Tegoroczny Pyrkon to z pewnością najgorszy Pyrkon i najgorszy konwent, na jakim byłam w ogóle. O ile jednak w wypadku pozostałych imprez tego typu zawsze traktowałam kwestie organizacyjne z przymrużeniem oka, o tyle Pyrkon przyzwyczaił mnie do wysokiego poziomu. Poznański konwent był zawsze synonimem co najmniej półprofesjonalnej imprezy, gdzie większość rzeczy przebiegała gładko i przyjemnie, w punktach programu można było przebierać i wybierać, a i tak dokonywało się bolesnych wyborów. Tymczasem w tym roku dostaliśmy gigantyczne kolejki po bilety, równie spore kolejki po żetony dla preakredytowanych (widziałam, nie doświadczyłam na szczęście), duże kolejki do wejścia, do sal, chaos, krzyki w wykonaniu gżdaczy. Uważam, że fatalnym pomysłem było zorganizowanie wcześniejszego wstępu do sal dla tych, co bilety kupili wcześniej - impreza, która ma integrować, spajać ludzi, zaczyna ich dzielić. Z całej imprezy najlepiej zorganizowane były panie pracujące w MTP Bistro - mimo nawału ludzi kolejka po jedzenie szła sprawnie, samo żarełko było bardzo smaczne, a obsługa pracująca na pełnych obrotach była także miła.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imprezy/spotkania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imprezy/spotkania. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 12 maja 2016
niedziela, 13 września 2015
Polcon 2015
Chociaż Polcon
trwał od czwartkowego popołudnia do popołudnia niedzielnego, to dla mnie były
to dwa intensywne pod względem spotkań dni. Czy pod względem wrażeń? Raczej nie,
wyjechałam z Poznania z myślą, że te zjazdy nie sprawiają mi już takiej radości,
jak dawniej. Sam konwent, organizacja nie są tego przyczyną, chociaż jest jeden
duży minus, który mnie do tych zjazdów zniechęca – marne przygotowanie
prowadzących punkty programów. W ciągu tych dwóch dni byłam na kilku różnych
spotkaniach i zaledwie trzy z nich mogę uznać za naprawdę ciekawe. Mam wrażenie,
że z każdym rokiem poziom merytoryczny prowadzonych prelekcji spada, prowadzący
albo nie potrafią swojej wiedzy przekazać w sposób zrozumiały i interesujący,
albo ich wiedza jest zbyt powierzchowna. Do tego często dochodzi trema przed
publicznymi wystąpieniami, która w porównaniu ze słabym przygotowaniem daje
negatywne efekty.
Organizacyjnie
Polcon był dobrze przygotowany – w czwartek zero kolejek do akredytacji, mimo
sporej ilości osób na niewielkiej powierzchni Politechniki Poznańskiej nie
odczuwałam ścisku, większość sal całkiem duża. Słabo było z oprawą żywieniową
konwentu, na terenie Politechniki dwa punkty, w pobliżu jeden pseudopub z
tanim, niezbyt dobrym alkoholem, i chyba trzy fastfoodownie, z czego jedną była
bardzo źle zarządzana pizzeria. Sensowny posiłek można było zjeść na szczęście w
pobliskiej Malcie. Swoją drogą, zabawnie było obserwować konwentowiczów, często
poprzebieranych za postacie z komiksów, mang, filmów, książek, wśród „zwyczajnych”
kupujących. Zwłaszcza w centrum handlowym robi wrażenie ten silny kontrast.
Najlepszą częścią
konwentu były oczywiście spotkania ze znajomymi. Z niektórymi nie widziałam się
bardzo długo, dobrze było odświeżyć kontakt. Poznałam też kilka nowych osób. Rozmowy,
żarty, poczucie akceptacji i bycia na miejscu jest nieocenioną wartością.
Co do prelekcyjnej
części konwentu, to moim planem w tym roku było wzięcie udziału w spotkaniach w
tematach, na które dotąd nie chodziłam. Jak wyszło? Moje wrażenia poniżej.
Plan wyglądał następująco:
Czwartek
- 17-19 - Dla tych, co zaczynają przygodę z RPGami
- 18-19 - Gamifikacja/Grywalizacja
- 20-21 - Teleportacja, telepatia, komputery kwantowe
Piątek
- 10-12 - Horror dawny i współczesny
- 12-15 - Warsztaty malarstwa sumi-e
- 13-14 - Teoria archetypów dla piszących
- 14-16 - Warsztaty tańców celtyckich, angielskich i dawnych
- 16-18 - Spotkanie autorskie z Joe'em Abercrombiem
- 18-19 - Psychoakustyka
- 19-20 - Muzyczna matematyka od podstaw
- 20-21.30 - Cosplay w pigułce dla początkujących
Sobota
- 12-13 - Niechrześcijańskie dzieje Europy
- 13-14 - Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych
- 14-15 - Przewidywanie przyszłości
- 15-16 - Kosmiczne zderzenia: źródło życia, śmierci i legend
- 15-16 - O starych filmach - klasyka kina fantasy i SF
- 16-17 - Jak działają sztuczne sieci neuronowe
- 18-19 - Bąki nauki popularnej
- 20-22 - Gala Polconu
W czwartek
po południu teren politechniki świecił jeszcze pustkami, o 16.00 nie było nawet
kolejki do akredytacji. I to była jedyna konwentowa akcja w tym dniu. Po odbiorze
niezbędnych gadżetów, z których pozostawiłam sobie jedynie program i
identyfikator, udaliśmy się ze znajomymi na rozpoznanie okolicznych alkopojów, a
ponieważ hipsterski klimat (wystroju i cen) Kontenerów nie zachęcał do
pozostania, skończyliśmy tradycyjnie na poznańskiej starówce i tam też
spędziliśmy wieczór.
Piątek rozpoczęłam
od warsztatów malowania chińskim tuszem. Z ciemnej salki przenieśliśmy się na
dwór. Przyznam, że po godzinnej próbie malowania bambusów poczułam się nawet
zrelaksowana, bardziej jednak byłam znudzona, a kilka wzmianek o genezie
techniki sumi-e nie motywowało do pozostania. Ruszyłam więc na obchód stoisk, co
trwało jakieś 5 minut, żadna z rzeczy nie wzbudziła mojego większego
zainteresowania oprócz pięknych (i zbyt drogich, jak na mój ówczesny budżet) ręcznie
malowanych map. Autorką tych cudowności jest właścicielka strony Hekaterium. Były też tańsze produkty. Chciałam wybrać sobie ręcznie robioną zakładkę do książek, ale żadna nie mówiła
„kup mnie”. Może kiedyś sprezentuję sobie jakąś mapę na specjalne zamówienie…
Kolejnym przystankiem
była prelekcja Elżbiety Żukowskiej – Teoria archetypów dla piszących. Tu już
było o wiele bardziej ciekawie, prowadząca lekko i z humorem przedstawiła
najważniejsze archetypy bohaterów i postaci towarzyszących, które pisarze
wykorzystują od wieków w swoich pracach. Oto one:
- Bohater - bohater ma spowodować utożsamienie z czytelnikiem, musi wyjść z sytuacji, w której do tej pory przebywał, musi przejść przemianę duchową. Bohater musi posiadać wady i skazy. W archetyp bohatera wpisuje się też antybohaterów - cyników i tragików.
- Zwiastun - postać, zdarzenie, wizja, figura senna zapowiadająca zmianę. Może być pozytywny, negatywny, neutralny.
- Mentor - nauczyciel, mistrz, ktoś mądrzejszy, czarodziej dający bohaterowi dary pomagające mu w zwycięstwie. Typy mentorów: mroczny, upadły, powracający, komiczny, szamański; wspiera bohatera w motywacji. Nie musi być to postać ani książka, może być to mentor wewnętrzny bohatera (Kodeks, zasady).
- Strażnik progu - przeszkoda i wyzwanie; obsesje, uzależnienia, strażnik jest dobry i zły jednocześnie, bohater musi si z nim zmierzyć; bohater konfrontuje się tutaj ze sobą, strażnik zmusza go do działania.
- Zmiennokształtny - najczęściej jest to kobieta, postać, która oszukuje, jest nieprzewidywalna; jest przeciwieństwem bohatera, działa zupełnie inaczej, dzięki czemu bohater dochodzi do wniosku, że świat nie jest taki jak on, i akceptuje, że sam może być inny.
- Cień - wróg, antagonista. Fabuła jest tak dobra, jak konstrukcja głównego złoczyńcy. On jest tym wszystkim, czym boi sie być bohater. Bardzo często Cień mówi bohaterowi, że są tacy sami. Inicjuje poważny konflikt. Jest pociągający, silny. Może łączyć się z innymi archetypami - mentorami, strażnikiem progu. Musi mieć pozytywna cechę, nie może być po prostu zły.
- Sprzymierzeniec - często niezauważany, ale niezbędny w rozwoju bohatera; zadaje bohaterowi pytania czytelnika.
- Trickster - zabawny kompan, kpiarz, kłamca, wywołuje zdrowy śmiech odbiorcy, dystansuje, prowokator; wyśmiewa bohatera, komentuje z ironią.
Lista książek wspomnianych na spotkaniu:
- Joseph Campbell – Bohater o tysiącu twarzy, Potęga mitu
- Christopher Vogler – Podróż autora. Struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy (Żukowska w szczególności polecała tę książkę jako dobre streszczenie pozostałych)
Warsztaty tańców
celtyckich wypadły z programu, co dało mi sporo czasu na przerwę obiadową. Następne
w kolejce było spotkanie autorskie z Joe’em Abercrombiem. Zapowiadało się ciekawie
i przyjemnie dla uszu (autor ma cudowny, brytyjski akcent) i dla oczu (autor
jest bardzo przystojny). Niestety przeszkodą okazał się prowadzący, zadający
tendencyjne pytania, tłumaczący (nie najlepiej) swoje pytania i odpowiedzi
autora. Sam Abercrombie sprawiał wrażenie lekko znudzonego i poirytowanego, ale starał
się nie dawać tego po sobie znać. Zrejterowałam po niecałej pół godzinie.
Na dalsze
spotkania przeszła mi ochota, wolałam spędzić ten czas ze znajomymi w pobliskim
pubie.
