Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Białołęcka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Białołęcka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 maja 2011

W magicznej konspiracji - "Naznaczeni błękitem", tom II, Ewa Białołęcka, RUNA 2005

Ci, którzy przeczytali pierwszy tom cyklu Kroniki Drugiego Kręgu, z pewnością sięgną po kolejny, utrzymany w tym samym tonie barwnej opowieści przygodowej, cieszący stylem i bogatymi postaciami zarówno smoków, jak i ludzi.

Druga część Naznaczonych błękitem już bardziej przypomina powieść, podzieloną na dwa główne rozdziały-opowiadania. Pierwsze opisuje życie Kamyka na Smoczym Archipelagu, wśród magicznych skrzydlatych istot i w towarzystwie maga Słonego i jego rodziny, wzloty i upadki przyjaźni z Pożeraczem Chmur, nowych wrogów i przyjaciół. Chłopiec odkrywa największą tajemnicę wyspy Jaszczura, która będzie miała ogromny wpływ na niego samego. Drugie opowiadanie to powrót chłopca na stały ląd, do Zamku Magów, szkoły, w której spodziewa się kształcić swe zdolności. Niestety jego oczekiwania spełzają na niczym, okazuje się bowiem, że nauczyciel nowego rocznika, Gladiator, to mściwy, wyrachowany i złośliwy belfer potrafiący jedynie nękać ostrym słowem i nudnymi lekturami. Jednym słowem ktoś, kogo wciąż możemy znaleźć w naszych szkołach. Autorka z rozmysłem w krzywym zwierciadle pokazuje nie tylko wrednego nauczyciela nie mającego serca do wpajania wiedzy, przeciwstawiając mu pełnego pasji i rozumiejącego potrzeby młodych umysłów Kowala, ale też cały system polskiej edukacji, w której wciąż liczy się przede wszystkim teoria i to, co jest wypisane na dyplomie, a nie indywidualizm i prawdziwa wiedza.

Kamyk wraca do Lengchorii jako żywa legenda, Smoczy Jeździec, którym są zafascynowani wszyscy uczniowie. Jednak cichy, niemy i nad wyraz spokojny młody mężczyzna rozczarowuje swego największego fana, Nocnego Śpiewaka, który sądził, że taka postać powinna mieć waleczny charakter i nie bać się niczego. Wkrótce okazuje się, że Kamyk posiada te cechy, nie jest tylko tak szalony i beztroski jak jego włochaty towarzysz. Nocny Śpiewak to kolejny wyrzutek w kolekcji Ewy Białołęckiej – jego silny dar stworzyciela sprawił, że chłopak od urodzenia porośnięty jest sierścią niczym Chubaka. Śpiewaka czytelnik poznaje już w pierwszym tomie, gdzie dowiaduje się, jak tragiczne i niesprawiedliwe miał dzieciństwo, dlatego potrafi zrozumieć silną potrzebę akceptacji nastoletniego czarodzieja. Pojawiają się też inni – Winograd umiejący porozumiewać się ze zwierzętami, Jodłowy zwany Myszką, który okazuje się być nieprzeciętnym Wędrowcem (mag posiadający zdolność teleportacji), Mówca Koniec (takie imię, nie koniec zdania), Obserwator Gryf, Wiatromistrz Diament, a także Zwycięski Promień Świtu posiadający talent ognia. Każdy z nich ma swoje tajemnice, które czytelnik poznaje jeszcze w tym tomie lub dopiero będzie miał okazję je odkryć, każdy jest odmienny i żywy, łatwo się z którymś utożsamić. Chłopcy, w oczekiwaniu na ostateczne egzaminy, które pozwolą im stać się błękitnymi magami, nazywają się Drugim Kręgiem, nie wiedząc nawet, jak bardzo to określenie będzie znaczące. Powoli tworzy się między nimi więź, której nie będzie w stanie rozerwać żadna siła, a łączy ich wspólna walka o zdobycie prawdziwej wiedzy.

