Druga część Wiedźmina to bardzo dobra kontynuacja fabularna, ale przede wszystkim techniczna w stosunku do części pierwszej. To, co najbardziej przeszkadzało mi w Wiedźminie, zostało zminimalizowane w Zabójcach królów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Sapkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Sapkowski. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 sierpnia 2016
sobota, 10 stycznia 2015
Wymarzona kontynuacja – „Wiedźmin”, CD Projekt RED, 2007
Gatunek:
Action-RPG
Producent:
CD Projekt RED
Wydawca: Atari
Platforma: PC
Premiera: 26 października 2007
Za każdym razem, kiedy kończę czytać cykl wiedźmiński, trudno
mi przychodzi pogodzenie się, że to już naprawdę koniec. Zawsze jednak uważałam, że
Andrzej Sapkowski powinien był trzymać się swojego zdania i nie pisać więcej
żadnych opowiadań czy kolejnych powieści opartych na wiedźmińskim świecie (po
wydaniu Sezonu burz tylko
utwierdziłam się w tym przekonaniu). Jednak zawsze zastanawiałam się, co
byłoby, gdyby się przełamał. Teraz już wiem, Sezon burz. Moje wszystkie obawy, które żywiłam co do ewentualnego
powrotu przez pisarza do świata wiedźmińskiego, potwierdziły się. Podobne obawy
miałam w związku z wiadomościami dotyczącymi pracy nad grą bazującą na
opowiadaniach i powieściach. Dlatego długo zwlekałam z kupnem Wiedźmina,
niespecjalnie podobały mi się szkice koncepcyjne, nie byłam również przekonana
do postaci głównego bohatera. Bałam się po prostu, że gra nie spełni moich
oczekiwań i będzie to kolejna siekanka spod znaku RPG. Dzisiaj z pełną
świadomością muszę powiedzieć, że zespół CD Projekt RED dokonał tego, co nie
udało się Sapkowskiemu – przedstawił wiarygodną, najlepszą z możliwych,
oddającą klimat cyklu kontynuację losów Geralta w klimacie właściwego cyklu
(jak się już domyślacie, Sezonu burz
do tegoż nie zaliczam), zapewniając mi godziny doskonałej rozgrywki.
Przede wszystkim oklaski należą się za fabułę. Cała intryga
jest bardzo wciągająca, trzyma w napięciu, z każdą godziną, nowym wątkiem byłam
coraz bardziej ciekawa, co się wydarzy, dlaczego losy bohaterów układają się
tak a nie inaczej. Do tego twórcy zapełnili świat postaciami z książek i nawiązaniami
do wydarzeń z cyklu, dzięki czemu czułam się zupełnie tak, jakbym się
przeniosła do Wyzimy. Geralt w wyniku niewyjaśnionych wydarzeń stracił pamięć i
próby jej odzyskania są jednym z głównych wątków całej opowieści. Tak, opowieści,
ponieważ dzieła CD Projekt RED nie można nazwać zwykłą grą, dla mnie jest to
bowiem najlepsza kontynuacja ukochanych książek. Drugi motyw to polityczna
międzynarodowa przepychanka, którą bohaterowie raczyli nas już w cyklu
książkowym. Ponownie wiedźmin został wciągnięty w machinacje i intrygi
najmożniejszych jego świata. Usiłując rozwikłać zagadkę skradzionych
wiedźmińskich tajemnic, wplątuje się między królów i czarodziejki. I chociaż
czasami historia zgrzyta (nie do końca jest dla mnie jasne, w jaki sposób
Geralt mógł zostać zagarnięty przez Dziki Gon, ale być może dowiem się tego w
kolejnej części), to w większości tworzy spójną układankę, do której kolejne
elementy gracz dopasowuje bez końca. Ciekawe są również istotne misje poboczne,
które nie tylko prowadzą do zdobycia doświadczenia (są też i takie, oczywiście –
to są zwykłe misje poboczne), lecz także wyjaśniają wspomnienia, układają pewne
informacje w logiczniejszą całość, pomagają w innych epizodach. Cała historia jest nieliniowa i często nie
sposób przewidzieć rezultatów naszych decyzji, co więcej wszystko ma wpływ na
zakończenie, chociaż wątki główne pozostają niezmienne, co czyni grę o wiele
atrakcyjniejszą.
Kolejną mocną stroną Wiedźmina są bohaterowie. W samym
Geralcie po prostu się zakochałam, swym charakterem przypomina mi upartego,
samotnego, prawdziwego wojownika, kierującego się swoim poczuciem
sprawiedliwości, jakiego poznałam w opowiadaniach. Sądziłam też, że nikt nie
zastąpi mi filmowego obrazu Geralta i tak pasującego do niego głosu Michała
Żebrowskiego (wiem, wiem, film tragedia i Geralt też nie do końca taki, jaki
powinien być, ale nie było i nadal nie ma aktora, który lepiej wcieliłby się w
postać wiedźmina). Bohaterowi gry udało się wręcz filmową postać przyćmić
fizycznie (chociaż uważam, że Geralt jest zbyt przystojny), a głos Jacka
Rozenka jest wręcz idealny. W ogóle dubbing gry jest oddzielnym arcydziełem. Bogactwo
dialogów, humor charakterystyczny dla cyklu, zróżnicowanie zachowań postaci
pierwszo, drugo, nawet trzecioplanowych robi wrażenie. Z przyjemnością mogłabym
siedzieć tylko i oglądać, jak ktoś inny gra, traktując Wiedźmina jak dobry film
fabularny.
Dopełnieniem fabuły są gry, które pomagają zdobyć
doświadczenie, pieniądze i dodatkowe nagrody, ale też po prostu sprawiają
przyjemność. Jedyną grą, jaka mnie niespecjalnie bawiła, to zdobywanie kart
erotycznych za uwodzenie kobiet – widzę w tym nawet zabawną ironię; jednak za bardzo kłóci mi się to z osobowością wiedźmina,
bardziej pasuje do Jaskra. Należy jeszcze wspomnieć o cudownych animacjach
Tomka Bagińskiego i muzyce Adama Skorupy i Pawła Błaszczaka, które ogląda się i
słucha z prawdziwym zachwytem.
Sterowanie postacią jest bardzo proste, właściwie wystarczy
trzymać lewy przycisk myszy lub wciskać go w odpowiednim momencie trakcie
walki. Twórcy umożliwili również dopasowanie układu kamery, która jednak
wariuje totalnie w trakcie większych i bardziej złożonych bitew. Przydatnym
elementem w trakcie walk jest stosowanie pauzy, zwłaszcza w kontekście
ostatniej uwagi. Proste menu bohatera pozwala na szybkie zaznajomienie się z
najważniejszymi elementami ekwipunku, łatwe rozbudowywanie postaci. Dziennik, w
którym zawarte są opisy monstrów, bohaterów, mikstur, roślin, jest niejednokrotnie
bardzo przydatny i pozwala na jeszcze lepsze wczucie się w rozgrywkę.
W całej grze sześć kwestii przeszkadzało mi najbardziej: brak
możliwości szybkich podróży do najważniejszych miejsc; potwory-bumerangi, o
wiele niższe doświadczeniem, a nie dające za wygraną mimo noszonych przez
bohatera amuletów; przestoje fabularne, podczas których trzeba było się zajmować
nudnymi i podobnymi do siebie zwykłymi zadaniami pobocznymi; wyznaczniki
czasowe – jeśli coś miało zostać wykonane o północy, to trzeba było wcelować w
tę cholerną północ, nie ma tu bowiem akademickiego kwadransa, a trzydzieści
minut przed lub po północy nie dawało rezultatów; brak możliwości pełniejszego eksplorowania
świata gry, Geralt nie może przeskoczyć przez opłotki, musi poruszać się wyznaczoną
drogą; chyba najbardziej denerwowało
mnie zapętlenie zadaniowe między Bagnami a Wyzimą, sprawiające, że dostawałam
szału, kiedy do wypełnienia jednej misji musiałam mojego bohatera przemieszczać
z jednego miejsca w drugie po kilka razy i ostatecznie doprowadziło mnie do
porzucenia gry na ponad pół roku…
Mimo wszystko Wiedźmin stał się jedną z moich ulubionych
serii gier. Teraz część druga w oczekiwaniu na część trzecią.
poniedziałek, 24 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień XXII: Książka, przy której płaczesz
Nie płaczę przy lekturze książek. Wzruszam się, owszem, czasami łezka mi się w oku zakręci, ale częściej usłyszycie mój śmiech znad czytanej książki, niż płacz. Może dlatego, że ciężko mi do końca się wczuć w losy bohaterów, że nie posiadam w sobie na tyle empatii, żeby się postawić w sytuacji któregoś z nich (chociaż mam jej wysoki poziom, sprawdzałam ostatnio, ale dotyczy on moich bliskich - to tak, żebyście sobie nie myśleli, że dla mnie empatia to zupa z Azji). Była jednak jedna książka, przy której ryczałam, zalewałam się łzami. To Pani Jeziora, ostatnia część cyklu wiedźmińskiego. Sposób, w jaki Sapkowski zabił moje ukochane postaci, sposób, w jaki to opisał, sprawił, że nie mogłam się powstrzymać i płakałam, czytając, jak kolejno giną Milva, Regis, Cahir, wreszcie Geralt (no dobra, nie wiadomo do końca, czy on naprawdę ginie, ale i tak ryczałam jak bóbr). Taka byłam zła na autora, że zakończył opowieść w ten sposób, tak klasycznie. Dzisiaj myślę już o tym bez wielkich emocji i uważam, że zakończenie było najlepsze z możliwych. A jak pokazuje przykład CD Projekt RED, znaleźli się ludzie, którzy potrafili wiarygodnie dopowiedzieć kontynuację.
Pani Jeziora
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
1999 r.
