?) książkach, jednak jest w nich postacią marginalną, nie ma większego znaczenia dla fabuły, jej postać w żadnym stopniu mnie też nie zaintrygowała na tyle, żebym chciała bliżej ją poznać. Miałam wrażenie, że autor na siłę połączył wątki z historii życia Clariel z wydarzeniami i bohaterami właściwego cyklu.

Clariel w niewielkim stopniu przypomina klimat Starego Królestwa. Już od samego początku styl wydaje się prostszy, narrator tłumaczy oczywiste elementy fabuły, zupełnie jakby książka była kierowana do dzieci, a nie do młodzieży. Wiele dialogów zawiera zwroty takie jak „jakieś”, „i tak dalej”, co niesamowicie mnie irytowało, obniżało bowiem poziom inteligencji bohaterów, którzy i tak nią nie błyskali. Także opisy nie mają specjalnej siły rażenia, co więcej co najmniej połowa z nich jest całkowicie zbędna, nie wnosi wiele do historii. Nie pomogło tutaj również polskie tłumaczenie, miejscami widać, że zbyt dosłowne. Sama historia też nie porywa i tak naprawdę jakakolwiek akcja rozwija się dopiero w połowie książki. Niestety rozwijając akcję, autor zapomniał trochę o logice. Wiele wydarzeń dzieje się „bo tak”, główne wątki zdają się być ze sobą naprawdę grubymi nićmi pozszywane, zwroty akcji są dramatyczne i zaskakujące, ale zaskakują tą nielogicznością właśnie.

Rozczarowuje korzystanie z tych samych zgranych motywów w opisie bohaterów, zwłaszcza w osobie głównej bohaterki. Niekochana, nierozumiana Clariel nie pragnie niczego więcej, jak powrócić do Wielkiego Lasu i żyć w spokoju, otoczona tylko naturą. Jednak jej ciągłe umartwianie się i okazywanie niezadowolenia, kręcenie nosem na wszystko, co ją spotyka, a przy tym kompletna nieumiejętność podejmowania działania, sprawiły, że nie polubiłam tej bohaterki. Szkoda, bo Clariel, podobnie jak Sabriel i Lirael, miała potencjał okazać się ciekawą, inteligentną młodą kobietą-wzorem dla dzisiejszych czytelniczek. Mamy tutaj jeszcze nieporadnego życiowo ojca, wiecznie nieobecną, chłodną, zapracowaną matkę, gamoniowatego, zakochanego w Clariel kuzyna (!), przystojnego, zepsutego paniczyka, wyrachowanego, żądnego władzy wielmożę, zagadkowego, białego kota, króla-wariata, niebezpieczne istoty Wolnej Magii, mądrego czarodzieja… Żadne z nich w najmniejszym stopniu nie budzi większych emocji, to tylko kukiełki wymieniane przez autora w potrzebnych mu scenach. Co gorsza, wiele z tych postaci miało potencjał na bycie interesującymi przy naprawdę niewielkim wysiłku.

Tym razem głównym wątkiem jest Wolna Magia, sposób jej działania i korzystania z niej. Czytelnik ma również okazję poznać bardziej obyczaje królestwa, zasady panujące wśród podzielonej społeczności, co jest ciekawym dodatkiem. Podoba mi się, że w każdej książce Nix rozwija inne elementy konstrukcji swojego świata. Niestety w Clariel nie znajdziemy za dużo informacji o Wolnej Magii, zaledwie kilka elementów. Co prawda można z nich sobie złożyć układankę bez większych problemów, jednak to właśnie bogactwo szczegółów było najmocniejszą stroną serii. Mocną stronę Nixa jest również działanie w obrębie elementów magicznych swojego świata, bez czerpania z już istniejących. W Clariel jednak autor postanowił wmieszać nordyckie mity w Wolną Magię, co według mnie częściowo odebrało cały klimat, a z pewnością moje uznanie dla pisarza znacznie się obniżyło.

Krótko mówiąc, Clariel rozczarowuje. Bardzo słabe dialogi, średnie opisy, nieciekawy pomysł na historię, bohaterowie bez żadnej psychologicznej głębi. Gdybym sięgnęła po tę książkę jako pierwszą z cyklu, nie tknęłabym pozostałych. To dla mnie kolejny przykład, że nie powinno się wracać do świata, którego się dawno nie odwiedzało.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.
Książkę też zaliczam do Wyzwania Książkowego 2015 z kategoriami:

  • została wydana w 2015 roku
  • ma tylko jedno słowo w tytule
  • w tytule jest imię
  • autorem jest mężczyzna
  • przeczytana w jeden weekend
  • akcja nie dzieje się w Europie

czwartek, 2 kwietnia 2015

"Czy to idący wybiera drogę, czy droga idącego?" - "Lirael", "Abhorsen", Garth Nix, tłumaczenie: Rafał Śmietana (Lirael), Agnieszka Kuc (Abhorsen), Wydawnictwo Literackie 2014 r.

Lirael i Abhorsen to dla mnie jedna powieść podzielona na dwie części, trzeci tom Starego Królestwa nie wnosi niczego nowego w opowieść, jest bezpośrednią kontynuacją wątków z Lirael, dlatego też niniejsza recenzja będzie łączoną.

O ile w Sabriel najbardziej podobał mi się wątek nekromancji, o tyle w Lirael Abhorsenie moje największe uznanie zdobyło rozwinięcie motywu Magii Kodeksu, przedstawionej jako znaków zebranych w tajemniczym Kodeksie, które oplatają przedmioty, osoby i w ten sposób objawiają swoją moc. Może nie jest to oryginalna wizja, ale obrazowy sposób, w jaki Nix opisuje posługiwanie się Magią Kodeksu, przyćmiewa według mnie wiele innych. Ponownie daje się dostrzec logikę i dobrą konstrukcję tego tworu, nie jest on jedynie rekwizytem. Niestety wciąż tajemniczym pozostaje sam Kodeks i sposób, w jaki bohaterowie poznają fundamenty tej wiedzy. W mojej głowie powstało mnóstwo pytań. Czym jest sam Kodeks? W jaki sposób funkcjonuje? Kto się staje Magiem Kodeksu? W jaki sposób ludzie otrzymują Znaki Kodeksu? W jaki sposób adepci uczą się podstaw i kolejnych znaków? I wiele innych, na które ani w Lirael, ani w Abhorsenie nie znalazłam odpowiedzi, ale wciąż mam nadzieję, że je uzyskam.

Obie powieści mają już więcej wątków i skupiają się na większej ilości bohaterów – oprócz Sabriel, Touchstone’a, Moggeta pojawia się Sameth, Ellimere, Lirael, Podłe Psisko (autor ma dziwną tendencję do wybiórczego i zupełnie niezrozumiałego nadawania bezsensownych imion), sytuacja polityczna w Starym Królestwie i Ancelstierre, walka nekromanty Hedge’a z obrońcami Starego Królestwa, dochodzi też motyw widzenia przyszłości i przeszłości. Ponownie daje o sobie znać dbałość o szczegóły w prowadzeniu postaci, aczkolwiek nie wszystkich. Najlepiej i najbardziej wiarygodnie są oczywiście oddani główni bohaterowie – Sameth i Lirael. Sameth jest synem Sabriel i Touchstone’a i podobnie jak matka uczył się w Ancelstierre, miał jednak większą styczność ze Starym Królestwem. Ze względu na okoliczności musi wcześniej zakończyć edukację i wrócić do domu, gdzie ma się przygotowywać do roli Abhorsena i zachowywać się jak na księcia przystało. Chłopiec nie jest zachwycony swoimi obowiązkami, jego pasją jest bowiem nauka Magii Kodeksu i używanie jej w celu tworzenia magicznych przedmiotów. Niksowi udało się wiarygodnie pokazać przemianę Sama z zagubionego dzieciaka, niedojrzałego i nieprzygotowanego do wydarzeń, niepewnego siebie, bojącego się wyznać obawy rodzicom, w młodego mężczyznę, wciąż pełnego wątpliwości, ale potrafiącego stanąć na wysokości stawianych przed nim zadań. Równie dobrze autor nakreślił osobę Lirael, która z niepozornej, nieco irytującej melodramatycznością i pragnieniem przynależności do rodu Clayrów dzikuski wyrasta na zdecydowaną, dojrzałą kobietę, stającą się liderem. Tych dwoje bohaterów wydaje się momentami podobnych do siebie, ale są to pozorne podobieństwa, targają nimi co prawda te same emocje, jednak z innych względów. Zaskakująco dobrze się uzupełniają jako towarzysze podróży.