W tej części wyraźnie zaznacza się ścieżka, którą obrała autorka, a zarysowała ją już w poprzednim tomie. Do świadomości młodych magów dociera, że ich starsi opiekunowie pragną władzy i wcale nie zamierzają kształcić następców oddanych magii i światu, ale ślepe narzędzia do realizacji ich własnych celów. Chłopcy stawiają cichy opór i mimowolnie „schodzą do podziemia”, sami zdobywając należną im wiedzę, co można porównać z postępowaniem młodzieży polskiej w latach powstań czy panowania komunizmu. Białołęcka wyraźnie dzieli świat pod względem Dobra i Zła, chociaż to Zło nie jest nieznaną, potężną siłą piekielną, a tkwi w ludziach i najbardziej odzwierciedla się w chęci autorytatywnego panowania i czynienia innych zależnymi. Widoczny jest rozłam nie tylko między mistrzami a młodymi „połówkami”, następuje on również wśród samych błękitnych. Jednak jedynie Wiatr Na Szczycie ma dość odwagi sprzeciwić się postępowaniu kolegów, chociaż w skrytości ducha popierają go Mówca Kowal i Stworzyciel Grzywa, o których zapewne jeszcze usłyszymy w dalszych częściach.

Ewa Białołęcka wciąż posługuje się prostymi aluzjami, utartymi schematami w budowaniu zarówno postaci, jak i świata, jednak to najlepszy sposób trafić w wyobraźnię młodych czytelników, którzy potrzebują wiary w samych siebie, przykładów, że mimo przeciwności można osiągnąć upragnione cele wytrwałością i własnym rozwojem. Przydałoby się, żeby książkę przeczytał też minister Zdrojewski i jego świta stojąca na straży polskiego systemu edukacji, może nauczyliby się z niej czegoś mądrego.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Jak zaprzyjaźnić się ze smokiem - "Naznaczeni błękitem", tom I, Ewa Białołęcka, RUNA 2010