środa, 19 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień XVIII: Książka, która Cię rozczarowała
Ojej, było takich całkiem sporo, chociaż obecnie doświadczam
coraz rzadziej literackich rozczarowań. Myślę, że receptą na to jest oczekiwać
jak najmniej, wtedy rozczarowanie jest też mniejsze, a można być przyjemnie zaskoczonym. Nie zawsze to się niestety udaje. Są
autorzy, którzy przyzwyczaili mnie do pewnego poziomu literatury i od nich
rzeczywiście oczekuję, że przynajmniej taki poziom utrzymają. I tutaj czasami
doznaję zawodu.
Jedną z takich powieści, które mnie mocno rozczarowały ostatnio,
jest Sezon burz Andrzeja Sapkowskiego. Wspominałam o tym przy okazji notki oulubionej serii, ale wtedy jeszcze nie byłam pewna, czy książka jest tak słaba,
czy może to coś ze mną. Teraz, po odświeżeniu sobie cyklu wiedźmińskiego, mam
tę pewność - to książka jest tak słaba.
Sezonowi burz brakuje tej lekkości stylu, jaką mają pozostałe
książki cyklu. Tutaj wszystko to, co jest dobrem w innych powieściach, jest po
prostu złe. Dialogi i opisy sprawiają wrażenie wymuszonych, fabuła to zbiór
kilku opowiadań, nawet niespecjalnie składająca się w całość. Nie bawi, nie wzrusza, nie budzi refleksji, nie ma tu prawie gry
z konwencją, w dodatku może skutecznie zniechęcić do innych części cyklu,
ponieważ jest przedstawiana jako swego rodzaju prequel. Sporo w niej też błędów, no i ta koszmarna okładka... Wprawdzie jeszcze do podsumowania Najlepsze/Najgorsze brakuje ośmiu miesięcy, ale coś czuję, że właśnie Sezon burz zdobędzie to niepochlebne pierwsze miejsce wśród najgorszych.
Sezon burz
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
2013 r.
niedziela, 16 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień XV: Ulubiony bohater literacki
Nigdy nie podchodziłam w ten sposób do żadnej postaci
literackiej, męskiej czy żeńskiej. Zwracam uwagę na wiarygodność psychologiczną
jakiegoś bohatera, czy mnie intryguje, ciekawi, w jaki sposób i o czym mówi,
czy jest w nim coś, co mnie przyciąga. Pewnie będę monotematyczna (jeszcze
niejednokrotnie do końca tego wyzwania), ale znowu powołam się na cykl
wiedźmiński. I nie chcę tu pisać o Regisie, który co prawda jest świetną
postacią i jedną z moich ukochanych, ale nie ma w sobie większej głębi, nic go
nie nurtuje, jest w pełni ukształtowany (w końcu to stary wampir, którego nic
już nie zaskoczy). Tak, chcę napisać o Geralcie z Rivii.
Były chwile, kiedy wiedźmin mnie irytował swoją nieporadnością,
bezsilnością, malkontenctwem. Wiele osób narzeka, że taki właśnie jest w
powieściach, że wtedy przestał być dobrym bohaterem. Nie zgodzę się. W
opowiadaniach zobaczymy tylko wiedźmina - mutanta, owszem, elokwentnego i honorowego,
ale jednak mutanta, który co prawda potrafi silnie odczuwać, kochać, ale który
przede wszystkim jest samotnikiem i nie chce mieć nic wiele wspólnego z innymi. Wszystko
się w nim zmienia z chwilą, kiedy poznaje Ciri, swoje Dziecko-Niespodziankę.
Dzięki tej dziewczynce, dzięki miłości do niej, Geralt stał się człowiekiem.
Ktoś może powiedzieć, że zmienił się w płaczliwego cierpiętnika, ale ja uważam,
że stał się kimś prawdziwym. Miłość Geralta do Ciri jest jednym z
najpiękniejszych wątków emocjonalnych, z jakimi się spotkałam w literaturze.
Geralt jest jedną z niewielu postaci w cyklu, które się
zmieniają, kształtują na oczach czytelnika, zaskakując i jego, i samego siebie.
Jego podróż na ratunek córce jest przede wszystkim podróżą w głąb jego samego,
dzięki niej zaczyna dostrzegać swoją przemianę, zaczyna też doceniać swoich
towarzyszy. I to jego obserwacje w tej właśnie kwestii, kiedy widzi i
porównuje, kim był, a kim jest, są dla mnie jednymi z ciekawszych elementów
cyklu.
sobota, 15 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień XIV: Książka zbezczeszczona ekranizacją
Ooooo na ten dzień czekałam długo! Wiedźmin Marka Brodzkiego, tfu, niech zginie i przepadnie! To jeden z najgorszych, jeśli nie najgorszy film polski w historii, a z pewnością najgorsza ekranizacja książki w historii filmografii światowej. Poszatkowana, nieskładna fabuła, tragiczne wręcz efekty specjalne, niedobrana obsada dla elfów, ale przede wszystkim chełpienie się przez reżysera, że nie czytał ani jednego opowiadania! O zgrozo! Jak już wcześniej wspomniałam, obejrzałam film zanim przeczytałam cykl, i wtedy nawet mi się podobał. Nadal uważam, że Michał Żebrowski bardzo dobrze wywiązał się z roli Geralta, podobnie jak Anna Dymna jako Nenneke, rewelacyjnie zagrał też Andrzej Chyra jako Borch Trzy Kawki. Zbigniew Zamachowski może nie pasował do Jaskra fizycznie, za to charakterem oddał go idealnie. W filmie wyróżniał się jeszcze Maciej Kozłowski jako Falvick. Natomiast pozostali to kompletna porażka - Daniel Olbrychski pluł wręcz pompą jako elfi książę, Grażyna Wolszczak zupełnie nie poradziła sobie jako Yennefer, nawet ta filmowa płakliwa dziunia, tuż za nią jest Dorota Kamińska i jej Eithne. Bardzo lubię aktorstwo Agaty Buzek, ale do roli pięknej księżniczki Pavetty nie nadawała się zupełnie, podobnie jak Dariusz Jakubowski nie pasował do roli Jeża. Najbardziej irytującą postacią była dla mnie Ciri, czyli Marta Bitner, w ogóle aktorstwo dziecięce w Polsce kuleje okropnie, ze świecą szukać młodziutkich z prawdziwym talentem. Filmowa Ciri to uosobienie sztuczności i braku jakiegokolwiek talentu aktorskiego. Mogłabym tak jeszcze wymieniać...
Za katastrofalny i chaotyczny scenariusz odpowiedzialny jest Michał Szczerbic, nie mający wielkiego doświadczenia w tej roli (ale Prawo ojca i Róża są świetne). Chociaż opowiadania z Ostatniego życzenia i Miecza przeznaczenia nie są w jednym ciągu przyczynowo-skutkowym, to jednak układają się w pewną całość. A tej całości nie widać w filmie ani serialu. Jest kilka dobrych dialogów, natomiast większość to teksty bez żadnej lekkości, często pełne teatralności i pompatyczności.
Najgorsze były tu efekty specjalne. Pamiętam jeszcze dzisiaj echo złośliwego rechotu widzów, w tym mój własny śmiech, z obrazu Villentretenmertha czy wyglądu kikimory, czyli wielkiej kukły z papier mache.
Gdyby nie to, że spodobał mi się Michał Żebrowski i Andrzej Chyra, nie sięgnęłabym po cykl i jestem pewna, że wiele osób właśnie ta ekranizacja odrzuciła od książek. Wszyscy przecież wiedzieli, że film jest ekranizacją dwóch tomów opowiadań, ci, którzy ich nie czytali, a obejrzeli Wiedźmina, musieli myśleć o tym, jak słaba musi być twórczość Sapkowskiego, skoro powstał z tego taki koszmarek.
Jedyna naprawdę dobra rzecz tego filmu, to muzyka Grzegorza Ciechowskiego, absolutne mistrzostwo kompozycji, oddające klimat całego cyklu. Nie dotyczy to oczywiście piosenki przewodniej w wykonaniu Roberta Gawlińskiego. Brrrr...
piątek, 14 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień XIII: Twój ulubiony pisarz
Kim jest ulubiony pisarz? Według mnie to taki autor, po którego książki sięgasz zawsze bez wahania, kupujesz, nie pożyczasz, bo chcesz mieć je wszystkie tylko Twoje. Ulubiony pisarz to taki, z którym nie zawsze się zgadzasz, nie wszystkie jego książki uwielbiasz, ale w każdej znajdziesz coś zaskakującego, coś, co rozbawi, wzruszy, skłoni do refleksji, w jakiś sposób zmieni Twoje życie. Jeszcze kilkanaście lat temu mogłam bez wahania powiedzieć, że moim ulubionym pisarzem jest Andrzej Sapkowski. Jednak już Trylogia husycka, słaba Żmija i makabrycznie słaby Sezon burz sprawiły, że utracił to miejsce. W ciągu kilku ostatnich lat pojawili się jednak inni i dzisiaj nie jestem w stanie zdecydować, kogo cenię bardziej ani że wszystkich cenię tak samo, ponieważ są to autorzy bardzo różni. Dlatego dzisiaj napiszę o pięciorgu moich ulubionych pisarzy. Kolejność zupełnie przypadkowa.
Niezwykle utalentowany, zaskakujący dojrzałością swoich tekstów, bezpośredni i bezkompromisowy w opisywaniu naszej rzeczywistości, potrafiący balansować na granicy grozy i horroru. Małecki oprócz umiejętności operowania słowem ma też świetne pomysły, jego bohaterowie to prawdziwi ludzie, różniący się od siebie i niepowtarzający się w kolejnych książkach. Zaintrygował mnie opowiadaniami zebranymi w tomie Zaksięgowani, przeczytałam też Przemytnika cudu i świetne W odbiciu. Pracuję nad uzupełnieniem swojej biblioteki o pozostałe jego książki, zanim napisze ich tyle, że stanie się to niemożliwością.