Sobotę zaczęłam
od panelu dyskusyjnego o stałej cenie książki, który okazał się bardzo ciekawy
i dyskusja dała mi wiele do myślenia. Najwięcej kontrowersji wzbudziła obecność
jednego z lokalnych polityków, którego prawnicza gadanina nie wniosła niczego,
a pokazała jedynie ignorancję w odniesieniu do rynku książki. Mam nadzieję, że
dyskusja otworzyła oczy chociaż kilku osobom, co się
tak naprawdę za nią kryje (i nie jest to dobro czytelnika i dbałość o jego
kieszeń). Po tym burzliwym spotkaniu postanowiłam się zrelaksować na prelekcji
Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych. Zapowiadane
jako dwugodzinne w programie spotkanie trwało zaledwie godzinę. Szkoda, bo prowadząca
opowiadała ciekawie, w jej przykładach było wiele nieznanych mi opowieści. Niestety
materiału wybranego było zbyt wiele jak na tak krótki czas i prelekcja sprowadziła się głównie do przedstawienia listy i króciutkich fragmentów bez specjalnego
wnikania w próby wyjaśnienia, dlaczego te akurat wątki były popularne wśród
naszych przodków.
Kolejnym, nieplanowanym
panelem dyskusyjnym był Dobry zły bohater, który jednak przez swoją
chaotyczność pozostawił we mnie nieprzyjemne uczucie zmęczenia. Ponadto dyskutanci
niewiele wnieśli w temat, nawet nie potrafili uporządkować i podsumować
wypowiedzianych spostrzeżeń. Miałam nadzieję, że prelekcja Jak działają
sztuczne sieci neuronowe okaże się bardziej interesująca. I mogło to być jedno
z ciekawszych spotkań, być może nawet było dla tych, którzy tematem się interesują
i mają już jakąś wiedzę. To był naukowy wykład, na którym definicje tłumaczone
były przez kolejne definicje. Dopiero po półgodzinie tego szumu zaczęło się robić
interesująco, a wtedy okazało się, że najciekawsze będzie w kolejnej godzinie,
co było już ponad moje siły. Skorzystawszy z przerwy, wyszłam poszukać czegoś
do jedzenia, a następnie udałam się z powrotem do sali Naukowej na prelekcję
Bąki nauki popularnej. Okazało się, że to spotkanie również z programu wypadło –
o tym wypadnięciu nie było jednak żadnej informacji. Postanowiłam się pocieszyć
prelekcją o tym, czy Lara Croft jest nadal królową popkultury. I oprócz panelu
o książkach i prelekcji Żukowskiej uważam to za najlepsze spotkanie tego konwentu. Prelekcja okazała się
całkiem fajnym przeglądem historii gry i wpływu Tomb Raidera na świat gier,
zwłaszcza dla kogoś kto lubi tę serię, ale nigdy się nie interesował jej
historią. Nawet ja kilku faktów nie znałam. Prowadzący był przygotowany, widać
było, że posiadał sporą wiedzę o temacie, prowadził spotkanie w tempie, z humorem.
To był
ostatni punkt, w którym tego dnia wzięłam udział. Nie poszłam już na galę, wolałam odsapnąć w zaciszu hotelowego pokoju. Następnego ranka ruszyłam
do Warszawy. Podsumowując - gdyby nie tylu fajnych znajomych, to dla mnie konwent byłby stratą czasu. Chyba czas zrobić sobie kilkuletnią przerwę w konwentach albo spędzać na nich tylko jeden dzień, może w przyszłym roku tak zrobię z Pyrkonem.
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Kierunek: Polcon
Nie miałam planu jechać na Polcon. Plan miałam jechać na Pyrkon, ale jak to z planami czasem bywa - jedne znikają, inne się pojawiają. W sumie może będzie ciekawiej - Polcon kończy 30 lat, będzie na nim wielu moich znajomych (więcej niż miało być na Pyrkonie), program wygląda obiecująco, a w dodatku konwent jest w jednym z moich ulubionych miast.
W tym roku, oprócz tego, że postanowiłam jechać na Pyrkon, postanowiłam sobie, że wezmę udział w spotkaniach z obszarów, którymi nigdy specjalnie się nie interesowałam. Czy ten plan zrealizuję, się okaże. Dla większej motywacji, aby w nim wytrwać, upubliczniam punkty programu, które wybrałam. Oczywiście, jest kilka spotkań, które znajdują się w kręgu moich zainteresowań, nie przesadzajmy z tym wychodzeniem ze strefy komfortu. Wyróżnione spotkania to rzeczy dla mnie priorytetowe. A jakie punkty programu Was zainteresowały?
Czwartek
- 17-19 - Dla tych, co zaczynają przygodę z RPGami
- 18-19 - Gamifikacja/Grywalizacja
- 20-21 - Teleportacja, telepatia, komputery kwantowe
Piątek
- 10-12 - Horror dawny i współczesny
- 12-15 - Warsztaty malarstwa sumi-e
- 13-14 - Teoria archetypów dla piszących
- 14-16 - Warsztaty tańców celtyckich, angielskich i dawnych
- 16-18 - Spotkanie autorskie z Joe'em Abercrombiem
- 18-19 - Psychoakustyka
- 19-20 - Muzyczna matematyka od podstaw
- 20-21.30 - Cosplay w pigułce dla początkujących
Sobota
- 12-13 - Niechrześcijańskie dzieje Europy
- 13-14 - Czego się bali Słowianie? Elementy horroru w opowiadaniach ludowych
- 14-15 - Przewidywanie przyszłości
- 15-16 - Kosmiczne zderzenia: źródło życia, śmierci i legend
- 15-16 - O starych filmach - klasyka kina fantasy i SF
- 16-17 - Jak działają sztuczne sieci neuronowe
- 18-19 - Bąki nauki popularnej
- 20-22 - Gala Polconu
czwartek, 27 listopada 2014
Norman Davies w Warszawie
Kiedy kilka miesięcy temu przeczytałam Europę Normana
Daviesa, obiecałam sobie, że jak tylko autor będzie w stolicy, to wybiorę się na
spotkanie z nim. Nie sądziłam, że będę mogła spełnić swoje marzenie tak
szybko. Profesor przyjechał do naszego kraju w związku z promocją jego
najważniejszej książki historycznej o Polsce, Serca Europy. Chociaż książka została napisana w 1981 roku, a wydana w 1984 za granicą, to dopiero kilka dni temu ukazała się po raz pierwszy po polsku, oczywiście nakładem wydawnictwa Znak. Wczoraj
w Empiku na Marszałkowskiej odbyło się spotkanie z profesorem!
Norman Davies kocha nasz kraj, myślę, że kocha go bardziej
niż wielu Polaków. Byłam pod wrażeniem, jak dobrze profesor mówi po polsku! I to
nie „dzień dobry”, „dziękuję”, tylko autentycznie posługuje się językiem
polskim! Całe spotkanie wypowiadał się w naszym języku! Było to dla mnie
zaskoczeniem, bo chociaż znam jego książki, to nie wiedziałam więcej o autorze
ponad to, że jest Brytyjczykiem (teraz wiem więcej). Jak się okazało, Davies
jest nie tylko Brytyjczykiem, bowiem w lipcu tego roku otrzymał honorowe
obywatelstwo Polski. Oprócz tego, że Davies doskonale radzi sobie z naszym
językiem, świetnie orientuje się w naszej historii, to wyraża swoją miłość do Polski
przez ciepło, z jakim się o naszym kraju wypowiada, z jakim wyważeniem, humorem
mówi o naszych klęskach i sukcesach.
Spotkanie rozpoczęło się nietypowo, bo od wystąpienia samego
profesora, który po szczerych podziękowaniach za przyjęcie opowiedział,
dlaczego w ogóle napisał Serce Europy i czym jest dla niego ta książka. Wytrącił tym nieco z roli prowadzącego spotkanie
(niestety nie pamiętam nazwiska), który jednak nie wydawał się tym przejęty ani
zagubiony i bez problemu przejął inicjatywę w drugiej części. Oczywiście głównym
tematem rozmowy było Serce Europy, która dała pretekst do poruszenia takich
wątków, jak obecna polityka, nasze podejście do kultury, pokoleniowość. Pytania
były nieco tendencyjne i sugerujące odpowiedź, ale i tak wiele się można było
dowiedzieć od profesora o jego podejściu do historii, do pisania książek
historycznych, o tym, jak odbierane są jego książki o Polsce za granicą. Dowiedziałam
się na przykład, że Serce Europy jest pokłosiem popularności Bożego Igrzyska,
które ukazało się w Wielkiej Brytanii 14 grudnia 1981 roku i niemal natychmiast
stało się bestsellerem w związku z aktualną sytuacją polityczną Polski. Wydawnictwo
oczekiwało skróconej wersji Bożego Igrzyska, ale Davies sprzeciwił się i
napisał historię naszego kraju od współczesności wstecz, postanowił bowiem
pokazać wpływ przeszłości na nasze dziedzictwo. Dowiedziałam się też, że wielki wpływ na kształt książki miała żona autora, Maria Korzeniewicz, która jest specjalistką z dziedziny literatury romantycznej.
Bardzo podobało mi się to, co Davies mówił o sobie jako historyku,
co zresztą podkreślił już w Europie właśnie. Na sugestie ze strony prowadzącego
jakoby autor napisał Serce Europy w duchu antykomunistycznym, Davies odparł, że
opisał to, co widział, starał się bowiem jak najlepiej oddać fakty, zachować
obiektywizm. Autor uważa Serce Europy za swój manifest o Polsce dla
obcokrajowców. Nie oznacza to jednak,
że jest ślepo wpatrzony w nasz naród i uważa nas za wybrańców narodów. Potrafił
bardzo rozsądnie i z humorem odpowiedzieć na sugestię, że jesteśmy źle
traktowani przez Zachód, chociaż bronimy go przed Wschodem, że zawsze jakiś
kraj jest między wschodem a zachodem i że nie powinniśmy się skupiać na
narzekaniu, tylko przestać kierować się oczekiwaniami wobec naszych sąsiadów. Wzruszyłam
się, kiedy profesor powiedział, że chociaż Polacy nie mają narodowego
charakteru (!), to łączą ich wspólne przeżycia i ogromna siła ducha, który nie
dał się złamać mimo tylu tragedii.