Sabriel i Touchstone pozostają niestety właściwie niezmienni, chociaż są starsi, mają dzieci (Sameth i Ellimere) i mają nowe zadania, o których czytelnik jest informowany bardzo, bardzo pobieżnie. W rolach rodziców nie sprawdzają się w ogóle, co jest dla mnie nie lada zaskoczeniem i rozczarowaniem. Rodzina królewska jest pokazana jak nie rodzina, a grupa towarzyszy. Matka i ojciec w żaden sposób nie stanowią oparcia dla swoich dzieci i nie jest usprawiedliwieniem, że rodzeństwo jest dorosłe i samodzielne, Sabriel i Touchstone prawdziwą czułość okazują tylko sobie. Nie twierdzę, że powinien być to obraz sielski, żadna rodzina nie jest idealna. Jednak postępowanie rodziców Sametha jest całkowitym odwróceniem tego, co Nix przedstawił w poprzedniej części. Ojciec witający syna uściskiem ręki po wielomiesięcznej rozłące, matka wysyłająca tylko jeden list do Sametha, który wyraźnie potrzebuje jej wsparcia, z czego ona zdaje sobie sprawę, ale tłumaczy się obowiązkami Abhorsena, jest zaprzeczeniem wartości, jakie przekazał jej ojciec, i niekonsekwencją autora.

Ellimere, siostra Sametha, stoi na czele monarchii podczas nieobecność rodziców, jest niestrudzona, zadaniowa, skupiona na swoich obowiązkach wydaje się raczej terminatorem niż człowiekiem i nie budzi sympatii. Także Mogget, który tym razem towarzyszy Samethowi, pozostaje sobą i chociaż autor przekazuje trochę więcej informacji, nie umniejsza to jego tajemniczości, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej pobudza ciekawość. Takiej ciekawości nie powodowało we mnie Podłe Psisko, stworzenie Wolnej Magii i Magii Kodeksu przywołane magią Lirael. Przyjaciel dziewczyny i jej wierny towarzysz także owiany jest pewną dozą tajemniczości, jednak jego usposobienie nie budzi wątpliwości co do motywów nim powodujących. Podobnie jak Mogget, Podłe Psisko wprowadza sytuacje humorystyczne do powieści, ale też ducha przygody, to ono bowiem popycha Lirael do odkrywania zakamarków Biblioteki Clayrów, w której dziewczyna pracuje. W Abhorsenie wreszcie dowiadujemy się, kim są oba stworzenia, szkoda tylko, że tak mało się o nich dowiadujemy w ogóle.

Zgodnie z konwencją serii opozycjonistą Starego Królestwa jest nekromanta, Hedge, który wskrzesza zmarłych na potęgę w jakimś nieznanym bohaterom i czytelnikowi celu. O Hedge’u wiadomo jedynie, że jest bardzo potężny, niebezpieczny i uzbrojony, do pomocy ma nie tylko zmarłych i sieje zamęt nie tylko w Starym Królestwie, lecz także w Ancelstierre. Nie jest znany jego cel ani motywacja. Hedge, tak jak Kerrigor, jest postacią jednowymiarową, złą do szpiku kości, podobnie jak jego pan. Ta jednowymiarowość jednak mnie nie raziła, nie oczekiwałam tutaj czegoś więcej, niż otrzymałam w pierwszym tomie.

W Abhorsenie na bliższy plan wysuwa się jeszcze jedna postać – Nicholas Sayre, przyjaciel Sametha ze szkoły, którego czytelnik poznaje już w Lirael. Zaczarowany przez Hedge’a jest nosicielem potężnego pana nekromanty. Autor poświęca temu wątkowi znacznie więcej miejsca i opisuje losy młodego człowieka w bardzo poruszający sposób. Bogu ducha winny chłopiec staje się ofiarą prowadzoną na rzeź i obserwowanie tego sprawiało mi samej sporą trudność. Doskonale się wczuwałam w bezsilność Sametha i Lirael. Zmagania duchowe młodzieńca, który powoli zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje, jego determinacja w celu zachowania resztek siebie, to wszystko autor oddał bardzo wiarygodnie. W trakcie lektury kibicuje się już nie tylko dwójce głównych protagonistów.

Brakuje mi świata w tym świecie. W Sabriel, mniejszej w swej objętości i będącej pierwszym tomem, autor miał jak najbardziej prawo do dawkowania informacji. Jednak po drugim i trzecim tomie spodziewałam się więcej. W Lirael wyobcowanie głównej bohaterki jest dla mnie jego wymówką, aby tylko zarysować społeczność Clayrów, podobnie jak samotność Sametha, dzięki której Nix właściwie nie musiał opisywać życia na dworze królewskim. W obu przypadkach są co prawda wspomniane rytuały i zwyczaje, jednak nie syci to apetytu na obraz świata, całkowicie brakuje tutaj jakiegokolwiek społecznego tła, które w Sabriel było jednak obecne. Ani Lirael, ani tym bardziej Abhorsen nie dają odpowiedzi na coraz bardziej nurtujące pytania. Czym jest Mur i po co został stworzony? Czy dopiero po jego zbudowaniu powstały dwie krainy i nastąpił rozdział na świat magiczny i niemagiczny? Skąd wywodzą się strażnicy Muru – ze Starego Królestwa czy z Ancelstierre? Dlaczego wiedza o istnieniu magii jest wybiórcza wśród mieszkańców Ancelstierre, skoro każdy wie o istnieniu Muru? Po co patrolować tamtejsze okolice, jeśli panuje przekonanie, że po drugiej stronie są ziemie niczyje i można wysyłać tam ludzi? Niewiele wiadomo też o Ancelstierre jako takim poza tym, że w tej krainie zamiast magii jest postęp technologiczny. Nielogicznym i tak naprawdę zbędnym jest dla mnie także wątek polityczny. Wiadomo, że jest jakaś władza, która nie chce współpracować z monarchią Starego Królestwa, ale nie do końca wiadomo dlaczego. Wiadomo, że Hedge szarpie za jakieś polityczne sznurki, nie wiadomo jednak za jakie. Skoro już knuje intrygi, co stoi na przeszkodzie, aby czytelnik, nawet ten młodszy, poznał ich szczegóły? Autor równie dobrze mógł pozostawić go w kompletnej niewiedzy na temat środków podejmowanych do osiągnięcia celu przez nekromantę. Kosztem kilku niewiele wnoszących epizodów z życia Sametha czy Lirael Nix mógł rozwinąć chociaż powyższe wątki, dzięki czemu opowieść byłaby pełniejsza, nie dawała wrażenia marnowanego potencjału. Mimo wszystko braki te rekompensowane są przez wysoki poziom prowadzenia bohaterów, a także samej fabuły w jej prostym zarysie. Autor zaskakuje dbałością o szczegóły w opisywaniu emocji postaci, wydarzeń. Trzeba także Niksowi zaliczyć na plus, że nie szczędzi elementów nieprzyjemnych, realistycznie opisuje bitwy, cierpienia oraz próby, jakim poddawani są młodzi bohaterowie. W „Abhorsenie” akcja nabrała rozpędu, Lirael z Samem muszą przejść naprawdę wiele, są zmęczeni, niewyspani, ale zdeterminowani i odważni. Oboje w pełni już akceptują to, kim się stali, wspierają się wzajemnie i stanowią wzór dla pozostałych.

Obie powieści rozwijają nieco świat Starego Królestwa, z naciskiem na motywy Magii Kodeksu, nekromancji, dodają też kolejne, ciekawe elementy (świat Clayrów, motyw widzenia przyszłości oraz przeszłości). Lirael i Abhorsen to książki o wiele bardziej przygodowe i zróżnicowane niż pierwsza część. W tych powieściach sensu nabiera cytat, będącym swoistym mottem całej serii – Czy to idący wybiera drogę, czy droga idącego? Pojawia się on już w Sabriel, ale to w pozostałych częściach uwydatnia się najsilniej, ponieważ ich esencją jest poszukiwanie drogi i swego przeznaczenia przez dwójkę głównych bohaterów. Przyznam, że zaraz po przeczytaniu ostatniego tomu czułam się rozczarowana, że nie otrzymałam odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Główny wątek oczywiście został doprowadzony do końca, dowiedziałam się również, kim jest Mogget i Podłe Psisko, ale to mnie nie satysfakcjonowało. Doszłam jednak do wniosku, że autor doskonale wiedział, co robi i z punktu marketingowego było to świetne posunięcie. Zresztą, właściwie mogę przecież sama sobie wyobrazić własne rozwiązania dla zagadek świata Starego Królestwa i Ancelstierre, a to całkiem spora frajda. Mimo to nadal jestem ciekawa, co o swoim świecie może mieć do powiedzenia autor i z niecierpliwością czekam na Clariel, która ma być prequelem cyklu.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 19 marca 2015

Martwe dziedzictwo (podejście drugie) - "Sabriel", Garth Nix, tłumaczenie: Ewa Elżbieta Nowakowska, Wydawnictwo Literackie 2014 r.

Kilka dobrych lat temu czytałam pierwsze wydanie Sabriel Gartha Nixa. Książka mi się podobała i postanowiłam przeczytać kolejne dwa tomy trylogii, ale postanowienia nie zrealizowałam. Wznowienie Wydawnictwa Literackiego skłoniło mnie do podjęcia kolejnej próby, tym bardziej, że ukazały się od razu trzy książki. Mimo iż fabułę Sabriel pamiętam dość dobrze, zdecydowałam się historię sobie odświeżyć przed lekturą kolejnych tomów. Ciekawa również byłam, czy pierwszą część odbiorę podobnie, jak za pierwszym razem.