Tkacz iluzji zdobył sobie uznanie jako drobny zbiorek kilku opowiadań o niesłyszącym chłopcu z magicznymi zdolnościami, który podobał się nie tylko młodzieży, do której jest bezpośrednio kierowany, ale także dorosłym fantastom. Antologia wydana w 1997 roku zapowiadała rozwinięcie losów Kamyka i jego przyjaciół. I tak się też stało – w 2002 roku Ewa Białołęcka wydała w wydawnictwie RUNA powieść Kamień na szczycie będącą kontynuacją opowiadań, w następnym roku pojawiła się książka Piołun i miód. I zapadła cisza na dwa lata, w ciągu których autorka pracowała nie tyle nad kontynuacją, co nad uzupełnieniem białych plam w historii Kamyka. Owocem tego jest dwutomowy zbiór opowiadań Naznaczeni błękitem (choć wydawnictwo uparcie nazywa je powieścią), który po raz pierwszy ukazał się w 2005 roku. W zapowiedziach pojawiła się ostatnia część cyklu, Czas złych baśni, na którą fani czekają z coraz mniejszą cierpliwością. Aby nieco odciągnąć ich uwagę albo, wręcz przeciwnie, przyciągnąć ponownie, wydawnictwo RUNA wypuściło na rynek drugie, rzekomo poprawione wydanie (uczciwiej byłoby określić je zmienionym, gdyż inna jest okładka, pojawiło się więcej obrazków, większa jest też czcionka, natomiast błędy są wciąż te same…) pierwszego tomu Naznaczeni błękitem.
Pomijając jednak wszystkie te zawiłości i brak terminowości samej Ewy Białołęckiej, opowiadania jej autorstwa warto polecić zwłaszcza młodym czytelnikom, chociaż mogą one nie skusić nastolatków, zdominowanych przez paranormal romance czy pełne akcji sword & sorcery, są bowiem łagodniejsze w formie, pisane są bardziej złożonymi zdaniami i nie zawierają tak wiele przemocy. Patrząc na okładkę i rysunki będące częścią nowego wydania, można odnieść wrażenie, że wydawnictwo zdawało sobie sprawę z sytuacji rynkowej i obrało młodszy cel – obrazki z pewnością spodobają się dzieciom 8-, 10-letnim, tak samo jak opowiadania.
Część pierwsza Naznaczonych błękitem zawiera pięć opowiadań, ułożonych chronologicznie (dzięki czemu można je rozpatrywać w kontekście luźnej powieści), w których poznajemy nie tylko Kamyka, ale także Złotego Roga, największego w historii Lengorii maga iluzji, żyjącego na długo przed głównym bohaterem, Nocnego Śpiewaka, posiadającego tak wielką moc tworzenia, że dar spowodował wyrośnięcie sierści jego właściciela, a także Pożeracza Chmur, nastoletniego smoka, z którym zaprzyjaźnił się Kamyk. Białołęcka w pięknym stylu opowiada losy każdego z nich, poruszając przy tym otwarcie problematykę poniżającego traktowania rzekomo niesprawnych ludzi (Kamyk), okrucieństwa silniejszych wobec słabszych (Nocny Śpiewak) czy rasizmu. Używa jasnych symboli, posługuje się wyraźnymi nawiązaniami do rzeczywistości, by czytelnikowi pokazać, że świat nie jest bajką, wychodząc ze słusznego założenia, że dzieci powinny się o tym dowiedzieć prędzej niż później. Naznaczeni błękitem to jednak nie tylko opowieść o złu tamtego i tego świata, autorka umiejętnie przedstawia także rozwój pięknej przyjaźni chłopca i smoka, którzy stają się dla siebie jak bracia, pokazuje też, że człowiek może osiągnąć wszystko tylko wtedy, jeżeli naprawdę tego chce i nie przeszkodzi mu w tym brak słuchu czy dłoni.
Bogaty, barwny język opowieści (czasem za bardzo naładowany emocją i patosem) poruszy wyobraźnię zarówno młodych, jak i starszych czytelników. Autorka postarała się o wiarygodne przedstawienie wszystkich swoich postaci, z niezwykłą wrażliwością i znawstwem opowiada o kompleksach niesłyszącego Kamyka czy obawach przypominającego zwierzę Nocnego Śpiewaka. Udało jej się nawet odmalować prawdziwy obraz smoka, chociaż ani jego wygląd (być może wzorowany na podaniach azjatyckich i przypominający jako żywo smoka z Nie kończącej się historii Michaela Endego), ani zachowanie (będące zlepkiem utartych wizerunków smoka w historii fantasy) nie są oryginalne. Także schematyzm stworzonej magii świata Ewy Białołęckiej nie razi, pisarka bowiem postarała się o jej wierne i szczegółowe opisanie. Magia właśnie jest swego rodzaju pretekstem do poruszenia głównego motywu stworzonego świata – to ona dzieli ludzi, powoduje, że posługujący się nią mają większe przywileje od zwykłych śmiertelników, jest także narzędziem władzy. Krąg Magów, dla wielu istniejący jako wyidealizowany obraz potęgi, do którego chciałby należeć każdy młodzik posiadający czarodziejskie zdolności, okazuje się być siedzibą wyrachowanych ludzi przekonanych o swojej wyższości i pragnących monopolu na czary, co dostrzec można już w pierwszym opowiadaniu Twierdza na Kozim Wzgórzu, a co pogłębia się wraz z lekturą.

Recenzja również na Katedrze.