Na koniec spotkania można było zdobyć autograf autora. Niestety
ze względu na dużą liczbę osób nie można było prosić o dedykację, ale przynajmniej miałam okazję przez chwilę porozmawiać z autorem (niezły z niego flirciarz i dowcipniś!) i zdobyć jego podpis w środku Europy.
czwartek, 3 października 2013
Obok Polconu 2013 - sobota na konwencie
W sobotę zaczęłam swój polconowy dzień od prelekcji Krzyśka
Piskorskiego, Szaleni naukowcy, szalone teorie, która jest częścią cyklu
wykładów razem z Najdawniejsze wynalazki w historii oraz Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza. Było to niewątpliwie najlepsze spotkanie całego
dnia, ale nie ma się co dziwić, Krzysiek to prawdziwy pasjonat i tą pasją
potrafi zarazić innych. Pisarz mówił między innymi o rosyjskim naukowcu
Trofimie Łysence, który zakazał nauczania genetyki i twierdził, że pomarańcze
mogą rosnąć w Rosji, tylko muszą… się przyzwyczaić. Inny lekarz czasów
stalinizmu, Siergiej Brukhonenko, prowadził eksperymenty na psach dotyczące
reanimacji. Jest odpowiedzialny za wynalezienie prymitywnego płucoserca. Nad
biednymi psiakami znęcał się również Vladimir Demikhov, pionier transplantacji
organów, który doszywał głowy psów do ciał innych psów. Harry Harlow natomiast
był amerykańskim psychologiem, który po śmierci żony zaczął się szczególnie
interesować tematyką utraty i depresji. Jednym z jego, jakże okrutnych,
eksperymentów było zamykanie nowo narodzonych małpek w komorach izolacyjnych, a
następnie wypuszczanie ich do stada po kilku tygodniach i obserwowanie, jak
pozostałe stworzenia reagują. Te oczywiście bez wahania zabijały obcych. Z
kolei doktor Shiro Ishii, japoński mikrobiolog żyjący w czasach II
wojny światowej, przeprowadzał wiwisekcje jeńców wojennych, uprzednio zarażając
ich różnymi chorobami i obserwując kolejne stadia rozwoju chorób. Schwytany
przez Amerykanów został przez nich uwolniony w zamian za przekazanie wyników
swoich badań. Największą czarną sławę zdobyli lekarze SS. Jednym z nich był
Sigmund Rascher, który zanurzał więźniów w lodowatej wodzie, żeby sprawdzić,
kiedy umrą i czy da się ich reanimować, co zaowocowało zaskakującymi wynikami
badań nad wpływem niskiego ciśnienia na organizmy ludzkie. Jego badania NASA
wykorzystało do budowy pierwszych skafandrów kosmicznych.
Dla rozładowania
niesmaku i przerażenia ludzkim wyrachowaniem wśród słuchaczy Krzysiek
opowiedział o George’u Taylorze, który w 1869 roku stworzył manipulator parowy
mający pomóc w leczeniu histerii u kobiet (pierwszy wibrator, moje panie!).
Luźną wersję tej historii przedstawiła Tanya Wexler w komedii Hysteria. Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się na badaniach Sidneya Gottlieba, który pracował w CIA nad programem
kontroli umysłów MKUltra w czasach zimnej wojny. Gottlieb eksperymentował z
neurotoksynami i truciznami wszelkiej maści. Miał diaboliczny plan zabicia
Fidela Castro za pomocą zatrutego cygara, a gdy to się nie powiodło, postanowił
go zamordować talem umieszczonym w… butach. Jego działania oraz cały program
MKUltra stały się inspiracją dla Jona Ronsona do napisania powieści Człowiek,
który gapił się na kozy (na jej podstawie z kolei Grant Heslov nakręcił film z
George’em Clooneyem i Ewanem McGregorem).
A już kompletnie ubawiliśmy się,
słuchając o dziwacznych teoriach, z których część jest wyznawana do dzisiaj. O fizjognomice, frenologii czy teorii czterech humorów (krew, żółć, czarna żółć,
flegma) pewnie słyszeliście. Ale czy wiecie, że w XVII wieku jedną z teorii
układu słonecznego było przedstawianie go jako swoistej matrioszki, której
kolejne warstwy były planetami? Twórcą tej teorii był Edmund Halley (tak, ten od komety), na
szczęście oprócz absurdalnych miał więcej trafnych spostrzeżeń dotyczących
naszego wszechświata. Jedną z popularnych teorii w czasach średniowiecza i
późniejszych była ta, według której Ziemia jest pusta w środku, a na jej
biegunach są dziury prowadzące do tego pustego wnętrza. O tym, że Ziemia jest
płaska, mówiło się jeszcze w starożytności, ale nie spodziewaliście się pewnie,
że to przekonanie trwa po dziś dzień – w 1956 roku Samuel Shenton (Amerykanin,
czemu mnie to nie dziwi?) reaktywował Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które działa i ma się dobrze (ruch powstał w XIX wieku).
Kolejną prelekcją w moim planie była Przyczynek do dziejów
prostytucji warszawskiej w XIX wieku, z której zrezygnowałam na rzecz Upiora Opery. Po spotkaniu z dr Babilas miałam sporo czasu do kolejnego punktu, więc
razem ze znajomymi udałam się na spotkanie autorskie z Lavim Tidharem, autorem
wydanej niedawno powieści Osama. Sam autor bardzo mi się spodobał (nie tylko
fizycznie;)), natomiast irytował mnie (i nie tylko mnie) Konrad Walewski, który
postanowił wszystkim tłumaczyć swoje pytania i odpowiedzi Laviego, zaburzając
tym samym szyk spotkania i przeciągając je bezsensownie, ponieważ wszyscy
zebrani nie mieli problemów z posługiwaniem się językiem angielskim. Poza tym
pytania Walewskiego były tak infantylne, że lekko denerwowały nawet samego autora,
który niejednokrotnie wytykał (co prawda z humorem) prowadzącemu jego nieprzygotowanie. Również
dzięki temu pisarz zyskał moją sympatię i kiedyś pewnie sięgnę po książki jego
autorstwa.
Po spotkaniu z Tidharem miałam jeszcze wolną godzinę,
postanowiłam więc sprawdzić, czy będzie się działo coś ciekawego na panelu
dyskusyjnym Kobiety w fantastyce, w którym udział brały m.in. Anna Kańtoch,
Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska. Niestety rozmowa szybko zeszła na schematy i
przerzucanie się feministycznymi i szowinistycznymi żarcikami. Jedyną przydatną
rzeczą, jaką się dowiedziałam, było to, że kiedy przychodzi do seksu,
mężczyznom nie przeszkadzają nieogolone nogi…
Wyszłam po niecałej pół godzinie i udałam się pod salę LIT
4, gdzie miał się odbyć kolejny panel – Fantasy słowiańska – z udziałem Witka
Jabłońskiego, Artura Szrejtera, Michała Studniarka, Sławomira Mrugowskiego i
Elą Żukowską. To było bardzo ciekawe spotkanie, trzymające się tematyki i
dające wiele interesujących i przydatnych informacji o mitologii słowiańskiej i próbach wtłoczenia jej w polską literaturę
fantastyczną. Przy okazji nieźle się oberwało Andrzejowi Sapkowskiemu, chociaż to on jako
pierwszy wrzucił elementy słowiańskie do polskiej fantasy. Goście mieli mu za
złe przede wszystkim wyśmiewanie ich starań w stworzeniu dobrej fantasy
słowiańskiej. Chociaż ja nigdy nie byłam tak bezkompromisowa i zawsze ceniłam
słowiańskość w cyklu wiedźmińskim czy nawet w Trylogii husyckiej, to po
przeczytaniu powieści Witka Jabłońskiego śmiało mogę powiedzieć, że Sapek się
mylił i da się stworzyć dobrą fantasy słowiańską (zainteresowanych, w czym się
mylił Andrzej Sapkowski, odsyłam do jego artykułu Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach). Swoją drogą, Słowo i
miecz powstało właśnie trochę na złość autorowi Wiedźmina, ale przede wszystkim
celem Jabłońskiego było przywrócenie mitologii słowiańskiej właściwego miejsca
wśród innych mitologii i udowodnienie, że nie jest ona wcale taka przaśna, dla
ludu i kraśna. Mam wiele do nadrobienia, zarówno w twórczości autorów, jak i
prac naukowych. Oto, jakie czekają mnie lektury:
- Artur Szrejter – opowiadania nawiązujące do mitów słowiańskich
- Michał Studniarek – Herbata z kwiatem paproci
- Sławomir Mrugowski – Strzygonia (niestety powieść ukazała się nakładem Fabryki Słów, którą od lat bojkotuję, nie kupując książek z tego obmierzłego i pełnego oszustów wydawnictwa… więc może ktoś ma pożyczyć?)
- Georges Dumézil – m.in. Bogowie Germanów. Szkice o kształtowaniu się religii skandynawskiej, Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje
- Prace naukowe Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego
- Prace naukowe Jacka Banaszkiewicza
- Prace naukowe Juliana Krzyżanowskiego
- Andrzej Szyjewski – Religia Słowian
- Bohdan Baranowski – W kręgu upiorów i wilkołaków
Przy tej okazji wspomnę o organizacji konwentu. Wiele już na
ten temat napisano, było mnóstwo ataków ze strony uczestników i próby obrony ze strony organizatorów.
Ja nie odczułam kilkunastogodzinnej kolejki ani zamieszania spowodowanego
odwołaniem czy przekładaniem prelekcji, ale mnie również zraziły pewne
sytuacje, głównie ze strony gżdaczy. Rozumiem, że nie byli oni do końca przygotowani
i zorientowani, taka impreza to jednak jest pole bitwy, ale odpowiadanie na
pytania zbywającym i olewczym „to nie moja sprawa”, „to nie do mnie” i
wzruszanie ramion nie powinno mieć miejsca. Wiele było również narzekań na
ułożenie programu i rozplanowanie prelegentów w za małych salach – co
organizatorzy odpychali argumentem, że program zależał od prowadzących. Tak nie
do końca, bo na przykład Ela Żukowska chciała, aby panel Fantasy słowiańska
trwał dwie godziny, a nie godzinę, i odbył się w auli albo większej sali, a nie w mikrosalce; jak się okazało, wiele osób nie mogło wziąć udziału w panelu, bo było za mało miejsca.