Spodobał mi się, i nadal uważam to za najmocniejszy atut powieści, wątek nekromancji, zwłaszcza jej drugiego wcielenia. Z jednej strony służy ona bowiem do przywracania martwych do życia i wykorzystywania ich do swoich celów, czym zajmują się nekromanci. Z drugiej strony istnieją również Abhorsenowie, których przeznaczeniem jest wysyłanie martwych do śmierci. Nix dość szczegółowo opisuje pracę tych drugich, tytułowa Sabriel jest bowiem następczynią Abhorsenów. Także motyw samej Śmierci, przedstawienia jej jako miejsca podzielonego na Rejony, oddzielone Bramami, przez które płynie Rzeka, jest bardzo ciekawy i świetnie zilustrowany. Obie kwestie są solidnie przemyślane, co się daje od razu odczuć w lekturze. Trzecim – może nieco mniej w tym tomie interesującym, ale obiecującym – wątkiem jest Magia Kodeksu i przedstawienie funkcjonowania magii jako takiej. Widać, że autor bardzo dobrze przemyślał konstrukcję świata w tych dziedzinach.

Chociaż Sabriel jest nastolatką i książka jest zaliczana do literatury młodzieżowej, powieść nie jest lekka i przyjemna, jak mogłoby się wydawać ze względu na grupę docelową. Książka ma pociągający, a jednocześnie niepokojący klimat, spowodowany zapewne bliskością świata umarłych. Nie przepadam za miksowaniem klasycznej fantasy z elementami nowoczesności czy też przemieszaniem dwóch światów – magicznego i niemagicznego, Nixowi wyszło to jednak tak płynnie i wiarygodnie, że szybko przestały przeszkadzać mi czołgi i broń palna (tym bardziej, że mało jest o nich w powieści) i nie zastanawiałam się nad tym, jakim cudem obie krainy istnieją obok siebie bez ingerencji jednej w drugą. Autorowi, jako jednemu z nielicznych, udało się poprowadzić ewolucję bohaterki od kompletnej ignorantki do świadomej swojego przeznaczenia młodej kobiety. Od początku zresztą Sabriel różni się od koleżanek, czuje, że spoczywa na niej ogromne brzemię rodzinnego dziedzictwa. Nie sądziła jednak, że tak nagle i w tak szybkim czasie będzie musiała porzucić normalne życie. Nix nie zaniedbał niczego w konstrukcji postaci bohaterki, uwydatniając jej emocje i poświęcając im sporo uwagi: strach, wątpliwości, tęsknotę za dawnym życiem. Dziewczyna potrafi się jednak odnaleźć w sytuacji i to również jest wiarygodne – z początku traktuje dziedzictwo ojca jako zło konieczne, by z czasem przyjąć przeznaczenie. Sabriel wydaje mi się dobrym wzorem dla młodych czytelniczek, chociaż zdaję sobie sprawę, że może być ciężko się z nią utożsamić, jest bowiem zbyt poważna i odpowiedzialna, jak na swój wiek. Jednak ta jej odpowiedzialność, odwaga, skupienie i nastawienie na znalezienie rozwiązania mogą się podobać i motywować, tym bardziej, że nie jest ideałem, nie od razu wie, co ma robić. Jedyną rysą na tej postaci jest według mnie kulawo poprowadzony wątek miłosny jej i uratowanego przez nią rycerza Touchstone’a. Kiedyś ten motyw bardzo mi przeszkadzał i uznawałam go za kompletnie zbędny, dzisiaj stwierdzam, że został źle poprowadzony, zbyt słabo i pobieżnie opisany.

Skoro wspomniałam o Touchstonie, wypadałoby napisać nieco więcej o innych postaciach powieści. Sam rycerz jest dość intrygującym bohaterem, aczkolwiek niedostatecznie. Skupiając się tak bardzo na Sabriel, autor zaniedbał Touchstone’a, który najczęściej jest przedstawiany z perspektywy dziewczyny. Szkoda, że Nix powierzchownie podszedł do kwestii sumienia tego bohatera i jego przeszłości. Przez to wydaje się bardziej godny pożałowania niż współczucia. W drodze na ratunek ojcu towarzyszy Sabriel jeszcze ktoś – Mogget, zaklęty w białego kota tajemniczy demon, a może duch. Nie wiemy tego, nie wie tego też Sabriel. Z pewnością nie jest on jej przyjacielem, raczej sojusznikiem z przymusu, nie z wyboru, którego bohaterowie muszą się strzec. Złośliwy, egoistyczny i cyniczny kocur wprowadza ironię i humor do dość mrocznej fabuły. Wątek Moggeta jest zdecydowanie najbardziej intrygującym motywem postaciowym, jego historię będzie chciał poznać każdy, kto przeczytał Sabriel. W powieści pojawia się jeszcze troje ważnych bohaterów: Abhorsen, ojciec dziewczyny, matka Sabriel oraz wróg. Ojciec bohaterki, którego imienia nie poznajemy (kto zostaje Abhorsenem, staje się bezimienny dla innych, tradycja), jest, podobnie jak Sabriel, postacią kompletną, chociaż może niewiele o nim wiadomo i siłą rzeczy nie jest właściwie obecny w opowieści. Jest Abhorsenem i całe życie poświęcił swemu powołaniu, mimo to bardzo kocha córkę i daje jej wszystko, co może ofiarować; Sabriel doskonale to odczuwa i być może dzięki temu rozumie jego postępowanie i nie ma mu niczego za złe. Piękny to motyw miłości, jakkolwiek absurdalne to się wydaje. Szkoda, że wątek matki nie został tak samo dobrze przedstawiony. Matka Sabriel (jej imienia także nie znamy, co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe) zmarła przy porodzie i pojawia się tylko raz lub dwa jako widmo, aby wskazać dziewczynie właściwą drogę i poza tymi momentami Sabriel nie poświęca jej ani jednej myśli. Gdyby jej w ogóle nie zobaczyła, mogłabym to zrozumieć, ale wydaje mi się to niewiarygodne, że dziecko nie chce wiedzieć, kim była jego matka... Czarny charakter też pozostawia nieco do życzenia. Jest po prostu Złem, mściwym i pragnącym władzy, które trzeba zwalczyć. Autor, posługując się wspomnieniami Touchstone’a, daje do zrozumienia, że zawsze tak było. Wątek Kerrigora nie został niestety specjalnie rozwinięty, co być może nie przeszkadza młodszej części młodych odbiorców. Starsza z pewnością doceniłaby złożoność motywów Kerrigora.

Sabriel to również ciekawa kreacja obu światów, przedzielonych Murem. Autor nie odkrywa co prawda zbyt wiele, tło jest jednak wystarczające do prowadzenia opowieści, ale podobnie jak przy wątkach magii, śmierci i nekromancji, wydaje się bardzo dobrze przemyślane. Książka pisana jest prostym językiem, wciąga od pierwszej strony i nie można się od niej oderwać. To, że czyta się ją szybko, nie znaczy, że bezmyślnie – autor umiejętnie wplata przemyślenia o wartościach istotnych (przyjaźń, odwaga, odpowiedzialność, miłość) i refleksje nasuwają się same. Sabriel to pierwszy tom serii Stare Królestwo. Wydaje mi się swego rodzaju powieścią pilotażową, przygotowaną na brak dalszej części, niż powieścią otwierającą dłuższą historię, ponieważ jej fabuła jest właściwie zamkniętą całością. Istnieje tylko jeden wątek, prowadzony od początku do końca bez zbędnych dygresji. Jednak wizja świata autora, ledwie zarysowana, ale ze zmyślnym pokazaniem ogromnego potencjału, jego pomysłowość w kwestii wątków magicznych i umiejętność w budowaniu wiarygodnych głównych bohaterów sprawiły, że chętnie i z ciekawością sięgnęłam po kolejne tomy.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

piątek, 6 marca 2015

Prawdziwe przerażenie budzi nie potwór, a czekanie na niego - "Polaroidy z zagłady", Paweł Paliński, Powergraph 2014 r.

Na najnowszą powieść Pawła Palińskiego czekałam z pewną dozą niecierpliwości, przede wszystkim dlatego, że miała być wydana pod znakiem Powergraphu. To wydawnictwo z godną podziwu wytrwałością dba o wysoką jakość polskiej fantastyki, dostarczając czytelnikom produkty najlepszego sortu. Byłam też ciekawa, jak rozwinęła się twórczość Palińskiego, którego opowiadania mnie intrygowały, ale do końca nie pozwalały wciągnąć się w opowieść. Okazało się, że historia opowiedziana w Polaroidach z zagłady zadziałała podobnie.

