Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poza fikcją. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poza fikcją. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 czerwca 2017

Wikingowie zdemitologizowani - "Furia ludzi Północy", Philip Parker, tłumaczenie: Norbert Radomski, Rebis 2016 r.

Furia ludzi Północy. Dzieje świata wikingów jest książką, którą powinien przeczytać każdy fascynat epoki wikingów. Musi jednak uważać, ponieważ może mocno się rozczarować. Jest to bowiem jeden z nielicznych rzeczywistych obrazów tych wojowników, całkowicie niemal odzierający ich z legendarnej wielkości. Nie jest to również praca łatwa w odbiorze, prawdę mówiąc, jest jedną z gorszych, jakie kiedykolwiek czytałam. Ponieważ cenię sobie nie tylko akuratne oddanie epok historycznych, lecz także oddanie ich w dobrym stylu, musiało minąć sporo czasu, żebym uznała jej wartość merytoryczną jako wiele większą nad językową.

Furia ludzi Północy to bowiem praca mocno nieskładna, nie dająca wiele tła historycznego do opisywanych postaci, wydarzeń. Autor bombarduje faktami, datami, imionami; ciężko się w tym odnaleźć, tym bardziej, że imiona wikińskich władców często się powtarzają. Dopiero notowanie kolejnych dat oraz imion pozwoliło mi panować nad lekturą. Dodatkowo ani autor, ani tym bardziej redaktor nie wyjaśniają pojęć tam, gdzie są używane po raz pierwszy, tylko przy innej okazji.
Układ rozdziałów jest również nielogiczny - rozdział drugi powinien być trzecim, a trzeci drugim. Jakby tego było mało, autor często się powtarza - w różnych kontekstach przywołuje te same wydarzenia, co tylko wprowadza dodatkowy chaos.

Język książki jest nijaki, suchy, bezbarwny, chwilami jedynie autor przejawia sarkastyczne poczucie humoru. W dalszych rozdziałach, gdzie jest mniej dat i postaci, opowiadających o bardziej ustabilizowanym życiu wikingów, specyficzne poczucie humoru staje się trochę częstsze, a do stylu można przyzwyczaić i nie przeszkadza tak bardzo w odbiorze.

Teraz czas na plusy, które mogą przyćmić powyższą krytykę. Opisywane są tutaj nie tylko wydarzenia czy kultura wikingów, lecz także pojmowanie ich historii przez historyków oraz ich potomków, co daje szerokie spektrum wpływu, jaki wciąż mają wikingowie na życie obecnych. Książka jest niezwykle bogata w szczegóły wykopalisk, sposobów badań historyków i archeologów, zestawia bardzo dużo źródeł z literatury naukowej i sag, co daje bardzo pełny obraz kultury i społeczeństwa wikingów. Jestem pełna podziwu dla drobiazgowej pracy archeologów, którą opisuje autor, i dla samego autora za motywację zebrania ich wyników i okraszenia ich własnymi komentarzami.

Philip Parker już na zawsze zmienił moje postrzeganie o wikingach, jednak dzięki tej książce jestem bogatsza o cenną wiedzę nie tylko o historii wojowników, ale też o podejściu do badań historycznych w ogóle. A w kolejce czeka już Młot i krzyż. Nowa historia wikingów Roberta Fergusona.

czwartek, 22 grudnia 2016

Mało Meryl w Meryl - Michael Schulman, "Meryl Streep. Znowu ona!", Robert Waliś, Marginesy 2016 r.

Kocham Meryl Streep. Pokochałam ją w ostatnich latach, kiedy zaczęła częściej pojawiać się w komediach (za melodramatami, dramatami nie przepadam). Zdobyła moje serce w The Devil Wears Prada, a moje zauroczenie przerodziło się w prawdziwą miłość po It’s complicated oraz Hope Springs. Staram się być na bieżąco z filmografią tej niezwykłej aktorki, co jakiś czas dzięki niej dokształcam się również w klasycznym kinie dramatycznym. Kiedy więc dowiedziałam się o premierze biografii Meryl Streep, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Po lekturze książki Schulmana muszę powiedzieć, że Znowu ona nie jest biografią w pełnym rozumieniu tego słowa. To przede wszystkim całkiem wnikliwy obraz społeczeństwa i przemian, które stanowią tło dla życia aktorskiego Meryl Streep. Schulman skupia się bardziej na specyfice aktorskiej pracy jako takiej, teatralnym trybie życia, które wydaje się być bardzo intensywne, często wyniszczające. Streep stanowi punkt odniesienia dla opisywanych wydarzeń, ale nie do końca jest w centrum uwagi. To ona bardziej jest tłem dla zmian społecznych, działania rynku teatralnego i filmowego niż odwrotnie. Zbyt mało dla mnie informacji choćby o podejściu Meryl do aktorstwa, o jej działaniach feministycznych. Schulman skupił się zaledwie na dziesięciu pierwszych latach kariery Streep, czego moim zdaniem nie da się określić biografią, a raczej wycinkiem biografii. Szkoda.

Schulman idzie przez karierę Streep, kolejne rozdziały poświęcając jej (i nie tylko jej - Fredo) najważniejszym rolom, które rozwinęły i ukształtowały jej talent, ale i życie (Izabela). Oczywiście jest to subiektywny wybór autora biografii, jednak ma sens. Schulman pokazuje, jak z beztroskiej, nieświadomej dziewczyny Meryl zmienia się w dojrzałą kobietę i pracowitą aktorkę. Aktorkę niezwykle metodyczną, skrupulatną, profesjonalną, ale i z niezwykłym wyczuciem i intuicją. Streep w obrazie Schulmana jest magicznym kameleonem.

Denerwował mnie trochę cyniczny, złośliwy i stronniczy styl autora. Zawsze w biografii spodziewam się raczej obiektywizmu. Na szczęście trafia się on rzadko.

Lektura książki zostawiła mnie z dużym niedosytem. O ile autor świetnie i bardzo obrazowo opisuje tło społeczne i życie aktorskie w ogólności w czasach rodzącej się kariery Streep, o tyle o niej samej dowiedziałam się bardzo mało. I nie chodzi mi o jej życie prywatne, do którego aktorka ma zupełne prawo i ochronę którego doskonale rozumiem. Chciałam poznać Meryl - aktorkę. To, co oferuje Schulman w swojej książce, to zdecydowanie za mało. Z drugiej strony szanuję autora, że nie wybrał drogi detektywa sensacji i plotek i nie raczy czytelnika informacjami z niepotwierdzonych źródeł, jak to często się zdarza w “biografiach” aktorskich. A jeśli chodzi o Meryl Streep, nie pozostaje mi nic innego, jak cieszyć się jej filmami i z nieśmiałą nadzieją wyczekiwać pełniejszej biografii (bo na autobiografię raczej nie mam co liczyć). 

czwartek, 17 września 2015

Ani dla dorosłych, ani dla młodzieży - "Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury", Philip Pullman, tłumaczenie: Tomasz Wyżyński, Albatros 2014 r.

Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach nowe wydanie „Baśni braci Grimm” w opracowaniu Philipa Pullmana, byłam ciekawa, ile tu będzie nowego i opracowania. Zabrałam się do lektury, jak tylko dostałam książkę. Szybko stwierdziłam, że trudno będzie zrecenzować taką pozycję, wszak baśnie tutaj zebrane należą do klasyki, większość z nich jest znanych w oryginalnej wersji, co tu oceniać? Baśń jest na tyle specyficzną formą literacką, przemawia do zupełnie innych rejonów ludzkiej wrażliwości (zwłaszcza dziecięcej), że niesprawiedliwym byłoby poddawanie jej takiej analizie jak innych gatunków prozy. Wiadomo, że jedne są strukturalnie lepsze, inne gorsze, o czym świadczy fakt, że tylko niektóre baśnie Grimmów zyskały nieśmiertelną popularność i mają ogromną nośność nawet w dzisiejszych czasach. Ja sama znam tylko kilka z nich, zawsze bardziej do mnie przemawiały baśnie polskie zebrane w tomie „U złotego źródła” (oczywiście dziś wiem, że są to inne wersje baśni Grimmów czy rosyjskich lub białoruskich, ale to niczego nie zmienia) czy „Baśnie” Hansa Christiana Andersena. Podobała mi się forma tych opowieści, ich klimat, stylizacja.

Philip Pullman postanowił oczyścić z literackich naleciałości (zwłaszcza ze stylizowanej formy) wybrane baśnie Grimmów, przywracając, swoim zdaniem, ich formę sprzed wieków. Swoją motywację wyjaśnia we wstępie, w którym też prezentuje własne podejście do tego, czym baśń jest i czym powinna pozostać. Tłumaczy też, dlaczego niektóre baśnie z przedstawionych w zbiorze zmodyfikował według własnego uznania. Przyznam, że wstęp to najlepszy fragment książki autorstwa Pullamana, z pewnością o wiele bardziej ciekawy niż opracowania poszczególnych historii. Przede wszystkim dlatego, że uzmysławia, jak ciężko, wbrew pozorom, jest stworzyć dobrą baśń. Udowadnia też, że historie baśniowe najlepsze są, gdy są żywe, gdy są zmieniane, udoskonalane, o ile nie naruszają przekazu.

Komentarzy wieńczących każdą z baśni nie można nazwać opracowaniem, niczego bowiem nie wnoszą, niczego nie uczą, niczego nie uzmysławiają. Istotne informacje w nich zawarte dotyczą źródeł, z których pochodzą, podobnych baśni, jakie zostały spisane oraz typów według „The Types of International Folktales”. Liczyłam na głębszą analizę, na odniesienia do konwencji, na autorski komentarz względem wersji ludowej a tego, jak bardzo się zmieniła z czasem.

Niestety zbiór przedstawiony przez Pullmana najbardziej zainteresuje dzieci, dla których wciąż baśnie tu zawarte będą swoistymi drogowskazami. Ani młodzież, ani dorośli nie znajdą w nim interesującej zawartości.

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Katedra.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zupełnie inny łowca - "Łowca androidów. Słowa i obrazy", Andrzej Tuziak, Instytucja Filmowa "Silesia-Film", 2014

Podstawowym elementem dobrego filmu jest dobry scenariusz. Zawsze to wiedziałam, ale nie miałam pojęcia, ile od dobrego scenariusza zależy. Co więcej, nie wiedziałam, jak trudno jest stworzyć dobry skrypt. Każda strona to minuta filmu! Scenarzysta musi uwzględnić mnóstwo czynników – dialog, opisać zachowanie bohaterów w danym momencie, zwracać uwagę na otoczenie, w którym się będą znajdowali… Stworzenie scenariusza jest tym większym wyzwaniem, kiedy trzeba przygotować scenariusz na podstawie powieści. O tym, jak ciężka jest to praca, zwłaszcza gdy pracuje się z twórczością Philipa K. Dicka, opowiada autor tej niezwykłej książki.

