Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Przybyłek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Przybyłek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2011

Dajcie kotom już spokój! - "Jedenaście pazurów", SuperNOWA 2010


Kot – jaki jest każdy widzi, ale czy na pewno? Od wieków uważany za kroczącego na granicy dwóch światów – ludzi i duchów, i dzisiaj postrzegany jest jako zwierzę pełne tajemnic. Fascynuje i irytuje nas jego niezależność, to, że chodzi własnymi drogami. Człowiek, zdobywca i władca całego świata, nie może sobie podporządkować jednego stworzenia. Zapewne z tych wszystkich względów osobowość kota jest ściśle związana z fantastyką, wielu jej twórców jest wielbicielami tych czworonogów, kot stał się swoistym symbolem fantasty. Jest bohaterem lub chociażby pojawia się w literaturze i wydawałoby się, że o kotach napisano już wszystko i w każdy możliwy sposób. Swoją cegiełkę w tym temacie dorzuciła SuperNOWA w 1997 roku antologią Trzynaście kotów, do której opowiadania napisali autorzy mniej lub bardziej związani z wydawnictwem. Ponieważ fascynacja kotami nie gaśnie i trwać będzie, wydawnictwo postanowiło powtórzyć sukces sprzed lat i rok temu ukazał się zbiór Jedenaście pazurów. Mam nadzieję, że kolejnej próby nie podejmie.

Jedenaście pazurów to jedenaście opowiadań, bardzo różnych w formie i jakości, jak to zwykle bywa w antologiach. Nie jest to jednak zbiór choćby w połowie tak dobry, jak Trzynaście kotów. Głównie dlatego, że Andrzej Sapkowski napisał tu tylko wstęp, a to jego opowiadania – Słoneczne popołudnie i Muzykanci – stanowiły najmocniejszą część poprzedniego zbioru. Jedenaście pazurów jest także bardziej mroczne, twórcy postawili na klimat niepokoju wywoływany przez kocią naturę, która, chociaż nadal tajemnicza i niezależna, jest przede wszystkim groźna i nie do końca przychylna ludzkości czy jakimkolwiek innym stworzeniom. Pomysł sam w sobie dobry, ponad połowie autorom nie bardzo się udał.

W moim przekonaniu błędem było otwarcie tomu opowiadaniem Jagi Rydzewskiej. Kot Szrekingera co prawda intryguje narracją kilkuletniej dziewczynki, wciągając w jej nieco chaotyczną, naiwną opowieść o tytułowym kocie, ale w pewnym momencie autorka stopuje akcję i rozwleka je, miejscami nudząc, co może zniechęcić do reszty utworów. Dużo ciekawszy jest Koszmar w Providence Łukasza Orbitowskiego, tchnące niepokojem i psychodelicznością opowiadanie ukazujące mroczne zakamarki kociego umysłu, w którym bohater, jeden z najważniejszych twórców grozy we własnej osobie, zdany jest na łaskę i niełaskę śpiącego zwierzęcia. Nietak Mirosławy Sędzikowskiej znowu mnie rozczarowało, tym właściwie, że prawie nic nie pamiętałam już na drugi dzień po przeczytaniu całkiem zabawnej historyjki o przedziwnych skutkach rzucania uroków na obczyźnie. Na długo w mojej pamięci pozostanie natomiast Kociarka. Piotr Patykiewicz przykuwa uwagę już pierwszym zdaniem i udowadnia, że dawne wierzenia w moc kotów wciąż istnieją, a to tylko ludzie zamknęli się we współczesności. Dobranocka Pawła Ciećwierza kontynuuje dobrą passę – to jedno z najlepszych opowiadań w antologii i jedno z najlepszych o Brighelli, którego autor przedstawił w Nekrofikcjach. Charakterystyczny cynizm rozpoznawalny już w pierwszych zdaniach używających kota jako pretekstu słownego do ukazania w krzywym zwierciadle obyczajowej scenki miłości starszego mężczyzny do młodej kobiety przypomina ostatnie filmy Woody’ego Allena.