Twórczość Ani śledzę od samego początku, bardzo lubię jej wszystkie powieści i opowiadania, chociaż nie wszystkie w takim samym stopniu. Kańtoch ma niesamowitą wyobraźnię w tworzeniu światów, jej styl udoskonala się z książki na książkę. To dla mnie absolutna mistrzyni w budowaniu intrygi i dozowaniu napięcia poprzez rzucanie czytelnikowi malutkich kawałeczków układanki. Cenię jej subtelne poczucie humoru, zarówno słownego, jak i sytuacyjnego, ciekawych bohaterów i nietuzinkowe rozwiązania akcji.
Niejednokrotnie pisałam, że Philip K. Dick należy do grupy moich ukochanych twórców. Cenię go przede wszystkim za opowiadania, niezwykle treściwe, często bardzo oryginalne w pomysłach, pełne dowcipu i zaskakujące puentą. Lubię także jego powieści, chociaż (a może właśnie dlatego, że) porażają przygnębiającą wizją świata i ludzi. Filozoficzne rozważania, jakich pełno w książkach Dicka, udzielają mi się za każdym razem. To chyba jedyny autor, którego teksty zmuszają mnie do dłuższych refleksji o mojej rzeczywistości, o śmierci i życiu, innych ludziach i ich zachowaniach.
Pierwszą książką Gaimana, po jaką sięgnęłam, był tom opowiadań Dym i lustra, a skłoniło mnie do tego inne opowiadanie tego pisarza Studium w szmaragdzie, które ukazało się w którymś wydaniu Nowej Fantastyki. Do dzisiaj jest to moje ulubione opowiadanie Gaimana. Autor kupił mnie całkowicie oryginalnym językiem, świetnymi pomysłami, grą z konwencją, specyficznym poczuciem humoru, w którym wyczuwa się brytyjskość. Kupuję i czytam wszystkie jego książki, nawet te dla najmłodszych. Do moich ulubionych należą bezsprzecznie Nigdziebądź, Amerykańscy bogowie, Chłopaki Anansiego i ostatnio Ocean na końcu drogi. W tym roku mam plan nadrobić zaległości, ponieważ jeszcze kilku książek nie przeczytałam. No i czeka na mnie Sandman.
Norman Davies wywindował się i zmiótł Andrzeja Sapkowskiego z listy ulubionych pisarzy jedną zaledwie książką - Europą, o której pisałam w pierwszy dzień tego wyzwania. Imponująca jest wiedza tego człowieka, a umiejętność jej przekazywania zachwyca mnie jeszcze bardziej. Dzięki niemu każdy pokocha historię. Davies, tak jak Jakub Lichański i Krzysztof Mrowcewicz, to moja platoniczna miłość.
czwartek, 13 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień XII: Książka, którą kochasz i nienawidzisz jednocześnie
To było trudne zadanie. Mam wiele książek, które kocham albo bardzo lubię, mało jest takich, które budzą we mnie silną niechęć. Sądziłam, że nie znajdę takiej, która łączyłaby w sobie te dwie cechy. I właściwie nie znalazłam, ponieważ książka, o której dzisiaj napiszę, nie budzi we mnie tak skrajnych emocji - ale przyznam, że lubię ją i denerwuje mnie mniej więcej w takim samym stopniu.
To Narrenturm Andrzeja Sapkowskiego. Pierwszy tom Trylogii husyckiej zachwycił mnie bogactwem przedstawionego świata i klimatem średniowiecza, polubiłam Szarleja, który charakterem przypomina mi trochę Regisa z cyklu wiedźmińskiego. Zaintrygowana byłam też postacią Pomurnika, który wydawał mi się wówczas jednym z lepiej przedstawionych złych bohaterów. Autor poświęcił też wiele uwagi aktualnym wtedy wydarzeniom, komentując je ze swoistą sobie ironią i złośliwością.
I powieść byłaby naprawdę świetna, gdyby nie główny bohater. Reynevan to najbardziej irytująca i działająca mi na nerwy postać literacka. Ten bawidamek i nicpoń podnosił mi ciśnienie od pierwszych stron. To durny, nieodpowiedzialny i egoistyczny gnojek z niecierpliwym penisem, który jest przyczyną wszelkich nieszczęść w swoim otoczeniu, gorszą niż wszystkie plagi egipskie razem wzięte. Jego kolejne eskapady i niedorzeczne pomysły sprawiały, że niejednokrotnie odkładałam Narrenturm z postanowieniem, że nie sięgnę więcej po książkę. Po czym wracałam do niej i katowałam się dalej.
Narrenturm
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
2002 r.
środa, 5 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień IV: ulubiona książka ulubionej serii
Tutaj też się nie
wahałam - Chrzest ognia.
Powieść ma najładniejszą okładkę z całego cyklu. Poza
tym i przede wszystkim to najlżejsza, najbardziej zabawna i najbardziej
przygodowa książka serii. To tutaj pojawiają się moi ulubieni bohaterowie -
Milva i Regis. Tu pojawiają się krasnoludy i gnom. Tutaj autor przybliżył też postaci Dijkstry i Cahira, których
również bardzo polubiłam, zwłaszcza Cahira. To wreszcie tutaj Ciri zaczyna być jedną z najbardziej interesujących
postaci kobiecych cyklu.
Absolutnym
mistrzostwem są przekomarzanki Milvy i Jaskra, a także niemal filozoficzne
wywody Regisa, jako żywo nasuwające manierę wypowiedzi samego autora. Być może jedną z najbardziej pamiętnych scen cyklu jest seks w bibliotece, ale scena gotowania zupy przez kompanię Geralta w opozycji do jego obrażonej postawy jest niemniej obrazowy, a przy tym chyba najzabawniejszy w całej opowieści.
Chrzest ognia to
chyba największy zbiór różnorodnych przygód Geralta i jego kompanii w całej
historii. Jest świetnym przerywnikiem w trwającej wojnie, chociaż nie daje o
niej zapomnieć, i pozwala nabrać oddechu i przygotować się do dwóch
najcięższych i najmniej przyjemnych tomów, Wieży Jaskółki i Pani Jeziora. Jest to również najważniejsza książka cyklu - w niej dowiadujemy się, na czym polega niezwykłość Ciri, tutaj zawiązuje się Loża czarodziejek. No i pojawia się przerażający Bonhart. Co
ciekawe, to również najbardziej niezależny tom cyklu, chociaż tym, którzy nie znają
poprzednich, może być chwilami ciężko (ale nie za ciężko, gdyż bohaterowie lub narrator streszczają wydarzenia z poprzednich dwóch tomów), to mimo wszystko bez większych zgrzytów
można Chrzest ognia czytać jak oddzielną powieść.
A teraz kończę wpis
i wracam do lektury...
Chrzest ognia
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
1996 r.
wtorek, 4 lutego 2014
30 dni z książkami - Dzień III: Twoja ulubiona seria
Nie lubię serii. Już
niejednokrotnie o tym pisałam - jeśli to nie jest trylogia albo kwadrologia,
często nawet się nie zainteresuję. Bardzo niewielu autorów potrafi utrzymać
moją uwagę - Charlaine Harris znudziłam się po piątej powieści, Adrian
Tchaikovsky nie przekonał mnie drugim tomem Imperium Czerni i Złota, Tad Williams zdenerwował mnie,
kiedy oznajmił, że Marchia Cienia będzie kwadrologią - ostatniego tomu nie
tknęłam. Poza tym uważam, że cykl powinno się czytać ciurkiem, od pierwszego do
ostatniego tomu. Dlatego czekam, aż George R.R. Martin skończy Grę o tron (albo
umrze - co zważywszy na tempo jego pisania i stan zdrowia jest przez niektórych
uważane za bardziej prawdopodobne). Ostatnio dowiedziałam się, że Scott Lynch z
trylogii o Locke'u Lamorze postanowił zrobić siedem (poprawka - niedawno okazało się, że będzie co najmniej osiem) powieści i stwierdziłam, że
w takim razie poczekam i być może, kiedy już się pojawią wszystkie, powrócę do
tego bohatera.
Być może dlatego
(ale nie głównie dlatego) w tej kategorii nie miałam żadnych wątpliwości - cykl
wiedźmiński Andrzeja Sapkowskiego.
Mam pierwotne
wydania z cudownymi okładkami Bogusława Polcha, po które sięgam co jakiś czas,
chociaż już od kilku lat nie odświeżyłam sobie całej historii. Obiecałam sobie
to zrobić po nieszczęsnym i rozczarowującym Sezonie burz, któremu odmawiam
miejsca w cyklu, ponieważ nie tylko jest to najsłabsza książka Sapkowskiego,
ale też niczego nie wnosi w cykl. O wiele lepszą robotę w przywróceniu mi
świata wiedźmina i wyjaśnieniu jego dalszych losów wykonali twórcy trylogii
komputerowej, ale o tym być może innym razem.
Opowiadania i
pięcioksiąg opowieści o Geralcie i Ciri to według mnie najlepsza historia
polskiej fantasy i jedna z najlepszych na świecie. Książki czytałam
wielokrotnie, były przedmiotem moich dwóch prac naukowych i myślę,
że pozostaną na pierwszym miejscu do końca mojego życia.
Jest to dla mnie
seria szczególna z tak wielu względów, że nie jestem w stanie ich wymienić. Z
każdą lekturą daje mi coś innego, niezmiennie bawiąc mnie grą z konwencją,
barwnym stylem, ciętymi dialogami i komentarzami, krwistymi i kompleksowymi
postaciami. Cykl, jak żaden inny, potrafi we mnie wzbudzić radość, czysty
śmiech, żal, smutek i rozpacz, nasuwa mnóstwo przemyśleń o rzeczywistości.
Zawsze z chęcią
przenoszę się do świata słowiańskich potworów, śmieję się z rozmów bohaterów i
złośliwości narratora, nienawidzę i kocham bohaterów, za każdą lekturą trochę
inaczej i innych.
