Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert E. Howard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert E. Howard. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 października 2013

Piąteczka!

To już pięć lat, od kiedy prowadzę bloga. Trudno mi w to czasami uwierzyć, przede wszystkim dlatego, że na co dzień nie zastanawiam się nad upływem czasu, aż tu nagle przychodzi taki 7 października i boom, uświadamiam sobie nagle, ile to już minęło... W zeszłym roku obiecałam sobie, że będę czytać więcej, pisać będę więcej, w ogóle będę brała większy udział w blogowaniu. Jak mi wyszło? Otóż nie wyszło. Kiedyś przychodziły momenty, w których nie miałam ochoty na pisanie, teraz jest odwrotnie, tylko czasami mam chęć napisać na blogu. Nadal w trakcie czytania jakiejś książki albo oglądania filmu robię notatki, ale żeby ubrać je choćby w kilka zdań podsumowujących moje wrażenia... Na to już nie mam energii. Chyba najwyższy czas zrobić sobie dłuższą przerwę, może całkowitą. Zmęczyłam się chyba, prowadzenie bloga stało się bardziej obowiązkiem niż zabawą i oderwaniem od codziennych zajęć.

Dość smęcenia, do rzeczy. W przeciągu ostatniego roku przeczytałam tylko osiemnaście pozycji (spadek w stosunku do poprzedniego roku, a jak wtedy byłam niezadowolona, to wyobraźcie sobie, co czuję dzisiaj...): osiem z obszaru fantastyki, trzy kryminały, cztery w ramach projektu Piękny czy Bestia? i jedna popularnonaukowa o duchach. Plusem jest, że przeczytałam niewiele takich, o których mogę powiedzieć, że mocno mnie rozczarowały.

Jeśli chodzi o filmy, to nie napisałam żadnej oddzielnej recenzji w przeciągu tego całego roku. Ostatnim razem swoje wrażenia ubrałam w słowa w styczniu! Oczywiście nadal oglądam dużo filmów, coraz mniej w nich jednak fantastyki, a tak czy siak, nie potrafię napisać kilku zdań, czy to o filmie fantastycznym, czy z innego gatunku - mam zaczętych kilka notek, żadnej nie mogę skończyć.

Tradycyjnie najlepsze książki i filmy liczone są od najsłabszych (6. i 3. miejsce) do najlepszych (1. miejsce), najgorsze natomiast odwrotnie - najlepsze z najgorszych zajmuje szóstą lub piątą pozycję, najbardziej irytujące pierwszą.

Najlepsze książki roku piątego:
  1. Słowo i miecz, Witold Jabłoński - za udowodnienie, że można stworzyć bardzo dobrą fantasy słowiańską, za nowe światło na historię naszych przodków motywujące do sięgnięcia po książki naukowe (na fali powieści Jabłońskiego kupiłam Europę, Boże igrzysko Normana Daviesa)
  2. Krew na Placu Lalek, Krzysztof Kotowski - za umiejętnie budowane napięcie do ostatnich stron, które spowodowało, że nie rozstałam się z książką do momentu jej ukończenia (ostatnie strony czytałam w pracy…)
  3. 451 Fahrenheita, Ray Bradbury - za przejęcie mnie do szpiku kości wciąż, a nawet coraz bardziej, aktualną wizją świata, w którym nie ma książek a ludzie wolą tępo spoglądać w ekrany telewizorów czy komputerów niż spędzać czas z innymi ludźmi
  4. Conan i skrwawiona korona, Robert E. Howard - to największe zaskoczenie czytelnicze tego roku, dzięki opowiadaniom zawartym w tym tomie już zawsze inaczej (bardziej przychylnie i z pewnym szacunkiem) będę patrzeć na postać Conana i jego twórcy
  5. Czarne, Anna Kańtoch - za wysmakowanie stylu, wyśrubowanie go do perfekcji, za wzbudzanie we mnie sprzecznych emocji, z którymi długo nie mogłam się uporać
  6. Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności, Erberto Petoia - za interesujące ujęcie mitu wampiryzmu, popartego mnóstwem nie znanych mi wcześniej przykładów i teorii
Najgorsze książki roku piątego:
  1. Okręt przeklętych, Viviane Moore - za nudę bijącą z niemal każdej strony, za przejście od ciekawego kryminału do mdłego love story, za chaos fabuły i absurdalne rozwiązania akcji
  2. Świat czarownic, Andre Norton - za bardzo prostą, momentami wręcz miałką akcję, papierowych, schematycznych bohaterów, oraz za sporą ilość logicznych błędów
Najlepsze filmy roku piątego:
  1. The Amazing Spider-Man - za odbrązowienie Spider-Mana, pokazanie jego bardziej prawdziwej twarzy i tego, że jest on jedną z bardziej dwuznacznych postaci komiksowych w ogóle
  2. Star Trek - za odświeżenie kultowej serii z zachowaniem starego klimatu, za doskonale zgranych aktorów, którzy stworzyli prawdziwy zespół, za dobre, niesztampowe dialogi
  3. The Cabin in the Woods - za ciekawe podejście do konwencji motywu opuszczonego domu, za obśmianie szablonów tworzenia klimatu strachu, za Frana Kranza w roli zabawnego Marty'ego
O wszystkich filmach pisałam tutaj.