Kiedy już wydostałam się z ciasnej salki, udałam się na
spotkanie z Powergraphem, na którym wschodzące gwiazdy fantastyki oraz weterani
opowiadali o swojej twórczości, a Kasia Sienkiewicz-Kosik o początkach
wydawnictwa i najbliższych planach. Dla mnie najważniejszą informacją było
wydanie trzeciego tomu Przedksiężycowych – zakończenia trylogii Ani Kańtoch
możemy się spodziewać dopiero w grudniu tego roku. Patience is a virtue…
Zwieńczeniem konwentu był dla mnie udział w gali rozdania
nagród im. Janusza Zajdla, która w tym roku odbyła się w Sali Kongresowej.
Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do organizacji imprezy w gmachu PKiN,
jednak w tym jednym punkcie organizatorzy stanęli na wysokości zadania od
początku do końca. Płynnie prowadzona gala sprawiła mi wiele przyjemności, a
już całkowicie gęba mi się cieszyła, gdy zwycięski w obu kategoriach Robert M.
Wegner zaśpiewał Szła dzieweczka do laseczka. Po gali z grupą znajomych poszłam najpierw na piwo, a potem do Remontu, który był oficjalnym konwentowym klubem.
Akredytacja na sobotę – 30 złotych. Zobaczyć wywijających na parkiecie Kubę
Małeckiego i Rafała Kosika do muzyki dyskotekowej – bezcenne. Prawdziwa impreza
odbywała się jednak niedaleko Remontu, w pubie Student, gdzie rozmowy toczyły
się zapewne do późnych godzin nocnych.
W przyszłym roku Polcon odbędzie się w Bielsku-Białej, ale
program imprezy musiałby być naprawdę dobry, żebym w ogóle rozważyła podróż w
te rejony. Za to z pewnością pojadę do Poznania.
niedziela, 22 września 2013
Obok Polconu 2013 - Dni Nauki
Tegoroczna edycja Polconu już dawno za nami, mieliście z
pewnością okazję przeczytać wiele relacji, stąd też i mi nie paliło się
specjalnie do opisywania swoich wrażeń. Tym bardziej, że wykupiłam akredytację
tylko na jeden dzień i właściwie byłam bardziej obok niż uczestniczyłam w
konwencie. Tak jak pisałam kilka dni przed Polconem, piątek poświęciłam na
sprawdzenie Dni Nauki, gdzie zaliczyłam wszystkie zaplanowane spotkania,
natomiast sobotę spędziłam na prelekcjach, część zgodnie z planem, część
bardziej spontanicznie. W związku z tym podzieliłam wpisy na część naukową
właśnie i polconową.
Jak zapewne wiecie, wstęp na Dni Nauki był bezpłatny, co
miało między innymi wypromować i przybliżyć środowisko fantastyczne ludziom z
nim nie związanym, i w pewnym stopniu udowodnić, że fantastyka czerpie z wielu
dziedzin i że my, jej wierni fani, nie jesteśmy takimi odludkami i freakami, za
jakich nadal jesteśmy uznawani. Nie wiem, czy to się udało, mam nadzieję, że
tak, ponieważ zorganizowanie Dni Nauki było najlepszym pomysłem tej edycji Polconu.
Wiele z prelekcji prowadzonych było przez wybitnych profesorów z różnych
uczelni, co tylko świadczy o tym (dla tych, którzy tego jeszcze nie wiedzą), że
fantastyka nie jest już pariasem w naukowych kręgach. Ale do rzeczy. W moim
planie było wysłuchanie prelekcji:
- Dr. hab. Krzysztofa Skwierczyńskiego – Małżeństwo, miłość i seksualność w średniowieczu (piątek)
- Prof. Anny Gemry – Piękna czy bestia: wokół literatury (i kultury) popularnej (piątek)
- Prof. Jakuba Z. Lichańskiego – Retoryka jako narzędzie badań literatury popularnej (piątek)
- Dr hab. Doroty Babilas – Upiór Opery: powieść, adaptacje, recepcje (sobota)
Byłam na wszystkich i wszystkie wspominam bardzo dobrze.
Wykład dr. Skwierczyńskiego był bardzo interesujący, dla mało zaznajomionych z
kulturą średniowiecza z pewnością bardziej, mimo że wiele z omawianych
ciekawostek było mi znanych. Przede wszystkim wrażenie zrobiło na mnie świetne przygotowanie merytorycznego, doświadczenie i obycie w występowaniu
przed publiką, dzięki czemu nie było zbędnych pauz, wykładowca nie sięgał do notatek, żadne pytanie z publiczności uzyskiwało natychmiastową odpowiedź. Doktor w płynny i
ciekawy sposób przeprowadził słuchaczy przez okres przemian w podejściu do
ciała, seksu, małżeństwa i miłości w średniowieczu. Ze spotkania dowiedzieliśmy
się na przykład, kiedy zakazano związków konkubenckich (ok. XII wieku),
aczkolwiek na polskich wsiach jeszcze do lat 70. XX wieku (!) panowała o wiele
większa swoboda seksualna niż w miastach i seks pozamałżeński uprawiano całkiem
powszechnie. Sporo czasu wykładowca poświęcił na omówienie sytuacji
kobiety w sferze seksu, która, jak wszyscy wiemy, nie była najlepsza. Zgodnie z
założeniami chrześcijaństwa bowiem kobieta miała być zupełnie pasywna w trakcie
stosunku, tutaj więc określenie „leżała jak kłoda” było jak najbardziej
pożądane. Zarówno jednak kobiety, jak i mężczyźni nie mieli prawa czerpać
przyjemności z seksu. Ludzie musieli być bardzo ostrożni w trakcie spowiedzi,
bowiem księża mieli specjalne pomoce podręcznikowe z pytaniami na każdy grzech.
Tego i wielu innych ciekawostek można było wysłuchać. Jak ja żałowałam, że nie
miałam z dr. Skwierczyńskim wykładów na studiach…
Na kolejną prelekcję czekałam z niecierpliwością, ponieważ
prowadząca była autorką jednej z ciekawszych prac na temat potworów, jakie ukazały się w Polsce. Niestety lekko rozczarowała mnie prof. Gemra trybem
prowadzenia prelekcji – kolejne zdania i przemyślenia wypowiadała bowiem
szybciej, niż Robert Kubica jeździ F1, przez co niewiele zostało w mojej
głowie. A z pewnością pani Anna ma ogromną wiedzę. Być może, gdyby postanowiła
się skupić na zaledwie kilku aspektach rozwoju literatury i kultury popularnej
i jej wpływu na społeczeństwo, zamiast próbować przedstawić całą jej genezę,
spotkanie byłoby bardziej owocne. Udało mi się jedynie zanotować kilka punktów:
- Literatura popularna zmieniła pojmowanie dobra i zła w kulturze, to ona wprowadziła szarość i relatywizm
- W literaturze polskiej temat antykoncepcji pojawił się po raz pierwszy dzięki harlequinom
- Kulturę popularną starano się wymazywać z kart historii na rzecz tzw. kultury wysokiej – dlatego w pracach o historii literatury pomijano twórców, którzy byli rzeczywiście popularni, a pisano o tych, których ludzie powinni znać
Tak, to niestety tyle. Więcej ciekawostek nie pamiętam, czego szczerze żałuję…
Zaraz po spotkaniu z prof. Gemrą odbył się wykład mojego
ukochanego profesora, mojego guru literatury popularnej i promotora pracy
magisterskiej, Jakuba Z. Lichańskiego. Tematem była retoryka i jej korelacje z
literaturą popularną. W swoistym stylu genialnego erudyty profesor przedstawił
nam, maluczkim, swoją, całkiem słuszną, tezę retoryki jako takiej oraz jak może
być ona wykorzystywana w badaniach nad popkulturą. Profesor z ogromnym
przekonaniem mówił o tym, że przez całe życie posługujemy się symbolami, nawet
nie zdając sobie z tego sprawy, że nie można pojmować kultury popularnej wobec
czegoś, na przykład literatury pięknej, ponieważ popkultura jest tworem samym w sobie i
to dzięki niej wyjaśniamy rzeczywistość, to ona buduje nam wizję świata i
środowiska, w którym żyjemy. Czyż nie jest tak? Zastanówcie się. Po tym
wykładzie jeszcze bardziej zatęskniłam za studiami.
Ostatnie spotkanie pod znakiem Dni Nauki odbyło się w sobotę
i prowadziła je dr Babilas. I zrobiła to rewelacyjnie! Jaką ogromną wiedzę ma
ta kobieta na temat Upiora Opery, nie wyobrażacie sobie! Niestety godzina to
zbyt mało, żeby chociaż w połowie, w jednej czwartej, ba!, w jednej setnej
rozwinąć motyw tego utworu. Nie zdawałam sobie sprawy, że zdobył on tak dużą
popularność: co najmniej dwadzieścia adaptacji filmowych, a do tego jeszcze
sztuki teatralne, musicale; z czego żadna z nich nie jest wierna powieści.