niedziela, 13 września 2009

Polconowe opowieści cz. V

Ostatni dzień konwentu zaczęliśmy od Konkursu dla bajarzy o 10.00. Kibicowałam dzielnie Filipowi przez godzinę, po czym zostawiłam go dla Ewy Białołęckiej, która w sąsiedniej sali opowiadała o Szarlatanach i szarlatanerii. Autorka zaczęła od prezentacji czytania dłońmi po kartkach papieru, z zasłoniętymi oczami oczywiście, w której wzięłam czynny udział...jako urocza asystentka;-) Zasłoniłam Ewie oczy kawałkami czegoś w rodzaju modeliny (nie pamiętam, jak to się dokładnie nazywało), a następnie ciemnym szalikiem, po czym rozdałam osobom z publiczności kartki papieru, na których flamastrami mieli wypisać krótkie hasła. Następnie zebrałam je wszystkie i kolejno podsuwałam Ewie, a ta wprawiała wszystkich w radosne zdumienie odgadywaniem poszczególnych wyrazów. Publiczność jednak nie dała się nabrać i oczekiwała wyjaśnień. Otóż w taki sposób z poważnymi, sędziwymi naukowcami zabawiała się nastoletnia Linda Anderson, bodajże w latach 60. Urocza i niewinnie wyglądająca piętnastolatka wodziła za nos kilku panów, którzy badali jej nadnaturalne umiejętności z zachwytem. Zdemaskował ją dopiero James Randi, amerykański iluzjonista, od wielu lat zajmujący się udowadnianiem światu, że żadna magia nie istnieje. Randi jest autorem książki Przybysze z Syriusza, dzisiaj już właściwie niedostępnej, w której demaskuje słynne media, rozbierając ich metody na części pierwsze podczas specjalnych testów. Był na tyle zdeterminowany, że założył specjalną fundację (Fundacja Randiego, a jakże!), która oferuje milion dolarów temu (!), kto przedstawi rzeczywisty dowód dokonania jakiegokolwiek paranormalnego zjawiska. To niesamowite, ile ludzie są w stanie oddać za przekonanie się o istnieniu cudu, jak bardzo chcą wierzyć, że istnieją zjawiska niewytłumaczalne - tysiące dolarów tonie w takich przedsięwzięciach, jak uzdrawianie, szkoły lewitacji, wyginanie łyżeczek, astromancje, chiromancje i różne inne mancje...

Po jakże ciekawej i prześmiesznej prelekcji nadszedł czas na zejście na parter, na spotkanie z Marcinem Przybyłkiem i jego Typologią Junga. Chociaż już wcześniej spotkałam się z tym podejściem do psychologii ludzkiej, to nigdy nie rozpatrywałam jej pod kątem czytelniczym. Podobna jest ona nieco do tożsamości narracyjnej, o której pisałam wcześniej. Wszyscy wiemy, że nasz mózg podzielony jest na dwie części - półkula lewa odpowiada, ogólnie rzecz biorąc, za logikę, prawa zaś za twórczość, wyobraźnię i emocje. W związku z tym, istnieją dwa główne sposoby postrzegania świata:
  • percepcyjny - logiczny, szczegółowy;
  • intuicyjny - emocjonalny, całościowy.
Zarówno percepcjonista, jak intuicjonista mogą dwojako analizować rzeczywistość myśleniowo lub czuciowo. Jung wytypował więc 4 typy osobowości, które późniejsi naukowcy oznaczyli odpowiednimi kolorami:
  • Czerwony - to intuicjonista myśleniowy, dla którego liczą się przede wszystkim wyniki, nie ludzie, jest podatny na zmiany i bardzo chętnie się im poddaje; w literaturze zwraca on uwagę na to, w jaki sposób prowadzona jest fabuła, czy fakty mają ręce i nogi, oraz konkrety;
  • Żólty - to intuicjonista czuciowy, chętny na zmiany, nowe pomysły, otwarty na ludzi, którzy przede wszystkim liczą się dla niego jako grupa (każdy z jej członków powinien czuć się dobrze, inaczej nie ma zabawy); podczas czytania zwraca on uwagę na bohaterów, ich psychologiczną wiarygodność, na ich kontakty i połączenia z innymi postaciami;
  • Niebieski - percepcjonista myślowy, to ktoś w rodzaju "księgowego", jak określił Marcin, dla którego najważniejsze są fakty, logika, szczegółowa analiza, nie ludzie, nie lubi zmian; taki ktoś lubi uporządkowane wydarzenia, nie znosi chaosu i nadmiaru wątków, ważne jest przede wszystkim urządzenie świata w logiczny sposób i szczęśliwe zakończenie;
  • Zielony - percepcjonista uczuciowy jest raczej zamknięty w sobie, ostrożny, nieufny, dla niego liczą się ludzie jako jednostki i bliskie relacje z nimi; w książkach lubi więc przede wszystkim wyrazistych bohaterów, ważne są dla niego ich emocje i rozwój duchowy.
Przeważnie, ludzie łączą w sobie różne typy, z mniejszym lub większym naciskiem na którąś z osobowości. Po głębszym zastanowieniu wyszło mi, że jestem typem żółto-czerwono-zielonym (dokładnie w tej kolejności). A Wy?