Najgorsze filmy roku piątego:
  1. The Dark Knight Rises - tytuł największego rozczarowania roku zdobyło co prawda Elizjum, ale że nie chciało mi się nawet poświęcać kilku zdań na pisanie dlaczego, to The Dark Knight Rises pozostaje w mocy; dla mnie było to powtórzenie (kilkakrotnie) historii z pierwszej części trylogii, słabo zagrane (z wyjątkiem znakomitej Anne Hathaway), bez powalających efektów specjalnych
  2. Green Lantern - gdybym nie obejrzała The Dark Knight Rises i Elizjum, które spaliły moje nadzieje na dobre filmy, to Green Lantern byłby najgorszym ze wszystkich, które widziałam w ubiegłym roku, nie broni go nawet wersja humorystyczna
  3. Looper - muzyka i zdjęcia to dwa atuty tego filmu, ale to zdecydowanie za mało, aby poświęcać mu czas, rozczarowałam się grą aktorów, miałkimi dialogami, samą fabułą nie zawierającą dla mnie żadnej głębi, o którą podejrzewało twórcę scenariusza wielu recenzentów
  4. Cowboys & Aliens - dlaczego tak nisko w zestawieniu najgorszych filmów? Może dlatego, że film obejrzałam z nudów, chociaż wcale nie zamierzałam, bo spodziewałam się, że będzie to całkowita klapa; a jednak film potrafił mnie zatrzymać przed ekranem i było całkiem sporo momentów, w których się ubawiłam
  5. Skyfall - dla wielu osób Skyfall to najlepszy z filmów o Bondzie, a grający w nim Javier Bardem mistrzowsko ukazał postać złoczyńcy; nie należę do tej grupy, film nie podobał mi się, moim zdaniem brakuje mu klimatu serii, a Silva nie jest żadnym złoczyńcą; piosenka Adele i aluzje do poprzednich Bondów nie rekompensują tych trzech godzin wymęczonych w kinie
Kilka zdań o Looperze i The Dark Knight Rises w tym miejscu, natomiast o Green Lantern, Cowboys & Aliens oraz Skyfall pisałam tu.

sobota, 17 sierpnia 2013

Symbol, nie człowiek - "Conan i skrwawiona korona", Robert E. Howard; tłumaczenie: Tomasz Nowak, Rebis 2013