Początkowo fabuła mnie zainteresowała, tym bardziej, że nie wiadomo było do końca, co się tak naprawdę dzieje w mieście S. i reszcie świata. Za ciekawe i odświeżające w dobie młodych, silnych i odważnych pogromców życia uznaję wyznaczenie 60-kilkuletniej, zwyczajnej kobiety na główną bohaterkę, która zadziwia wytrwałością. Akcja książki rozwija się bardzo powoli, prawie wcale, główną osią są przemyślenia Teresy, jej zabiegi w celu zachowania życia w opuszczonym mieście, w którym pozostała tylko ona, psy i Bierni. Nie wiadomo, co się wydarzyło, dlaczego ludzie zaczęli się zmieniać i czy komukolwiek udało się przetrwać. Czytając pierwsze strony, zastanawiałam się nad tym, obserwując poczynania bohaterki z niepokojem. Jednak po jakimś czasie metodyczność i obojętność Teresy udzieliła się także mnie i kontynuowałam lekturę, nie przeżywając specjalnie kolejnych wydarzeń, nie wczuwając się kompletnie w dalsze losy kobiety i jej samotność; nie zastanawiałam się nad zakończeniem powieści, nie mówiąc już o tym, że nie przejęłam się wizją takiej apokalipsy, jaką przedstawił autor. Może dlatego, że bardzo wątpię w to, że zaczniemy się nagle zmieniać w Zombie, czy inne bezwolne istoty, ten motyw nigdy nie przemawiał do mojej świadomości. Trudno mi też wyobrazić sobie i przyjąć na wiarę taki obraz świata, w którym zostaną zdziesiątkowane miliardy, a pozostanie zaledwie garstka ludzi, mniej lub bardziej szalonych. Styl językowy w dużej mierze przeszkadzał mi w zaangażowaniu się w powieść, jak dla mnie okazał się zbyt wyszukany, zbyt wiele było w nim metafor i filozofii, żebym mogła poczuć prawdziwe piekło, jakim jest taka samotność, bez szans na ratunek. Przyznam, że ciekawym zabiegiem było umieszczenie w książce narratora, spodziewałam się wręcz, że okaże się nim jakiś ukryty obserwator, znający myśli Teresy i wówczas stylistyka byłaby dla mnie do przyjęcia. Motto powieści sugeruje raczej, że to bohaterka pełni tę rolę i tutaj już poetycka wymowa straciła dla mnie sens.

Jedyne, nad czym się zastanawiałam, i to dość intensywnie, to dlaczego Teresa nie popełniła samobójstwa albo nie szukała pomocy. Denerwowałam się, że ta kobieta nie żyje, ona wegetuje. Dni spędza na sprawdzaniu bezpieczeństwa domu, lustrowaniu okolicy, spaniu, wydalaniu, czasami jedzeniu i piciu, rzadko na myciu się. Nie miała przecież żadnej nadziei na lepsze jutro, doskonale zdawała sobie sprawę, że ratunek nie nadejdzie, że będzie coraz słabsza, bardziej głodna... Dlaczego więc nie podcięła sobie żył, nie powiesiła się? Co ja bym zrobiła w takiej sytuacji? Co wy byście zrobili? Niedawno doszłam do wniosku, że jej chęć przetrwania, potrzeba życia musiała być ogromna i że nawet tak jałowe, samotne życie jest lepsze niż jego brak. W dobie promowania aktywnego trybu życia, pełnego wyzwań, pasji, ciekawości, haseł, że nie można marnować ani chwili, bo życie mamy tylko jedno, taka koncepcja wydaje się już na tyle obca i dziwna, że ją odrzuciłam. Jednak dzięki Polaroidom z zagłady uzmysłowiłam sobie, że każdy ma prawo do takiego życia, jakie sobie wybrał, każdy decyduje o sobie samym, tylko o sobie i o tym, ile mu z tego życia wystarcza.

I w tym tkwi dla mnie siła powieści Palińskiego. Może nie jest to najlepsza powieść, jaką czytałam, może poetycka stylistyka zbytnio mnie irytowała, może brak akcji był męczący... Jednak pozostawiła mnie z przemyśleniami i została w głowie na długo (skończyłam czytać pięć miesiący temu), sprawiła, że zmieniłam swoje postrzeganie kilku spraw, zmieniłam się więc ja. I, o dziwo, przyznaję, że chętnie sięgnę po kolejną książkę tego autora.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 5 lutego 2015

Korzystna zamiana - "Zobaczyć Sorrento i umrzeć", Katarzyna Kwiatkowska, rozpisani.pl 2014 r.

Zobaczyć Sorrento i umrzeć to trzecia powieść w dorobku Katarzyny Kwiatkowskiej. Zbrodnia w błękicie zachwyciła mnie lekkością stylu i świetnym połączeniem kryminału i powieści obyczajowej. Autorka w Ablu i Kainie kontynuowała tę tradycję, umacniając moją dobrą opinię. Zobaczyć Sorrento i umrzeć jest książką inną w wielu aspektach i jeszcze lepiej dopracowaną pod względem stylu, klimatu oraz motywów kryminalnych i obyczajowych.

Tym razem autorka zabiera czytelnika w podroż po Włoszech, urokliwym, ale niepozbawionym mroków Sorrento, Neapolu, Capri. Najważniejszą innością jest zmiana bohaterów - tym razem to nie Jan bawi się w detektywa. Poznajemy jego prawie narzeczoną, Konstancję Radolińską. Zmianę bohaterów uważam za świetne posunięcie! W konwencji kryminałów jest też to krok oryginalny. Początkowo byłam niepocieszona, liczyłam bowiem, że tym razem dowiem się więcej o Janie. Lecz szybko moje rozczarowanie zmieniło się w zachwyt nad Konstancją. Konstancja, chociaż nie jest tajemnicza i metodyczna, jak Jan, to jest równie zajmującą postacią, a jej droga do siebie jest o wiele ciekawsza niż perypetie jej narzeczonego. O dziwo, o Janie dowiedziałam się całkiem sporo, więcej niż w poprzednich książkach. Zabieg opisu postaci z innej perspektywy to kolejny plus dla Katarzyny Kwiatkowskiej. 

Powieść ma o wiele lżejszy charakter niż Zbrodnia w błękicie czy Abel i Kain, i to mimo większej ilości zabójstw i nie mniejszej ilości napięcia. Wszystko zapewne dzięki atmosferze lata i malowniczo oddanych Włoch wraz z obyczajowością ich mieszkańców. Zobaczyć Sorrento i umrzeć czytałam z prawdziwą przyjemnością, w niewielkich ilościach, aby jak najdłużej cieszyć się towarzystwem książki. Jest to jedna z nielicznych książek, którą chciałam czytać i czytać i z pewnością będę do niej wracać. Co więcej, przy całym swoim napięciu wywołanym intrygami i morderstwami jest zabawna! Humor sytuacyjny i dialogowy istnieje tu przede wszystkim dzięki ciotce Konstancji, Victorii, ale też pozostali nie są gorsi. Sama Konstancja powoduje wiele śmiesznych sytuacji. Autorka przywiązuje tutaj dużo większą uwagę do psychologii postaci niż we wcześniejszych książkach. Poprzednio bohaterowie odpowiedzialni byli głównie za dokładanie kolejnych pytań lub odpowiedzi do kryminalnej zagadki. W Zobaczyć Sorrento i umrzeć każdy z bohaterów ma swoją historię i niemal każdego z nich chciałam poznać. Mam nadzieję kilkoro z nich spotkać w kolejnych książkach.

Intryga kryminalna jest mocno zapętlona, z każdą stroną pojawia się więcej komplikacji, po odpowiedzi na jedno pytanie pojawiają się dwie kolejne zagadki. Co prawda przeczuwałam rozwiązanie, jednak gdy się ujawniło, byłam zaskoczona. Wątek morderstw powiązany z konspiracją i kradzieżą obrazów Caravaggia wciąga od pierwszych minut lektury i uważam go za równie dobry, jak w Zbrodni w błękicie, może dlatego, że oba są połączone z historycznymi wydarzeniami. Okazuje się, że Konstancja radzi sobie z prowadzeniem śledztwa nie gorzej od Jana, a z pewnością jej entuzjastyczne podejście, niestrudzona ciekawość, żywość umysłu w tworzeniu kolejnych teorii sprawiają, że jej sposób jest o wiele bardziej angażujący czytelnika niż działania Jana, który przy niej wydaje się... nudziarzem.

Jak zwykle świetne tło społeczno-historyczne. Jesteśmy już na początku XX wieku, otrzymujemy wiele informacji o etykiecie wśród wyższych sfer oraz o tym, w jakim miejscu były kobiety w społeczeństwie. Kobieca niezależność i feminizm to ważne wątki tej powieści. Przykład kobiecych bohaterek świetnie ilustruje pułapki, w jakich żyły ówczesne kobiety (zwłaszcza, mam wrażenie, te z wyższych sfer), dla których jedynymi sposobami na wolność było odważne postawienie swoich celów przeciwko rodzinie czy wdowieństwo po bogatym mężu. Odkrycia, jakich w sobie dokonuje Konstancja dzięki śledztwu, są równie istotne, co wątek kryminalny. Bardzo polubiłam tę bohaterkę i mocno jej kibicuję, chcę też wiedzieć, jak ułożą się jej dalsze losy. Przy takim obrocie spraw i umiejętności przewracania wątków przez Katarzynę Kwiatkowską moja ciekawość jest bardzo duża.