I to było ostatnie konwentowe spotkanie, w jakim uczestniczyłam. Pożegnałam się z Anią i Andrzejem i razem z Filipem i Maegiem udaliśmy się na ostatni posiłek... Potem przyszedł czas na odebranie rzeczy z hotelu, jazdę na dworzec i drogę powrotną do domu.

Za rok Tricon w Cieszynie, a wcześniej może jeszcze Falkon...

piątek, 4 września 2009

Polconowe opowieści cz. II (piątek)

Piątek zaczęliśmy oddzielnie - Filip poszedł na LARP-a Warhammer Dwie Baszty, ja na prelekcję Wyjątki z historii anatomopatologii, którą prowadzili Marcin Zaród i Joanna Filipczak. Dostaliśmy historię medycyny sądowej w pigułce, bardzo ciekawą zresztą. Czy wiedzieliście, że już w 1248 roku istniał opis postępowania na miejscu morderstwa? Zapis pochodzi z Szanghaju i m.in. mówi o tym, że na miejscu przestępstwa trzeba zwracać uwagę na najmniejszy nawet szczegół. W roku 1507 powstał tzw. Kodeks Bamberski Spraw Gardłowych, który nakazywał śledczym konsultację z lekarzem w wypadku nagłej śmierci kobiet i dzieci. Jesienią 1889 roku, podczas śledztwa w sprawie zniknięcia francuskiego komornika, przeprowadzono pierwszą profesjonalną sekcję zwłok. Jak zapewne wiecie, najczęściej do tajnych mordów wykorzystywano arszenik. Proceder ten trwał do końca XIX wieku, czyli całkiem długo, do momentu, aż dowiedziano się, jak z powodzeniem wykrywać truciznę w organizmie. Prowadzący opierali się na książce Stulecie detektywów, ja znalazłam świetny portal kryminalistyczny dla zainteresowanych.
Joasia opowiada o wydarzeniach z Londynu z 1915 roku, o psychopacie topiącym swoje małżonki w wannie...
Po prelekcji poszłam do sali 362 na konkurs filmowy, żeby zabić czas. Było bardzo zabawnie, kibicowałam drużynie Kamyczków, w której skład wchodziła m.in. Ewa Białołęcka. Organizatorzy konkursu przyłożyli się - konkurencje podzielone były na kadrowe (Z jakiego filmu jest ten kadr?), kalambury, prezentacje fragmentów filmowych (Co to za film?; Kim jest ten aktor? Co jest nie tak? itp.). Niestety nie wiem kto wygrał, bo musiałam pędzić po bratanka i na czwarte piętro na warsztaty Jak jeszcze lepiej opowiadać, prowadzone przez Staszka Krawczyka. Przyznam szczerze, że wynudziłam się trochę, chociaż zajęcia prowadzone były interesująco - RPG nie jest jednak moją tematyką i jakoś nie mogę się przekonać do tego specyficznego sposobu narracji. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie jeden z członków naszej grupy, który negował wszystko, co mówili inni i nie chciał współpracować, a chyba nie o to w tym chodzi? Dobrze, że nie braliśmy wszystkiego poważnie i na zadanie "stwórz opis krajobrazu baśniowego" sfabrykowaliśmy postapokaliptyczną wizję świata w rdzawych barwach, na której pasły się różowe jednorożce z dwoma rogami...