Jestem pełna podziwu dla Andrzeja Tuziaka, dla jego wiedzy, pasji, z jaką odkrywa przed czytelnikiem kolejne etapy powstawania scenariusza do filmu Blade Runner i z jaką subtelnością przekazuje także swoje, bardzo ciekawe refleksje. Dzięki niemu zupełnie inaczej podchodzę do oglądania filmów, dostrzegam rzeczy, których nie widziałam wcześniej. Książka zmieniła także mój sposób podejścia do reżyserów ogólnie, do Ridleya Scotta w szczególności. Odniosłam wrażenie, że Scottowi o wiele mniej zależało na zachowaniu klimatu powieści niż scenarzystom i wiem już, że to w dużej mierze dzięki autorom scenariusza Blade Runner jest tak wyjątkowym obrazem.

Książka odsłania kulisy pracy scenarzysty, ale też pokazuje, w jaki sposób funkcjonuje ten wewnetrzny świat filmowy, jak współpracują producenci, reżyserzy, scenarzyści (chociaż Blade Runnera kręcono w latach 80., nie sądzę, by wiele się od tego czasu zmieniło w środowisku filmowym). Uzmysławia, jak ważne jest, aby film postrzegać jako pracę zespołową, a nie tylko widzieć aktorów, reżysera. To była ciekawa i wciągająca przygoda. Polecam nie tylko fanom Dicka, Blade Runnera, ale także tym, których interesuje scenopisarstwo czy ogólnie techniczne aspekty powstawania filmów.

Łowca androidów. Słowa i obrazy zasługuje z pewnością na uwagę czytelników. Bardzo dziękuję Agnes za zaintrygowanie mnie lekturą i uproszenie autora o pożyczenie książki, autorowi dziękuję również:-)

czwartek, 29 maja 2014

Powstanie Warszawskie

Kiedy się dowiedziałam, że do kin wejdzie Powstanie Warszawskie, film będący zbeletryzowanym montażem archiwalnych filmów z sierpnia 1944 roku, wiedziałam, że muszę to obejrzeć. Zastanawiałam się, czy twórcom uda się stworzyć spójną historię, jak będzie wyglądał ten niezwykle oryginalny film. Zastanawiałam się też, w jaki sposób do niego podejdę – wiedziałam, że nie będę w stanie oceniać go jak każdej innej produkcji, przecież tutaj nie chodzi o akcję, głębię i wiarygodność psychologiczną bohaterów. Stwierdziłam więc, że pójdę do kina z taką właśnie ciekawością, bez oczekiwań. I wyszłam kompletnie oszołomiona.

Nie da się ukryć, że Powstanie Warszawskie to rzecz zupełnie wyjątkowa. Ekipa Muzeum Powstania Warszawskiego, dźwiękowcy, montażyści, nawet specjaliści od koloryzacji wykonali solidną pracę, dzięki której udało się przenieść widzów w wojenną rzeczywistość. Chociaż filmy kręcone były przez działaczy propagandy AK, to jednak w produkcji nie czuć pompy ani nacisku na patriotyzm. Nie znajdziecie tutaj pytań - czy było warto, czy był sens, tym bardziej nie znajdziecie na te pytania odpowiedzi - jesteście świadkami faktów, zdarzeń z przeszłości; oceny, pytania i odpowiedzi oraz wnioski będą tylko Wasze.

Powstanie Warszawskie pokazuje tę codzienność powstańców i cywili, której nie widać w żadnym innym filmie fabularnym – jak przygotowywali się do walk, jak przemykali się zbombardowanymi ulicami, gdzie i co jedli, jak się ubierali, z czego się śmiali, jak chowali bliskich, jak się kochali. Chociaż większość ujęć to nie wojenna zawierucha, okropieństwo walk czuć w każdym momencie. Mnie uderzyły te właśnie zwyczajne sytuacje, zrobiło mi się wstyd, że tyle narzekam, że ciągle wydaję pieniądze na niepotrzebne rzeczy, że marnuję swoje życie... Jak traktuję swoje dziedzictwo, swój kraj? Ten film jak żaden inny każe się cieszyć teraźniejszością i walczyć o lepsze jutro - banalnie, najlepiej zacząć od siebie.

Pięknie zmontowane projekcje podobały mi się nawet w kolorze, chociaż pokazano też oryginalne, czarno-białe ujęcia. Do filmu przygotowano również dobry scenariusz, dubbing wcale nie przeszkadzał, czego obawiałam się najbardziej, momentami było naprawdę zabawnie. Jedyne, co mnie irytowało, to Agnieszka Kunikowska w roli Joanny – jej płaczliwy, piskliwy głos zagłuszał mi niepokój postaci o męża.  Michał Żurawski i Maciej Nawrocki jako bracia Karol i Witek byli świetni. Dopełnieniem obrazu jest wspaniała, idealnie wkomponowana muzyka, za którą odpowiada Bartosz Chojdecki.

Powstanie Warszawskie to nie jest film, to 90-minutowy kawałek naszej historii, którą każdy powinien zobaczyć. Najlepiej jeszcze w kinie i to z bliższych rzędów, gdyż obraz nie jest pokazywany na całej rozpiętości ekranu.

O wiele ciekawiej o produkcji napisał Patryk Karwowski, zachęcam do przeczytania jego wrażeń.

niedziela, 2 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień I: najlepsza książka ubiegłego roku

Na kilku blogach, które śledzę (Kawiarka ZaFraapowana, silva hevsum, Ziuta się dziwi), pojawiło się wyzwanie 30 Day-Book Challenge. Spotkałam się z nim już w ubiegłym roku i w latach poprzednich na blogach zagranicznych, ale dotąd nie poczułam potrzeby brania w nim udziału. Co się zmieniło? Trudno powiedzieć. Niedawno pisałam, że straciłam serce do prowadzenia bloga. Z początkiem tego roku poczułam jednak przypływ nowej energii i postanowiłam powoli powrócić do mojej pasji. Co więcej, to wyzwanie jest doskonałym ćwiczeniem dla mojego mózgu, zaczęłam bowiem wyszukiwać w pamięci wszystkie książki, które dotychczas przeczytałam i w jakiś sposób na mnie wpłynęły, i zastanawiać się, która najlepiej pasuje i dlaczego do konkretnego dnia, tak, aby się nie powtarzała. Wcale to nie jest łatwe (w pierwszym rzucie prawie we wszystkich kategoriach wysuwały się powieści albo opowiadania z cyklu wiedźmińskiego). Doszłam wręcz do wniosku, że dużo łatwiej poszłoby mi z przypisaniem filmów do każdej z tych kategorii niż książek! Dlatego zdecydowałam się podjąć wyzwanie książkowe, a później zrobić sobie podobne wyzwanie filmowe. Może dzięki temu powrócę do rutyny pisania i aktywuję pozostałe w moim mózgu szare komórki, które od jakiegoś czasu chyba błagają o ocalenie…

Ponieważ nie do wszystkich dni mogłam znaleźć odpowiednią książkę, zmodyfikowałam nieco niektóre kategorie.

DZIEŃ I - Najlepsza książka ubiegłego roku
W rocznicę powstania bloga robię podsumowanie, w którym wybieram najlepszą książkę. Tym razem wzięłam pod uwagę okres od początku do końca 2013 roku i uwzględniłam również książki, o których tu nie pisałam.

I właśnie dzisiaj będzie to taka książka - Europa. Rozprawa historyka z historią Normana Daviesa. To pierwsza książka tego historyka, z którą się zapoznałam, ale nie ostatnia (obecnie czytam Boże igrzysko. Historia Polski, a w kolejce czekają Wyspy oraz Zaginione królestwa). Zakochałam się w tym człowieku absolutnie i bez pamięci. Jego wszechstronna, nie tylko historyczna, wiedza i dar jej przekazywania w cudownym, barwnym stylu są imponujące i onieśmielające jednocześnie. Europa pokazuje zupełnie inne spojrzenie na ten "kontynent", niż miałam do tej pory. Davies opisuje w swojej książce dzieje Europy od czasów prehistorycznych, wskazuje, jak bardzo na jej rozwój miał wpływ chociażby ukształtowanie terenu, poszczególne ery, ile Europejczycy wywodzą z kultury azjatyckiej. Autor pozwala zrozumieć mechanizmy, które doprowadziły do rozkwitu i/lub upadku europejskich państw, jak rodziła się europejska świadomość, dał mi większą świadomość historii moich przodków. Książka okraszona jest ciekawostkami dotyczącymi życia każdej z epok, dowiecie się, kiedy zaczęto używać krzeseł, jak to było z winem czy serem camembert… Nasza historia została przedstawiona z niezwykłą erudycją, ale i humorem, subtelnym, miejscami lekko ironicznym. Europa to potężna cegła, licząca ponad tysiąc trzysta stron i ważąca ponad cztery kilogramy, ale jej lektura jest prawdziwą przyjemnością i przygodą. Davies, jak żaden inny historyk, potrafi przenieść czytelnika w przeszłość, którą można zobaczyć, poczuć, posmakować. Europa to nie tylko najlepsza książka ubiegłego roku, lecz także jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w swoim życiu. Jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to nadrabiajcie zaległości. Jeśli nie przepadacie za historią, ta książka sprawi, że ją pokochacie.

Europa. Rozprawa historyka z historią
Norman Davies
Tłumaczenie: Elżbieta Tabakowska
Wydawnictwo: Znak

czwartek, 21 listopada 2013

Walka żywiołów - Rush, scenariusz: Peter Morgan, reżyseria: Ron Howard, 2013

Znacie to uczucie, kiedy po obejrzeniu jakiegoś filmu czy przeczytaniu książki lub przeżyciu czegokolwiek innego, jesteście tak pobudzeni, macie w sobie tyle emocji, że musicie się nimi z kimś podzielić, inaczej eksplodujecie? Ja właśnie tak się czuję po seansie Rush (polski tytuł nie oddaje w pełni siły rażenia tego filmu)! Już sam fakt, że nie mogłam wytrzymać i postanowiłam o nim tu napisać, przy mojej ostatnio długo trwającej niechęci do blogowania, niech o czymś świadczy. Wciąż jeszcze nie mogę ochłonąć, nawet trudno mi stukać w klawiaturę, ale nie mam wyjścia, słowa, które buzują w mojej głowie, muszą znaleźć ujście.