Potem jednak przyszło kolejne rozczarowanie słabym opowiadankiem Marcina Wełnickiego o poetyckim tytule Nocą czarną jak kot, grającym schematem kota-obrońcy ludzkości, odwiecznego czuwającego w ukryciu, o którego mocach ludzie nie mają pojęcia. Na szczęście sytuację rozładował Witold Jabłoński Kotikiem, w iście kwiecistym stylu przedstawiający motyw przemiany w kotołaka, przed którym nie uchroni się żaden człowiek. Podobny motyw wykorzystał Paweł Kempczyński w bardziej mikropowieści niż opowiadaniu, Podłe życie, podła śmierć, aczkolwiek autor Requiem dla Europy poszedł w kierunku zagrożenia totalnego z kosmosu, świetnie pokazując zachowanie człowieka wobec takowego, atmosfera paniki i chaosu przenika z każdej strony. Także w tonie science fiction, chociaż o wiele zabawniejsza i najmocniejsza w całym zbiorze, jest historia Artura Baniewicza. Szczyt piramidy przedstawia alternatywną, oryginalną wizję świata, w której ludzie są zwierzyną hodowlaną dla… tego nie zdradzę, dość powiedzieć, że koty i tak są najmądrzejsze i najbardziej przebiegłe ze wszystkich istot. Gry z konwencją Baniewicza nie przebił Donat Szyller stylizowanym na czarny kryminał opowiadaniem Paskudny dzień w mieście. Wprawdzie bohaterem jest mój ulubiony prywatny detektyw (no, prawie) i chwilami opowieść jest nawet zabawna, ale język naszpikowany górnolotnymi porównaniami irytuje nieustająco. Najtrudniej było mi jednak przebrnąć przez fabułę skonstruowaną przez Marcina Przybyłka w Aquili, Aquili, a wszystko przez ogromną ilość technicznych szczegółów, która pozbawiła mnie zainteresowania akcją już po drugiej stronie, a musiałam zmęczyć jeszcze sześćdziesiąt!

Podsumowanie zatem nie wypada optymistycznie. Pięć dobrych opowiadań na jedenaście to marny wynik, zwłaszcza w kontekście hucznych zapowiedzi wydawnictwa jeszcze sprzed dwóch lat, na Polconie chociażby, że będzie inaczej, bardziej oryginalnie i zaskakująco. Jest inaczej niż w Trzynastu kotach, ale ta oryginalność się nie sprawdziła, zbyt naciągana, by mogła bawić tak dobrze jak przy poprzednim zbiorku.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 13 września 2009

Polconowe opowieści cz. V

Ostatni dzień konwentu zaczęliśmy od Konkursu dla bajarzy o 10.00. Kibicowałam dzielnie Filipowi przez godzinę, po czym zostawiłam go dla Ewy Białołęckiej, która w sąsiedniej sali opowiadała o Szarlatanach i szarlatanerii. Autorka zaczęła od prezentacji czytania dłońmi po kartkach papieru, z zasłoniętymi oczami oczywiście, w której wzięłam czynny udział...jako urocza asystentka;-) Zasłoniłam Ewie oczy kawałkami czegoś w rodzaju modeliny (nie pamiętam, jak to się dokładnie nazywało), a następnie ciemnym szalikiem, po czym rozdałam osobom z publiczności kartki papieru, na których flamastrami mieli wypisać krótkie hasła. Następnie zebrałam je wszystkie i kolejno podsuwałam Ewie, a ta wprawiała wszystkich w radosne zdumienie odgadywaniem poszczególnych wyrazów. Publiczność jednak nie dała się nabrać i oczekiwała wyjaśnień. Otóż w taki sposób z poważnymi, sędziwymi naukowcami zabawiała się nastoletnia Linda Anderson, bodajże w latach 60. Urocza i niewinnie wyglądająca piętnastolatka wodziła za nos kilku panów, którzy badali jej nadnaturalne umiejętności z zachwytem. Zdemaskował ją dopiero James Randi, amerykański iluzjonista, od wielu lat zajmujący się udowadnianiem światu, że żadna magia nie istnieje. Randi jest autorem książki Przybysze z Syriusza, dzisiaj już właściwie niedostępnej, w której demaskuje słynne media, rozbierając ich metody na części pierwsze podczas specjalnych testów. Był na tyle zdeterminowany, że założył specjalną fundację (Fundacja Randiego, a jakże!), która oferuje milion dolarów temu (!), kto przedstawi rzeczywisty dowód dokonania jakiegokolwiek paranormalnego zjawiska. To niesamowite, ile ludzie są w stanie oddać za przekonanie się o istnieniu cudu, jak bardzo chcą wierzyć, że istnieją zjawiska niewytłumaczalne - tysiące dolarów tonie w takich przedsięwzięciach, jak uzdrawianie, szkoły lewitacji, wyginanie łyżeczek, astromancje, chiromancje i różne inne mancje...