Przed 15.00 znowu się rozdzieliliśmy - Filip poszedł do swoich nowych znajomych z LARP-a, ja na spotkanie z SuperNOWĄ. Nie pojawił się niestety redaktor naczelny,  Mirek Kowalski, zamiast niego była obecna pani Marzena Kłos i autorzy: Witek Jabłoński, Marek Baraniecki, Paweł Kempczyński, w ostatniej chwili dołączył Marcin Przybyłek. Co ciekawego będzie się działo w najbliższym czasie w wydawnictwie? Niewiele. Na przełomie września i października (chociaż podejrzewam, że jednak w październiku) pojawi się oczekiwana Żmija Andrzeja Sapkowskiego. W późniejszym czasie (czytaj: najpewniej na początku przyszłego roku) nakładem wydawnictwa ukaże się antologia o kotach, do której jeszcze "piszą się" opowiadania; w przyszłym roku ma wyjść również powieść Jabłońskiego, na razie zatytułowana Słowo i miecz. Marcin Przybyłek mówił o swojej najnowszej książce, Gamedec: Zabaweczki. Sztorm, która ma mieć premierę jeszcze we wrześniu. Lekki niesmak wywołała odpowiedź na pytanie, czemu nie ma Sapkowskiego - "pod koniec sierpnia zawsze bierze urlop" (akurat, no ale przecież nie można powiedzieć, że czytelników pisarz ma gdzieś, a już na pewno nie może tego powiedzieć jego wydawnictwo), ale ten autor już coraz mniej mnie obchodzi... Niewiele mogę powiedzieć o Marku Baranieckim, który praktycznie się nie odzywał, o Witku opowiadać nie będę (uroczy gaduła, jak zwykle), Paweł Kempczyński wydał mi się... dziwny przez lekkie zmanierowanie w sposobie mówienia, pozytywne wrażenie wywarł na mnie natomiast Marcin Przybyłek, w dowcipny sposób opowiadający o tym, jak pisze (do jego osoby wrócę jeszcze nieraz). Ogólnie, przyjemnie było posłuchać, jak koledzy po fachu nawzajem prawią sobie humorystyczne złośliwości, nie szczędząc ich również wydawnictwu, widać było jednak sympatię i szacunek.
Od lewej: Marzena Kłos, Marek Baraniecki, Witold Jabłoński, Paweł Kempczyński
Zamiast na Psychologię głębi Marcina Przybyłka (o, jakże teraz żałuję!), poszliśmy na obiad, a później odwiedziliśmy Targi, gdzie nabyłam Piołun i miód Ewy Białołęckiej. Od Runy dowiedziałam się także, że książka Maćka Guzka Czyste dobro, o której pisałam już w styczniu, powinna trafić do księgarń pod koniec 2009 r. W parku odbywał się konkurs rysowania na asfalcie na rzecz biednych dzieci (malowidła nie zdobiły uliczki zbyt długo, w sobotę rano zmył je deszcz):
Humorystyczna wersja naukowo-fantastyczna; autor nieznany
Całkiem poważna wersja fantasy rysowana przez Krewcię
Zdążyłam jeszcze na ostatnie minuty spotkania autorskiego z Ewą Białołęcką, zdobyłam jej autograf i dowiedziałam się, że kolejna część cyklu, Czas złych baśni, ukaże się na początku przyszłego roku.

O 18.00, już w komplecie, zajęliśmy pierwsze miejsca w auli 358 na prelekcji Witka Jabłońskiego i Eli Żukowskiej Co nam zostało z dawnych bogów. W sumie, było to powtórzenie spotkania avangardowego, ale kilka nowych informacji też wyłowiłam. Np. to, że termin "pogaństwo" ukuł kościół chrześcijański, aby zdeprecjonować dawne religie. Działało to na zasadzie "niewidzenia belki we własnym oku" - np. chrześcijanie zarzucali poganom "bałwochwalstwo", czyli czczenie wizerunków bożków, a sami modlili się przecież do obrazów i figurek Jezusa czy Matki Boskiej. Wiedzieliście, że 25 grudnia, katolickie Boże Narodzenie, dla Słowian był dniem narodzin boga Mitry? A propos tzw. grzechów ciężkich - to dopiero chrześcijaństwo zaczęło cenić dziewictwo u kobiet - dla Słowian dziewictwo było oznaką, że z dziewczyną jest coś nie w porządku; najlepiej jeśli już miała dziecko, oznaczało to bowiem, że jest płodna.
Cały Witek - jak zacznie mówić, skończyć nie może;-)
Przed 19.00 znowu nastąpił rozdział w naszej grupie - Filip poszedł na Graj twardo, spotkanie z Johnem Wickiem, a ja i Lili zostałyśmy na spotkaniu autorskim z Marcinem Przybyłkiem. Jeśli jeszcze się nie domyśliliście, kto na Polconie zajął moje serce, to teraz ogłaszam to oficjalnie - Przybyłek właśnie!;-) Spotkanie bardzo fachowo i interesująco prowadziła Klaudia Heintze, która zadawała niesztampowe pytania - np. dlaczego w opisie niemal każdej bohaterki wspomniany jest jej brzuch, albo co świadczy o czyimś szaleństwie.
Klaudia zastanawia się, jakim pytaniem "zastrzelić" Marcina, Marcin zastanawia się, dlaczego na ekranie nie wyświetla się pulpit z jego laptopa...
Mogliśmy zobaczyć ostatni przedpremierowy zwiastun (rewelacyjny, profesjonalny, no cudo!) promujący cykl o Gamedecu, który pod koniec września będzie też dostępny w internecie, m.in. na stronie Gamedec Zone. Obejrzeliśmy też prezentację, w jaki sposób, krok po kroku, robiony był spot reklamowy. Nie czytałam dotąd niczego autorstwa Marcina, ale zamierzam nadrobić zaległości i to pewnie szybciej, niż myślę (nie wytrzymam do przyszłego roku). Opowiadał tak ciekawie o tym, jak tworzył postać, świat i poszczególne jego elementy, że muszę się przekonać, jak to wygląda w praktyce.