Rush to zdecydowanie najlepszy film, jaki widziałam w tym roku, a widziałam ich naprawdę sporo. Być może kiedy następnym razem będę go oglądać, zauważę jakieś niedociągnięcia, ale na tę chwilę widzę prawdziwe i tylko mistrzostwo: genialne zdjęcia, rewelacyjne aktorstwo (może z jednym, drobnym wyjątkiem, który nic dla mnie nie znaczy w kontekście całości), świetny montaż, doskonała muzyka, dialogi bez zarzutu, kunszt reżyserski… Ufff i właściwie na tym mogłabym skończyć, mogę już swobodniej oddychać, adrenalina powoli opada… Ale nie skończę. To teraz po kolei.

Przyznam, że nie jestem fanką Formuły 1, nigdy mnie ten sport nie pociągał, a relacje ze zwycięstw i porażek Roberta Kubicy nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Nie miałam pojęcia, kim jest Niki Lauda ani James Hunt. Aż do dzisiaj. Rush sprawił, że zmieniło się moje podejście i postanowiłam sobie, że wybiorę się chociaż na jeden taki spektakl na żywo. A dwóch bohaterów filmu zapamiętam na długo, jeśli nie do końca życia. Zwyczajny człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile niebezpiecznego piękna ma w sobie ten sport, ile wyrzeczeń, wysiłku poświęca mu nie tylko kierowca, lecz także cały jego zespół, o pieniądzach nawet nie wspominając. Ron Howard i jego ekipa filmowa świetnie to odmalowali – adrenalinę, poświęcenie, rywalizację, szacunek do maszyny i człowieka. Ogromną zasługę miały tu zdjęcia Anthony’ego Dod Mantle’a, wręcz genialne ujęcia z toru wyścigowego. Nigdy nie sądziłam, że w taką euforię wprawi mnie widok intensywnie poruszających się tłoków czy ryk silnika! Wizualnie podobał mi się cały film, zdjęcia dopasowano do lat 70., mają one w sobie ten rys niedoskonałości znany sprzed epoki HD i wygładzania wszystkiego, pięknie wmontowano również obrazy archiwalne. Wrażenia potęgowała muzyka skomponowana, o, kolejne zaskoczenie!, przez Hansa Zimmera (zaskoczona jestem prawdziwie, bo w tej ścieżce dźwiękowej nie ma utartych melodii, jakimi kompozytor posługiwał się w Piratach z Karaibów, Gladiatorze czy Sherlocku Holmesie).

Sama historia rywalizacji dwóch silnych osobowości, różniących się niczym ogień i woda, jest równie porywająca. Nie potrafię Wam powiedzieć, kto lepiej zagrał, ale też nie wydaje mi się, żeby to było istotne, ponieważ i Daniel Brühl, i Chris Hemsworth, doskonale się uzupełniali na ekranie. I chociaż fabuła wydaje się prosta – z jednej strony playboy i lekkoduch-przystojniak, z drugiej strony poważny i skupiony brzydal, ile razy już to widzieliśmy – to jednak wcale nie jest banalna i ograna. Zarówno Daniel Brühl (teraz mi się przypomniało, w jakim filmie go widziałam!), który w Bękartach wojny był taki niepozorny, jak i Chris Hemsworth, który od kilku lat jest utożsamiany z nordyckim bogiem piorunów z komiksu, w tym filmie udźwignęli cały dramatyzm prawdziwych postaci i wydaje mi się, że oddali wiernie ich samych oraz zachodzące między nimi relacje.

Największym zaskoczeniem jest, chyba dla wszystkich, właśnie Hemsworth. Jego rola wydaje się podobna do poprzednich, a jednak aktor potrafił oddać także ciemną stronę takiego życia, jakie prowadził Hunt. W cudownych niebieskich oczach i boskim uśmiechu (wybaczcie!) widniał czasami dobrze kryty smutek, gorycz, żal, poczucie winy. Ukazanie tego w naturalny sposób to czasem trudniejsze zadanie, niż zagranie tragicznego bohatera od początku do końca. Pochwał nie będę szczędziła również Brühlowi, który dał swemu bohaterowi prawdziwą siłę charakteru, nieugiętą wytrwałość w dążeniu do celu, do wygranej. Obaj się doskonale uzupełniają, na ekranie aż iskrzy od rywalizacji, która przechodzi na oczach widza przez wszystkie stadia. Zwykle jest tak, że chociaż film opowiada o dwóch równych bohaterach, jeden z aktorów zdominuje drugiego. W Rush Hemsworth i Bruhl idą, kolokwialnie mówiąc, łeb w łeb, obaj przyciągają uwagę i nie dają spokoju. Co więcej, jak mało którym, udało się im pokazać wzajemne współdziałanie, to, jak obaj sportowcy kształtują siebie nawzajem. W niewielu filmach udaje się to pokazać, ostatnim, jaki pamiętam, był Prestiż z Hugh Jackmanem i Christianem Bale’em, ale tam ten wpływ był destrukcyjny.

W Rush zabłysnęła mi także piękna Alexandra Maria Lara jako Marlene, która, chociaż nie miała wielkiej roli, zaznaczała swoją obecność od momentu pojawienia się, czego nie można powiedzieć o Olivii Wilde, odgrywającej tu raczej rolę hostessy niż jakąkolwiek inną, a nie wierzę, że taka miała być, miała okazję się wykazać i moim zdaniem nie zrobiła tego.

Nic w tym filmie nie jest niepotrzebne. Dialogi są dopracowane do ostatniego słowa, bawią, wzruszają, budzą gniew, refleksję, smutek. W Rush dzieje się naprawdę wiele. To nie tylko film o Formule 1, to przekrój wszystkiego, z czego składa się nasze życie. Jest tu wspomniana już przeze mnie rywalizacja i jej różne stadia, jest miłość, jest nienawiść i walka, jest przyjaźń, ta surowa i nietypowa, i ta ciepła, wspierająca. Jest adrenalina, narastająca w momencie startu, powoli opadająca po przekroczeniu mety. Jest przerażenie i strach, ból i śmierć. Ale też rozrywka, zatracenie, zapomnienie, które czasem budzi poczucie winy, a czasem pozostawia czystą radość. I mimo że Rush porusza aż tyle tematów, to wszystko razem ma swoje miejsce i pięknie współgra.

Nie wiem, jak ten film odebrali widzowie, którzy cenią i oglądają Formułę 1, znają przedstawioną historię, ale ja siedziałam w napięciu od pierwszych do ostatnich minut (tak mocno miałam napięte mięśnie, że po wyjściu z kina bolały mnie nogi i ręce) i cieszę się, że nie znałam zakończenia. Jeśli również nie jesteście fanami tego sportu i nie kojarzycie tych postaci, nie czytajcie o nich, dajcie się zaskoczyć!

Polecam! Idźcie, dopóki ten szaleńczy pęd trwa w kinach! (Sądziłam, że się uspokoję po opisaniu wrażeń, gdzie tam!)

poniedziałek, 20 maja 2013

Papierowa wielkość - "Śniąc o potędze", Agnieszka Haska & Jerzy Stachowicz, NCK 2013

Kto by pomyślał, że fantastyka alternatywna była tak popularna w czasach międzywojnia. Śniąc o potędze w opracowaniu Agnieszki Haski i Jerzego Stachowicza wydobywa na światło dzienne fragmenty opowiadań i powieści dawno już zapomniane, nie mające, zdawałoby się, większego znaczenia dla rozwoju naszej literatury fantastycznej. Budzące raczej śmiech bądź żal w kontekście wiedzy o prawdziwym stanie ówczesnych sił zbrojnych czy zdolności politycznych. Jednak autorom udało się zabrać czytelnika w niezwykłą podróż do przeszłości oraz przyszłości. Dzięki nim może on zapoznać się z różnymi spojrzeniami na to, co by było gdyby, ale przede wszystkim na to, jak według ówczesnych twórców mogłaby wyglądać Polska w przyszłości. Jak to zwykle bywa, kilka historii okazało się proroczych.

Jak sami autorzy uprzedzają, nie są to utwory posiadające wielką literacką wartość, ba, większość z nich razi wręcz amatorszczyzną. Jednak czytelnik zdaje sobie sprawę (i upewniają go w tym naukowcy), że opowiadania i powieści prezentujące potęgę Polski na różnych polach nie były pisane po to, aby oddać realistyczne założenia tej wielkości. Pretekstem do ich powstania było przede wszystkim utrwalanie mitów budowanych przez władze. Ponadto inne były wówczas zasady pisania. Dlatego recenzentka nie miała tu dużego pola do manewru w krytykowaniu stylu, gramatyki, ortografii. A doprawdy reguły pisowni znacznie różniły się od tego, co obowiązuje teraz, i można zgrzytać zębami, ale trzeba to zaakceptować, aby czytać dalej. Główną cechą wszystkich zgromadzonych tu tekstów jest patos, który patosem pogania patos, kwieciste zdania są na porządku dziennym, co sprawiło, że przebrnięcie całego zbioru było dla mnie większą męką niż się spodziewałam.

Nie można oczywiście całkowicie tych utworów nie doceniać. Wyobraźnia, jaką popisywali się ówcześni autorzy, doprawdy imponuje. Z wielu opowieści przebija desperacka próba podbudowania polskiego ducha obrazkami niezniszczalnej potęgi Polski, co może być odświeżające dla tych, którzy katowani byli wizjami Mesjasza Narodów, wiecznego cierpiętnika (czyli właściwie wszystkich nas, którzy pamiętają lub właśnie przeżywają podstawówkę, gminazjum czy szkołę średnią, nie wspominając o tych katuszach, jakie nam są serwowane codziennie w telewizji i polskim kinie).

O wiele większą wartość mają dla mnie jednak części opracowujące, wprowadzające w kontekst historyczny i społeczny każdego tematu. To opowiadania są tu dodatkiem do pracy Agnieszki Haski i Jerzego Stachowicza, stanowią ciekawą oprawę ich wywodów. Oprócz naprawdę cennych komentarzy uczonych pracę zdobią czarno-białe fotografie z okresu międzywojnia, niestety niepodpisane i przez to niewiele znaczące dla czytelnika. Podoba mi się również oprawa graficzna pracy, nawiązująca do okresu powstawania twórczości. Szkoda, że za grafiką nie poszła część redakcyjna. Rozumiem, że nie można było wnikać w poprawianie przedwojennych tekstów, ale wypadało w takim razie zadbać o te pięćdziesiąt kilka stron tekstu naukowego.

Mimo pewnych niedociągnięć Śniąc o potędze jest lekturą obowiązkową dla każdego fana fantastyki polskiej, jeśli nie w kwestii znajdujących się tam opowiadań, to z pewnością ich opracowania naukowego.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

O książce dużo ciekawiej pisze Ula na O dystopiach.