Bardzo dużo dowiedziałam się o samej książce, pani Dorota sypała ciekawostkami
niczym magik asami z rękawa. Wiedzieliście na przykład, że
musical filmowy Joela Schumachera z 2004 roku jest adaptacją adaptacji musicalu
scenicznego? Albo że pierwsze wydania polskie powieści były niekompletne, dopiero w
2005 roku ukazało się całościowe wydanie? Pierwsza adaptacja filmowa z 1925
roku jest jednocześnie pierwszym filmem z gatunku horroru w Hollywood. Upiór
Opery miał przeróżne filmowe wariacje – na przykład w adaptacji z 1998 roku
główny bohater nie jest okaleczony, ale został wychowany przez szczury… Sama
powieść jest bardzo złożona i nie będę się o niej rozpisywać, aby samej sobie
nie psuć przyjemności z lektury spoilerami, ale abyście mieli pojęcie (ci,
którzy nie czytali lub czytali, a nie zwrócili uwagi), wymienię kilka
warstw, jak to zrobiła doktor na wykładzie (zaznaczając na wstępie, że tort ma
warstwy, cebula ma warstwy, upiór ma warstwy – co tylko dowodzi słuszności tezy
Lichańskiego):
- Warstwa muzyczna – akcja powieści rozgrywa się wokół oper Don Giovanni, Otello
- Warstwa historyczna – główny bohater zyskał swoją osobowość z różnych prawdziwych postaci: samego Gastona Leroux, Charlesa Garniera (architekt Opery Paryskiej), Harry’ego Houdiniego, Josepha Merricka (znanego jako człowiek-słoń), Erika Satie (francuski kompozytor czasów dekadencji)
- Warstwa legendarna/baśniowa – odwołanie do takich baśni i legend, jak Piękna i Bestia, Sinobrody, Quasimodo, Cyrano de Bergerac
- Warstwa uwodzicielskiej grozy – maska zakrywająca potworność, dająca złudzenie, przyciągająca tajemniczością
- Warstwa lustra – bohaterowie są swoimi lustrzanymi odbiciami, polówkami jednej istoty; do tego motywu nawiązuje również Człowiek śmiechu Victora Hugo czy Wichrowe wzgórza Emily Brontë
Upiór Opery był na mojej liście lektur do projektu Piękny
czy Bestia, ale do czasu prelekcji nie byłam świadoma, że w tym motywie kryje
się taka kopalnia wiedzy o przemianach potwora w ludzkiej świadomości, już sam
Upiór mógłby być jedynym przedmiotem badań.
I to by było na tyle. Kolejnym razem wpis poświęcony
sobotniemu dniu konwentu.
wtorek, 27 sierpnia 2013
Polcon 2013
Już za kilka dni rozpoczyna się Polcon. Tym razem w Warszawie. Tak jak przewidywałam, w całym konwencie nie wezmę udziału, wybieram się jedynie w sobotę. Poniżej punkty programu, które chciałabym zaliczyć. Ktoś z Was będzie? Co Was najbardziej interesuje?
- 10.00-11.00 - Szaleni naukowcy, szalone teorie - Krzysztof Piskorski (AULA LIT. 1)
- 12.00-13.00 - Przyczynek do dziejów prostytucji warszawskiej w XIX wieku - G. Michalak (AULA LIT. 2)
- 15.00-16.00 - PANEL: Fantasy słowiańska - Witold Jabłoński, Elżbieta Żukowska, Michał Studniarek, S. Mrugowski (LIT 4)
- 16.00-17.00 - Spotkanie autorskie z Krzysztofem Piskorskim (LIT 3)/Spotkanie z wydawnictwem Powergraph (LIT 4)
- 20.30 - Gala Zajdlowska (Kongresówka w PKiN)
Chciałabym również skorzystać z programu Dni Nauki, który na szczęście jest bezpłatny, a interesują mnie poniższe kwestie:
PIĄTEK
- 11.00-12.00 - Małżeństwo, miłość i seksualność w średniowieczu - Dr hab. Krzysztof Skwierczyński (Sala DN1 Audytorium)
- 14.00-15.00 - Piękna czy bestia: wokół literatury (i kultury) popularnej - prof. Anna Gemra (Sala DN1 Audytorium)
- 15.00-16.00 - Retoryka jako narzędzie badań literatury popularnej - prof. Jakub Z. Lichański (Sala DN1 Audytorium)
SOBOTA
- 12.00-13.00 - Upiór Opery: powieść, adaptacje, recepcje - Dr hab. Dorota Babilas (Sala DN2)
piątek, 12 kwietnia 2013
Pyrkonowo 2013 - sobota (23.03.2013)
Ponieważ w sobotę pierwszą zaplanowaną prelekcję miałam o
14.00, to nie spieszyłam się ze wstawaniem i szykowaniem się. Na śniadanie
wyciągnęłam moją ekipę do pobliskiej naleśnikarni, po czym spacerkiem
przebyliśmy tę samą niełatwą drogę ku MTP. Skierowałam swoje kroki ku budynkowi
z numerem 14, do Literackiej 2 na prelekcję Marcina Przybyłka Życie – gra bez
reguł. Chociaż na wstępie prowadzący stwierdził, że zamierza nas zdołować i
dość brutalnie sprowadzić na ziemię, to na koniec spotkania wszyscy i tak wychodzili
uśmiechnięci. Rozmawialiśmy o życiu właśnie, o tym przede wszystkim, że nie
jest bajką i nigdy nią nie będzie, o tym, że świat nie jest sprawiedliwy i nie
warto myśleć, że spełnione dobro wróci do Ciebie podwójnie, bo świat nie działa
w sposób magiczny, według ustalonego gdzieś na Górze rytmu. Jeśli mieliście
kiedykolwiek jakieś złudzenia, pozbądźcie się ich – dobrym ludziom mogą się
przydarzyć złe rzeczy tak samo jak złym, a to, że za dobry uczynek dostajemy
nagrodę jest naszą interpretacją funkcjonowania świata niż istnieniem jakiejś
równowagi. Zdaniem prelegenta, i trudno się z nim nie zgodzić, światem rządzi
rzut kostką, a wiara w równowagę i czuwającego nad nami opiekuna/ki, jakkolwiek
byśmy go/jej nie nazywali, jest w dużej mierze spaczeniem nas przez religie oraz
popkulturę z jej toposami. Z prelekcji, która była bardziej dyskusją niż
wykładem, można się było dowiedzieć, że są dwa rodzaje marzeń – takie, które są
w naszej strefie wpływu, i te poza nią. Co zrobić, żeby nie wpaść w depresję?
Zaakceptować działanie świata, to prawdziwe, żyć dla siebie i swego szczęścia,
rzeczy piękne i dobre robić dla samej ich urody i radości, jaką dają,
zrewidować swoje marzenia do mniejszych i bardziej osiągalnych przez nas samych
– oto kilka rozwiązań, do jakich doszliśmy. Raczej spotkanie nie było dla
nikogo rodzaju „Wake up call” i się przyjemnie zakończyło wzajemnym
podbudowywaniem siebie i odnalezieniem pozytywnych stron życia.
Ponieważ do godziny 18.00 i następnej prelekcji było sporo
czasu, postanowiłam udać się na spotkanie autorskie z Jackiem Dukajem. W Auli 2
tłum ludzi, udało się jednak znaleźć miejsce siedzące na samym tyle. Bardziej
odpoczywałam i czytałam program niż słuchałam rozmowy, ponieważ pytań z
publiczności nie było słychać, w związku z czym odpowiedzi autora nie zawsze
miały dla mnie sens. Mimo wszystko to, co do mnie docierało, było interesujące,
przy czym poznałam nową stronę Jacka Dukaja – okazał się mistrzem ciętej
riposty, na niezbyt inteligentne pytania odpowiadał krótko i dość krytycznie,
wzbudzając śmiechy słuchaczy i zapewne pąsy na policzkach pytających. Z sali
wyszłam wcześniej, aby zdążyć na prelekcję Ek aljamarkiR, czyli skandynawska
runologia w pigułce w wykonaniu Marty "Erised" Rudnickiej,
niestety wokół wejścia do Naukowej 2 tłoczyło się tyle osób, że musiałam
zrezygnować z udziału w prelekcji. Udałam się więc do znienawidzonego już
budynku 6a i spędziłam całkiem przyjemne, chociaż chłodne chwile, wśród
znajomych z tacką frytek, którą się zajadałam.
Ponieważ prelekcja Absurdy życia w średniowieczu miała się
odbyć w Naukowej 1 (sąsiadującej z Naukową 2 i równie zatłoczoną), postanowiłam
udać się na miejsce już pół godziny przed wyznaczonym terminem. Wkradłam się na
prelekcję Alicji „Istis” Kandziory Magiczna Srebrna Góra. Prelegentka nie
popisała się specjalnie swoją wiedzą, co chwila była poprawiana przez kogoś z
zebranych, być może była też tak zestresowana, że nie wiedziała, jak włączyć
mikrofon, przez co nie bardzo ją było słychać, i prowadziła spotkanie tak
chaotycznie, że nie wiadomo było tak naprawdę, o czym ono było. Niedużo lepszym
okazał się jej następca, Marcin Hybel. Jego zbiór absurdów życia w
średniowieczu był… mało absurdalny. Prelekcja polegała na przytoczeniu jak
największej ilości ciekawostek życia społecznego z tego okresu bez umieszczania
ich w jakimkolwiek kontekście, nie wspominając o jakichś dłuższych
opowieściach. Przy czym same ciekawostki dla mnie osobiście były mało ciekawe,
bo większość z nich znałam. Ktoś, kto się interesuje historią czy średniowieczem
trochę bardziej niż w szkole, będzie wiedział, że śmierć w tamtych czasach była
widowiskiem publicznym, że sekcje zwłok można było wykonywać raz do roku za
zgodą papieża, że kobiety miały tylko trzy statusy (wdowa, żona, dziewica,
nigdy kobieta, człowiek, ktoś niezależny od mężczyzny), czy też że unikano
otwartych walk a chodziło raczej o przegonienie niż zabicie przeciwnika. Jednak
kilka uwag warto przytoczyć. Jak na przykład fakt, że większa część szlachty do
końca życia pozostawała giermkami, ponieważ nie stać ich było na szkolenia i
awans rycerski. Co nieco można się było dowiedzieć o zachowaniu przy stole –
powstawały specjalne poradniki dla rycerzy, które głosiły, że każdy szanujący
się pan powinien pić wino nie zanurzając nosa w pucharze, jeść dwoma palcami, a
jeśli przyjdzie mu rzucać kośćmi z posiłku, to powinien robić to nad głowami
gości, by żadnego nie trafić. Wiedzieliście, że Kościół tępił grę w szachy?