Po jakże ciekawej i prześmiesznej prelekcji nadszedł czas na zejście na parter, na spotkanie z Marcinem Przybyłkiem i jego Typologią Junga. Chociaż już wcześniej spotkałam się z tym podejściem do psychologii ludzkiej, to nigdy nie rozpatrywałam jej pod kątem czytelniczym. Podobna jest ona nieco do tożsamości narracyjnej, o której pisałam wcześniej. Wszyscy wiemy, że nasz mózg podzielony jest na dwie części - półkula lewa odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, za logikę, prawa zaś za twórczość, wyobraźnię i emocje. W związku z tym, istnieją dwa główne sposoby postrzegania świata:
  • percepcyjny - logiczny, szczegółowy;
  • intuicyjny - emocjonalny, całościowy.
Zarówno percepcjonista, jak intuicjonista mogą dwojako analizować rzeczywistość myśleniowo lub czuciowo. Jung wytypował więc 4 typy osobowości, które późniejsi naukowcy oznaczyli odpowiednimi kolorami:
  • Czerwony - to intuicjonista myśleniowy, dla którego liczą się przede wszystkim wyniki, nie ludzie, jest podatny na zmiany i bardzo chętnie się im poddaje; w literaturze zwraca on uwagę na to, w jaki sposób prowadzona jest fabuła, czy fakty mają ręce i nogi, oraz konkrety;
  • Żólty - to intuicjonista czuciowy, chętny na zmiany, nowe pomysły, otwarty na ludzi, którzy przede wszystkim liczą się dla niego jako grupa (każdy z jej członków powinien czuć się dobrze, inaczej nie ma zabawy); podczas czytania zwraca on uwagę na bohaterów, ich psychologiczną wiarygodność, na ich kontakty i połączenia z innymi postaciami;
  • Niebieski - percepcjonista myślowy, to ktoś w rodzaju "księgowego", jak określił Marcin, dla którego najważniejsze są fakty, logika, szczegółowa analiza, nie ludzie, nie lubi zmian; taki ktoś lubi uporządkowane wydarzenia, nie znosi chaosu i nadmiaru wątków, ważne jest przede wszystkim urządzenie świata w logiczny sposób i szczęśliwe zakończenie;
  • Zielony - percepcjonista uczuciowy jest raczej zamknięty w sobie, ostrożny, nieufny, dla niego liczą się ludzie jako jednostki i bliskie relacje z nimi; w książkach lubi więc przede wszystkim wyrazistych bohaterów, ważne są dla niego ich emocje i rozwój duchowy.
Przeważnie, ludzie łączą w sobie różne typy, z mniejszym lub większym naciskiem na którąś z osobowości. Po głębszym zastanowieniu wyszło mi, że jestem typem żółto-czerwono-zielonym (dokładnie w tej kolejności). A Wy?

I to było ostatnie konwentowe spotkanie, w jakim uczestniczyłam. Pożegnałam się z Anią i Andrzejem i razem z Filipem i Maegiem udaliśmy się na ostatni posiłek... Potem przyszedł czas na odebranie rzeczy z hotelu, jazdę na dworzec i drogę powrotną do domu.