Myślę, że Zobaczyć Sorrento i umrzeć to jak dotąd najlepsza powieść Kwiatkowskiej. Autorka dopracowała styl językowy, jej bohaterowie wydają się żywi i pełnowymiarowi, świetnie prowadzona intryga kryminalna w otoczeniu obyczajowo-historycznego tła, w dodatku humor i przewrotność w podejściu do konwencji stawiają ją w gronie moich ulubionych pisarek w ogóle.

Dziękuję i proszę o więcej.

Zobaczyć Sorrento i umrzeć jest pierwszą książką z mojego wyzwania książkowego na 2015 rok, które krążyło pod koniec roku w sieci. Punkty zawarte na liście wydały mi się na tyle ciekawe, że postanowiłam się zmotywować do ich wypełnienia. Oczywiście będę ją lekko modyfikować i nie będę szła z planem jeden punkt - jedna książka, objawia się tu chyba moja przekorność i poczucie wolności w wyborach. Dlatego powieść Katarzyny Kwiatkowskiej spełnia trzy punkty na liście:

  1. Więcej niż 215 stron,
  2. Autorem jest Kobieta
  3. W tytule jest nazwa miasta

czwartek, 29 stycznia 2015

W tempie - "Whiplash", scenariusz i reżyseria: Damien Chazelle, 2014 r.

Film Damiena Chazelle'a jest rewelacyjny! Nie wiem, czy w tym roku obejrzę coś chociaż w podobnym stopniu porywającego.

Miles Teller w roli Andrew Neimanna przechodzi samego siebie i przekracza granice aktorstwa i muzyczne. Przemiana, jaka zachodzi w Andrew, jest niebywała, a obserwowanie tej ewolucji to niesamowite doznanie! J.K. Simmons jako Terence Fletcher przerażał mnie tak jak swoich studentów i właściwie cały film przesiedziałam zestresowana, rozgniewana, wystraszona i przejęta jednocześnie. Miałam ochotę na przemian krzyczeć, bić w bębny, bić Fletchera, emocje Andrew udzielały mi się bardzo mocno i tylko przyjaciółka mnie powstrzymywała przed ruszeniem z fotela na ekran!

Podobnie silne emocje odczuwałam ostatnio oglądając Rush. Whiplash to kolejny film, który polecam, wręcz zalecam każdemu. Pokazuje życie i to, że jak chcesz być wielki, to możesz, i tylko Ty stoisz sobie na przeszkodzie. Nie ma przeznaczenia, szczęścia, pecha czy jakiegoś innego fatum. Wszystko nie leży w rękach któregoś z bogów, tylko w Twoich! Ludzie, zdarzenia wyzwalają w nas pewne procesy, uruchamiają emocje, refleksje, ale to, jak my na nie reagujemy i co się dzieje dalej, zależy od nas. Tylko Ty nadajesz wartość temu, co robisz. Jeśli na czymś Ci zależy, dąż do tego, działaj, nie zważając na to, co kto mówi o Tobie i o tym, co robisz.

Nie zgadzam się z Terencem Fletcherem, że znęcanie się nad kimś fizyczne i psychiczne to właściwa droga do wielkości, ale ten film uświadomił mi, że jesteśmy zbyt wychuchanym społeczeństwem, z pokolenia na pokolenie coraz bardziej. Nie jesteśmy odporni na krytykę, złe słowo czy gniew innych. Uwielbiamy zrzucać winę na resztę świata za swoje porażki, zamiast wziąć się do roboty i zająć sobą, uzależniamy nasze działania od innych, zamiast szukać motywacji w sobie.

Jestem pod wrażeniem tego, jak w tempie jest ten film - zaczął się od razu, bez wstępów, i skończył tak samo. Jest idealnie wymierzony i od pierwszych do ostatnich minut trzyma w napięciu. Nie ma w tym filmie nic zbędnego, żadnych dłużyzn. Przez dwie godziny seansu nie odrywałam wzroku od ekranu. Świetne zdjęcia i muzyka (ten jazz!) są dopełnieniem obrazu.

Polecam!

sobota, 10 stycznia 2015

Wymarzona kontynuacja – „Wiedźmin”, CD Projekt RED, 2007

Gatunek: Action-RPG
Producent: CD Projekt RED
Wydawca: Atari
Platforma: PC
Premiera: 26 października 2007

Za każdym razem, kiedy kończę czytać cykl wiedźmiński, trudno mi przychodzi pogodzenie się, że to już naprawdę koniec. Zawsze jednak uważałam, że Andrzej Sapkowski powinien był trzymać się swojego zdania i nie pisać więcej żadnych opowiadań czy kolejnych powieści opartych na wiedźmińskim świecie (po wydaniu Sezonu burz tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu). Jednak zawsze zastanawiałam się, co byłoby, gdyby się przełamał. Teraz już wiem, Sezon burz. Moje wszystkie obawy, które żywiłam co do ewentualnego powrotu przez pisarza do świata wiedźmińskiego, potwierdziły się. Podobne obawy miałam w związku z wiadomościami dotyczącymi pracy nad grą bazującą na opowiadaniach i powieściach. Dlatego długo zwlekałam z kupnem Wiedźmina, niespecjalnie podobały mi się szkice koncepcyjne, nie byłam również przekonana do postaci głównego bohatera. Bałam się po prostu, że gra nie spełni moich oczekiwań i będzie to kolejna siekanka spod znaku RPG. Dzisiaj z pełną świadomością muszę powiedzieć, że zespół CD Projekt RED dokonał tego, co nie udało się Sapkowskiemu – przedstawił wiarygodną, najlepszą z możliwych, oddającą klimat cyklu kontynuację losów Geralta w klimacie właściwego cyklu (jak się już domyślacie, Sezonu burz do tegoż nie zaliczam), zapewniając mi godziny doskonałej rozgrywki.

Przede wszystkim oklaski należą się za fabułę. Cała intryga jest bardzo wciągająca, trzyma w napięciu, z każdą godziną, nowym wątkiem byłam coraz bardziej ciekawa, co się wydarzy, dlaczego losy bohaterów układają się tak a nie inaczej. Do tego twórcy zapełnili świat postaciami z książek i nawiązaniami do wydarzeń z cyklu, dzięki czemu czułam się zupełnie tak, jakbym się przeniosła do Wyzimy. Geralt w wyniku niewyjaśnionych wydarzeń stracił pamięć i próby jej odzyskania są jednym z głównych wątków całej opowieści. Tak, opowieści, ponieważ dzieła CD Projekt RED nie można nazwać zwykłą grą, dla mnie jest to bowiem najlepsza kontynuacja ukochanych książek. Drugi motyw to polityczna międzynarodowa przepychanka, którą bohaterowie raczyli nas już w cyklu książkowym. Ponownie wiedźmin został wciągnięty w machinacje i intrygi najmożniejszych jego świata. Usiłując rozwikłać zagadkę skradzionych wiedźmińskich tajemnic, wplątuje się między królów i czarodziejki. I chociaż czasami historia zgrzyta (nie do końca jest dla mnie jasne, w jaki sposób Geralt mógł zostać zagarnięty przez Dziki Gon, ale być może dowiem się tego w kolejnej części), to w większości tworzy spójną układankę, do której kolejne elementy gracz dopasowuje bez końca. Ciekawe są również istotne misje poboczne, które nie tylko prowadzą do zdobycia doświadczenia (są też i takie, oczywiście – to są zwykłe misje poboczne), lecz także wyjaśniają wspomnienia, układają pewne informacje w logiczniejszą całość, pomagają w innych epizodach. Cała historia jest nieliniowa i często nie sposób przewidzieć rezultatów naszych decyzji, co więcej wszystko ma wpływ na zakończenie, chociaż wątki główne pozostają niezmienne, co czyni grę o wiele atrakcyjniejszą.

Kolejną mocną stroną Wiedźmina są bohaterowie. W samym Geralcie po prostu się zakochałam, swym charakterem przypomina mi upartego, samotnego, prawdziwego wojownika, kierującego się swoim poczuciem sprawiedliwości, jakiego poznałam w opowiadaniach. Sądziłam też, że nikt nie zastąpi mi filmowego obrazu Geralta i tak pasującego do niego głosu Michała Żebrowskiego (wiem, wiem, film tragedia i Geralt też nie do końca taki, jaki powinien być, ale nie było i nadal nie ma aktora, który lepiej wcieliłby się w postać wiedźmina). Bohaterowi gry udało się wręcz filmową postać przyćmić fizycznie (chociaż uważam, że Geralt jest zbyt przystojny), a głos Jacka Rozenka jest wręcz idealny. W ogóle dubbing gry jest oddzielnym arcydziełem. Bogactwo dialogów, humor charakterystyczny dla cyklu, zróżnicowanie zachowań postaci pierwszo, drugo, nawet trzecioplanowych robi wrażenie. Z przyjemnością mogłabym siedzieć tylko i oglądać, jak ktoś inny gra, traktując Wiedźmina jak dobry film fabularny.