środa, 20 lutego 2013

W kręgu naszych mitów - "Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian", Jerzy Strzelczyk, Rebis 2008


Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian to leksykon zawierający sporo informacji na temat wierzeń naszych przodków. Nie jest to może tak zajmująca lektura jak Rękopis znaleziony w Smoczej Jaskini (który chociaż nie zajmuje się mitami, to z racji tematyki nieco się po nich prześlizguje) czy legendarna już Mitologia Słowian Aleksandra Gieysztora, jednak stanowi ciekawy zbiór pojęć dotyczących nie tylko wierzeń słowiańskich, lecz także naszej historii i obyczajowości, bez których nie można rozpatrywać kultury żadnego plemienia.

Autor już na samym wstępie uświadamia, jak trudną pracą jest zebranie szczątkowej wiedzy i ułożenie jej w bardziej kompletną całość. Jerzy Strzelczyk nie miał łatwego zadania, biorąc pod uwagę skąpą ilość pisanych źródeł, a jeszcze mniejszą źródeł wiarygodnych. Dlatego też nie dziwi, że w książce znalazły miejsce również postaci, demony i bogowie, których prawdopodobieństwo istnienia i występowania w wierzeniach Słowian jest znikome. Bez nich praca zawierałaby zapewne o wiele mniej pojęć. Strzelczyk sięga również po opisy miejsc istotnych z punktu rozwoju naszej historii i kultury. Czasem miałam wrażenie, że więcej tu legendarnych i historycznych bohaterów niż bóstw, z których część miała tylko imię i miejsce występowania, a ich moc pozostała nieznana. Autor starał się odtworzyć historię słowiańskich dziejów, jednak forma słownikowa nie jest dla tego najlepszą metodą, wątki i wydarzenia są porozrzucane i ciężko z tego wszystkiego wyłowić spójną ciągłą wersję.

Mimo wszystko lektura to całkiem przyjemna, na co wpływ w dużej mierze ma lekki, wprawny styl badacza, miejscami ironiczny, a nawet uszczypliwy, zwłaszcza w stosunku do wspominanych we wstępie mniej wprawnych autorów różnych pozycji mniej lub bardziej naukowych. Praca pokazuje, że chociaż nie dysponujemy pisanym świadectwem na istnienie wierzeń w postaci zbiorów mitów, to jednak możemy mieć pewność, że nasi przodkowie takowe posiadali i mieli ich całkiem sporo.

niedziela, 13 stycznia 2013

Zmierzyć i zważyć duszę – "Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego", Mary Roach, tłumaczenie: Maciej Sekerdej, Znak 2010 r.


Książkę Mary Roach udało mi się wypatrzyć w promocji, a że chciałam ją i tak przeczytać i odpocząć od fantastyki fikcyjnej, zabrałam się do niej zaraz po zakupie. Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego to wyborna rozrywka i kopalnia wiedzy na temat różnych praktyk poszukiwania duszy ludzkiej i odpowiedzi na pytania, które dręczą niemal każdego człowieka – czy w ogóle mamy duszę, co się dzieje z nami po śmierci, czy istnieje życie pozagrobowe. W książce nie znalazłam wprawdzie jednoznacznych odpowiedzi, ale też ich nie szukałam (na temat duszy i życia pozagrobowego mam własne zdanie).

Barwny, wartki, kąśliwy, a czasami nawet złośliwy i cyniczny język autorki urozmaicał każdą historię. Roach przywołuje motywy reinkarnacji, w którą wierzą Hindusi, badania ektoplazmy, spirytualizm, eksperymenty ważenia duszy i jej zlokalizowania w ludzkim ciele. Wiara to jedno, ale zdumiewające jest to, że tak wielu poważanych naukowców prowadziło i nadal prowadzi (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych – dlaczego mnie to nie dziwi…) szeroko zakrojone, często opłacane z kieszeni podatników, badania nad udowodnieniem istnienia bądź nie ludzkiej duszy.

Książka pozwala zrozumieć motywy, którymi kierowali się zarówno starożytni filozofowie, jak i współcześni naukowcy w swoich rozważaniach i poszukiwaniach. Autorka postarała się i bardzo dobrze przygotowała do swojej pracy. Poszczególne przypadki opisuje z godną podziwu szczegółowością, na każdym kroku cytując lub parafrazując coraz to nowe źródła. A wszystko to robi z entuzjazmem quazi-laika, który jest zafascynowany tematem i drąży coraz bardziej i bardziej, nie boi się zadawać mało stosownych pytań poważnym naukowcom i przyznawać do niedoświadczenia w jakiejś dziedzinie. Dzięki temu mogłam się poczuć zupełnie tak, jakbym towarzyszyła jej w kolejnych wyprawach i była przy każdej rozmowie.

Co więcej, Roach, oprócz opisywania kolejnych, coraz to dziwaczniejszych eksperymentów, zadbała również o umieszczenie ich w historycznym i kulturowym kontekście. Mnóstwo ciekawostek, związanych nie tylko z duszą, daje pełny obraz wierzeń, obaw, powodów tych odwiecznych poszukiwań. Polecam każdemu, a ja z pewnością sięgnę po kolejne pozycje autorki.

środa, 26 września 2012

O polskiej fantasy w gorzkiej pigułce - "Baśnie zbyt prawdziwe. Trzydzieści lat fantasy w Polsce", Małgorzata Tkacz, Gdański Klub Fantastyki 2012


Trzydzieści lat minęło… Właśnie w tym roku mija trzydziesta umowna rocznica istnienia literatury fantasy w Polsce. Z tej okazji Gdański Klub Fantastyki postanowił wydać pracę Małgorzaty Tkacz Baśnie zbyt prawdziwe. Trzydzieści lat fantasy w Polsce, określając ją jako przełomową i pierwszą taką pracę na gruncie polskim.

Czy jest to praca przełomowa na gruncie fantasy? I tak, i nie. Tak, ponieważ zbiera wszystkie najważniejsze informacje o konwencji i jej odmianach, odwołując się wyłącznie do polskiej literatury fantasy. Przedstawiając fundamentalne założenia poszczególnych odmian, pokazuje różnice, jakie występują między twórczością polskich pisarzy a ich zachodnimi kolegami. A jest ich całkiem sporo. To największy plus Baśni zbyt prawdziwych, żadne bowiem inne opracowanie nie uwzględnia tylu dzieł z rodzimego rynku. Co więcej, autorka nie skupia się prawie w ogóle na dziełach zagranicznych. Owszem, powołuje się na klasyków i powieści będące „kamieniami milowymi”, ale jedynie w tym celu, aby ukazać pewne schematy. Dalej już stąpa wyłącznie po polskim gruncie. Dlaczego jednak pojawiło się to „nie”? Nie uznałabym pracy za fundamentalną, oryginalną, ponieważ nie znajduje się w niej nic odkrywczego, to przede wszystkim zbiór danych o fantasy polskiej, które przez wszystkie lata istnienia gatunku w naszym kraju publikowane były w różnych źródłach. Ci, którzy znają prawa konwencji i orientują się w historii literatury fantastycznej, nie znajdą tutaj nic, czego nie dowiedzieliby się z czasopism i wcześniejszych opracowań, czy też nie doszliby własnymi przemyśleniami.

Przyznam, że mnie ta praca zmęczyła. Przede wszystkim dlatego, że autorka nie napisała niczego, czego bym już nie wiedziała o fantasy. Przyjemność lektury odbierał również akademicki styl, pełny naukowych zwrotów, typowych dla toku przynudzającego, podstarzałego i przesiąkniętego rutyną wykładowcy, a nie fanki literatury fantastycznej, która chce przybliżyć ją innym fanom (rozumiem, że taki był cel wydania książki w Gdańskim Klubie Fantastyki). Słowa takie jak, żeby przytoczyć tylko kilka, „heterogeniczność” (niejednoznaczność, różnorodność), „komplementarny” (uzupełniający się), „epigoński” (naśladowczy, mało oryginalny), „delimitacja” (wyznaczenie granic) mogą (oczywiście nie muszą) utrudniać zrozumienie tekstu, a przecież wystarczyło użyć ich normalniejszych odpowiedników. Jakby tego było mało wydawca również nie zadbał o poprawną stronę redakcyjną czy korektę, w książce roi się od wszelkiego rodzaju błędów. Utrudnienie w czytaniu sprawiała również czcionka szeryfowa, która przez małe odstępy między wierszami zlewała się w trakcie lektury.

Autorka imponuje wiedzą na temat polskiej fantasy, rzeczywiście przeczytała niemal wszystko, co wyszło spod piór najważniejszych przedstawicieli gatunku w naszym kraju, z pewnością jest również zaznajomiona z większością utworów należących do klasyki fantasy na świecie. Tkacz odrobiła również pracę domową z zakresu teorii literatury oraz teorii konwencji literatury fantastycznej. Świadczy o tym bogata bibliografia załączona na końcu pracy. Z pewnością "Baśnie zbyt prawdziwe" można określić skarbnicą wiedzy i podstawowym kompedium dotyczącym fantasy, z którym każdy, kto chce mieć jakiekolwiek pojęcie o tym gatunku, powinien się zapoznać. Autorka wskazuje i popiera solidnymi argumentami artystyczność i oryginalność wielu powieści polskich z gatunku fantasy, obalając tym samym tezy o jej wyłącznie rozrywkowym charakterze.

Dlatego mimo pewnych mankamentów opracowanie Małgorzaty Tkacz powinno znaleźć poczesne miejsce wśród prac na temat fantasy polskiej. Powinno być także lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy pragną pogłębić swoją wiedzę o konwencji fantasy oraz polskim do niej podejściu. Baśnie zbyt prawdziwe warto mieć również na półce choćby po to, aby móc do nich sięgnąć w celu przypomnienia sobie pewnych elementów konwencji czy choćby ze względu na wspomnianą bogatą bibliografię tekstów literackich oraz opracowań.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 17 września 2012

One są wszędzie! - "Wampiry", Nigel Suckling, tłumaczenie: Paulina Głuchowska, Bellona 2012


Temat wampiryzmu i jego istnienia w kulturze oraz przerabiania przez konwencje literackie interesuje mnie od lat. Znam klasyków gatunku, czytałam wiele książek Anne Rice, mam za sobą kilka książek z cyklu Charlaine Harris, przeczytałam nawet Zmierzch. Od strony literackiej temat zaczął mnie już nużyć. Na świecie era wampirów pomału dobiega kresu, w Polsce jednak moda na krwiopijców trwa nadal. Wydawnictwa ciągle wznawiają powieści paranormalne, raz na jakiś czas postanawiają dać również czytelnikom pozycje mniej lub bardziej naukowe. Jedną z nich jest książka Nigela Sucklinga (zwróciliście uwagę na charakterystyczne nazwisko?). I chociaż Wampirom daleko do poważnej naukowej pracy (nie można ich nawet zaliczyć do popularnonaukowych książek), to jednak stanowi całkiem interesujący zbiór ciekawostek o wierzeniach w wampiry i inne demony mniej lub bardziej je przypominające.