Za rok Tricon w Cieszynie, a wcześniej może jeszcze Falkon...

wtorek, 8 września 2009

Polconowe opowieści cz. III (sobota)

Tyle się działo w sobotę, że nie wiem, jak to ująć w słowa! To był najlepszy dzień i wieczór całego konwentu, zwłaszcza chyba wieczór... Ale od początku.

Dzień rozpoczęliśmy na prelekcji wydawnictwa Runa o tym, jak spaprać dobry pomysł i nie wydać książki. Na spotkanie przyszło bardzo dużo osób, tak że w przymałej salce spóźnialscy musieli siedzieć na podłodze lub stać.
Nie tylko ludzie przyszli posłuchać, co ciekawego ma do powiedzenia Anna Brzezińska...
Mieliśmy się przed prelekcją spotkać z Maegiem, ale nie wyszło (nadrobiliśmy po). Było bardzo zabawnie, ciekawie, chociaż nie odkrywczo (przynajmniej dla mnie). Najczęściej popełniane błędy przez przyszłych, a raczej niedoszłych debiutantów to:
  • Nieczytanie uwag dla autorów, zamieszczanych na stronach wydawnictw! Większość wydawnictw postarało się o zamieszczenie odpowiedniej zakładki, gdzie znajdziecie podstawowe i najważniejsze informacje, w jaki sposób przygotować druk do wysłania;
  • Wysyłanie pliku w nieznanym lub niedozwolonym formacie - najlepiej wysyłać w txt lub rtf;
  • W dobie popularności blogów internetowych - odsyłanie do tegoż jest wysoce niewskazane i bezczelne nawet;
  • Brak danych osobowych - Czy wpisanie imienia, nazwiska, adresu mailowego i nr. telefonu to naprawdę taka trudność? Przy tym też należy pamiętać, aby nie zamieszczać szczegółowego życiorysu, wystarczą najważniejsze wiadomości o was samych;
  • Książki zawierające nazwy zastrzeżone, z podejrzeniem plagiatu itp. - Nie wzorujcie się bardzo na innych, pracujcie nad własnym stylem i oryginalnością, ale tu także bez przesady - wszystko musi znaleźć wyjaśnienie, nic nie może się dziać "bo tak";
  • Brak znajomości tematyki - Wbrew pozorom, fantasy napisać wcale nie jest łatwo, dobrze jest najpierw postudiować źródła o epoce, w jakiej chce się umieścić fabułę, może przydać się także znajomość konwencji, psychologii (to dla uwiarygodnienia bohaterów);
  • Częstym problemem jest osobowość autora i jego nadpobudliwość - pamiętajcie zasadę: Nadgorliwość gorsza od faszyzmu! Jeśli wydawnictwo umieszcza informację na stronie o czasie czytania nadesłanych książek, musicie uzbroić się w cierpliwość i czekać grzecznie na ewentualną odpowiedź; nie wolno grozić sądem, jeśli wydawnictwo się nie odezwie po upływie określonego czasu;-); tak przy okazji, Runie należy dać najdłużej 6 miesięcy na zapoznanie się z pozycją, gdyż do redakcji przychodzą średnio 4 propozycje dziennie!;
  • Błędy wszelakie - przed wysłaniem powieści, przeczytajcie ją pod kątem gramatycznym, stylistycznym, ortograficznym, żeby wyeliminować jak najwięcej byków.
Chociaż sama nie czyta już nadesłanych powieści, Ania Brzezińska wypowiadała się w imieniu redaktorów
Trzeba też pamiętać, że wydawnictwo zarabia dopiero na trzeciej książce danego autora, więc uważnie sprawdza, czy potencjalny autor ma dalsze plany i czy umie w nich wytrwać; jeśli chodzi o cykle, Runa przygotowuje pod tym kątem umowę wydawniczą, gdzie zaznacza przewidywalny czas napisania kolejnych książek.