Dlaczego, zapytacie. Ponieważ to był jedyny moment, w którym rycerz i jego
wybranka mogli przebywać tylko we dwoje i niewierząca w swych wyznawców
instytucja obawiała się o ich cnotę (zapewne całkiem słusznie). Wiadomo, że
kobiety w średniowieczu (tym chrześcijańskim) nie miały łatwo, ale czy
wiedzieliście, że istniały specjalne gildie parające się porywaniem
niewygodnych małżonek wyższego stanu lub wdów, które przeszkadzały mężczyznom w
dojściu do upragnionej władzy? A czy wiedzieliście, że bazylikę św. Piotra w
dużej części sfinansowano z podatków czerpanych z usług prostytucji? Najzabawniejszą
i najbardziej szokującą chyba informacją była jednak ta o zwyczaju całowania
rycerza przez księdza na zakończenie ceremonii ślubnej, zanim pan młody
pocałował swą oblubienicę (i nie chodzi tu o całowanie w policzek). Wiecie też zapewne, że w średniowieczu jedną z
największych kar było wydalenie z wioski lub miasta. Jednak prawo pozwalało
straży miejskiej wyrzucać mieszkańców za to, że ktoś nie pracował przez trzy
dni a nie był szlachcicem, czy za to, że ktoś miał podejrzanie ładne obuwie jak
na swój stan społeczny. Prowadziło to czasami do takich sytuacji, że w miastach
pozostawało zaledwie kilkanaście osób. W średniowieczu kwitł zawód żebraka –
mistrzowie w swoim fachu oferowali początkującym trzyletnie nauki podstawowe
oraz dwuletnie specjalizacje w wybranych dziedzinach. Uczono, jak lamentować,
jak udawać choroby, jak kuleć, a także jak się okaleczać. Odbywały się nawet
coroczne konwenty, na których żebracy wymieniali się pomysłami.
Niestety autor wszystkie te rewelacje podawał w ekspresowym
tempie i spotkanie zakończyło się nieco ponad pół godziny później. Dzięki temu
jednak miałam okazję spotkać się z moją ekipą i wybrać się na spotkanie
autorskie z Krzysztofem Piskorskim. Pisarz nie potrzebował wcale prowadzącego,
sam z zacięciem opowiadał o swojej najnowszej powieści, więc Piotr „Vivaldi” Sarota
mógł spokojnie się zdrzemnąć z otwartymi oczami. A o Cieniorycie można było się
dowiedzieć naprawdę sporo, chociaż Krzysiek obiecywał, że nie zdradził zbyt
wiele. Ja napiszę jedynie, że historia zapowiada się intrygująco i z pewnością
sięgnę po książkę, jak tylko się ukaże, co się ma zdarzyć w drugiej połowie
roku. W trakcie spotkania słuchacze dowiedzieli się także, w jaki sposób autor
podchodzi do tworzenia i czy, i jak mu to pomaga i przeszkadza w pisaniu. I tak
się złożyło, że konwent rozpoczęłam i zakończyłam z Krzysztofem Piskorskim,
ponieważ zaraz po spotkaniu udaliśmy się do Brovarii na kolację i rozmowy przy
piwie, jak zawsze w doborowym towarzystwie.
Niedzielny program nie miał dla mnie nic do zaoferowania,
dlatego już przed 10.00 byłam w pociągu i dzięki promocji PKP wróciłam za darmo do Warszawy. Podsumowując, spędziłam owocny czas w zupełnie innym
świecie, nie zaprzątając sobie głowy rzeczywistością, w gronie znanych osób,
poznając nowych, bardzo sympatycznych ludzi, z którymi mam nadzieję pozostać w kontakcie.
Były to naprawdę udane dwa dni. Kolejny Pyrkon za rok, tymczasem przede mną
Polcon w stolicy i bardzo możliwe, że będę raczej orbitować wokół konwentu niż
brać w nim udział. Pożyjemy, zobaczymy.
niedziela, 7 kwietnia 2013
Pyrkonowo 2013 - piątek (22.03.2013)
Tegoroczny Pyrkon był imprezą przełomową. Przez tereny Międzynarodowych
Targów Poznańskich przewinęło się ponad dwanaście tysięcy osób! Organizatorzy
zapewnili o wiele więcej miejsca niż dwa lata temu (nie mogę porównywać z
zeszłym rokiem, ponieważ nie byłam), tak że między salami i po halach można się
było poruszać bez większego problemu (najgorzej było w budynku 14, kiedy z auli
wysypywały się dziesiątki osób jednocześnie, wtedy korytarz i schody się
korkowały). Wzbogacono również program o pasmo nocne, blok anglojęzyczny oraz
blok filmowy. Z ostatnich dwóch nie skorzystałam, nie było tam dla mnie nic
specjalnie interesującego, natomiast panele dyskusyjne po godzinie 22.00 nie
były najlepszym pomysłem, zmęczeni wcześniejszymi prelekcjami prowadzący
niezbyt chętnie się udzielali i niezbyt się przygotowywali, być może licząc na
mniejszą liczbę słuchaczy. Jak zawsze w trakcie trwania imprezy trzeba było
zrewidować plan zajęć. W tym roku z planu pyrkonowego udało mi się zaliczyć
zaledwie cztery punkty, w tym na jednym spędziłam może dziesięć minut. Tyle samo
wpadło mi nieplanowanych prelekcji i paneli, które okazały się równie ciekawe.
Z niejakim smutkiem stwierdziłam jednak, że w tej dziedzinie mało co jest mnie
w stanie zainteresować i konwenty mogę traktować właściwie już tylko jako
pretekst do spotkania z przyjaciółmi i poznawania nowych osób, co oczywiście
nie jest takie złe, przynajmniej w momencie kiedy akredytacje nie kosztują tak
wiele. No ale po kolei, od początku.
Do Poznania przyjechałam w okolicy południa, miałam więc
czas zostawić bagaż i odświeżyć się po podróży w wynajętym apartamencie, w którym
już czekali na mnie Iza z Tymkiem. Z okolic starówki udaliśmy się na teren
konwentu, drogę utrudniały nam roboty drogowe i piętrzący się wszędzie śnieg.
Mimo że na MTP otwarto wejścia z obu stron, to i tak kolejki były gigantyczne.
Spędziliśmy na dworze ponad godzinę w lekkim mrozie i bylibyśmy stali jeszcze
co najmniej godzinę do samego wejścia,
nie mówiąc już o długaśnej kolejce w środku, gdyby nie spryt Izy (nieuczciwe,
powiecie? Być może, ale świat nie jest sprawiedliwy, a w życiu trzeba sobie jakoś
radzić, co przybliżę w relacji z soboty). Zadowoleni ze zdobytych akredytacji,
zabransoletkowani i z przygotowanymi wywieszkami z naszymi imionami ruszyliśmy
na zwiedzanie. Pierwszą zmianą, jaką zauważyliśmy, był brak baru z piwem, który
wcześniej umieszczony był w głównej hali. Rejon restauracyjny znajdował się w
budynku 6a, w którym była również scena. Nie było to najlepsze rozwiązanie przy
takiej pogodzie, w hali było chłodno, pusta przestrzeń zabrała trochę konwentowy klimat, a samo
pomieszczenie kompletnie nie nadawało się na koncerty.
W hali głównej rozlokowali się sprzedawcy oraz wystawcy rzeczy wszelakich
– gier, komiksów, książek, biżuterii, koszulek, pamiątek, klocków lego,
strojów. Mnie najbardziej zainteresowało stoisko artystki Magdy Ryniec, u
której kupiłam ręcznie robioną biżuterię – steampunkowe kolczyki z części od
zegarków oraz piękny wisior w komplecie z kolczykami. I chociaż zakupu nie
żałuję, to zużył on cały mój fundusz na wszelkie pamiątki (przynajmniej nic
mnie nie kusiło). Z powodu oczekiwania w kolejce na akredytację nie zdążyłam na
prelekcję Pogromcy średniowiecznych mitów, ale pocieszył mnie doskonały żurek w
bufecie. Pokrzepiona mogłam udać się do budynku 14, do Auli 2 na prelekcję
Krzyśka Piskorskiego Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza, która jest
kontynuacją najdziwniejszych wynalazków. Niewątpliwie była to najlepsza prelekcja tego konwentu! Jak zwykle Krzysztof z werwą prawdziwego pasjonata opowiadał ze znawstwem o najbardziej absurdalnych i pomysłowych wynalazkach wojennych, urozmaicając prelekcję zdjęciami. Zaczął od broni ręcznej, dzięki czemu dowiedziałam się, czym jest kpinga, inaczej zwana też hunga bunga, którą stosowali wojownicy plemienia Azande. Moją uwagę przykuł też urumi – miecz taśmowy z Indii (podobnych mieczy używano bodajże w sekwencjach walk w najnowszym Conanie i/albo Prince of Persia), który jest najbardziej niebezpieczny
dla… samego użytkownika, ponieważ bardzo łatwo można tą bronią odciąć
sobie palce czy inne części ciała. Salwy śmiechu wzbudził dastar bonga (mam nadzieję, że dobrze zapisałam nazwę),
mierzący 1,5 metra turban z 37 metrów płótna mieszczący w sobie 6 ostrzy do
rzucania, 2 krótkie miecze i sztylet; taka swoista kosmetyczka na broń. Wiele interesujących pomysłów mieli Włosi. W czasach renesansu wynaleźli oni
m.in. bojowy puklerz z latarnią, tarczę z pistoletem oraz maczugę z pistoletem.
W ogóle kreatywność ludzi wzbijała się na wyżyny absurdu, kiedy przychodziło do
pistoletów. Ktoś w Indiach wpadł na pomysł, aby wbudować dwa pistolety w
indyjskim katarze, rewolwer zmieścił się w sygnecie, zegarku z dywizką,
długopisie, biczu, scyzoryku, kluczu, parasolu, a nawet wymyślono krzyż, który
po rozłożeniu stawał się pistoletem! Próbowano również usprawnić możliwości
walczących żołnierzy. Wymyślono na przykład pieniek infiltracyjny – były to
imitacje pni drzew, w których kryli się żołnierze mogący obserwować wroga,
niezbyt skutecznie, ponieważ pieńki rzucały się w oczy na pustych przestrzeniach. Strzelcy mogli jeździć
kwadrocyklami wyposażonymi w karabiny maszynowe, powstał też specjalny oddział
piechoty wodnej – ze specjalnymi nartami, dzięki którym żołnierze mogli
poruszać się po wodzie, częściej jednak lądowali w wodzie niż na lądzie.