Kim jest Conan Barbarzyńca wie niemal każdy. To przecież Arnold Schwarzenegger owinięty włochatą pieluchą z wielkim mieczem w ręku walczący, no, z każdym. Niewiele mówiący, a właściwie mrukliwy osiłek, któremu nie straszna jest żadna bestia i przed którym klękajcie narody! Filmy o Conanie kojarzą mi się przede wszystkim z imponującą muskulaturą aktora, brutalnymi walkami, nudną, powtarzającą się akcją i Grace Jones. Już wtedy obraz wydawał mi się mało interesujący, w przedstawianych historiach nie było dla mnie nic ciekawego. Niedawno obejrzałam najnowszy film o Conanie z o wiele mniej imponującym, za to równie barbarzyńskim Jasonem Momoą i utwierdziłam się w przekonaniu, że ta postać nie zdobędzie mojego uznania. Twórcy Conana nie zachęciliby mnie do przeczytania opowiadań Roberta E. Howarda, odkąd jednak interesuję się konwencją fantastyczną, chciałam poznać chociaż kilka z nich, aby wyrobić sobie własne zdanie. Dzięki wydawnictwu Rebis miałam taką okazję i teraz podejrzewam, że scenarzyści raczej nie czytali twórczości amerykańskiego pisarza. Gdyby przeczytali, być może Conan nie kojarzyłby się większości ludzi z bezmyślnym osiłkiem potrafiącym wymówić jedynie „Hmmm” i „Na Croma!”.

Conan i skrwawiona korona to drugi tom oferujący oryginalne wersje historii Roberta E. Howarda w świetnym tłumaczeniu Tomasza Nowaka. Przez produkcje filmowe zawsze uważałam, że proza Howarda musi być kiepskiego sortu, a sam autor niezbyt utalentowanym twórcą bajek dla chłopców. Przyznam, że Ludzi Czarnego Kręgu czytałam z coraz większym zaskoczeniem. W zdumienie wprawił mnie przede wszystkim złożony, zamaszysty, kwiecisty styl autora, dałam się ponieść historii pisanej z emfazą prawdziwego entuzjasty przygodowych powieści. Wartka akcja, polityczne intrygi, porwania, walka, magia, a w środku tego wszystkiego on – Conan, symbol odwagi, honoru, nieustraszoności. Ten potężnej budowy wojownik pokona każdego wroga, ludzkiego i bestię, wyrwie się z każdych okowów, dokona czynów, które innym wydają się niemożliwe. Nie jest jednocześnie głupim, małomównym osiłkiem, to prawdziwy wódz, dobry strateg, potrafiący mówić dworsko, a jednocześnie pozostawać barbarzyńcą. Jest dumny ze swego pochodzenia, nie pragnie go ukrywać, wręcz przeciwnie, szczyci się tym, że nawet jako król w głębi serca pozostał barbarzyńcą, któremu bliższe życie na ostrzu noża niż wygody pałacowych komnat.

O ile w Ludziach Czarnego Kręgu ta gloryfikacja bohatera mi nie przeszkadzała, to już w Godzinie Smoka autor stanowczo przesadzał i to wszystko, co mi się podobało w jego twórczości, zaczynało drażnić tak, że z trudem dobrnęłam do końca jednej opowieści powtarzanej chyba z dziesięć razy. Wiedźma się narodzi ponownie zaskakuje, krótką historią oraz małą obecnością Conana, który mimo wszystko staje na wysokości zadania i ratuje przyjaciół i księżniczkę.

Howard wiedział, w jaki sposób przyciągnąć do siebie czytelnika. Jego opowieści rzeczywiście mają w sobie niepowtarzalny ładunek energetyczny, o którym wspomina Stephen King. Charyzmatyczny bohater ma wszystko, czego pragnie niemal każdy chłopiec/mężczyzna – siłę, odwagę, władzę, sławę, powodzenie u pięknych kobiet. Ach, te kobiety! Niejedna oszalała na punkcie Conana. No bo jakże miałby się nie podobać tym kruchym istotom potężny przywódca, wciąż pozostający barbarzyńcą, który jako jedyny potrafi połączyć dworską mowę z frywolnymi klapsami i gorącymi pocałunkami, które nawet księżniczka przyjmie z wdzięcznością. Ktoś mógłby się przyczepić, że Howard przedstawia kobiece bohaterki jako urocze dodatki do opowieści – zawsze piękne, młode, o gibkich i jędrnych ciałach (co autor notorycznie wręcz podkreślał), padające bohaterowi do stóp. Nic bardziej mylnego. Devi Yasmina z Ludzi Czarnego Kręgu czy psychofanka Conana, Zenobia z Godziny Smoka zdecydowanie należą do odważnych, silnych kobiet, nie wspominając już o Salome z Wiedźma się narodzi. I chociaż nie można powiedzieć, żeby Robert E. Howard był znawcą kobiecych charakterów, udało mu się stworzyć postaci, które zapadają w pamięć.