Po zakończonej prelekcji, puściłam bratanka samopas, a sama poszłam do namiotu konwentowego spotkać się z Maegiem i jego koleżanką Tanit. Potem razem udaliśmy się na spotkanie autorskie Feliksa W. Kresa. Uśmiałam się nieźle, słuchając bezpardonowych wypowiedzi autora cyklu szererskiego. Jego najbliższy plan to zakończyć wreszcie historię Szereru i przejść na emeryturę pisarską, by wreszcie móc nadrobić zaległości... w graniu w gry komputerowe;-)
Każdy może być jedi. W hali Star Warsi rozdawali świetlne miecze, niestety ja już się nie załapałam
Z sali 358 skierowałam się do hali MOSiRu, żeby popatrzeć na konkurs walki bronią larpową. No cóż, czysta amatorszczyzna, ale ile zabawy! Okładali się plastikowymi mieczami aż miło. Nie wiem, kto wygrał, bo musiałam pędzić do LODEXU do mojej nowej miłości czytelniczej.
Chociaż walczyli głównie mężczyźni, pojawiały się też dzielne wojowniczki
Następne w kolejce było spotkanie z Marcinem Przybyłkiem na Tożsamości narracyjnej. I to był czad! Strasznie ciekawa i przydatna do zrozumienia siebie i swoich upodobań książkowych była ta prelekcja. Autorem teorii o tożsamości narracyjnej jest Dan McAdams. To, bardzo interesujące, podejście do psychologii ludzkiej, i bliskie myślę każdemu czytelnikowi, opiera się na podejściu humanistycznym. McAdams uważa, że każdy człowiek organizuje dziejące się wokół niego wydarzenia, napotkane fakty w historię, w opowieść i jest to skłonność naturalna i nieprzerwana. Rzecz jednak nie w tym, że tworzymy historie, ale jak je opowiadamy - to sposób na poznanie naszej osobowości. Sposoby opowiadania można podzielić na dwa rodzaje:
  • uczuciowy, gdzie liczą się dla mówiącego jego doznania, emocje związane z daną opowieścią;
  • relacjonujący, w którym ważne są przede wszystkim fakty, szczegóły.
To, co czytamy, oglądamy, to, czego słuchamy, co wynosimy z czytanych książek, oglądanych filmów, obrazów, słuchanej muzyki składa się na prawdę o nas samych. W opowiadanych przez nas historiach zawsze zwracamy uwagę na pewne określone i powtarzające się elementy, podobnie robimy to podczas czytania, słuchania i oglądania - wyłapujemy z tego to, co dla nas ważne, w czym się odnajdujemy. Dlatego nie jesteśmy obiektywni i tak różnimy się w pojmowaniu rzeczywistości - nasza pamięć biograficzna jest bowiem zniekształcana przez nasze indywidualne emocje i wyobrażenia. Nigdy więc nie opowiemy tej samej historii w taki sam sposób. Więcej o teorii McAdamsa można poczytać w jego książkach, których zbiór znajdziecie tutaj, niestety żadna nie ukazała się po polsku.

Ciąg dalszy z soboty jutro.

piątek, 4 września 2009

Polconowe opowieści cz. II (piątek)