A wiecie, co
skłoniło mnie do sięgnięcia po książki? Nie był to nikt ze znajomych, nie było
ich w mojej bibliotece. Zaczęłam się interesować cyklem po obejrzeniu filmu
Wiedźmin i po tym, jak zakochałam się w Geralcie Michała Żebrowskiego. Film to
największy chyba koszmar kina polskiego i o nim będzie osobny wpis w tym
wyzwaniu, ale w chwili, kiedy go oglądałam w sali kinowej, nie znając fabuły
opowiadań, nawet mi się podobał. No dobra, spodobał mi się Michał Żebrowski. I
mówcie, co chcecie, ale gdybym miała wybierać obsadę do cyklu, to nadal
pozostałby on idealnym kandydatem. Tak więc zakochana po uszy w filmowym
Geralcie, poruszyłam grono znajomych i udało mi się pożyczyć wszystkie książki.
Przeczytałam je w ekspresowym tempie, zarywając noce i naukę. W zupełnie
inny sposób zaczęłam je czytać na studiach i wówczas podobały mi się jeszcze
bardziej. Przyznam, że trochę się boję powracać do świata wiedźmina po lekturze
Sezonu burz, bo zaczęłam się zastanawiać, czy ostatnia książka Sapkowskiego
jest tak słaba, czy może to moje podejście się zmieniło i cykl już mi się tak
nie będzie podobał. Może się przekonam o tym w tym roku.
Miecz Przeznaczenia, Ostatnie Życzenie, Krew elfów, Czas pogardy, Chrzest ognia, Wieża Jaskółki, Pani Jeziora
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
1994-1999
niedziela, 17 listopada 2013
O dobrych ludziach
Powiedzieć ci, wiedźminie, kim są ludzie dobrzy? To tacy, którym los poskąpił szansy skorzystania z dobrodziejstw bycia złymi.
Andrzej Sapkowski, Sezon burz, SuperNOWA 2013 r.
środa, 30 października 2013
Książki i filmy na listopadowe wieczory
KSIĄŻKI
Tytuł: Ziemiomorze
Autor: Ursula Le Guin
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 4 listopada 2013 r.
Kiedyś próbowałam przeczytać Czarnoksiężnika z Archipelagu, jednak wydał mi się straszliwie nudny. Oglądałam miniserial i ten też nie wzbudził we mnie większych emocji. Ale to było lata temu, a że ostatnio przekonuję się, że są książki, które mogą nie być dla mnie odpowiednie w danym momencie, aby za jakiś czas mi się spodobać, to sięgnę po cykl Ursuli Le Guin, tym bardziej, że jej inne powieści wspominam bardzo dobrze.
Po raz pierwszy w jednym tomie!
„Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin to jeden z najznakomitszych cykli literatury fantasy, porównywany z dziełami J.R.R. Tolkiena czy C.S. Lewisa. Opisuje malowniczy świat pełen wysp, smoków i tajemnic, w którym najważniejsza jest równowaga między tworzącymi go siłami. Głównym bohaterem serii jest czarnoksiężnik Ged; poszczególne części opowiadają jego losy – od najmłodszych lat i pierwszych kroków stawianych w świecie magii, aż po czasy gdy zaczęła się ona stawać niebezpiecznym narzędziem w rękach zła.Ged, którego Ziemiomorze na zawsze zapamięta jako Krogulca, zostaje wysłany na wyspę Roke, aby tam zgłębiać czarnoksięską sztukę. Jest obdarzony niezwykłymi magicznymi zdolnościami, więc po latach nauki zostaje Arcymagiem, który będzie musiał pomóc Najwyższej Kapłance Archipelagu – Tenar – uciec z labiryntu ciemności.Niestety, wraz z upływem lat równowaga Ziemiomorza zacznie się chwiać coraz bardziej, a prawdziwa magia i pradawne zwyczaje coraz częściej wykorzystywane będą przez mroczne siły zła i śmierci…Saga o Ziemiomorzu to opowieść o dojrzewaniu, o wyzbywaniu się młodzieńczej pychy i ducha rywalizacji, dorastaniu do wewnętrznej harmonii i mądrości, ale też zrozumienia ograniczoności ludzkich działań. Im większa moc i im większa władza, tym większa odpowiedzialność – przestrzega Le Guin.— „Wysokie obcasy”Potrzebowałam sześciu książek i trzydziestu lat życia, by opowiedzieć historię Geda i Tenar. W tym czasie nieustannie dowiadywałam się czegoś nowego o krainach i ludach Ziemiomorza – bo wszystkie przygody i odkrycia bohaterów były też moimi przygodami i odkryciami. (…) I oto wreszcie macie przed sobą ukończoną historię. Oby lektura sprawiła wam równie wielką przyjemność, jak mnie jej pisanie!— Ursula K. Le Guin
Tytuł: Tajemnica diabelskiego kręgu
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Data premiery: 6 listopada 2013 r.
Ania Kańtoch wraca do korzeni kryminalnych, tym razem w powieści dla młodzieży. To jest to, czego potrzebuję na jesienne dni. Ciekawa jestem, na ile pisarka jest inna w podejściu do młodych odbiorców, czy jej bohaterowie i fabuła również będą się różnić od opowiadań i powieści dorosłych.
Nie każdy zostaje wybrany przez anioły i zaproszony przez nie na tajemnicze wakacje w klasztorze znajdującym się w niewielkiej miejscowości Markoty. Tak się składa, że przydarzyło się to trzynastoletniej Ninie. Nie bardzo wie jednak, dlaczego – jest przecież bardzo zwyczajną dziewczyną. Czy aby na pewno?
Tytuł: Wiedźmin. Sezon burz
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: SuperNOWA
Data premiery: 6 listopada 2013 r.
Kiedy kilka dni temu gruchnęła wieść, że pojawi się kolejna książka ze świata o Wiedźminie, podchodziłam do niej z zadziwiającym spokojem i może lekkim rozczarowaniem brakiem konsekwencji autora. Ale teraz... Przecież to Geralt, Jaskier, Yennefer! Cieszę się, niezmiernie się cieszę, że jednak pisarz się złamał i będę miała szansę powrócić do wiedźmińskiego świata.
Tytuł: Przedksiężycowi, tom IIIOto nowy Sapkowski i nowy wiedźmin. Mistrz polskiej fantastyki znowu zaskakuje. „Sezon burz” nie opowiada bowiem o młodzieńczych latach białowłosego zabójcy potworów ani o jego losach po śmierci/nieśmierci kończącej ostatni tom sagi.
„Nigdy nie mów nigdy!” W powieści pojawiają się osoby doskonale czytelnikom znane, jak wierny druh Geralta – bard i poeta Jaskier – oraz jego ukochana, zwodnicza czarodziejka Yennefer, ale na scenę wkraczają też dosłownie i w przenośni postaci z zupełnie innych bajek. Ludzie, nieludzie i magiczną sztuką wyhodowane bestie. Opowieść zaczyna się wedle reguł gatunku: od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Wiedźmin stacza morderczą walkę z drapieżnikiem, który żyje tylko po to, żeby zabijać, wdaje się w bójkę z rosłymi, niezbyt sympatycznymi strażniczkami miejskimi, staje przed sądem, traci swe słynne miecze i przeżywa burzliwy romans z rudowłosą pięknością, zwaną Koral. A w tle toczą się królewskie i czarodziejskie intrygi. Pobrzmiewają pioruny i szaleją burze. I tak przez 404 strony porywającej lektury.„Wiedźmin. Sezon burz” to w wiedźmińskiej historii rzecz osobna, nie prapoczątek i nie kontynuacja. Jak pisze Autor: Opowieść trwa. Historia nie kończy się nigdy…
Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Powergraph
Data premiery: 29 listopada 2013 r.
Ostatnia część trylogii ma się ukazać z końcem listopada, mam nadzieję, że termin się nie przedłuży i będę mogła w końcu uzyskać odpowiedzi na dręczące mnie pytania z tomu pierwszego i drugiego.
FILM
Tytuł: Thor. Mroczny świat
Scenariusz: Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McFeely
Reżyseria: Alan Taylor
Data premiery: 8 listopada 2013 r.
Kontynuacja plastikowej produkcji, którą nie byłam zachwycona. Czy pójdę do kina, nie wiem, bilety drogie teraz, sam film to czysta, bezmyślna rozrywka (przynajmniej tak odebrałam pierwszą część), a ja obiecałam sobie nie wydawać pieniędzy na głupoty. No ale może się skuszę w jakiejś promocji.
Thor próbuje zaprowadzić porządek w kosmosie, ale starożytna rasa, dowodzona przez mściwego Malekitha powraca, by zepchnąć wszechświat w ciemność.
Tytuł: Adwokat
Scenariusz: Cormac McCarthy
Reżyseria: Ridley Scott
Data premiery: 16 listopada 2013 r.
To może być jeden z lepszych filmów roku... Dobra, nie nastawiam się, bo najlepiej to nie mieć żadnych oczekiwań. No ale Michael Fassbender w roli głównej... Nie, nie, bez oczekiwań...
Cieszący się powszechnym szacunkiem prawnik ze wszystkich sił stara się wyplątać z narkotykowego biznesu, który miał być dla niego krótką przygodą.
Tytuł: Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia
Scenariusz: Simon Beaufoy & Michael Arndt
Reżyseria: Francis Lawrence
Data premiery: 22 listopada 2013 r.
Jakiś czas temu obejrzałam pierwszą część i film mi się podobał, zwłaszcza to, jak grała w nim Jennifer Lawrence. Z pewnością obejrzę również kontynuację.