Proza Amerykanina okazała się dobrze wykonaną rzemieślniczą pracą, może czasami (po prawdzie to całkiem często) irytującą potoczystym językiem, przepełnionym przesadzonymi porównaniami i mnóstwem powtórzeń. Jednak to bogactwo stylu było dla mnie dobitnym świadectwem tego, że autor wiele czasu i uwagi poświęcał opowiadaniom, w czym jeszcze utwierdził mnie dodatek Varia. I chociaż dla mnie opowiadania Howarda są tylko niezłą rozrywką, to nie dziwi mnie, że niektórzy widzą w nich o wiele więcej, jak przekonuje Patrice Louinet w Rodowodzie hyboryjskim. Opowieści o przygodach Conana mogę polecić nie tylko fanom fantasy magii i miecza czy powieści przygodowych, ale też wszystkim tym, którzy pragną spędzić trochę czasu w nieskomplikowanej rzeczywistości zamierzchłej ery hyboryjskiej.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

środa, 17 lipca 2013

O wybawieniu

W ostateczności człowiek musi sam wypracować sobie własne wybawienie.
Robert E. Howard, Godzina Smoka [w:] Conan i Skrwawiona Korona, Rebis 2012 r.

wtorek, 27 października 2009

Conan formą terapii

Ciekawy artykuł znalazłam na stronie brytyjskiego Timesa, przedstawiający życie, pisarstwo i śmierć Roberta E. Howarda, twórcy słynnego Conana Barbarzyńcy i jednego z ojców gatunku sword & sorcery. David Hayles rzucił nowe światło na twórczość (że też użyłam tego słowa) Howarda, rozpatrując ją pod kątem jego prywatnego życia:
The pulp magazines encouraged prolific writers,” says Michael Moorcock, the British fantasy writer who is a fan of Howard. “The rates were always pretty low and the only way to make a living was by turning out a lot of copy. Howard was lonely and isolated and the pulps offered escape.
Howard nigdy nie ukrywał, zwłaszcza przed samym sobą, że jest kimś oryginalnym, pisał jedynie historie, które sam chciał czytać, dlatego czytał swoje własne opowieści na głos... samemu sobie. Wieczny odludek, z bardzo niskim poczuciem wartości własnej (called himself “a failure among failures”), zapewne z winy matki, która bardzo go od siebie uzależniła i bez której nie mógł żyć (to w dniu, kiedy dowiedział się, że ciężko chora na gruźlicę matka nie przeżyje kolejnej nocy, zastrzelił się). Mieszkający w niezbyt lubianym przez siebie miejscu, korzystał z pomysłów innych twórców mieszając je ze światem westernów i tak powstawały miejsca, w który czuł się inaczej.
Po tym artykule nietrudno zrozumieć, dlaczego jego bohaterowie to wolni, nieśmiertelni herosi, zdolni do każdego czynu, podziwiani i wzbudzający strach, a jednocześnie będący poza społeczeństwem. Nietrudno też pojąć ciągłą popularność książek Howarda nawet dzisiaj - w tym roku premierę miał film Solomon Kane w reżyserii Michaela J. Bassetta (premiera w Europie w grudniu). Ja w każdym razie zmieniłam podejście do twórcy Conana i, chociaż żadnej jego książki więcej nie przeczytam, to patrzę na nie inaczej, z większym szacunkiem. Cóż, zawsze jest czas, żeby nauczyć się pokory.