Dopełnieniem fabuły są gry, które pomagają zdobyć doświadczenie, pieniądze i dodatkowe nagrody, ale też po prostu sprawiają przyjemność. Jedyną grą, jaka mnie niespecjalnie bawiła, to zdobywanie kart erotycznych za uwodzenie kobiet – widzę w tym nawet zabawną ironię; jednak za bardzo kłóci mi się to z osobowością wiedźmina, bardziej pasuje do Jaskra. Należy jeszcze wspomnieć o cudownych animacjach Tomka Bagińskiego i muzyce Adama Skorupy i Pawła Błaszczaka, które ogląda się i słucha z prawdziwym zachwytem.

Sterowanie postacią jest bardzo proste, właściwie wystarczy trzymać lewy przycisk myszy lub wciskać go w odpowiednim momencie trakcie walki. Twórcy umożliwili również dopasowanie układu kamery, która jednak wariuje totalnie w trakcie większych i bardziej złożonych bitew. Przydatnym elementem w trakcie walk jest stosowanie pauzy, zwłaszcza w kontekście ostatniej uwagi. Proste menu bohatera pozwala na szybkie zaznajomienie się z najważniejszymi elementami ekwipunku, łatwe rozbudowywanie postaci. Dziennik, w którym zawarte są opisy monstrów, bohaterów, mikstur, roślin, jest niejednokrotnie bardzo przydatny i pozwala na jeszcze lepsze wczucie się w rozgrywkę.

W całej grze sześć kwestii przeszkadzało mi najbardziej: brak możliwości szybkich podróży do najważniejszych miejsc; potwory-bumerangi, o wiele niższe doświadczeniem, a nie dające za wygraną mimo noszonych przez bohatera amuletów; przestoje fabularne, podczas których trzeba było się zajmować nudnymi i podobnymi do siebie zwykłymi zadaniami pobocznymi; wyznaczniki czasowe – jeśli coś miało zostać wykonane o północy, to trzeba było wcelować w tę cholerną północ, nie ma tu bowiem akademickiego kwadransa, a trzydzieści minut przed lub po północy nie dawało rezultatów; brak możliwości pełniejszego eksplorowania świata gry, Geralt nie może przeskoczyć przez opłotki, musi poruszać się wyznaczoną drogą;  chyba najbardziej denerwowało mnie zapętlenie zadaniowe między Bagnami a Wyzimą, sprawiające, że dostawałam szału, kiedy do wypełnienia jednej misji musiałam mojego bohatera przemieszczać z jednego miejsca w drugie po kilka razy i ostatecznie doprowadziło mnie do porzucenia gry na ponad pół roku…

Mimo wszystko Wiedźmin stał się jedną z moich ulubionych serii gier. Teraz część druga w oczekiwaniu na część trzecią.

niedziela, 14 września 2014

Za dużo, za mało - "Skald. Karmiciel Kruków", Łukasz Malinowski, Erica 2013 r.

Przymierzałam się do tej książki niejednokrotnie i zawsze po kilku, kilkunastu stronach dawałam za wygraną, zbyt poirytowana stylem autora i osobą głównego bohatera. Jakiś czas temu zawzięłam się i postanowiłam dać Łukaszowi Malinowskiemu ostatnią szansę. Miałam ochotę na wikińskie klimaty, średniowieczną epokę, sądziłam, że się przyzwyczaję do tego bezczelnego, aroganckiego, głupiego Ainara i przełknę liczne definicje odnoszące z historii, mitologii, obyczajów...

Nie w przypadku tej książki. Czytałam i zgrzytałam zębami niemal przy każdej stronie. I tak jestem z siebie dumna, dotrwałam do jakiejś dwusetnej strony, ale ostatecznie uznałam, że nie warto tak się męczyć. Dwa opowiadania i mikropowieść, tak można określić zawartość Skalda. Jest to jedna z niewielu książek, która wzbudziła we mnie tak wielką niechęć (inne znajdziecie na stronie Najgorsze książki). Historie są tu zwyczajne, niczym nie zaskakują, a nudzą przeraźliwie. Główny bohater to postać dla mnie całkowicie nie do zaakceptowania. Ainar wydaje się być kreowany na boskiego Lokiego, przebiegłego, egoistycznego, ale piekielnie inteligentnego aroganta. Dla mnie to jednak człowiek bez żadnego celu, bezczelny, złośliwy. Niegłupi, ale też i nie najmądrzejszy, niczym nie imponujący. Nie muszę lubić literackiego bohatera, ale jeśli jest to protagonista, oczekuję, że przynajmniej będzie miał w sobie coś takiego, co utrzyma mnie w lekturze, zaintryguje. Idealnym przykładem jest tu Locke Lamora z powieści Scotta Lyncha – nienawidziłam drania, ale od lektury Kłamstw Locke’a Lamory nie mogłam się oderwać przede wszystkim dlatego, że ten drań był piekielnie inteligentny i przebiegły. Ainarowi daleko, oj jak daleko…

W równym stopniu denerwowały mnie te encyklopedyczne wstawki. Na każdej stronie, często nawet po kilka razy czytelnik jest bombardowany definicjami z zakresu mitologii, obyczajowości, historii epoki. Pół biedy kiedy trafiało się to w opisach (aczkolwiek dygresje na temat mitologii mógł sobie autor darować w trakcie relacjonowania bitwy…), ale Malinowski wkładał też tłumaczenia w usta swoich bohaterów! Jakby tego było mało (a nie było), to jeszcze książka pstrzy się od przypisów. Nie wiem, jak innych, ale mnie coś takiego całkowicie wybija z lektury, nie daje mi żadnej przyjemności, odstręcza od zdobywania wiedzy, psuje ciekawość. Uwielbiam powieści historyczne, historyczne fantasy również, i dobre przygotowanie merytoryczne pisarza, ale nie wtedy, kiedy przytłacza to fabułę i bohaterów. Tutaj miałam wrażenie, że czytam encyklopedię do historii skandynawskiej. Wiedzę Łukasz Malinowski ma doprawdy ogromną i być może sięgnę po jego prace naukowe, ale od powieści będę się trzymać z daleka.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zupełnie inny łowca - "Łowca androidów. Słowa i obrazy", Andrzej Tuziak, Instytucja Filmowa "Silesia-Film", 2014

Podstawowym elementem dobrego filmu jest dobry scenariusz. Zawsze to wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, ile od dobrego scenariusza zależy. Co więcej, nie wiedziałam, jak trudno jest stworzyć dobry skrypt. Każda strona to minuta filmu! Scenarzysta musi uwzględnić mnóstwo czynników – dialog, opisać zachowanie bohaterów w danym momencie, zwracać uwagę na otoczenie, w którym się będą znajdowali… Stworzenie scenariusza jest tym większym wyzwaniem, kiedy trzeba przygotować scenariusz na podstawie powieści. O tym, jak ciężka jest to praca, zwłaszcza gdy pracuje się z twórczością Philipa K. Dicka, opowiada autor tej niezwykłej książki.

Jestem pełna podziwu dla Andrzeja Tuziaka, dla jego wiedzy, pasji, z jaką odkrywa przed czytelnikiem kolejne etapy powstawania scenariusza do filmu Blade Runner i z jaką subtelnością przekazuje także swoje, bardzo ciekawe refleksje. Dzięki niemu zupełnie inaczej podchodzę do oglądania filmów, dostrzegam rzeczy, których nie widziałam wcześniej. Książka zmieniła także mój sposób podejścia do reżyserów ogólnie, do Ridleya Scotta w szczególności. Odniosłam wrażenie, że Scottowi o wiele mniej zależało na zachowaniu klimatu powieści niż scenarzystom i wiem już, że to w dużej mierze dzięki autorom scenariusza Blade Runner jest tak wyjątkowym obrazem.

Książka odsłania kulisy pracy scenarzysty, ale też pokazuje, w jaki sposób funkcjonuje ten wewnetrzny świat filmowy, jak współpracują producenci, reżyserzy, scenarzyści (chociaż Blade Runnera kręcono w latach 80., nie sądzę, by wiele się od tego czasu zmieniło w środowisku filmowym). Uzmysławia, jak ważne jest, aby film postrzegać jako pracę zespołową, a nie tylko widzieć aktorów, reżysera. To była ciekawa i wciągająca przygoda. Polecam nie tylko fanom Dicka, Blade Runnera, ale także tym, których interesuje scenopisarstwo czy ogólnie techniczne aspekty powstawania filmów.