Katniss i Peeta odbywają obowiązkowe Tournee Zwycięzców, kiedy dowiadują się o fali zamieszek, do których przyczynił się ich zuchwały czyn.
czwartek, 3 października 2013
Obok Polconu 2013 - sobota na konwencie
W sobotę zaczęłam swój polconowy dzień od prelekcji Krzyśka
Piskorskiego, Szaleni naukowcy, szalone teorie, która jest częścią cyklu
wykładów razem z Najdawniejsze wynalazki w historii oraz Śmierć na 1001 sposobów: wojenne kurioza. Było to niewątpliwie najlepsze spotkanie całego
dnia, ale nie ma się co dziwić, Krzysiek to prawdziwy pasjonat i tą pasją
potrafi zarazić innych. Pisarz mówił między innymi o rosyjskim naukowcu
Trofimie Łysence, który zakazał nauczania genetyki i twierdził, że pomarańcze
mogą rosnąć w Rosji, tylko muszą… się przyzwyczaić. Inny lekarz czasów
stalinizmu, Siergiej Brukhonenko, prowadził eksperymenty na psach dotyczące
reanimacji. Jest odpowiedzialny za wynalezienie prymitywnego płucoserca. Nad
biednymi psiakami znęcał się również Vladimir Demikhov, pionier transplantacji
organów, który doszywał głowy psów do ciał innych psów. Harry Harlow natomiast
był amerykańskim psychologiem, który po śmierci żony zaczął się szczególnie
interesować tematyką utraty i depresji. Jednym z jego, jakże okrutnych,
eksperymentów było zamykanie nowo narodzonych małpek w komorach izolacyjnych, a
następnie wypuszczanie ich do stada po kilku tygodniach i obserwowanie, jak
pozostałe stworzenia reagują. Te oczywiście bez wahania zabijały obcych. Z
kolei doktor Shiro Ishii, japoński mikrobiolog żyjący w czasach II
wojny światowej, przeprowadzał wiwisekcje jeńców wojennych, uprzednio zarażając
ich różnymi chorobami i obserwując kolejne stadia rozwoju chorób. Schwytany
przez Amerykanów został przez nich uwolniony w zamian za przekazanie wyników
swoich badań. Największą czarną sławę zdobyli lekarze SS. Jednym z nich był
Sigmund Rascher, który zanurzał więźniów w lodowatej wodzie, żeby sprawdzić,
kiedy umrą i czy da się ich reanimować, co zaowocowało zaskakującymi wynikami
badań nad wpływem niskiego ciśnienia na organizmy ludzkie. Jego badania NASA
wykorzystało do budowy pierwszych skafandrów kosmicznych.
Dla rozładowania
niesmaku i przerażenia ludzkim wyrachowaniem wśród słuchaczy Krzysiek
opowiedział o George’u Taylorze, który w 1869 roku stworzył manipulator parowy
mający pomóc w leczeniu histerii u kobiet (pierwszy wibrator, moje panie!).
Luźną wersję tej historii przedstawiła Tanya Wexler w komedii Hysteria. Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się na badaniach Sidneya Gottlieba, który pracował w CIA nad programem
kontroli umysłów MKUltra w czasach zimnej wojny. Gottlieb eksperymentował z
neurotoksynami i truciznami wszelkiej maści. Miał diaboliczny plan zabicia
Fidela Castro za pomocą zatrutego cygara, a gdy to się nie powiodło, postanowił
go zamordować talem umieszczonym w… butach. Jego działania oraz cały program
MKUltra stały się inspiracją dla Jona Ronsona do napisania powieści Człowiek,
który gapił się na kozy (na jej podstawie z kolei Grant Heslov nakręcił film z
George’em Clooneyem i Ewanem McGregorem).
A już kompletnie ubawiliśmy się,
słuchając o dziwacznych teoriach, z których część jest wyznawana do dzisiaj. O fizjognomice, frenologii czy teorii czterech humorów (krew, żółć, czarna żółć,
flegma) pewnie słyszeliście. Ale czy wiecie, że w XVII wieku jedną z teorii
układu słonecznego było przedstawianie go jako swoistej matrioszki, której
kolejne warstwy były planetami? Twórcą tej teorii był Edmund Halley (tak, ten od komety), na
szczęście oprócz absurdalnych miał więcej trafnych spostrzeżeń dotyczących
naszego wszechświata. Jedną z popularnych teorii w czasach średniowiecza i
późniejszych była ta, według której Ziemia jest pusta w środku, a na jej
biegunach są dziury prowadzące do tego pustego wnętrza. O tym, że Ziemia jest
płaska, mówiło się jeszcze w starożytności, ale nie spodziewaliście się pewnie,
że to przekonanie trwa po dziś dzień – w 1956 roku Samuel Shenton (Amerykanin,
czemu mnie to nie dziwi?) reaktywował Towarzystwo Płaskiej Ziemi, które działa i ma się dobrze (ruch powstał w XIX wieku).
Kolejną prelekcją w moim planie była Przyczynek do dziejów
prostytucji warszawskiej w XIX wieku, z której zrezygnowałam na rzecz Upiora Opery. Po spotkaniu z dr Babilas miałam sporo czasu do kolejnego punktu, więc
razem ze znajomymi udałam się na spotkanie autorskie z Lavim Tidharem, autorem
wydanej niedawno powieści Osama. Sam autor bardzo mi się spodobał (nie tylko
fizycznie;)), natomiast irytował mnie (i nie tylko mnie) Konrad Walewski, który
postanowił wszystkim tłumaczyć swoje pytania i odpowiedzi Laviego, zaburzając
tym samym szyk spotkania i przeciągając je bezsensownie, ponieważ wszyscy
zebrani nie mieli problemów z posługiwaniem się językiem angielskim. Poza tym
pytania Walewskiego były tak infantylne, że lekko denerwowały nawet samego autora,
który niejednokrotnie wytykał (co prawda z humorem) prowadzącemu jego nieprzygotowanie. Również
dzięki temu pisarz zyskał moją sympatię i kiedyś pewnie sięgnę po książki jego
autorstwa.
Po spotkaniu z Tidharem miałam jeszcze wolną godzinę,
postanowiłam więc sprawdzić, czy będzie się działo coś ciekawego na panelu
dyskusyjnym Kobiety w fantastyce, w którym udział brały m.in. Anna Kańtoch,
Agnieszka Hałas, Aneta Jadowska. Niestety rozmowa szybko zeszła na schematy i
przerzucanie się feministycznymi i szowinistycznymi żarcikami. Jedyną przydatną
rzeczą, jaką się dowiedziałam, było to, że kiedy przychodzi do seksu,
mężczyznom nie przeszkadzają nieogolone nogi…
Wyszłam po niecałej pół godzinie i udałam się pod salę LIT
4, gdzie miał się odbyć kolejny panel – Fantasy słowiańska – z udziałem Witka
Jabłońskiego, Artura Szrejtera, Michała Studniarka, Sławomira Mrugowskiego i
Elą Żukowską. To było bardzo ciekawe spotkanie, trzymające się tematyki i
dające wiele interesujących i przydatnych informacji o mitologii słowiańskiej i próbach wtłoczenia jej w polską literaturę
fantastyczną. Przy okazji nieźle się oberwało Andrzejowi Sapkowskiemu, chociaż to on jako
pierwszy wrzucił elementy słowiańskie do polskiej fantasy. Goście mieli mu za
złe przede wszystkim wyśmiewanie ich starań w stworzeniu dobrej fantasy
słowiańskiej. Chociaż ja nigdy nie byłam tak bezkompromisowa i zawsze ceniłam
słowiańskość w cyklu wiedźmińskim czy nawet w Trylogii husyckiej, to po
przeczytaniu powieści Witka Jabłońskiego śmiało mogę powiedzieć, że Sapek się
mylił i da się stworzyć dobrą fantasy słowiańską (zainteresowanych, w czym się
mylił Andrzej Sapkowski, odsyłam do jego artykułu Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach). Swoją drogą, Słowo i
miecz powstało właśnie trochę na złość autorowi Wiedźmina, ale przede wszystkim
celem Jabłońskiego było przywrócenie mitologii słowiańskiej właściwego miejsca
wśród innych mitologii i udowodnienie, że nie jest ona wcale taka przaśna, dla
ludu i kraśna. Mam wiele do nadrobienia, zarówno w twórczości autorów, jak i
prac naukowych. Oto, jakie czekają mnie lektury:
- Artur Szrejter – opowiadania nawiązujące do mitów słowiańskich
- Michał Studniarek – Herbata z kwiatem paproci
- Sławomir Mrugowski – Strzygonia (niestety powieść ukazała się nakładem Fabryki Słów, którą od lat bojkotuję, nie kupując książek z tego obmierzłego i pełnego oszustów wydawnictwa… więc może ktoś ma pożyczyć?)
- Georges Dumézil – m.in. Bogowie Germanów. Szkice o kształtowaniu się religii skandynawskiej, Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje
- Prace naukowe Marka Derwicha i Marka Cetwińskiego
- Prace naukowe Jacka Banaszkiewicza
- Prace naukowe Juliana Krzyżanowskiego
- Andrzej Szyjewski – Religia Słowian
- Bohdan Baranowski – W kręgu upiorów i wilkołaków
Przy tej okazji wspomnę o organizacji konwentu. Wiele już na
ten temat napisano, było mnóstwo ataków ze strony uczestników i próby obrony ze strony organizatorów.
Ja nie odczułam kilkunastogodzinnej kolejki ani zamieszania spowodowanego
odwołaniem czy przekładaniem prelekcji, ale mnie również zraziły pewne
sytuacje, głównie ze strony gżdaczy. Rozumiem, że nie byli oni do końca przygotowani
i zorientowani, taka impreza to jednak jest pole bitwy, ale odpowiadanie na
pytania zbywającym i olewczym „to nie moja sprawa”, „to nie do mnie” i
wzruszanie ramion nie powinno mieć miejsca. Wiele było również narzekań na
ułożenie programu i rozplanowanie prelegentów w za małych salach – co
organizatorzy odpychali argumentem, że program zależał od prowadzących. Tak nie
do końca, bo na przykład Ela Żukowska chciała, aby panel Fantasy słowiańska
trwał dwie godziny, a nie godzinę, i odbył się w auli albo większej sali, a nie w mikrosalce; jak się okazało, wiele osób nie mogło wziąć udziału w panelu, bo było za mało miejsca.