Projektowano i budowano ogromne czołgi (np. czołg Car, mający służyć do
miażdżenia wrogich sił i pojazdów, a z powodu potwornej masy zakopujący się w
ziemi), czołgi betonowe (to nie wymaga komentarza…) czy latające. W trakcie II
wojny światowej Niemcy przebili w głupocie Amerykanów – zaprojektowali lustra do
umieszczenia ich w kosmosie, które miały spopielać miasta dzięki
skoncentrowanej energii słonecznej. Szaleni wynalazcy tak zapędzali się w
swoich teoriach, że za niektóre pomysły powinni zostać postawieni przed sądem
za szczególne okrucieństwo wobec zwierząt. Już dwa lata temu Krzysiek wspominał
o gołębiej rakiecie, tym razem opowiedział również o bombie nietoperzowej i
sowieckim psie przeciwpancernym. O szczegółach dowiecie się z prelekcji, którą
autor przeprowadzał będzie na kolejnych konwentach. Polecam!
Po tej zdecydowanie za krótkiej prelekcji udałam się do
budynku 6a, w którym miał się odbyć koncert zespołu Południca! Niestety w
wyniku jakichś opóźnień na scenie rozstawił się i zaczął grać Rapcotic, a że ze
względu na fatalną akustykę pomieszczenia i hardcorowe brzmienia rozbolały mnie
uszy, uciekłam z powrotem do 14-tki i poszłam na spotkanie autorskie z Rafałem
Kosikiem (który wygrał z prelekcją Magdy Parus Wilkołaki dawniej i dziś, czyli
dlaczego popkultura ogłupiła zmyślne bestie), na którym gość okazał
się wyjątkowo medialny i gadatliwy, nawet sam sięgał po mikrofon! Tematem spotkania była
głównie seria dla młodzieży Felix, Net i Nika oraz film z zeszłego roku. Fani mogli się dowiedzieć, że powstał już
scenariusz do drugiego filmu, ale produkcję wstrzymują kwestie finansowe. Z
literackich nowości autor poinformował, że obecnie pracuje nad kolejnym tomem
Felixa, książką dla jeszcze młodszych czytelników (ten news zaintrygował
wszystkich, zwłaszcza, że Rafał określił, że będzie to powieść dla odbiorców z
niższej grupy wiekowej niż czytający Felixa, ale z bardziej dopracowanym
wątkiem miłosnym – hmmm?!), ma też kilka pomysłów na książki i opowiadania dla
dorosłych, które czekają lepszych czasów.
Ostatnim punktem mojego programu było spotkanie z dr Anną
Głomb i jej prelekcja Między wilkiem a wilkołakiem, czyli od wolności do
strachu. Spodziewałam się lepszego merytorycznego przygotowania po prowadzącej
niż rzucania hasłami rodem z Wikipedii i opowiadania, dlaczego to wilki w
średniowieczu były wrogo traktowane przez ludzi. Dlatego też po niecałych dziesięciu minutach wyszłam z Literackiej 2 (gdzie zapewne zgubiłam ukochane pióro
wieczne Watermana…) i zeszłam do Auli 2, aby posłuchać Kto jeszcze pisze
opowiadania? Wbrew pozorom (tytuł niespecjalnie oryginalny) był to bardzo
ciekawy panel o wartości dzisiejszych opowiadań, sztuce ich pisania i sztuce
pisania w ogóle. Spośród zaproszonych gości (Marcin Zwierzchowski jako
prowadzący, Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska, Michał Cetnarowski, Maciej
Parowski) zdecydowany prym wiódł uroczy Maciek Parowski, który swoimi
anegdotami i ripostami wzbudzał radosny śmiech wszystkich zgromadzonych.
Wieczór zakończyliśmy na poznańskiej starówce w lokalu
Brovaria przy dobrym piwie i jeszcze lepszym towarzystwie. I tak zakończył się
dzień pierwszy.
piątek, 8 marca 2013
Kierunek: Pyrkon 2013
Po dwuletniej przerwie od konwentowania jadę na tegoroczny Pyrkon, który odbędzie się w dniach 22-24 marca. W tym roku, w przeciwieństwie do ostatniej mojej bytności, program niespecjalnie zachwyca, prezentuje się dość ubogo. Jednak znalazłam kilka prelekcji, na które zapewne się wybiorę. Tradycyjnie podzielę się z Wami wrażeniami ze spotkań i całego konwentu. Poniżej mój skromny plan, na tej stronie znajdziecie pełny program. Może ktoś się wybiera i będzie okazja do nawiązania nowych znajomości, odświeżenia istniejących?
Piątek 22.03.2013
15:00-15:50 Pogromcy średniowiecznych mitów - Zbrojny Zastęp Ziemi Poznańskiej (Naukowa 2)
Zbrojny Zastęp Ziemi Poznańskiej fachowo obala współczesne legendy, narosłe wokół czasów, które odtwarza.
18:00-18:50 Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza - Krzysztof Piskorski (Aula 2)
Od antyku aż po dziś ludzka inwencja skupiała się w dużej mierze na tym, jak skuteczniej zabijać "tych drugich". Oprócz broni i wojennych machin, które znamy z historii, na przestrzeni lat pojawiły się też setki wynalazków dziwnych i kuriozalnych. Podczas tej prelekcji przyjrzymy się im niezależnie od rozmiaru i funkcji. Obok siebie znajdą się kpingi, renesansowe maszyny do szatkowania ludzi, strzelające sygnety, lotniskowce z lodu oraz kosmiczne lustra, które miały spopielać całe miasta. Krzysztof Piskorski wraca do tematu najdziwniejszych wynalazków w historii, tym razem biorąc na celownik wszystko, co jest związane ze śmiercią i zniszczeniem.
19:00-19:50 Koncert zespołu Południca! (Duża scena)
Gotyckie śpiewy i techno pląsy. To psy z Marsa, zespół komiksowy, co nie mieści się w ramkach, złożony z wybitnej sławy superbohaterów.
20:00-20:50 Wilkołaki dawniej i dziś, czyli dlaczego popkultura ogłupiła zmyślne bestie - Magda Parus (Literacka 1)
Ostatnimi czasy wilkołaki w popkulturze nabrały nieco rozumu, choć w zamian często przywodzą na myśl przydomowe pieski. Wcześniej z uporem przedstawiano je jako krwiożercze bestie, nie dość, że bezmyślne, to jeszcze całkowicie pozbawione instynktu samozachowawczego. A to dziwne, bo w części starych zapisów akurat sprytu im nie brakuje. Skąd więc taki obraz wilkołaków w popkulturze? Czyżby samym zainteresowanym zależało na zafałszowaniu ich wizerunku? Teoria spiskowa nie gorsza od innych.
22:00-22:50 Między wilkiem a wilkołakiem, czyli od wolności do strachu - Anna Głomb (Literacka 2)
Symbolika wilka w mitach, baśniach i literaturze, m.in. w "Czerwonym Kapturku", "Piotrusiu i Wilku", "Wilkach w ścianach" czy w "Śmierciowisku" oraz wilk jako symbol dzikości i wolności. Na czym polega fenomen postaci wilka, na czym polega lęk, zwłaszcza dziecięcy? Wilk jako symbol pozytywny.
Sobota 23.03.2013
11:00-11:50 Szatan kościelny a diabeł w wierzeniach ludowych - podobieństwa, różnice, metody jego utylizacji - Stefan Darda (Literacka 1)
Co wspólnego mają egzorcyzmy z odczynianiem uroków? Czy na pewno zawsze diabeł bywa zły, czy też może czasem warto mu zapalać ogarek? Krótka historia spojrzenia na problem z ciemnymi mocami i sposoby na ich unieszkodliwienie w lekkostrawnej pigułce.
14:00-14:50 Życie - gra bez reguł - Marcin Przybyłek (Literacka 2)
Czy marzenia się spełniają? Czy życie jest sprawiedliwe i czy ma jakieś reguły, a jeśli tak, to jakie? Czym się kierować podejmując ważne decyzje? Co na to psychologia? Na te pytania spróbuje odpowiedzieć Marcin Przybyłek, twórca sagi "Gamedec".
15:00-15:50 Ek aljamarkiR, czyli skandynawska runologia w pigułce - Marta "Erised" Rudnicka (Naukowa 1)
Chcesz posłuchać o wikińskich wyznaniach miłosnych wyrzezanych naprędce w kawałku patyka? O obelgach wydłubanych kozikiem na ścianach świątyń? Memoriałach na cześć Knuta, Sigrida czy Thora, wyrytych w kamieniach runicznych górujących dumnie nad fiordami (tudzież stanowiącymi część komina)? A może ciekawi Cię, dlaczego Wikingowie podpisywali wannę "wanna"? Jeśli tak, to ta prelekcja jest właśnie dla Ciebie! Jak czytać starożytne skandynawskie runy, jak ewoluował futhark, kim był thul, historia kilku najważniejszych inskrypcji, jakie do tej pory odnaleziono. Informacje wprost z Norwegii i kursów runologii!
18:00-18:50 Absurdy życia w średniowieczu - Marcin Hybel (Naukowa 1)
Szokujące i zabawne fakty związane ze średniowieczem, od narodzin tego okresu aż po jego kres, w ujęciu Marcina Hybla, autora książek z gatunku komediowego fantasy.
20:00-20:50 Spotkanie autorskie z Łukaszem Orbitowskim - Michał "Watson" Gniot (Aula 2)
Autor, który ostatnio dał nam takie książki jak: "Nadchodzi", "Widma" czy "Ogień". Teraz będzie mógł nam opowiedzieć zarówno o swoim doświadczeniu, jak i o przyszłych pisarskich planach.
wtorek, 12 kwietnia 2011
Pyrkonowo 2011 - niedziela (27.03.2011)
Tym razem z
łóżek zwlekliśmy się w okolicy 11.00, po śniadaniu spakowaliśmy się i
ruszyliśmy na ostatni dzień konwentu. Zostawiliśmy bagaże w szatni i nasze
drogi się rozeszły. Gdzie poszli moi podopieczni? Jak zgadliście?! Tak, do
Games Roomu, ja potrzebowałam kawy. Ale najpierw udałam się na prelekcję o
serbskiej literaturze fantastycznej, gdzie przypadkiem spotkałam Malakha i
zgarnęłam go w momencie, kiedy prowadząca zaczęła streszczać jedną z książek.