Łowca androidów. Słowa i obrazy zasługuje z pewnością na uwagę czytelników. Bardzo dziękuję Agnes za zaintrygowanie mnie lekturą i uproszenie autora o pożyczenie książki, autorowi dziękuję również:-)

środa, 16 lipca 2014

Obcy, nieobcy - "Frank", scenariusz: Jon Ronson & Peter Straughan, reżyseria: Lenny Abrahamson, 2014

Poszłam na film, nie wiedząc o nim wiele więcej, ponad to, że grają tam Michael Fassbender (nad którym zachwytów nie ma końca) oraz Domhnall Gleeson (bardzo podobała mi się jego rola w About Time, ale o tym może innym razem), nawet chyba nie widziałam trailera. Nie miałam więc w głowie żadnych opinii, informacji o reżyserze, fabule. Przeczuwałam jedynie, że może to być dobra produkcja. I nie myliłam się. Bawiłam się świetnie, a i kilka przemyśleń do mojej głowy trafiło. Frank to jeden z lepszych filmów, jakie widziałam ostatnio (co może nie jest wielką rekomendacją, bo przez ostatnie miesiące obejrzane przeze mnie filmy zmieszczą się na palcach obu rąk).

Frank to film, który można zakwalifikować jako komediodramat, ale poza tym ciężko określić, jakie jest jego konkretne przesłanie, chyba każdy może wynieść własne. Niektóre filmy odbieram jednoznacznie już podczas seansu, już wtedy docieram do pewnych wniosków, refleksji (jak choćby podczas oglądania Rush). Franka trawiłam kilka dni, wciąż zresztą nie wiem, czy to, co odebrałam dla siebie, jest właściwym dla mnie przekazem. Nie chcę przez to sugerować, że film jest trudny lub wydumany, po prostu nie uderza w widza, nie bombarduje go emocjami, pozwala mu się zastanowić, sprawia, że po dotarciu do napisów końcowych obraz w nim pozostaje na dłużej.

Dla mnie Frank to film mówiący o tym, że warto być sobą, nie zważać na konwenanse, nie ograniczać się schematami, iść razem z życiem, a nie pod prąd próbować wbrew sobie się zmieniać, podporządkowywać. Bo tylko zachowując siebie, będąc wobec siebie szczerym, nie ukrywając się przed innymi za maskami, nie żyjąc życiem innych, możemy być naprawdę spokojni i może nawet szczęśliwi. To też przestroga, aby nie ulegać fascynacji innymi ludźmi, nie zatracać się w nich, nie naśladować, inaczej niszczymy nie tylko siebie, ale też tego, kim jesteśmy zafascynowani.

Frank to film kameralny, z kilkoma aktorami, z których każdy jest wyjątkowy, bo każdy ma inną rolę do odegrania. Nie uważam, aby to była "życiowa" czy "zjawiskowa", czy też "mistrzowska" rola Michaela Fassbendera. Aktor świetnie się spisał i oczywiście dał z siebie wszystko, potrafił przekazać emocje widzowi nawet mimo zakrycia najważniejszej części swego aktorskiego ciała, czyli twarzy (a to, przyznacie, prawdziwa sztuka), ale ja jednak wolę patrzeć, jak on gra właśnie twarzą, bo to człowiek, który zaledwie jednym niewielkim grymasem, skrzywieniem warg, spojrzeniem umie powiedzieć wszystko, nie używając nawet słów. Jest dla mnie aktorem wyjątkowym, o niesamowitym talencie, który widać w każdym jego filmie, to doprawdy niezwykłe, klasa sama w sobie i nazwisko, które zawsze będzie na mojej liście ukochanych aktorów, a nie ma ich tam wielu. Bardzo dobrze zagrał również Domhnall Gleeson, ten uroczy rudzielec momentami mnie przerażał, bawił, wzruszał, fascynował, złościł... Dzięki niemu postać Jona była żywa. Podobnie na oklaski zasługują pozostali: Maggie Gyllenhaal jako neurotyczna Clara, Scott McNairy jako depresyjny Don, Carla Azar w roli małomównej, ale wyrazistej Nany i ciągle mówiący po francusku, rozbrajający Francois Civil jako Baraque.

Nie można nie wspomnieć oprawy muzycznej, w końcu to film o muzykach. Idealnie dopracowana, wplatająca się w fabułę, a jednak wybijająca się oprawa muzyczna to dzieło Stephena Rennicksa. Frank wart jest obejrzenia i posłuchania. Smaczku dodaje też fakt, że muzyka grana przez filmowy Soronprfbs była nagrywana na żywo przez obsadę, a sam film inspirowany jest życiem prawdziwych postaci.

czwartek, 29 maja 2014

Powstanie Warszawskie

Kiedy się dowiedziałam, że do kin wejdzie Powstanie Warszawskie, film będący zbeletryzowanym montażem archiwalnych filmów z sierpnia 1944 roku, wiedziałam, że muszę to obejrzeć. Zastanawiałam się, czy twórcom uda się stworzyć spójną historię, jak będzie wyglądał ten niezwykle oryginalny film. Zastanawiałam się też, w jaki sposób do niego podejdę – wiedziałam, że nie będę w stanie oceniać go jak każdej innej produkcji, przecież tutaj nie chodzi o akcję, głębię i wiarygodność psychologiczną bohaterów. Stwierdziłam więc, że pójdę do kina z taką właśnie ciekawością, bez oczekiwań. I wyszłam kompletnie oszołomiona.

Nie da się ukryć, że Powstanie Warszawskie to rzecz zupełnie wyjątkowa. Ekipa Muzeum Powstania Warszawskiego, dźwiękowcy, montażyści, nawet specjaliści od koloryzacji wykonali solidną pracę, dzięki której udało się przenieść widzów w wojenną rzeczywistość. Chociaż filmy kręcone były przez działaczy propagandy AK, to jednak w produkcji nie czuć pompy ani nacisku na patriotyzm. Nie znajdziecie tutaj pytań - czy było warto, czy był sens, tym bardziej nie znajdziecie na te pytania odpowiedzi - jesteście świadkami faktów, zdarzeń z przeszłości; oceny, pytania i odpowiedzi oraz wnioski będą tylko Wasze.

Powstanie Warszawskie pokazuje tę codzienność powstańców i cywili, której nie widać w żadnym innym filmie fabularnym – jak przygotowywali się do walk, jak przemykali się zbombardowanymi ulicami, gdzie i co jedli, jak się ubierali, z czego się śmiali, jak chowali bliskich, jak się kochali. Chociaż większość ujęć to nie wojenna zawierucha, okropieństwo walk czuć w każdym momencie. Mnie uderzyły te właśnie zwyczajne sytuacje, zrobiło mi się wstyd, że tyle narzekam, że ciągle wydaję pieniądze na niepotrzebne rzeczy, że marnuję swoje życie... Jak traktuję swoje dziedzictwo, swój kraj? Ten film jak żaden inny każe się cieszyć teraźniejszością i walczyć o lepsze jutro - banalnie, najlepiej zacząć od siebie.

Pięknie zmontowane projekcje podobały mi się nawet w kolorze, chociaż pokazano też oryginalne, czarno-białe ujęcia. Do filmu przygotowano również dobry scenariusz, dubbing wcale nie przeszkadzał, czego obawiałam się najbardziej, momentami było naprawdę zabawnie. Jedyne, co mnie irytowało, to Agnieszka Kunikowska w roli Joanny – jej płaczliwy, piskliwy głos zagłuszał mi niepokój postaci o męża.  Michał Żurawski i Maciej Nawrocki jako bracia Karol i Witek byli świetni. Dopełnieniem obrazu jest wspaniała, idealnie wkomponowana muzyka, za którą odpowiada Bartosz Chojdecki.

Powstanie Warszawskie to nie jest film, to 90-minutowy kawałek naszej historii, którą każdy powinien zobaczyć. Najlepiej jeszcze w kinie i to z bliższych rzędów, gdyż obraz nie jest pokazywany na całej rozpiętości ekranu.

O wiele ciekawiej o produkcji napisał Patryk Karwowski, zachęcam do przeczytania jego wrażeń.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Anioły czy demony? - "Tajemnica Diabelskiego Kręgu", Anna Kańtoch, Uroboros 2013

Mówi się, że pierwsze zdanie w powieści jest najważniejsze, często bowiem decyduje, czy czytelnik będzie kontynuował lekturę. Nigdy nie zwracałam na to szczególnej uwagi, zawsze dawałam każdej książce szansę przez kilka, kilkanaście stron. Tajemnica Diabelskiego Kręgu jest jednak dowodem na to, że pierwsze zdanie rzeczywiście może zaintrygować i rozbudzić większą ciekawość, nawet dla tych, którzy wiedzą, kim jest Anna Kańtoch i śledzą jej twórczość. Po skomplikowanej i pełnej wątków trylogii Przedksiężycowi oraz wysmakowanym Czarnem Ania Kańtoch postanowiła wrócić do korzeni, choć tym razem w wydaniu dla młodszego czytelnika. Byłam ciekawa, jak podejdzie do tego wyzwania i czy uda jej się dopasować styl oraz bohaterów do młodego odbiorcy.