Kiedy już wydostałam się z ciasnej salki, udałam się na
spotkanie z Powergraphem, na którym wschodzące gwiazdy fantastyki oraz weterani
opowiadali o swojej twórczości, a Kasia Sienkiewicz-Kosik o początkach
wydawnictwa i najbliższych planach. Dla mnie najważniejszą informacją było
wydanie trzeciego tomu Przedksiężycowych – zakończenia trylogii Ani Kańtoch
możemy się spodziewać dopiero w grudniu tego roku. Patience is a virtue…
Zwieńczeniem konwentu był dla mnie udział w gali rozdania
nagród im. Janusza Zajdla, która w tym roku odbyła się w Sali Kongresowej.
Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona do organizacji imprezy w gmachu PKiN,
jednak w tym jednym punkcie organizatorzy stanęli na wysokości zadania od
początku do końca. Płynnie prowadzona gala sprawiła mi wiele przyjemności, a
już całkowicie gęba mi się cieszyła, gdy zwycięski w obu kategoriach Robert M.
Wegner zaśpiewał Szła dzieweczka do laseczka. Po gali z grupą znajomych poszłam najpierw na piwo, a potem do Remontu, który był oficjalnym konwentowym klubem.
Akredytacja na sobotę – 30 złotych. Zobaczyć wywijających na parkiecie Kubę
Małeckiego i Rafała Kosika do muzyki dyskotekowej – bezcenne. Prawdziwa impreza
odbywała się jednak niedaleko Remontu, w pubie Student, gdzie rozmowy toczyły
się zapewne do późnych godzin nocnych.
W przyszłym roku Polcon odbędzie się w Bielsku-Białej, ale
program imprezy musiałby być naprawdę dobry, żebym w ogóle rozważyła podróż w
te rejony. Za to z pewnością pojadę do Poznania.
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
O racji literatury
Niech sobie realiści mówią, co chcą i ile chcą. My wiemy lepiej. Literatura zawsze ma rację! Gdyby nie Homer, nie tylko nie wiedzielibyśmy, jak przebiegło oblężenie Troi - w ogóle nie wiedzielibyśmy, że takie wydarzenie miało miejsce. Żaden historyk nie przybliżył nam wyobrażenia Rzymu Augusta, Kaliguli i Klaudiusza tak, jak Robert Graves. O tym, co działo się w Rosji w roku 1812 wiemy z lektury Tołstoja. Obraz Polski z czasów Mieszka i Bolesława Chrobrego znamy z Bunscha i Gołubiewa, pierwszą krucjatę i zdobycie Jerozolimy znamy z Kossak-Szczuckiej, a o przebiegu wojen polsko-kozackich i Potopu szwedzkiego informuje nas wyczerpująco Sienkiewicz. I tak trzymać.
Andrzej Sapkowski, Świat króla Artura [w:] Świat króla Artura. Maladie, SuperNOWA 1998 r.
poniedziałek, 14 maja 2012
Nigdy nie mów nigdy
W ubiegły weekend odbyły się Warszawskie Targi Książki, podczas których odbyło się spotkanie z Andrzejem Sapkowskim, który potwierdził już wcześniej zapowiadaną rewelację - autor wraca do świata wiedźmina Geralta. Na razie nie zdradzono żadnych szczegółów, czy będą to opowiadania, czy kolejne powieści, i przede wszystkim jaki będzie ich temat.
Kilka lat temu taką wiadomość przyjęłabym entuzjastycznie. Dzisiaj... Zastanawiam się, co jeszcze można do tego cyklu dodać? Wartościowego, zaznaczam. Dla mnie mimo wszystko cykl wiedźmiński jest zamknięty. I zaliczam do niego nie tylko opowiadania, powieści, komiksy, ale również obie gry, które stanowią moim zdaniem doskonałą i wymarzoną wręcz kontynuację losów Geralta, nie do końca jeszcze całkowicie odsłoniętych. Czy to, w jaki sposób postać wiedźmina i rozwój akcji poprowadzili specjaliści z CD Projekt RED, skłoniło Sapkowskiego do powrotu do świata cyklu? Nie wiem, nie byłam na spotkaniu, a może wyjaśnił swoje powody? Z pewnością to będzie jedno z podstawowych pytań w trakcie spotkań z autorem na tegorocznym Polconie, więc być może wtedy się dowiem (skłaniam się raczej ku o wiele bardziej przyziemnej motywacji - pieniądze). Wiem jedno, dla wydawnictwa SuperNOWA, z którym autor jest związany, to rewelacyjna wiadomość, ponieważ w ostatnich latach wydawało bardzo mało, głównie wznowień.
Na razie do samej koncepcji podchodzę bardzo ostrożnie, bo nie ma dla mnie lepszych książek niż te z cyklu wiedźmińskiego i rozmydlanie akcji, bohaterów, motywów będzie według mnie świętokradztwem. Ale oczywiście ustawię się pierwsza w kolejce, kiedy cokolwiek (antologia czy powieść) ukaże się w księgarniach.
[źródło: Kawerna]
środa, 7 września 2011
W krainie mitu - "Mitologie Andrzeja Sapkowskiego", Elżbieta Żukowska, Gdański Klub Fantastyki 2011
Nie
ulega wątpliwości i nikt nie zaprzeczy, że Geralt z Rivii, Cirilla cintryjska,
Yennefer z Vengerbergu, a także inne postaci z cyklu wiedźmińskiego Andrzeja Sapkowskiego na trwałe wpisały się w
kanon polskiej fantastyki. Od momentu wydania opowiadań i powieści związanych z
wiedźminem powstało wiele prac naukowych w odniesieniu do różnych aspektów
poruszanych w tej prozie, dwie takie w formie prac licencjackiej i
magisterskiej popełniłam i ja. W świadomości fanów fantastyki wciąż żywy, kilka
lat temu Geralt pojawił się na ekranach monitorów komputerowych i jego postać
na nowo zawitała w polskiej (i nie tylko) popkulturze. Sam Andrzej Sapkowski
zastanawia się, czy nie wrócić do wykreowanego na przełomie lat 80. i 90.
uniwersum. Dlatego też nie dziwi mnie chęć Gdańskiego Klubu Fantastyki
przypomnienia korzeni cyklu wiedźmińskiego wydaniem pracy Elżbiety Żukowskiej.
Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie jest pracą
odkrywczą, nie stawia hipotezy, której broni czy z którą polemizuje. Stanowi
swoiste kompendium przedstawiające przeplatanie się trzech najważniejszych
mitologii – słowiańskiej, celtyckiej oraz germańskiej – w świecie wiedźmińskim.
Dociera do źródeł, z jakich mógł korzystać Andrzej Sapkowski podczas kreacji
cyklu. „Mógł” to słowo w tym wypadku kluczowe, ponieważ autorka pracy często
snuje domysły, nie zakłada za pewnik, że AS wykorzystał daną część mitu celowo,
czasem sugeruje, że zrobił to kompletnie nieświadomie, a zdarza się nawet, że
uznaje zastosowanie jakiegoś tropu za „wspomagacz” jego „potencji” twórczej:
Sposób, w jaki autor wykorzystał mitologię celtycką do stworzenia wizerunku rasy elfów, znamionuje oczywiście wysoki stopień znajomości kultury celtyckiej, choć poddaje w wątpliwość potencję jego wyobraźni twórczej. (s. 62)
Autorka
zdaje się w ten sposób studzić fascynację tych czytelników, którzy uznają
Sapkowskiego za absolutne guru w dziedzinie fantasy. Twierdzi wręcz, że fenomen
popularności cykl zawdzięcza oparciu go o wykorzystanie mitów. Czego zdaje się
nie przyznawać, to faktu, że jak mało któremu twórcy, Sapkowskiemu udało się
nadać mitom nową wartość dzięki niezwykłej umiejętności połączenia różnych
wierzeń w całość i, co tu kryć, niezaprzeczalnemu talentowi pisarskiemu.
Pomijając
ten dysonans poznawczy, który w moim wypadku tkwi częściowo w podejściu
emocjonalnym (wprawdzie nie uważam Sapkowskiego za absolutne guru, ale to
właśnie cykl wiedźmiński pokazał mi, że fantastyka może być czymś więcej niż „bajką
dla dorosłych”), praca Żukowskiej w sposób ciekawy przedstawia świat
wiedźmiński w odniesieniu do mitów. Bardzo dobrym rozwiązaniem było podzielenie
książki tematycznie, w każdej części autorka zderza ze sobą dwie rzeczywistości
– mitu i podejścia do niego pisarza. Oprócz odniesień do trzech wspomnianych
mitologii Elżbieta Żukowska wspomina także o wykorzystaniu w cyklu wątku
arturiańskiego, zarówno w ujęciu mitu (Artur kultury celtyckiej), jak i legendy
(Artur kultury chrześcijańskiej). Odrębny rozdział poświęca także dwojgu
najważniejszym bohaterom cyklu, Geraltowi i Ciri, w kontekście trawestacji
mitycznych bohaterów kulturowych.
Żukowska
wprowadza czytelnika w każdą mitologię krótkim przedstawieniem historii
poszczególnych plemion, wydobywa na światło dzienne ich wierzenia związane z
cyklem, powołując się na najbardziej istotną bibliografię, która jest
oddzielnym skarbem dla poszukującego szerszych informacji. Następnie rozkłada
świat wiedźmina na kawałeczki – czasoprzestrzeń, postaci, demonologię, sferę
sacrum i profanum -, stawiając je w opozycji do mitologii. Czytelnik otrzymuje
więc kompletny obraz źródeł inspiracji twórczości Andrzeja Sapkowskiego,
autorka staje się jego przewodnikiem po świecie starego i nowego mitu. Trzeba
przyznać, że wychodzi jej to świetnie, zajmuje uwagę czytelnika w całości,
stosując prosty język znamienny w literaturze popularnonaukowej, i udowadniając
swoje doskonałe merytoryczne przygotowanie do tematu.