Poszliśmy do baru z PRL-u i w przyjemnej atmosferze spędziliśmy następną
godzinę. Ponieważ chciałam się pożegnać z wyjeżdżającymi wcześniej
przyjaciółmi, skierowałam swe kroki do Literackiej 2 na spotkanie autorskie z Piotrem Rogożą. Ten młodziutki autor
publikuje od 17. roku życia, ma na swoim koncie dwie książki, a przed kilkoma
dniami ukazała się jego powieść młodzieżowa Klemens i kapitan Zło. Przyznam, nie miałam do tej pory styczności z jego
twórczością, ale z ciekawej rozmowy, umiejętnie prowadzonej, ujawnia się
oryginalny, eksperymentujący, a jednocześnie pełen pokory dojrzały twórca, z
którym łączy mnie zamiłowanie do tych samych zespołów muzycznych. Postaram się
jeszcze w tym roku przeczytać choćby kilka opowiadań Piotrka.![]() |
| Godło Redanii jako żywo przypomina herb Polski |
Umówiłam się z chłopakami na 15.30 pod szatnią i stamtąd,
odebrawszy swoje rzeczy, skierowaliśmy się na dworzec PKP. Odeskortowałam
ferajnę do pociągu, sama zaś miałam jeszcze godzinę do odjazdu InterREGIO.
Znowu spotkałam Mateusza, Julię i ich znajomych i razem czekaliśmy. Kiedy podjechał pociąg, nie udało nam się zająć siedzącego miejsca. Niemal
połowę podróży przesiedziałam na bagażach w korytarzu. Ale los się uśmiechnął
do mnie, z pobliskiego przedziału wysiadł jeden z pasażerów, więc sprytnie
zajęłam jego miejsce i już do Warszawy dojechałam w całkiem przyjemnych
warunkach, czytając Mabinogion i
słuchając muzyki. I tak zakończył się dzień trzeci i ostatni konwentu Pyrkon. W
przyszłym roku Nidzica.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Pyrkonowo 2011 - sobota (26.03.2011)
Do wstania przed 9.00 zmotywował nas fakt, że czekało
śniadanie. Jeszcze zaspani zjedliśmy bułki z wędlinami, ubraliśmy się,
odświeżyliśmy i udaliśmy uczestniczyć w życiu konwentowym. Chłopaki – Games
Room, ja – do sali Naukowej 1 na prelekcję Agnieszki
Hałas Od Paracelsusa do Pasteura –
lekarze, aptekarze, szarlatani. Szybko pożałowałam decyzji, gdyż autorka
niedawno wydanych Dwóch kart miotała
się strasznie w notatkach, mówiła nieskładnie, jąkając się i powtarzając, o
historii medycyny bardzo ogólnie i w ekspresowym tempie, bardziej skupiając się
na przeglądzie chorób i metod ich leczenia. Największe poruszenie wywołały
zdjęcia narzędzi chirurgicznych z XVII, XVIII i XIX wieku, bardziej
przypominające narzędzia tortur a nie przybory mające ratować życie. Na
zakończenie prelegentka uraczyła słuchaczy szczegółowym opisem wyjmowania
zgniłego noworodka z macicy…
![]() |
| Paracelsus jest autorem sentencji: Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że dana substancja nie jest trucizną |
Aby się otrząsnąć z tej rozczarowującej w sumie godziny,
skierowałam swoje kroki do Literackiej 1 na panel dyskusyjny, O zmianie życia literackiego na
fantastycznych portalach internetowych, prowadzony przez Michała Cetnarowskiego, autora
pamiętnych Labiryntów.
Rozmowa szybko skręciła w kierunku ustalania za i przeciw internetowi w służbie
fantastyki, co niezbyt mnie interesowało, wymknęłam
się więc i poszłam na spotkanie
autorskie z Anią Brzezińską, którego nie planowałam. I to był pierwszy miły
akcent tego dnia. Ania po raz kolejny udowodniła, że w jej towarzystwie nie
można się nudzić i że całkowicie daje sobie radę sama w prowadzeniu spotkania
autorskiego. Dowiedziałam się, że Wiedźma z
Wilżyńskiej Doliny jest dla pisarki sposobem odreagowania rzeczywistości,
jej możliwością wyładowania własnych frustracji na to, co się dzieje w Polsce i
na świecie. Mowa była także o najbliższych planach wydawniczych – w pierwszej
połowie roku ma się ukazać opowiadanie z cyklu włoskiego, a kolejna książka
zapowiada się doprawdy intrygująco, jej akcja bowiem osadzona jest w
przedrewolucyjnej Rosji, w niewielkiej wsi, a fabuła będzie, jak zwykle w
wypadku Brzezińskiej, oscylowała wokół końca świata. Ma to być zbiór
powiązanych ze sobą opowiadań, w których fantastyka będzie znikomym elementem.
Wywiad bardzo szybko przerodził się w swobodną rozmowę o kondycji polskiej
fantastyki, o pojmowaniu jej pisarzy i ich książek w świecie „wielkiej
literatury”. Ania bardzo racjonalnie i trafnie stwierdziła, że literaturę
powinno się rozpatrywać w kontekście tradycji literackiej, z jakiej się ona
wywodzi, a nie do jakiego gatunku należy dana książka, ponieważ od dawna
granice gatunkowe się zacierają.
Chciałam biec jeszcze na prelekcję Dlaczego nie można teleportować kota Schrödingera,
ale zbuntował się mój żołądek. Nie tylko mój, pozostali też stwierdzili, że
najwyższa pora na obiad. Tym razem wybraliśmy się do greckiej restauracji
nieopodal, gdzie dziwnym zjawiskiem była starsza pani kelnerka, zapewne także
właścicielka lokalu, która budziła we mnie niepokój twarzą przypominającą
maskę. Niewielki i tak wybór ograniczył nas jeszcze bardziej finansowo –
większość dań z karty oscylowała w granicach 40 zł. W oczekiwaniu (dłuższym niż
to wypada) raczyliśmy się luźną rozmową, a kiedy wreszcie przyniesiono nasze
dania, obawialiśmy się, czy się w ogóle najemy. Na szczęście wrażenie było
mylne, a jedzenie całkiem smaczne, postanowiliśmy jednak wynieść się z lokalu
jak najszybciej. W barze Społem zamówiliśmy trunki i tak w sympatycznym
towarzystwie doczekałam godziny 16.00
i prelekcji I ty zostaniesz magistrem
zielarzem!
![]() |
| Bluszczyk kurdybanek |
Kolejne spotkanie przyćmiło wszystkie poprzednie i następne
po nim! Prelekcja Najdziwniejsze
wynalazki w historii Krzysztofa Piskorskiego była absolutnym hitem
pyrkonowym, w niewielkiej salce zgromadził się prawdziwy tłum, który planował
nawet wykurzenie fanów SF z największej sali. Szczęśliwcy, którym się udało
wcisnąć do pokoju, mogli obejrzeć i posłuchać o najbardziej kuriozalnych
wynalazkach i projektach w historii. Spotkanie odbyło się w myśl słów Alberta
Einsteina, który powiedział kiedyś, że tylko wszechświat i ludzka głupota są nieskończone.
Oglądając zdjęcia tych wynalazków naprawdę trudno się nie zgodzić z tym
stwierdzeniem! Już na pierwszy ogień poszedł bowiem projekt balonu z napędem…
ptasznym. Jego pomysłodawcy wymyślili sobie, że do balonu podwieszą w uprzężach
dwa ptaki, orły lub sępy, które uniosą człowieka w takiej maszynie. W XIX
wieku, okresie władzy rozumu nad zabobonami, bardzo popularne były trumny z alarmem,
gdyż tamtejsi mędrcy obawiali się pogrzebania żywcem. Stąd pomysł budowania
trumien z kominem, przez który dochodziło świeże powietrze, i dzwoneczkiem na
powierzchni przywiązanym do palca zmarłego. Jeśliby okazał się on jednak żywy,
miał dzwonić, a patrolujący cmentarz grabarz miał natychmiast przybiec i
odkopać nieszczęśliwca. Nikt nie pomyślał o tym, że najbardziej nieszczęśliwy
był grabarz, który, przechadzając się cmentarnymi uliczkami, musiał zadawać
sobie setki razy to samo pytanie na dźwięk takiego dzwonka – czy to żywy
dzwoni, czy wiatr? Nic nie przebije jednak pomysłowości Amerykanów. W 1862
roku, w związku z licznymi zgłoszeniami napaści na tamtejszych farmerów przez
Indian, wymyślono pług z elementami lekkiej artylerii, żeby ten biedny farmer,
zaskoczony w trakcie orania pola, mógł posłać kilka kulek śrutu w tyłki
złośliwych czerwonoskórych. Pomyślano również o trębaczach i wynaleziono…
trąbkę z miotaczem ognia. Zmyślni wynalazcy troszczyli się także o kobiety. Zdumienie
zebranych wywołał obrazek pianino-odkurzacz, który ani nie grał, ani nie
odkurzał, bowiem nie był przenośny. A już padaliśmy ze śmiechu, kiedy
zobaczyliśmy napędzany parą manipulator, przygotowany specjalnie z myślą o
samotnych kobietach, które przecież brak mężczyzny, a co za tym idzie brak
seksu, prowadził do szaleństwa. Mogłabym tak długo jeszcze opisywać, ale
najlepiej zrobicie, jak przekonacie się sami – Krzysztof Piskorski będzie
prezentował swoje odkrycia na najbliższych konwentach jeszcze przez jakiś czas.
Wspomnę jeszcze tylko o ciekawym urządzeniu – aparacie do kopania… samego
siebie. Żeby to jeszcze był wynalazek w służbie karania niegrzecznych dzieci,
ale nie! Jego pomysłodawca skonstruował coś w rodzaju koła bez obręczy, na
którego osiach umieścił buty, które obracając się, kopały wygiętego w tył
człowieka dla rozrywki!
![]() |
| Posążek egipskiego kota |
W planie miałam jeszcze dwa koncerty – na harfie celtyckiej i lutni, ale
chciałam zrewanżować swoją piątkową nieobecność przyjaciołom, poza tym byłam
głodna, pojechałam więc na starówkę i dołączyłam do mojej
fantastycznej (dosłownie i w przenośni) grupy, z którą świetnie bawiłam się do
późnych godzin nocnych. I tak zakończył się dzień drugi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