„Nina miała osiem lat, gdy z nieba spadły anioły.” „Byli święci, teraz anioły, hmmm” – pomyślałam, wspominając opowiadania o Domenicu Jordanie. Zaczęłam czytać i... ani się obejrzałam, a świtało i trzeba było wstawać do pracy. Już dawno żadna książka nie wciągnęła mnie na tyle, żebym zapomniała o reszcie świata. I chociaż bohaterami są tu dzieci i do nich też jest dostosowany styl powieści, to sama historia nie jest już taka prosta i jednotorowa. Anna Kańtoch po raz kolejny potwierdza, że jest mistrzynią dawkowania napięcia i że tematyka detektywistyczna jest tym, w czym czuje się naprawdę doskonale. W dodatku potrafi świetnie rysować młode charaktery, jeśli pochodzą one ze współczesnych, rzeczywistych realiów. Postaci Tajemnicy Diabelskiego Kręgu to prawdziwe, żywe polskie nastolatki, z którymi mogłam się w jakiś sposób utożsamić. Bohaterowie Zabawek diabła czy Przedksiężycowych nie wzbudzali we mnie podobnych emocji, odczuwałam wobec nich dystans, natomiast Nina od razu podbiła moje serce. Ta rezolutna, romantyczna, oczytana trzynastolatka to prawdziwa heroina, chociaż nie są jej obce niepokój i strach. Ona jako jedyna widzi i potrafi łączyć ze sobą drobne zdarzenia w logiczną całość, w umyśle składając tajemniczą i nieco straszną układankę. Pozostali bohaterowie również są bardzo rzeczywiści, chociaż składają się ze znanych nam, dorosłym, schematów – pomocny, trochę ślamazarny grubasek, odważna, bezpardonowa chłopczyca, delikatna, niezbyt lotna umysłem ślicznotka, złośliwy, skryty buntownik... Warto jednak pamiętać, że jest to powieść dla młodzieży i to bardziej tej w wieku dwanaście, trzynaście niż szesnaście plus. Poza tym ta schematyczność w ogóle nie przeszkadza, przecież wszyscy składamy się z jakichś powtarzających się elementów.

Jak już wspomniałam, fabuła jest wciągająca, wątek tajemnicy jest prowadzony zawile i czytelnik razem z bohaterami znajduje kolejne tropy i układa je w spójną całość, jak się okaże, bardzo zaskakującą. Akcja toczy się tuż po drugiej wojnie światowej i realia tamtych czasów są wiernie oddane. Powieść obfituje w zdumiewające, ale logiczne zwroty akcji, tak że nie sposób się nudzić i oderwać od lektury. Historia jest prowadzona z perspektywy Niny i oferuje wgląd w psychikę dziewczynki, toteż wiemy dokładnie, co się z nią dzieje w każdym momencie wydarzeń. Autorka popisała się niezwykłym talentem w odzwierciedleniu uczuć nastolatki i dużą wrażliwością, dzięki czemu jeszcze głębiej angażuje czytelnika w lekturę. Posługując się pretekstem tajemnicy, Kańtoch stworzyła świetną powieść obyczajową dla młodszych, z której w zrozumiały dla nich sposób mogą dowiedzieć się, jakie mechanizmy rządzą ludźmi. W jasny sposób pokazuje także, że warto walczyć o siebie i siebie akceptować i jak można pozostać sobą w obecnym świecie.

Styl autorki jest o wiele lżejszy niż w jej ostatnich powieściach dla dorosłych, bardziej przypomina właśnie opowiadania o Domenicu. Czytelnik otrzymuje sporą dawkę naturalnego humoru, momentami książka jest tak zabawna, że nie sposób nie śmiać się w głos. Śmieszne są przede wszystkim górnolotne zwroty i porównania, jakich używa Nina w dialogach i przemyśleniach. Z pewnością drażniłyby mnie one, gdyby podobnie wypowiadała się dorosła bohaterka, ale tutaj są dodatkowym atutem. Miłość Niny do książek przygodowych przypomniała mi mnie w jej wieku, kiedy to zaczytywałam się w podobnych lekturach. Mam też wrażenie, że trzynastolatka może zainspirować niejedną nastoletnią czytelniczkę, zarówno do literatury, jak i, a może przede wszystkim, do akceptacji siebie.

Tajemnica Diabelskiego Kręgu to świetna powieść przygodowo-detektywistyczna, przy której można inteligentnie się zrelaksować, idealna na zimowe wieczory. To doskonała książka dla młodych czytelniczek, z pewnością spodoba się też chłopakom, chociaż oni raczej niezbyt chętnie sięgną po powieść z żeńską bohaterką, ale jeśli już to zrobią, nie zawiodą się. Polecam również dorosłym, zwłaszcza jeśli chcą przeżyć sentymentalną podróż w czasy dzieciństwa.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

I staniesz się bogiem - "Przedksiężycowi", tom III, Anna Kańtoch, Powergraph 2013

Trzeci tom Przedksiężycowych, najbardziej chyba ciekawej trylogii, z jaką miałam do tej pory do czynienia, ukazał się z początkiem grudnia. Od razu zabrałam się za lekturę, jednak pisanie o tej części przychodzi mi niezwykle trudno. Anna Kańtoch umieściła bowiem w książkach tyle szczegółów, że spamiętanie ich wszystkich i złożenie w całość nie było łatwym zadaniem. Wiem, że za jakiś czas ponownie po nie sięgnę i wtedy, mam nadzieję, każdy fragment układanki trafi na swoje miejsce. Tym bardziej ciężko pisać o trzecim tomie, że styl autorki pozostaje niezmienny (czyli wciąż jest bardzo dobry), a świat został już na tyle rozbudowany, że nie pozostało tu nic do dopisania. Skupić się więc można na fabule i bohaterach, choć na tej pierwszej też nie za bardzo, aby nie zdradzić zbyt wiele.

Ostatnia część Przedksiężycowych składa wszystkie rozproszone wątki w zwartą całość, wyjaśnia motywy bohaterów, by dać czytelnikowi całkiem spektakularny finał. Główny zwrot fabuły jest zaskakujący, z pewnością nic, z czym czytelnik spotkał się w trakcie lektury, nie stanowi jasnej wskazówki. W tej powieści świat i miasto przestają być istotne, wszystkie wydarzenia prowadzą prosto do nieuchronnego końca, nie ma tu już miejsca na tajemnice i pokręcone zwroty akcji. Jedyną prawdziwą niespodzianką jest Kaira, która w tej części ma już w pełni ukształtowany charakter i nie przypomina w żadnym stopniu tej kruchej, zagubionej istoty, jaką poznajemy w pierwszym tomie. Rozczarował mnie natomiast Finnen, którego przemiana tak naprawdę w żaden sposób nie zmieniła, a jego przewrotna lojalność wobec Kairy jest mało wiarygodna. Nie są to jednak bohaterowie, nad których losem specjalnie się pochylałam w czasie przygody, jaką zafundowała autorka. Bardziej przejęła mnie walka kapitan Tellis i jej oddanego partnera, ten wątek jest jednym z lepszych, z jakimi się spotkałam w ogóle.

Mam wrażenie, że im więcej postaci pojawia się w powieści Anny Kańtoch, tym mniejszą autorka ma nad nimi kontrolę, nie prowadzi ich równomiernie – jeszcze pierwszoplanowi Kaira i Finnen są skrupulatnie oddani, natomiast już drugo-, trzecio-, czwarto planowi i dalsi są bardzo zróżnicowanie opisani, zdecydowanie można wychwycić „faworytów”, którzy zostali najlepiej oddani i budzą jakieś emocje. Daniel Pantalekis, Niraj/Unaj, kapitan Tellis, Mahameni. Brin Issa stracił moje zainteresowanie już w drugiej części, chociaż w pierwszym zapowiadał się na naprawdę złą i wyrachowaną, wyzutą z wszelkich uczuć kreaturę. Imion jego rodzeństwa nawet nie pamiętam, nie mówiąc o pozostałych bohaterach. Te postacie w żaden sposób mnie nie wzruszyły, związane z nimi poboczne wydarzenia nie zatrzymały się na dłużej w mojej pamięci. Ponieważ dla mnie sposób prowadzenia bohaterów i to, żeby mnie w jakiś sposób zatrzymali przy sobie, jest ważny, ta warstwa pozostanie w Przedksiężcyowych rozczarowaniem. Na szczęście to tylko jeden element, pozostałe są bez zarzutu.

Mimo pewnych luk pamięciowych i niezbyt przekonywujących ról zapadłam się w lekturę ostatniego tomu dosyć szybko. Kolejne słowa pochłaniałam z niezrównanym przyspieszeniem, byleby jak najszybciej znaleźć rozwiązania, wychwytując każdą z odpowiedzi na wcześniej zadane pytania. Przedksiężycowi to dobra trylogia, wbrew rozbiciu szczegółów, zwarta i logiczna, intrygująca, trzymająca w napięciu. Nie ma tutaj niepotrzebnych dłużyzn, wątków, a to moim zdaniem spory sukces – nie rozciągać fabuły o historie, które nie mająwiększego znaczenia i nawet pośledniego związku z główną osią wydarzeń. Aby jednak w pełni czerpać przyjemność z lektury Przedksiężycowych, warto przeczytać wszystkie tomy po kolei, jak jedną powieść, do czego serdecznie zachęcam.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.