Piątek zaczęliśmy oddzielnie - Filip poszedł na LARP-a Warhammer Dwie Baszty, ja na prelekcję Wyjątki z historii anatomopatologii, którą prowadzili Marcin Zaród i Joanna Filipczak. Dostaliśmy historię medycyny sądowej w pigułce, bardzo ciekawą zresztą. Czy wiedzieliście, że już w 1248 roku istniał opis postępowania na miejscu morderstwa? Zapis pochodzi z Szanghaju i m.in. mówi o tym, że na miejscu przestępstwa trzeba zwracać uwagę na najmniejszy nawet szczegół. W roku 1507 powstał tzw. Kodeks Bamberski Spraw Gardłowych, który nakazywał śledczym konsultację z lekarzem w wypadku nagłej śmierci kobiet i dzieci. Jesienią 1889 roku, podczas śledztwa w sprawie zniknięcia francuskiego komornika, przeprowadzono pierwszą profesjonalną sekcję zwłok. Jak zapewne wiecie, najczęściej do tajnych mordów wykorzystywano arszenik. Proceder ten trwał do końca XIX wieku, czyli całkiem długo, do momentu, aż dowiedziano się, jak z powodzeniem wykrywać truciznę w organizmie. Prowadzący opierali się na książce Stulecie detektywów, ja znalazłam świetny portal kryminalistyczny dla zainteresowanych.
Joasia opowiada o wydarzeniach z Londynu z 1915 roku, o psychopacie topiącym swoje małżonki w wannie...
Po prelekcji poszłam do sali 362 na konkurs filmowy, żeby zabić czas. Było bardzo zabawnie, kibicowałam drużynie Kamyczków, w której skład wchodziła m.in. Ewa Białołęcka. Organizatorzy konkursu przyłożyli się - konkurencje podzielone były na kadrowe (Z jakiego filmu jest ten kadr?), kalambury, prezentacje fragmentów filmowych (Co to za film?; Kim jest ten aktor? Co jest nie tak? itp.). Niestety nie wiem kto wygrał, bo musiałam pędzić po bratanka i na czwarte piętro na warsztaty Jak jeszcze lepiej opowiadać, prowadzone przez Staszka Krawczyka. Przyznam szczerze, że wynudziłam się trochę, chociaż zajęcia prowadzone były interesująco - RPG nie jest jednak moją tematyką i jakoś nie mogę się przekonać do tego specyficznego sposobu narracji. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie jeden z członków naszej grupy, który negował wszystko, co mówili inni i nie chciał współpracować, a chyba nie o to w tym chodzi? Dobrze, że nie braliśmy wszystkiego poważnie i na zadanie "stwórz opis krajobrazu baśniowego" sfabrykowaliśmy postapokaliptyczną wizję świata w rdzawych barwach, na której pasły się różowe jednorożce z dwoma rogami...

Przed 15.00 znowu się rozdzieliliśmy - Filip poszedł do swoich nowych znajomych z LARP-a, ja na spotkanie z SuperNOWĄ. Nie pojawił się niestety redaktor naczelny,  Mirek Kowalski, zamiast niego była obecna pani Marzena Kłos i autorzy: Witek Jabłoński, Marek Baraniecki, Paweł Kempczyński, w ostatniej chwili dołączył Marcin Przybyłek. Co ciekawego będzie się działo w najbliższym czasie w wydawnictwie? Niewiele. Na przełomie września i października (chociaż podejrzewam, że jednak w październiku) pojawi się oczekiwana Żmija Andrzeja Sapkowskiego. W późniejszym czasie (czytaj: najpewniej na początku przyszłego roku) nakładem wydawnictwa ukaże się antologia o kotach, do której jeszcze "piszą się" opowiadania; w przyszłym roku ma wyjść również powieść Jabłońskiego, na razie zatytułowana Słowo i miecz. Marcin Przybyłek mówił o swojej najnowszej książce, Gamedec: Zabaweczki. Sztorm, która ma mieć premierę jeszcze we wrześniu. Lekki niesmak wywołała odpowiedź na pytanie, czemu nie ma Sapkowskiego - "pod koniec sierpnia zawsze bierze urlop" (akurat, no ale przecież nie można powiedzieć, że czytelników pisarz ma gdzieś, a już na pewno nie może tego powiedzieć jego wydawnictwo), ale ten autor już coraz mniej mnie obchodzi... Niewiele mogę powiedzieć o Marku Baranieckim, który praktycznie się nie odzywał, o Witku opowiadać nie będę (uroczy gaduła, jak zwykle), Paweł Kempczyński wydał mi się... dziwny przez lekkie zmanierowanie w sposobie mówienia, pozytywne wrażenie wywarł na mnie natomiast Marcin Przybyłek, w dowcipny sposób opowiadający o tym, jak pisze (do jego osoby wrócę jeszcze nieraz). Ogólnie, przyjemnie było posłuchać, jak koledzy po fachu nawzajem prawią sobie humorystyczne złośliwości, nie szczędząc ich również wydawnictwu, widać było jednak sympatię i szacunek.
Od lewej: Marzena Kłos, Marek Baraniecki, Witold Jabłoński, Paweł Kempczyński
Zamiast na Psychologię głębi Marcina Przybyłka (o, jakże teraz żałuję!), poszliśmy na obiad, a później odwiedziliśmy Targi, gdzie nabyłam Piołun i miód Ewy Białołęckiej. Od Runy dowiedziałam się także, że książka Maćka Guzka Czyste dobro, o której pisałam już w styczniu, powinna trafić do księgarń pod koniec 2009 r. W parku odbywał się konkurs rysowania na asfalcie na rzecz biednych dzieci (malowidła nie zdobiły uliczki zbyt długo, w sobotę rano zmył je deszcz):
Humorystyczna wersja naukowo-fantastyczna; autor nieznany
Całkiem poważna wersja fantasy rysowana przez Krewcię
Zdążyłam jeszcze na ostatnie minuty spotkania autorskiego z Ewą Białołęcką, zdobyłam jej autograf i dowiedziałam się, że kolejna część cyklu, Czas złych baśni, ukaże się na początku przyszłego roku.