Autor barwnie opowiada o istotach demonicznych z różnych stron świata. Mimo że od samego początku odwołuje się do Draculi Brama Stokera, z której cytaty stanowią motta kolejnych rozdziałów, o samych wampirach i ich historii dowiemy się niewiele. Bardziej Sucklinga interesują wampiropodobne stworzenia oraz istoty nie mające dużo wspólnego z krwiopijcami. Amerykanin ze swobodą skacze przez różne epoki i tematy, zarzuca czytelnika sporą ilością informacji, mniej lub bardziej rozbudowanych. Robi to przy tym w sposób bardzo chaotyczny, często zdawkowy, co przekłada się na słabe ich przyjmowanie. Książkę czyta się szybko i bez większych trudności, ale też niewiele pozostaje w pamięci. Po lekturze nasunął mi się szczególnie jeden wątek – każda społeczność ma jakiegoś wampira w kulturze. To zdumiewające, jak, odległe zdawałoby się, narodowości mają podobne wyobrażenia o demonach.

Sporym plusem, przynajmniej dla mnie, jest to, że autor nie zajmuje się literackimi wersjami mitu. Poza dość częstym odwoływaniem się do Stokera, wymienia tylko Wampira Polidoriego, Carmillę Le Fanu czy należącego do wielu autorów Wampira Varneya. Kilka zdań poświęca żyjącym pisarzom. I dobrze, przecież powstało tak wiele opracowań, że cóż jeszcze oryginalnego można napisać? Zamiast tego Suckling postanowił zebrać przeróżne historie o istotach nadnaturalnych i przekazać je czytelnikom. Niestety najwidoczniej bez większego planu. Jak już zwróciłam uwagę wcześniej, nie kieruje autorem żadna chronologia, trudno też mówić o uporządkowaniu tematycznym, wbrew tytułom rozdziałów. W dodatku wszystkie opowieści, sprawozdania policyjne, legendy, przerabia na swoją narrację, przez co tracą nieco na autentyczności. Być może gdyby poświęcił więcej uwagi kilkunastu tylko wątkom, zamiast upychać całą wiedzę na niecałych trzystu stronach, jego praca byłaby o wiele ciekawsza i miałaby większy wpływ na czytającego.

Dużym plusem Wampirów są piękne ilustracje Bruce’a Penningtona. Nadają słowotokowi Sucklinga swoisty klimat. Książka nie jest przełomowa, nie wnosi żadnych rewelacji ani odkryć, ale może być przyjemną rozrywką na kilka wieczorów.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Z miłości do książek - "Ex libris. Wyznania czytelnika", Anne Fadiman, tłumaczenie: Hanna Pustuła & Paweł Piasecki, Znak 2010


Ostatnimi czasy nie miałam ochoty na obcowanie z książkami. Czytałam, owszem, ale bardziej z przyzwyczajenia lub z obowiązku, niż z chęci poznania nowej historii. Poskutkowało to tym, że po lekturze nie miałam większej ochoty na spisanie swoich wrażeń, co zrozumiecie za jakiś czas, kiedy ukażą się moje „recenzje” Dzienników gwiazdowych i Wampirów. Zdarzało się też, że zaczynałam czytać i odkładałam książkę na półkę. Kiedy wreszcie stwierdziłam, że nadszedł czas na odpoczynek od fantastyki, sięgnęłam po zbiór esejów Anne Fadiman i spędziłam w towarzystwie autorki kilka bardzo przyjemnych, wypełnionych opowieściami o książkach, wieczorów. Ex libris. Wyznania czytelnika to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury. Nie tylko bowiem jest to zbiór historii związanych z książkami, ale także uświadamia, że każdy kto je kocha, jest wyjątkowy. Tak, moi drodzy, jesteśmy elitą i nie powinniśmy się wstydzić swoich książkowych manii!

Wszystkie eseje w jakiś sposób dotykają tematyki książek. Autorka lekko, zabawnie i wciągająco dzieli się swoją miłością do książek, opowiada historie nieraz bardzo osobiste, sprawia, że czytelnik również czuje się częścią jej świata. Fadiman imponuje oczytaniem, jej wiedza jest momentami przytłaczająca, budzi jednak pozytywną zazdrość. Paradoksalnie motywuje do odłożenia zbioru i sięgnięcia po jakąkolwiek książkę – dzięki niej nabrałam ponownie ochoty na czytanie.

Teksty Fadiman sprawiają, że zaczęłam się zastanawiać nad kwestiami, którym nigdy nie poświęcałam większej uwagi. Na przykład Problem Jejgo uświadomił mi, jak bardzo język, literatura są seksistowskie i jaka jest geneza pochodzenia wielu wyrażeń o męskim zabarwieniu lub też dlaczego określenia kobiet jednocześnie oznaczają ich status cywilny, a jednocześnie zależność od mężczyzny – czy są mężatkami (pani), czy też nie (panna). Moją największą sympatię autorka zyskała esejem Wsław stację, gdzie gromi wszystkich tych, którym nie przeszkadzają błędy w książkach, lub też wręcz traktują je pobłażliwie i nie uznają, aby miały wpływ na odbiór powieści czy opowiadań. Uświadamia, jak ważna jest dbałość o poprawność języka w literaturze.

Fadiman przekonuje, że ludzie traktujący książki jak swoich bliskich przyjaciół nie są wariatami, że miłość do literatury to nie jest uznawanie książki za relikwię, której nie można skazić komentarzem na marginesie czy zagięciem kartki (Tak nie wolno obchodzić się z książką). Opisując swoje zachowania wobec książek, autorka uświadomiła mi, że powinnam być dumna z tego, że jestem molem książkowym i że to nic złego układać książki latami wydania czy też według hierarchii od najbardziej ulubionej do najmniej (Zaślubiny księgozbiorów, Moja Specjalna Półka). To niesamowite i imponujące, że Fadiman potrafi zbudować fascynującą opowieść wokół pozornie nic nie znaczącego elementu (Słowa na szmucpaginie, Wieczny atrament).

Doskonałym uzupełnieniem zbiorku są Dopowiedzenia, mieszczące się na końcu każdego eseju. Krótkie notki-wyjaśnienia, czasem osobiste wynurzenia Jana Gondowicza pozwalają na poszerzenie informacji, o których Fadiman w tekstach jedynie wspomina, ale również stanowią integralną ich część i osadzają czytelnika w szerszym kontekście. Piękna okładka, nawiązująca do jednego z esejów, oraz dbałość o korektę i redakcję czynią z wydania Znaku prawdziwy rarytas, jedną z najlepiej redaktorsko opracowanych pozycji, jakie miałam okazję przeczytać. Polecam gorąco!

czwartek, 5 lipca 2012

Celtowie, jakich nie znamy - "Celtowie. Od epoki brązu do New Age", John Haywood, tłumaczenie: Ewa Marczak, Książka i Wiedza 2008


Wątek kultury celtyckiej jest jednym z powszechniejszych w literaturze fantasy. Fascynuje autorów i nas, czytelników, motyw ludzi lasu, bliskich naturze, odprawiających tajemnicze obrzędy w świetle księżyca, posługujących się magią żywiołów. Swoisty urok mają opowieści bardów, ich obecność w literackich światach. Mnie od zawsze najbardziej ciekawił krąg Stonehenge (przynajmniej dopóki nie zobaczyłam go na własne oczy), który od lat kojarzony jest z kulturą celtycką i magią druidzką, a który, jak dowiecie się z książki Johna Haywooda, nic z Celtami nie ma wspólnego. I nie tylko tego dowiecie się z tej rewelacyjnej pracy – Celtowie. Od epoki brązu do New Age odmieni Wasze postrzeganie tej kultury, pozwoli poznać historię plemion celtyckich i zrozumieć przekształcenia, jakim podlegała przez wieki.

Już od samego początku Haywood osadza Celtów mocno w kontekście historycznym, oddziela konkrety od mitów, tworzy tło wydarzeń, które przez wieki wpływały na istnienie kultury celtyckiej. Dopóki nie przeczytałam książki, myślałam, że Celtowie zamieszkiwali jedynie tereny dzisiejszej Wielkiej Brytanii, Irlandii oraz północnej Francji. Jak się okazuje, zasięg ich migracji był znacznie szerszy i obejmował m.in. Włochy, Czechy, Bałkany. Autor prowadzi czytelnika przez fascynujący świat wielu plemion, lekko i bez zadęcia tłumaczy wydarzenia, które miały wpływ na kształtowanie historii nie tylko Celtów, lecz także Rzymian, Francuzów, Anglików, Szkotów, Irlandczyków, Hiszpanów… Oczywiście wszystkie wydarzenia odnoszą się bezpośrednio do celtyckiej kultury i to jej rozwój, a później upadek i odrodzenie, jest motywem przewodnim pracy.

Celtowie to fascynująca i wciągająca niczym najlepsza powieść książka o plemionach Europy, podbojach i najazdach, pełna ciekawostek (czy wiedzieliście na przykład, że kilt wcale nie jest historycznym strojem narodowym Szkotów – został wymyślony dopiero w 1727 roku!) i odkrywczych (dla laików) wniosków. Dzięki niej można zrozumieć, dlaczego Celtowie tak długo opierali się ekspansji innych narodów, głównie Rzymian, uświadamia również kontrast romantycznego wizerunku tej narodowości, który utrwalił się w dzisiejszym świecie, z rzeczywistością historyczną. Haywood cierpliwie i metodycznie pokazuje, że Celtowie niewiele się różnili od innych ówcześnie żyjących plemion, mieli podobne obyczaje, czcili podobnych bogów. Nie byli święci ani bardziej bliżsi natury, często wręcz nazywano ich dzikusami; to głównie o nich mówili Rzymianie, że są barbarzyńcami. Autor zwraca uwagę, że najbardziej odbiegali od innych sztuką wojenną, a raczej jej brakiem i wskazuje, że to przede wszystkim było powodem ich zguby, kiedy stawali przeciwko Rzymianom czy później Sasom (Anglikom). Dzięki Haywoodowi dostrzegłam także różnicę między brytyjskim i angielskim, których to terminów dzisiaj używa się praktycznie wymiennie. Haywood tłumaczy, że odrodzenie Celtów miało dwa źródła. Jednym z nich była potrzeba Walijczyków, Szkotów, Irlandczyków do zaznaczenia swojej odrębności wobec coraz bardziej narzucających się Anglików:
Walijczycy potrzebowali nowego sposobu wyrażania własnej nieangielskiej tożsamości i pierwotnych praw do Wielkiej Brytanii. […] W ciągu kilku lat po publikacji Archaeologia Britannica [dzieło wydane przez Walijczyka Edwarda Lhuyda w 1707 roku – przyp. mój] wykształceni Walijczycy mówili o sobie, że są Celtami i wykazywali znów zainteresowanie własnym językiem. To, co zapoczątkowali Walijczycy, przeniosło się w XIX wieku na pozostałe ludy mówiące, według Lhuyda, po celtycku […]. Pojawiła się współczesna koncepcja tożsamości celtyckiej. [s.257-258]
Drugim źródłem jest romantyzm, który uczynił z kultury celtyckiej tajemniczą, fascynującą praktykę, przybliżającą człowieka do natury i pozwalającą mu zachować duszę:
Celtomania była przejawem romantyzmu, kulturowym buntem przeciw racjonalizmowi i materializmowi oświecenia. […] Celtowie przekształcili się z niebezpiecznych dzikusów w dzikusów szlachetnych, nieskażonych dekadencką cywilizacją. Choć prawie nic nie wiedziano o ich wierzeniach, to druidzi stali się wzorami duchowości, które mieli naśladować intelektualiści rozczarowani bezosobowym charakterem zorganizowanej religii i pełni niesmaku wobec szpetnych produktów rewolucji przemysłowej. [s. 258-259]
Przede wszystkim autor uświadamia, że ci, których dzisiaj nazywamy Celtami, nie znali tego słowa za swojego życia. Nie było jednego wielkiego plemienia Celtów czy Galów, ale wiele społeczności – Piktowie, Helweci, Veneti, Brytowie, Eduowie, Redones, Catuvellaunii i wiele, wiele innych. To niesamowite, że w Europie istniało tyle różnych nacji. W dobie dzisiejszego dążenia do unifikacji narodów europejskich praca Haywooda daje motywację, aby mimo wszystko każdy z nich zachowywał granice swojej niezależności, bronił oryginalnych obyczajów, pielęgnował wyjątkowość.