Mitologie Andrzeja Sapkowskiego nie powinny być traktowane jako
wykładnia wiedzy jedynej, jak wcześniej wspomniałam, autorka w wielu wypadkach
posługuje się własną interpretacją cyklu, doszukując się w nim wątków, których
Sapkowski mógł nie wziąć pod uwagę, czego sama ma świadomość. Praca pozwala
osadzić cykl wiedźmiński w kontekście mitu i dla mnie osobiście jest kolejnym
dowodem na to, że fantasy łączy w sobie dziedzictwo mitu i baśni, ponieważ
fantasy oscyluje wokół mitu niejako z racji swego charakteru. […] opowiada
historie, które wydarzyły się w pewnym konkretnym miejscu i czasie. Posiada tak
wiele pól wspólnych z mitem, że jej bezpośrednie odniesienia literackie wydają
się zupełnie naturalne. (s. 135) Polecam wszystkim zainteresowanym tematyką
mitu w fantasy, a fanom Sapkowskiego jako lekturę obowiązkową.
środa, 9 marca 2011
Wiedźmin nadal rządzi!
Mimo że Andrzej Sapkowski zakończył definitywnie cykl wiedźmiński, jego postać żyje już własnym życiem dzięki CD Project RED, którego ekipa stworzyła w pełni autonomiczny świat gry, chociaż ściśle nawiązujący do krajobrazu literackiego. W tym roku do sklepów trafi kontynuacja hitu, w moim mniemaniu już niestety nie taka hitowa (zmiana grafiki popsuła mi całą chęć do kupienia drugiej części), a w związku z nią ruszyła promocja.
Najpierw wydawnictwo SuperNOWA wydało cykl wiedźmiński w komputerowych okładkach (o tym, jakie to koszmarki, pisała nie będę), teraz wydawnictwo Egmont Polska pod koniec kwietnia (premiera gry to 17 maja 2011 r.) postanowiło wydać czasopismo do gry Komiksowe Hity - Wiedźmin z premierowym komiksem, Racja Stanu, nawiązującym stylistyką do gry Wiedźmin 2: Zabójcy królów.
Nie interesuje mnie komiks (jak już wspomniałam, "plastyczna konwencja gry" zupełnie mi nie odpowiada, chociaż załączone zdjęcie wygląda obiecująco), ile strony redakcyjne czasopisma, które mają dotyczyć "fenomenu Wiedźmina. Znajdą się na
nich artykuły o Andrzeju Sapkowskim, materiały przybliżające kulisy
powstawania samego komiksu, plakaty itp. Gracze będą mogli również
zapoznać się z informacjami dotyczącymi gry „Wiedźmin 2: zabójcy
królów”."
Czy można się spodziewać merytorycznie dobrze przygotowanego materiału? Poniżej pełny opis zapowiadanego czasopisma.
Nowa przygoda Białego Wilka, dotąd niepublikowana, stworzona przez polskich autorów ukaże się już w kwietniu.W związku ze światową premierą gry „Wiedźmin 2: Zabójcy królów” wydawnictwo Egmont Polska wyda czasopismo do gry „Komiksowe Hity – Wiedźmin”, o objętości 52 strony. Na jego łamach premierę będzie miał komiks – Racja Stanu.Premiera pisma zaplanowana jest na koniec kwietnia, blisko miesiąc przed światową premierą gry. Jego najważniejszą częścią będzie 23-stronicowy komiks, autorstwa Michała Gałka, Arkadiusza Klimka i Łukasza Pollera. Polscy autorzy przygotowali z tej okazji zupełnie nową wiedźmińską opowieść, utrzymaną w plastycznej konwencji gry. Druga część komiksu ukaże się w kolejnym zeszycie (czerwiec 2011).Strony redakcyjne pisma będą dotyczyć fenomenu Wiedźmina. Znajdą się na nich artykuły o Andrzeju Sapkowskim, materiały przybliżające kulisy powstawania samego komiksu, plakaty itp. Gracze będą mogli również zapoznać się z informacjami dotyczącymi gry „Wiedźmin 2: zabójcy królów”.
piątek, 23 kwietnia 2010
Sapkowski na Dzień Książki
Dzisiaj kolejny Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich.
Dla Warszawy jedną z atrakcji będą autobusy (w liczbie trzydziestu), z
głośników których rozlegać się będą głosy lektorów czytających książki,
nie tylko klasyków, ale m.in. Andrzeja Sapkowskiego.
W całym kraju odbędą się liczne imprezy, o których wiadomo, że będzie
ich wiele, główna strona Światowego Dnia Książki jest bowiem
nieaktualizowana... Dowiedzieć się natomiast nieco więcej można ze strony zorganizowanej specjalnie przez wydawnictwo Świat Książki.
niedziela, 15 listopada 2009
W krainie śmierci - "Żmija", Andrzej Sapkowski, SuperNOWA 2009
Zaczynając lekturę tej powieści miałam w pamięci wcześniejsze jej recenzje, co tu dużo mówić, nie najlepiej wyrażające się o niej. Starałam się nie nastawiać pesymistycznie, chociaż sama nie byłam pewna, czy Żmija mi się spodoba choćby ze względu na tematykę – nie przepadam za literaturą wojenną. Ale przecież to Sapkowski, tłumaczyłam sobie, na pewno jest tam coś więcej niż pełen patosu dramat żołnierzy, jaki znam z innych książek, czy filmów. Miałam nadzieję, że nie będzie to typowa męska rzecz.
I cóż… Ogólnie rzecz biorąc, książka zła nie jest, ale też i wiele więcej w niej nie ma, wszak liczy sobie zaledwie dwieście trzydzieści stron, nie uwzględniając słowniczka „afgańskiego” na końcu. I to jest mój główny zarzut w stronę Żmii – przy tak niewielkiej objętości, cała, interesująca przecież, historia robi wrażenie przeładowanej informacjami, w której bohaterowie nie mają szansy „ożyć”. O ile też potrafię zrozumieć zakończenie cyklu wiedźmińskiego, czy nawet doprawdy nienajlepszy koniec Trylogii husyckiej, o tyle finał Żmii jest dla mnie kompletnym nieporozumieniem. Czytelnik, zwłaszcza ten szanujący osiągnięcia Andrzeja Sapkowskiego, ma pełne prawo czuć się oszukany, „nabity w butelkę”, przez podanie właściwie wszystkich odpowiedzi w wielkim skrócie. Ostatnie piętnaście stron książki bowiem sprawia wrażenie napisanych w pośpiechu, nie pozostawia po sobie żadnych emocji poza rozczarowaniem. A rozczarowanie jest tym większe, że przecież to Sapkowski!
Dla tych jednak, którzy z literaturą ASa jeszcze się nie zapoznali, będzie to całkiem przyjemna przygoda na jeden, góra dwa wieczory. W Żmii znajdziemy wszystko, co w prozie tego pisarza najlepsze. Jak zwykle podziwu godny świetny styl, mniej lub bardziej ironiczny. Znajdziemy też wiele aluzji do literatury i kultury, jedne odczytamy od razu (czasem są zbyt oczywiste), nad innymi będziemy musieli się nieco zastanowić. Brakowało mi natomiast odautorskich sentencji, które tak ceniłam w wiedźmińskim cyklu i których wiele znaleźć można w Trylogii Husyckiej. Zupełnie nie rozumiem zarzutów o znikomą obecność humoru, którego jest w powieści naprawdę dużo pod różnymi postaciami: jest więc subtelny, nasączony sarkazmem komentarz do wydarzeń charakterystycznych dla każdej z wojen, który wywołuje uśmiech w stylu „skąd ja to znam”; jest też dowcip typowo żołnierski, niejednokrotnie rozbawiający do łez. Trzeba przecież pamiętać, że nie jest to fantasy, chociaż fantastyki tutaj nie brakuje.
Wbrew pozorom, książka ma też więcej wspólnego z cyklem wiedźmińskim, niż by się mogło wydawać. Główny bohater, potomek polskich emigrantów, Paweł Sławomirowicz Lewart, posiada pewne cechy Geralta – to wyrzutek nie potrafiący znaleźć sobie miejsca w świecie, mający tę samą zuchwałą manierę erudyty kontrastującą z jego profesją (dopiero później dowiadujemy się, że był studentem), goniący za marzeniem wbrew zdrowemu rozsądkowi. Lewart poszedł do wojska nie dlatego, że był zagorzałym patriotą, ale dlatego, że nie miał pomysłu co zrobić ze swoim życiem. Jego postawa przypomina jako żywo Geralta z Mniejszego zła, chcącego za wszelką cenę zachować neutralność, zrezygnowanego i pokonanego przez los rębajłę do wynajęcia. Oleg Jewgieniewicz Stanisławki vel „Łomonosow” to ni mniej ni więcej jak Regis, który z wielkim zapałem częstuje Lewarta uczonymi wywodami historycznymi, botanicznymi, psychologicznymi i literackimi. To on, podobnie jak wampir z Wiedźmina, tłumaczy koledze, co z człowiekiem robi wojna, czym grozi bezczynne „płynięcie z prądem”. Odnaleźć też można wiele innych powiązań, jak choćby przebijającą między wierszami refleksję nad człowieczeństwem i potwornością. Nie wspominając już o głównym wątku i tytułowej żmii (kolejne wcielenie bogini-matki?), które Sapkowski połączył z mitami różnych kultur, podobnie jak zrobił to w przypadku motywów z Wiedźmina i mitem arturiańskim.
Pochwalić można Żmiję także za stronę merytoryczną. Sapkowski po raz kolejny pokazał, że potrafi korzystać ze źródeł wszelakich i umiejętnie wplatać je w opowieść. O ile przez pierwsze kilka stron „wgryzienie” się w język sprawia pewne problemy i trzeba posługiwać się słownikiem, o tyle dalej idzie coraz lepiej. Gorzej jest już ze stroną redakcyjną – błędy w słowniku, polegające na powtórzeniu informacji z książki lub braku wyjaśnień czy pojęć, a także całkiem sporo podstawowych potknięć (głównie interpunkcyjnych) przy tak niewielkiej objętości i czasie redagowania (pół roku z okładem) może zirytować. Nie byłabym sobą, gdybym nie wypomniała też paskudnej okładki, która aż krzyczy „nie bierz mnie do ręki!”.