O 18.00, już w komplecie, zajęliśmy pierwsze miejsca w auli 358 na prelekcji Witka Jabłońskiego i Eli Żukowskiej Co nam zostało z dawnych bogów. W sumie, było to powtórzenie spotkania avangardowego, ale kilka nowych informacji też wyłowiłam. Np. to, że termin "pogaństwo" ukuł kościół chrześcijański, aby zdeprecjonować dawne religie. Działało to na zasadzie "niewidzenia belki we własnym oku" - np. chrześcijanie zarzucali poganom "bałwochwalstwo", czyli czczenie wizerunków bożków, a sami modlili się przecież do obrazów i figurek Jezusa czy Matki Boskiej. Wiedzieliście, że 25 grudnia, katolickie Boże Narodzenie, dla Słowian był dniem narodzin boga Mitry? A propos tzw. grzechów ciężkich - to dopiero chrześcijaństwo zaczęło cenić dziewictwo u kobiet - dla Słowian dziewictwo było oznaką, że z dziewczyną jest coś nie w porządku; najlepiej jeśli już miała dziecko, oznaczało to bowiem, że jest płodna.
Cały Witek - jak zacznie mówić, skończyć nie może;-)
Przed 19.00 znowu nastąpił rozdział w naszej grupie - Filip poszedł na Graj twardo, spotkanie z Johnem Wickiem, a ja i Lili zostałyśmy na spotkaniu autorskim z Marcinem Przybyłkiem. Jeśli jeszcze się nie domyśliliście, kto na Polconie zajął moje serce, to teraz ogłaszam to oficjalnie - Przybyłek właśnie!;-) Spotkanie bardzo fachowo i interesująco prowadziła Klaudia Heintze, która zadawała niesztampowe pytania - np. dlaczego w opisie niemal każdej bohaterki wspomniany jest jej brzuch, albo co świadczy o czyimś szaleństwie.
Klaudia zastanawia się, jakim pytaniem "zastrzelić" Marcina, Marcin zastanawia się, dlaczego na ekranie nie wyświetla się pulpit z jego laptopa...
Mogliśmy zobaczyć ostatni przedpremierowy zwiastun (rewelacyjny, profesjonalny, no cudo!) promujący cykl o Gamedecu, który pod koniec września będzie też dostępny w internecie, m.in. na stronie Gamedec Zone. Obejrzeliśmy też prezentację, w jaki sposób, krok po kroku, robiony był spot reklamowy. Nie czytałam dotąd niczego autorstwa Marcina, ale zamierzam nadrobić zaległości i to pewnie szybciej, niż myślę (nie wytrzymam do przyszłego roku). Opowiadał tak ciekawie o tym, jak tworzył postać, świat i poszczególne jego elementy, że muszę się przekonać, jak to wygląda w praktyce.

I tak zakończył się dzień drugi Polconu.