Styl książki jest jasny, barwny, konkretny. Autor skupia się na faktach, wspominając jedynie wątki mityczne. O Arturze na przykład pisze tylko, że nie ma historycznych dowodów na istnienie takiego wodza i że, jeśli ktoś podobny istniał, prawdopodobnie nazywał się inaczej (Ambrosius Aurelianus). Haywood, powołując się na ówczesne źródła, wspomina również o bitwie pod Mount Badon, której prawdziwej lokalizacji nigdy nie odnaleziono. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jak dobrą pracę wykonał Bernard Cornwell w Trylogii arturiańskiej.

Czasem jednak gubiłam się w ilości faktów, postaci historycznych, bitew. Brakowało mi map ważniejszych walk, które pozwoliłby mi lepiej wyobrazić sobie ich przebieg. Zdarzało się, że autor tak szybko przerzucał różnymi informacjami, że potrzebowałam dłuższej chwili, a czasem musiałam czytać ponownie akapit, żeby je ułożyć. W nadążaniu za tempem akcji przeszkadzały mi również „skróty myślowe” – pewne wydarzenia Haywood traktuje jako oczywiste, jakby oczekując od czytelnika, że ten ma o nich rozległą wiedzę, i nie poświęca im więcej miejsca. Mimo wszystko Celtowie to podstawowa pozycja dla wszystkich, którzy chcą lepiej poznać celtycką kulturę. 

piątek, 10 lutego 2012

Biblia dla początkujących autorów - "Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować", Dwight V. Swain, Cat Book 2010

Z nieufnością podchodzę do wszelkich kursów kreatywnego pisania, zwłaszcza do takich, które są prowadzone przez przeciętnych autorów. Długo też wzbraniałam się przed sięgnięciem po Warsztat pisarza. Jak pisać, żeby publikować Dwighta V. Swaina. Nie bardzo wiedziałam, co mogłaby mi dać ta książka, ponadto przekonana byłam, że żaden podręcznik ani kurs nie zrobi z nikogo pisarza, jeśli ten nie ma talentu. Byłam zaskoczona i ujęta tym, że amerykański autor wyraża podobne przekonanie w swoim wprowadzeniu. Zaczęłam czytać i potwierdzam pozytywne opinie. Polecam lekturę nie tylko tym, którzy chcieliby spróbować swoich sił w pisaniu, ale również samym czytelnikom, bo książka pokazuje obie strony literackiego świata.

Posługując się prostym językiem, obfitym w trafne porównania i metafory, Swain pokazuje przede wszystkim, jak ciężką pracą jest pisarstwo. Chłodzi od samego początku zapał tych, którym wydaje się, że wystarczy mieć jakiś pomysł, a reszta przyjdzie sama. Licznymi przykładami udowadnia, że pisać każdy może, ale nie każdy stanie się pisarzem. Że potrzeba wiele samodyscypliny, ciągłego poszerzania wiedzy o świecie i ludziach, rozwijania stylu i zdolności językowych, pomysłów, aby móc zainteresować wydawnictwa swoją twórczością. Stwierdza również, i trudno się z nim nie zgodzić, że pewnych technik można się nauczyć, ale bez tej iskry, odrobiny chociaż talentu, na nic pójdą każde studia i ćwiczenia. A ponadto:
Nikogo nie obchodzi, czy uda ci się zostać pisarzem, czy nie. Nikogo oprócz ciebie. Mało tego, nikt nie zapłaci ci za opowieści, których nie napiszesz. A to oznacza, że ty sam musisz być swoim szefem. (s. 278)
Książka, oprócz mnóstwa cennych porad dotyczących samej sztuki pisarskiej, pozwala także wejść za drugą stronę okładki, czyli zrozumieć czytelnika. Swain bardzo umiejętnie tłumaczy, w jaki sposób różni ludzie postrzegają literaturę, czego oczekują po książkach. Wielokrotnie kiwałam głową nad jego kolejnymi przykładami, myśląc: „tak, właśnie tego chcę od książki”. Swain zwraca uwagę, że czytelnicy są różnorodni i nie każdemu musi się spodobać to, co piszemy. Jednak słusznie twierdzi, że podejście „jestem genialnym pisarzem, którego nikt nie rozumie”, jakie zdarza się wśród twórców (przede wszystkim) głównego nurtu, jest błędne. Po co pisać, jeśli nikt tego nie chce czytać? Jaki jest sens marnować papier?

Podręcznik to bardzo dobre określenie dla Warsztatu pisarza. Książka jest podzielona na kilka sekcji. Dowiedzieć się z niej można, w jaki sposób pracować nad słownictwem, jakie podstawowe elementy powinna zawierać powieść czy opowiadanie. Znajdziecie tu sporo naprawdę przydatnych rad dotyczących budowania fabuły, bohaterów, planu powieści, rozbudowywania akcji. Dowiecie się także, w jaki sposób funkcjonuje rynek książki, który wszędzie wygląda podobnie. Autor ma bardzo zdrowe podejście do wszystkich zasad, które opisuje – najważniejsze to nie dać się zwariować, nie trzeba ślepo stosować się do każdej porady, one mają być jedynie wskazówkami na dalszą drogę. Swain uczy również akceptować swoje słabości, zachęca do prób, stwierdzając, że Tylko wtedy, gdy jesteś gotowy popełniać błędy dzisiaj, masz szansę na sukces jutro. (s. 28)


Bardzo, bardzo mądra i ciekawa książka. Polecam!

środa, 7 września 2011

W krainie mitu - "Mitologie Andrzeja Sapkowskiego", Elżbieta Żukowska, Gdański Klub Fantastyki 2011

Nie ulega wątpliwości i nikt nie zaprzeczy, że Geralt z Rivii, Cirilla cintryjska, Yennefer z Vengerbergu, a także inne postaci z cyklu wiedźmińskiego Andrzeja Sapkowskiego na trwałe wpisały się w kanon polskiej fantastyki. Od momentu wydania opowiadań i powieści związanych z wiedźminem powstało wiele prac naukowych w odniesieniu do różnych aspektów poruszanych w tej prozie, dwie takie w formie prac licencjackiej i magisterskiej popełniłam i ja. W świadomości fanów fantastyki wciąż żywy, kilka lat temu Geralt pojawił się na ekranach monitorów komputerowych i jego postać na nowo zawitała w polskiej (i nie tylko) popkulturze. Sam Andrzej Sapkowski zastanawia się, czy nie wrócić do wykreowanego na przełomie lat 80. i 90. uniwersum. Dlatego też nie dziwi mnie chęć Gdańskiego Klubu Fantastyki przypomnienia korzeni cyklu wiedźmińskiego wydaniem pracy Elżbiety Żukowskiej.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie jest pracą odkrywczą, nie stawia hipotezy, której broni czy z którą polemizuje. Stanowi swoiste kompendium przedstawiające przeplatanie się trzech najważniejszych mitologii – słowiańskiej, celtyckiej oraz germańskiej – w świecie wiedźmińskim. Dociera do źródeł, z jakich mógł korzystać Andrzej Sapkowski podczas kreacji cyklu. „Mógł” to słowo w tym wypadku kluczowe, ponieważ autorka pracy często snuje domysły, nie zakłada za pewnik, że AS wykorzystał daną część mitu celowo, czasem sugeruje, że zrobił to kompletnie nieświadomie, a zdarza się nawet, że uznaje zastosowanie jakiegoś tropu za „wspomagacz” jego „potencji” twórczej:
Sposób, w jaki autor wykorzystał mitologię celtycką do stworzenia wizerunku rasy elfów, znamionuje oczywiście wysoki stopień znajomości kultury celtyckiej, choć poddaje w wątpliwość potencję jego wyobraźni twórczej. (s. 62)
Autorka zdaje się w ten sposób studzić fascynację tych czytelników, którzy uznają Sapkowskiego za absolutne guru w dziedzinie fantasy. Twierdzi wręcz, że fenomen popularności cykl zawdzięcza oparciu go o wykorzystanie mitów. Czego zdaje się nie przyznawać, to faktu, że jak mało któremu twórcy, Sapkowskiemu udało się nadać mitom nową wartość dzięki niezwykłej umiejętności połączenia różnych wierzeń w całość i, co tu kryć, niezaprzeczalnemu talentowi pisarskiemu.

Pomijając ten dysonans poznawczy, który w moim wypadku tkwi częściowo w podejściu emocjonalnym (wprawdzie nie uważam Sapkowskiego za absolutne guru, ale to właśnie cykl wiedźmiński pokazał mi, że fantastyka może być czymś więcej niż „bajką dla dorosłych”), praca Żukowskiej w sposób ciekawy przedstawia świat wiedźmiński w odniesieniu do mitów. Bardzo dobrym rozwiązaniem było podzielenie książki tematycznie, w każdej części autorka zderza ze sobą dwie rzeczywistości – mitu i podejścia do niego pisarza. Oprócz odniesień do trzech wspomnianych mitologii Elżbieta Żukowska wspomina także o wykorzystaniu w cyklu wątku arturiańskiego, zarówno w ujęciu mitu (Artur kultury celtyckiej), jak i legendy (Artur kultury chrześcijańskiej). Odrębny rozdział poświęca także dwojgu najważniejszym bohaterom cyklu, Geraltowi i Ciri, w kontekście trawestacji mitycznych bohaterów kulturowych.