Czytając, nie mamy wątpliwości, jakie jest przesłanie powieści, które również powtarza się we wcześniejszych książkach Andrzeja Sapkowskiego. Żmija obnaża wojnę z wszelkiego patosu i bohaterstwa. Krew wkrótce wsiąka w pustynny piasek i jedyne co zostaje, to strach jutra. Od zarania dziejów, czy były to podboje Aleksandra Wielkiego, czy radziecka interwencja pod koniec lat 80., wzgórza Hindukuszu nie są przyjazne dla nikogo poza jego rdzennymi mieszkańcami. Wprowadzenie retrospekcji uzmysławia jedno – historia toczy się kołem i lubi się powtarzać. Szkoda, wielka szkoda, że te wątki nie zostały rozbudowane, że bohaterowie są ledwie naszkicowani, że książka nie ma zwyczajnie chociaż tych pięćdziesięciu stron więcej, bo Żmija miała potencjał na dobrą, naprawdę dobrą powieść wojenną.
I cóż… Ogólnie rzecz biorąc, książka zła nie jest, ale też i wiele więcej w niej nie ma, wszak liczy sobie zaledwie dwieście trzydzieści stron, nie uwzględniając słowniczka „afgańskiego” na końcu. I to jest mój główny zarzut w stronę Żmii – przy tak niewielkiej objętości, cała, interesująca przecież, historia robi wrażenie przeładowanej informacjami, w której bohaterowie nie mają szansy „ożyć”. O ile też potrafię zrozumieć zakończenie cyklu wiedźmińskiego, czy nawet doprawdy nienajlepszy koniec Trylogii husyckiej, o tyle finał Żmii jest dla mnie kompletnym nieporozumieniem. Czytelnik, zwłaszcza ten szanujący osiągnięcia Andrzeja Sapkowskiego, ma pełne prawo czuć się oszukany, „nabity w butelkę”, przez podanie właściwie wszystkich odpowiedzi w wielkim skrócie. Ostatnie piętnaście stron książki bowiem sprawia wrażenie napisanych w pośpiechu, nie pozostawia po sobie żadnych emocji poza rozczarowaniem. A rozczarowanie jest tym większe, że przecież to Sapkowski!
Dla tych jednak, którzy z literaturą ASa jeszcze się nie zapoznali, będzie to całkiem przyjemna przygoda na jeden, góra dwa wieczory. W Żmii znajdziemy wszystko, co w prozie tego pisarza najlepsze. Jak zwykle podziwu godny świetny styl, mniej lub bardziej ironiczny. Znajdziemy też wiele aluzji do literatury i kultury, jedne odczytamy od razu (czasem są zbyt oczywiste), nad innymi będziemy musieli się nieco zastanowić. Brakowało mi natomiast odautorskich sentencji, które tak ceniłam w wiedźmińskim cyklu i których wiele znaleźć można w Trylogii Husyckiej. Zupełnie nie rozumiem zarzutów o znikomą obecność humoru, którego jest w powieści naprawdę dużo pod różnymi postaciami: jest więc subtelny, nasączony sarkazmem komentarz do wydarzeń charakterystycznych dla każdej z wojen, który wywołuje uśmiech w stylu „skąd ja to znam”; jest też dowcip typowo żołnierski, niejednokrotnie rozbawiający do łez. Trzeba przecież pamiętać, że nie jest to fantasy, chociaż fantastyki tutaj nie brakuje.
Wbrew pozorom, książka ma też więcej wspólnego z cyklem wiedźmińskim, niż by się mogło wydawać. Główny bohater, potomek polskich emigrantów, Paweł Sławomirowicz Lewart, posiada pewne cechy Geralta – to wyrzutek nie potrafiący znaleźć sobie miejsca w świecie, mający tę samą zuchwałą manierę erudyty kontrastującą z jego profesją (dopiero później dowiadujemy się, że był studentem), goniący za marzeniem wbrew zdrowemu rozsądkowi. Lewart poszedł do wojska nie dlatego, że był zagorzałym patriotą, ale dlatego, że nie miał pomysłu co zrobić ze swoim życiem. Jego postawa przypomina jako żywo Geralta z Mniejszego zła, chcącego za wszelką cenę zachować neutralność, zrezygnowanego i pokonanego przez los rębajłę do wynajęcia. Oleg Jewgieniewicz Stanisławki vel „Łomonosow” to ni mniej ni więcej jak Regis, który z wielkim zapałem częstuje Lewarta uczonymi wywodami historycznymi, botanicznymi, psychologicznymi i literackimi. To on, podobnie jak wampir z Wiedźmina, tłumaczy koledze, co z człowiekiem robi wojna, czym grozi bezczynne „płynięcie z prądem”. Odnaleźć też można wiele innych powiązań, jak choćby przebijającą między wierszami refleksję nad człowieczeństwem i potwornością. Nie wspominając już o głównym wątku i tytułowej żmii (kolejne wcielenie bogini-matki?), które Sapkowski połączył z mitami różnych kultur, podobnie jak zrobił to w przypadku motywów z Wiedźmina i mitem arturiańskim.
Pochwalić można Żmiję także za stronę merytoryczną. Sapkowski po raz kolejny pokazał, że potrafi korzystać ze źródeł wszelakich i umiejętnie wplatać je w opowieść. O ile przez pierwsze kilka stron „wgryzienie” się w język sprawia pewne problemy i trzeba posługiwać się słownikiem, o tyle dalej idzie coraz lepiej. Gorzej jest już ze stroną redakcyjną – błędy w słowniku, polegające na powtórzeniu informacji z książki lub braku wyjaśnień czy pojęć, a także całkiem sporo podstawowych potknięć (głównie interpunkcyjnych) przy tak niewielkiej objętości i czasie redagowania (pół roku z okładem) może zirytować. Nie byłabym sobą, gdybym nie wypomniała też paskudnej okładki, która aż krzyczy „nie bierz mnie do ręki!”.
Czytając, nie mamy wątpliwości, jakie jest przesłanie powieści, które również powtarza się we wcześniejszych książkach Andrzeja Sapkowskiego. Żmija obnaża wojnę z wszelkiego patosu i bohaterstwa. Krew wkrótce wsiąka w pustynny piasek i jedyne co zostaje, to strach jutra. Od zarania dziejów, czy były to podboje Aleksandra Wielkiego, czy radziecka interwencja pod koniec lat 80., wzgórza Hindukuszu nie są przyjazne dla nikogo poza jego rdzennymi mieszkańcami. Wprowadzenie retrospekcji uzmysławia jedno – historia toczy się kołem i lubi się powtarzać. Szkoda, wielka szkoda, że te wątki nie zostały rozbudowane, że bohaterowie są ledwie naszkicowani, że książka nie ma zwyczajnie chociaż tych pięćdziesięciu stron więcej, bo Żmija miała potencjał na dobrą, naprawdę dobrą powieść wojenną.
Na zakończenie dwa fragmenty humorystyczne (może ja mam nietypowe poczucie humoru, ale mnie się podobało) - pierwszy będący ironicznym komentarzem, drugi to już dowcip swobodniejszy:
Ataku na zastawę, jak wkrótce donieśli konfidenci KHAD-u, dokonał ze swym oddziałem Tarik Sayid Qâdir, podległy współpracującemu z wywiadem pakistańskim ugrupowaniu Dżamiat-i i Islami. Że zaś według jednego z konfidentów bazą wypadową Tarika SayidQâdira miała być wioska Chorandżarik, wioskę Chorandżarik ostrzelały i zbombardowały myśliwce szturmowe Su-25, nie zostawiając z niej kamienia na kamieniu. Trzy dni później KHAD oskarżył o atak na zastawę mudżahedinów mułły Abdurabullaha, jednego z podkomendnych Gulbuddina Hekmatiara z ugrupowania Hezb-i Islami. A że aktywnej pomocy mulle Abdurabullahowi miała udzielać wioska Szaran Karz, wioskę Szaran Karz poddano ostrzałowi rakietami odłamkowo-burzącymi z wyrzutni BM-21 Grad, nie zostawiając z niej nawet większego kawałka gliny. Niedługo później KHAD rozstrzelał swego konfidenta, okazało się bowiem, że oskarżał fałszywie, mając z mieszkańcami obu wiosek zatargi natury personalnej. Atak zaś na zastawę tak naprawdę był dziełem niezależnego chwilowo od nikogo pułkownika Munawara Rafi Hafiza, bazującego niekiedy w kiszłaku Szindzaraj. Ponieważ jednak tymczasem namnożyło się już całkiem nowych i świeżych ataków na posterunki i w kancelariach panował nieopisany bajzel, logistyka zawiodła i kiszłaku Szindzaraj zapomniano zbombardować. Zamiast tego szturmowce Su-17 zrzuciły bomby na będącą całkiem ni pri czom i pokojowo usposobioną wioskę Mirab Chel. I przemieszały ją z ziemią.
s. 19-20
Na widok pół litra moskowskoj oczy Barmaleja i Jakora rozbłysły, a Zacharycz oblizał się. Szybko znalazły się kubki. Nalano, wypito, powąchano skórkę chleba, westchnięto. A Lewart uznał, że czas na pytanie o znaczeniu egzystencjalnym.- Powiedzcie - uniósł wzrok - jak tu jest?Barmalej parsknął.- Jak tu jest, pytasz? Powiedz mu, Jakor, jak tu jest.- Z lewa chujnia - wyjaśnił Jakow Lwowicz Awierbach. - Z prawa chujnia. A pośrodku pizdiec.
czwartek, 12 listopada 2009
O wojnie i pokoju
Nie ma pokoju dla wojownika, jego wojna nie kończy się nigdy.
Żmija, Andrzej Sapkowski, SuperNOWA 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)