Żukowska wprowadza czytelnika w każdą mitologię krótkim przedstawieniem historii poszczególnych plemion, wydobywa na światło dzienne ich wierzenia związane z cyklem, powołując się na najbardziej istotną bibliografię, która jest oddzielnym skarbem dla poszukującego szerszych informacji. Następnie rozkłada świat wiedźmina na kawałeczki – czasoprzestrzeń, postaci, demonologię, sferę sacrum i profanum -, stawiając je w opozycji do mitologii. Czytelnik otrzymuje więc kompletny obraz źródeł inspiracji twórczości Andrzeja Sapkowskiego, autorka staje się jego przewodnikiem po świecie starego i nowego mitu. Trzeba przyznać, że wychodzi jej to świetnie, zajmuje uwagę czytelnika w całości, stosując prosty język znamienny w literaturze popularnonaukowej, i udowadniając swoje doskonałe merytoryczne przygotowanie do tematu.

Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie powinny być traktowane jako wykładnia wiedzy jedynej, jak wcześniej wspomniałam, autorka w wielu wypadkach posługuje się własną interpretacją cyklu, doszukując się w nim wątków, których Sapkowski mógł nie wziąć pod uwagę, czego sama ma świadomość. Praca pozwala osadzić cykl wiedźmiński w kontekście mitu i dla mnie osobiście jest kolejnym dowodem na to, że fantasy łączy w sobie dziedzictwo mitu i baśni, ponieważ fantasy oscyluje wokół mitu niejako z racji swego charakteru. […] opowiada historie, które wydarzyły się w pewnym konkretnym miejscu i czasie. Posiada tak wiele pól wspólnych z mitem, że jej bezpośrednie odniesienia literackie wydają się zupełnie naturalne. (s. 135) Polecam wszystkim zainteresowanym tematyką mitu w fantasy, a fanom Sapkowskiego jako lekturę obowiązkową.

środa, 22 czerwca 2011

Zrozumieć historię przez archeologię - "Europa wczesnego średniowiecza", Maria Miśkiewicz, Trio 2008


Fantasy (teraz już klasyczna) w kreowaniu świata opiera się na czasach średniowiecznych. Najważniejsze atrybuty tego gatunku sięgają tej właśnie epoki, jego autorzy jednak korzystają z dobrze znanych motywów, mieszając swobodnie stulecia tak, że zagorzali historycy dostaliby białej gorączki w trakcie lektury. Czytelnicy natomiast najczęściej wyrabiają sobie pojęcie o epoce średniowiecza właśnie na podstawie książek fantasy, nie sięgają do fachowych opracowań, bo przecież kreacja twórcza rządzi się własnymi prawami (ukuto nawet wygodny termin: quasi-średniowiecze). Gdyby jednak ktoś pragnął zapoznać się z czasami, z których wywodzą się heroiczne opowieści, książka Marii Miśkiewicz będzie idealnym wyborem. Znajdziecie tu wszystko, od polityki, przemian materialnych, po społeczny i mentalny rozwój kultury Europy na przestrzeni V i XIII wieku.

Chociaż praca skupia się głównie na aspektach archeologicznych, nie dominują one, a prosty język sprawia, że kolejne rozdziały czyta się z przyjemnością, między jednym a drugim tematem dobrze jest jednak robić kilkudniowe przerwy, bowiem nadmiar informacji i dość częste powtórzenia mogą zmęczyć. Nie należy też książki traktować jako skarbnicy wiedzy, chociaż znajdziemy w niej mnóstwo informacji na przeróżne tematy, ale jako wprowadzenie do epoki i bardziej zainteresowani będą musieli sięgać po inne pozycje, szczegółowiej zajmujące się czy to polityką, czy militariami, czy też życiem społecznym. Autorka Europy wczesnego średniowiecza postarała się opowiedzieć, w niektórych wypadkach bardzo ogólnie, w niektórych szerzej, o wszystkich aspektach wczesnego średniowiecza. Książka podzielona jest tematycznie, a rozdziały z kolei chronologicznie, tak że czytelnik otrzymuje pełny przegląd danego zagadnienia, pokazujący jej rozwój od początku do pewnego etapu.

Wczesne średniowiecze to okres, w którym stare wierzenia odchodzą w przeszłość na rzecz coraz bardziej panoszącej się wiary chrześcijańskiej. Książka uświadamia, jak bardzo i na jak wiele aspektów ludzkiego życia miał wpływ katolicki Kościół, jak mocno czerpał z „pogaństwa”, przekuwając rytuały i filozofię na swoje wierzenia. To niesamowite, w jaki sposób ograniczano człowieczeństwo, namiętności i popędy:
Za czasów Karola Wielkiego zabraniano małżonkom pożycia przez 40 dni przed Bożym Narodzeniem, 40 dni przed Wielkanocą i tydzień po Wielkanocy, tydzień po Zielonych Świątkach, w przeddzień uroczystych świąt, a także w środy i w piątki, podczas brzemienności żony i przez 30 dni po porodzie (jeśli to chłopiec), a 40 dni (jeśli to dziewczynka), pięć dni przed przystąpieniem do komunii, w okresie menstruacji.
Nie licząc okresu ciąży czy kwestii fizyczności kobiety daje to w przybliżeniu 200 dni bez seksu w ciągu roku! Kościół ingerował nie tylko w sferę fizyczną i duchową, mieszał się również do takich spraw, jak higiena ludzka czy… rybołówstwo – liczne posty mięsne zmuszały ludność do częstszych połowów ryb słodkowodnych i morskich. W książce znajdziecie o wiele więcej podobnych przykładów kościelnego wpychania „palców między drzwi” i nic dziwnego, to przecież czasy intensywnej ekspansji katolicyzmu w całej Europie. Znajdziecie tu także sporo informacji o ludzkiej mentalności, która nie była tylko zależna od Kościoła, np. pojmowanie dzieciństwa, kulturę stroju, broni czy budownictwa albo uprawiania roli.

Europa wczesnego średniowiecza to doskonały wstęp do poznania historii średniowiecza. W odbiorze przeszkadzać może kompletnie nieintuicyjny sposób używania przypisów, z którym się nigdy wcześniej nie spotkałam – niektóre cytaty i tezy nie mają w ogóle poparcia źródłem, pozostałe natomiast opisane są nazwiskiem autora, rokiem wydania i numerem strony. Na szczęście bibliografia nie jest nadmiernie rozbudowana i dość łatwo się w niej odnaleźć, ale zdarza się i tak, że odwołanie w tekście nie ma w niej żadnego poparcia. Razi w oczy również niedbałość redakcyjna i to nie tylko w sporej ilości drobnych błędów interpunkcyjnych, literówek czy irytujących momentami powtórzeń, ale także w organizacji słowniczka terminów, w którym nie znalazła się definicja już pierwszego pojęcia (limes), kolejne zaś, Domesday Book, objaśnione jest u dołu strony zamiast w słowniku.

piątek, 6 maja 2011

O historii gier słów kilka - "Cyfrowe marzenia. Historia gier komputerowych i wideo", Piotr Mańkowski, Trio

Gry towarzyszą mi od dzieciństwa, pamiętam jeszcze czasy gier typu Game & Watch, w której zbierało się do koszyka spadające jajka, w czeluściach szafy stoi jeszcze wysłużony Pegasus, moja pierwsza konsola do gier szyfrowanych na cartridge’ach, nigdy jednak nie zastanawiałam się nad ich historią. Kiedy więc nadarzyła się okazja wniknięcia w świat multimedialnej rozrywki i poznania jego korzeni w postaci książki Piotra Mańkowskiego, nie wahałam się długo. Cyfrowe marzenia uświadamiają, jak długą drogę ewolucji w krótkim czasie przebył przemysł gier. Pozycja wydawnictwa Trio i Collegium Civitas to z pewnością obowiązkowa lektura nie tylko dla fanów, którzy pragną znaleźć źródła inspiracji swoich ukochanych gier, ale także dobrze przygotowana praca opisująca rozwój całego przemysłu gier, od czasów pierwszych automatów poczynając na konsolach najnowszej generacji kończąc.

Mańkowski początek swojej opowieści umieszcza pod koniec lat 60. ubiegłego wieku, kiedy to w Stanach Zjednoczonych, kolebce gier, zaczęły powstawać i święciły triumfy automaty do gier, wielkie pudła z dedykowanymi do nich specjalnie prostymi zręcznościówkami polegającymi na odbijaniu piłeczki czy przemieszczaniem się kosmicznym statkiem po monochromatycznym, ograniczonym środowisku w celu zestrzeliwania innych statków. Era komputerów domowych nadeszła dopiero dwadzieścia lat później, ale to ona właśnie przyczyniła się do skoku w dziedzinie gier, zarówno technologicznego, jak i w konstrukcji światów i fabuł. Na tym z kolei skorzystali japońscy producenci konsoli, potomków automatów w dużo mniejszej wersji, którzy bardzo szybko odebrali władzę Amerykanom nad graczami.

Autor Cyfrowych marzeń zrobił jednak coś o wiele więcej, niż przedstawienie chronologicznej historii rozwoju przemysłu gier. Czytelnik nie otrzyma w książce takiej wyliczanki jak powyższa, rozbudowanej o kilka obrazków. Dostanie rzetelnie opracowaną ewolucję gier pokazaną przez pryzmat wzlotów i upadków większych i mniejszych potentatów rynku, takich jak Atari, Nintendo, Sony czy Electronic Arts albo Bioware. Mańkowski osadził swoją pracę bardzo mocno w kontekście rozwoju firm produkujących gry i sprzęt dla nich dedykowany, nie zapominając o przemianach społecznych i technologicznych. Poświęcił sporo czasu na zebranie odpowiednich materiałów, nie tylko w postaci bibliografii, ale również wielu wywiadów z ludźmi z branży.
Sporo smaczków znajdą w tej książce także miłośnicy fantastyki, którzy łatwo dojdą do wniosku, że przemysł gier ma wiele wspólnego z literaturą fantastyczną, choćby poczynając od tego, że pierwsza fabularna gra została zainspirowana światami z Dungeons & Dragons i tolkienowskim Śródziemiem, natomiast pierwszą w historii grą na podstawie powieści byłaby Jeźdźcy smoków z Pern na podstawie cyklu Anne McCaffrey, gdyby tylko Atari wykupiło prawa do adaptacji książek w 1980 roku. Jednak już dwa lata później wielki sukces odniosła gra Hobbit przeznaczona na pierwsze komputery. Wspólnym mianownikiem świata gier i fantastyki jest także trudność, z jaką przez lata wychodziły one z cienia zapaleńców do światła poważnie traktowanego świata kultury.

Autor obiektywnie ocenia gry, które zrewolucjonizowały rynek, poświęca wiele miejsca „kamieniom milowym”, do których zaliczają się gry, nośniki, na których je nagrywano, jak płyty CD, czy unowocześnienia techniczne typu grafika 3D, zastanawia się także nad fenomenem wirtualnych bohaterów, jak Mario Bros czy Lara Croft. Lektura Cyfrowych marzeń pokazuje dobitnie, jak daleko w tyle w sferze gier znajduje się Polska. Chociaż pierwsze gry powstawały w naszym kraju już w 1989 roku, to wciąż jeszcze raczkujemy w tym przemyśle, mogąc „pochwalić się” sprzedażą ledwo ponad półtora miliona egzemplarzy Wiedźmina (stan na 2010 rok), podczas gdy produkty zachodnich koncernów rozchodzą się w nakładzie rzędu kilkudziesięciu, a zdarza się, że i nawet kilkuset milionów kopii na całym świecie. Mańkowski, opisując kolejne ważne projekty, nie omija drażliwych tematów społecznych, jak przemoc i sposób określania kategorii wiekowej niektórych tytułów, a także związanej z tym ludzkiej hipokryzji w ocenianiu moralności producentów. Pozwala także zrozumieć, do czego doprowadziła komercjalizacja rynku, co można rozszerzyć na inne dziedziny naszego życia. Czarno-białe fotografie sprzętów, ludzi odpowiedzialnych za rozwój przemysłu oraz screenshoty z gier dopełniają całości doskonałego przewodnika dla każdego.

Przewodnik ten czyta się z prawdziwą przyjemnością, styl Piotra Mańkowskiego jest bowiem przejrzysty, pozbawiony mnogości technicznych terminów i akademickiego zadęcia, co znacznie ułatwia odbiór jego książki. Chwilami można się nawet uśmiechnąć do nazbyt kwiecistych porównań czy metafor, ale świadczy to tylko o ogromnej pasji autora i w żadnym wypadku nie ujmuje profesjonalizmu. Szkoda, że mniej postarała się ekipa redaktorska, przepuściwszy wiele literówek, błędów interpunkcyjnych, nie wspominając już o mnóstwie sierot (tak powszechnie w języku redaktorskim nazywa się pozostawienie jednoliterowych spójników i przyimków, a także niektórych liczb czy skrótów nazw na końcu linijki tekstu) szpecących końce wierszy pracy.

Recenzja także na portalu Katedra.

sobota, 30 kwietnia 2011

Zrozumieć świat dzięki baśniom - "Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni", Bruno Bettelheim, tłumaczenie: Danuta Danek, W.A.B. 2010

Z pracą Brunona Bettelheima zetknęłam się jeszcze na studiach, czytałam ją jednak jedynie we fragmentach, nigdy bowiem nie zdążyłam wypożyczyć tych niewielu egzemplarzy dostępnych w bibliotekach. A książkę Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni przeczytać warto, więcej nawet, przydałaby się w każdym domu dla edukacji przyszłych rodziców, a także po to, aby móc do niej sięgać w razie potrzeby. Jej lektura pozwoli zrozumieć, jak wiele baśnie wnoszą w życie wewnętrzne dzieci, jak bardzo ubogie jest ono bez barwnych opowieści z przeszłości.

Napisana w latach 70. praca zadziwia aktualnym podejściem, uświadamiając, że tak naprawdę w psychice ludzkiej niewiele się zmieniło. Bettelheim w sposób jasny i wciągający tłumaczy znaczenie baśni, posługując się freudowską koncepcją psychoanalizy, prostując błędy, jakim uległo podejście do niej z powodu niekompetentnych tłumaczy dzieł Freuda. Aby nie pogubić się w pojęciach id, ego i superego, które różnią się od powszechnie używanych, warto zapoznać się z wprowadzeniem tłumaczki, Danuty Danek, oraz samym wstępem autora. Myślę też, że zgodnie z intencją pani Danek książkę śmiało mogą czytać nie tylko dorośli i literaturoznawcy, ale także młodzież.

Książka podzielona jest na dwie części – pierwsza uświadamia czytelnikowi, dlaczego czytanie baśni jest tak istotne w rozwoju człowieka, w drugiej autor bardziej szczegółowo rozpracowuje wybrane przez siebie, najbardziej rozpowszechnione i najważniejsze z punktu wychowania dziecka baśnie pod kątem ich znaczenia w różnych etapach jego rozwoju. Postawiona jest także wyraźna granica między baśnią a bajką, oraz między baśnią a mitem, które bardzo często traktowane są równorzędnie. Bettelheim każdym kolejnym słowem udowadnia, że prawdziwe baśnie jako jedyne pomagają dziecku zrozumieć świat i radzić sobie z jego problemami – podczas gdy dorosłemu wydawać się one mogą błahe i usiłuje je rozwiązać za pomocą logicznych słów, baśń traktuje owe egzystencjalne lęki i dylematy całkowicie poważnie i zawiera bezpośrednie odniesienia do nich: do potrzeby, aby być kochanym, i lęku, że się jest uważanym za kogoś pozbawionego wartości; do miłości życia i lęku przed śmiercią. Co więcej, baśń ofiarowuje rozwiązania tego rodzaju, że są one dziecku dostępne na jego poziome rozumienia. (s. 33)

Bajki rozebrane uświadomiły mi, jak wielki wpływ wywarły na moje życie czytane mi baśnie, dzięki książce Bettelheima zrozumiałam z kolei, dlaczego dzieci domagają się niektórych opowieści częściej niż innych i jakim błędem jest pomijanie ich potrzeb. W ten właśnie sposób, przez powtarzanie baśni, wracanie do nich w różnym wieku, dziecko stara się poradzić sobie z rodzącym się w nim akurat wątpliwościami, a także wzbogaca swoje wnętrze, dzięki czemu nie zabija w sobie wrażliwości i łatwiej mu prowadzić dorosłe życie, bowiem:
Baśnie pomagają dziecku w odkrywaniu własnej tożsamości i własnego powołania, wskazując zarazem, jakich potrzebuje ono doświadczeń, aby rozwinąć swój charakter. (s. 50)
Tym, którzy nie uznają żadnych dobroczynnych wartości baśni, praca być może pokaże, jak bardzo się mylą w swoich ocenach. Autor rozprawia się z takimi zarzutami, jak prostota fabuły baśni, zbyt wyraźny podział na dobro i zło, a przede wszystkim walczy z pojęciem, że dawne baśnie są zbyt makabryczne dla wyobraźni dziecka. Dorośli bowiem mierzą wszystko swoją miarą, zapominając, że postrzeganie dzieci jest zupełnie inne, ma wymiar bardziej symboliczny i to właśnie baśnie przemawiają do ich podświadomości. Na twierdzenie cyników, że baśń oszukuje dziecko i nie przygotuje go na szarość świata, badacz tłumaczy:
Postacie baśniowe nie są ambiwalentne – nie są zarazem dobre i złe, jak my wszyscy w życiu realnym. Ponieważ w umyśle dziecka dominuje biegunowość, charakterystyczna jest ona także dla baśni. Postać jest albo dobra, albo zła; nic pośredniego nie istnieje. […] Ukazywanie postaci tak biegunowo przeciwstawnych pozwala dziecku łatwiej uchwycić zachodzącą między nimi różnicę, niż gdyby były one przedstawione w sposób bliższy rzeczywistemu życiu, to znaczy z uwzględnieniem całej złożoności, która właściwa jest realnym ludziom. (s. 31)
Z kolejnym, najczęstszym oskarżeniem wobec baśni, które rzekomo są zbyt okrutne dla dziecka i dlatego trzeba je „uładzać” Bettelheim walczy przy okazji wspomnienia choćby o baśni Trzy małe świnki, których prawdziwa wersja – wilk zjadł pierwsze dwie świnki, natomiast ostatnia wygrała z bestią i sama ją pożarła – już dawno poszła w zapomnienie:
Ponieważ trzy małe świnki reprezentują fazy ludzkiego rozwoju, zniknięcie dwu pierwszych nie wywołuje u dziecka trwałej przykrości; rozumie ono podświadomie, że jeśli mamy rozwijać się, dążąc ku wyższym formom egzystencji, musimy porzucać formy wcześniejsze. Kiedy rozmawia się z małymi dziećmi o ‘Trzech małych świnkach’, dają one tylko wyraz radości, że wilka spotkała kara i że najstarsza świnka odniosła przemyślne zwycięstwo; nie okazują żalu z powodu losu dwu młodszych świnek. (s. 82)
Podczas lektury narasta podziw dla twórców prawdziwych baśni, którzy jak nikt inny zdawali sobie sprawę z tego, co jest dziecku potrzebne do zrozumienia świata, a co zagubiło się w czasach współczesnych. Książka pozwoli dorosłym nie tylko zrozumieć, jak ważne są baśnie w życiu dzieci, ale także uzmysłowi, jak wiele zyskali, kiedy sami byli odbiorcami baśni, lub jak wiele stracili, jeżeli nikt im ich nie czytał. Celowo podkreśliłam słowo „czytał”, gdyż czytanie baśni dziecku przez dorosłego jest według Bettelheima kluczowym elementem pełniejszego odbioru opowieści, dzięki temu ma ono pewność, że jego wątpliwości są w pełni akceptowane. Być może fantasy w pewnym stopniu kontynuuje misję baśni w wersji dla dorosłych – przemawia do ich dawno uśpionej podświadomości symbolami zawartymi w oprawie nierealnych światów, przypomina im fundamenty człowieczeństwa, operując jasnymi przekazami ubranymi w „dorosłe” schematy, ponieważ stracili oni zdolność rozumienia baśni pierwotnych. Być może my, podobnie jak dzieci z baśni, bierzemy z powieści fantasy to, do czego tęsknimy i czego nam brakuje w danym momencie.

Nie sposób wyrazić słowami, jak ogromny wpływ wywarła na mnie książka Brunona Bettelheima, ile o sobie samej pozwoliła mi zrozumieć. Mogę tylko dziękować mojemu kochanemu tacie, że czytał mi prawdziwe baśnie każdego wieczoru mojego dziecięcego życia i współczuć tym, którzy nie mieli takiego szczęścia. Niech jednak nie pozbawiają go własnych dzieci. Cudowne i pożyteczne powinno się znaleźć w każdym domu i służyć jako swoisty poradnik dla rodziców, jak pomóc dzieciom przezwyciężać ich lęki, a gdy one same dorosną, lektura książki pozwoli im zrozumieć, dlaczego baśnie tak bardzo były im potrzebne.