I tak zakończył się dzień drugi Polconu.

środa, 1 lipca 2009

Nie tylko dla młodzieży - "Kamień na szczycie", Ewa Białołęcka, RUNA 2002

Ewę Białołęcką poznałam dobrych kilka lat temu, kiedy przeczytałam jej zbiór opowiadań Tkacz Iluzji, dzisiaj uzupełniony o kilka opowiadań i rozbity na dwie części zatytułowane Naznaczeni błękitem t. I i II przez wydawnictwo RUNA. Kamień na szczycie to kolejny tom cyklu Kronik Drugiego Kręgu i opowiada o dalszych losach Kamyka i jego przyjaciół na wyspie smoków, gdzie spotkali rodzinę maga Słonego. Sielanka prysła jednak, gdy okazało się, że błękitni magowie wiedzą o ich istnieniu i spiskują, w jaki sposób ich ukarać lub wykorzystać i zawładnąć skarbami, które zdobyli (pisząc skarby, mam na myśli starożytne księgi pozostawione w niezwykłej jaskini na Smoczym Archipelagu, gdzie dawniej przebywali magowie). Kamyk i ferajna postanawiają więc wrócić na ojczyste ziemie w myśl zasady "najciemniej pod latarnią" i tam szukać schronienia i pomocy. Podczas podróży wydarzy się wiele rzeczy, które wystawią przyjaźń członków Drugiego Kręgu na próbę, dojdzie także do nieoczekiwanych spotkań.

Tak najkrócej przedstawić można fabułę Kamienia na szczycie. Książka to jednak znacznie więcej, niż opowieść drogi o kilkorgu wyrzutkach i ich ucieczce przed starszyzną. To przepiękna, wzruszająca historia o przyjaźni, miłości, zdradzie, możliwościach wyboru... wbrew pozorom, o życiu po prostu, tyle że ubranym w szatę fantasy młodzieżowej. Świetnie narysowani bohaterowie, którym Białołęcka poświęca tyle samo uwagi, wciąż ewoluują, zmagając się z przeróżnymi emocjami. Te uczucia oddane są w sposób jak najbardziej prawdziwy - gniew, ból, wątpliwości, samotność, namiętność - czytelnik także je odczuwa.

Akcja prowadzona jest w pięknym stylu, chociaż zakończenie przyprawiło mnie niemal o zawał - zostałam kompletnie zaskoczona i uważam jednak, że brak wcześniejszych przesłanek zaszkodził fabule, przez to wyszła trochę nielogiczna, jakby autorka w trakcie pisania wpadła na pomysł dalszego ciągu i ciach!, wrzuciła to do książki bez patrzenia na konsekwencje. Fani Białołęckiej (lub ci, którzy czytali także jej dorosłe książki) na pewno zwrócą uwagę na inny rodzaj humoru, niż w jej powieściach dla dorosłych - jest niewymuszony, bez takiej ilości sarkazmu i złośliwości (co zrozumiałe), cieplejszy i o wiele bardziej zabawny, kilka razy popłakałam się ze śmiechu.

Jeśli chodzi o stronę redakcyjną - nie ma większych błędów; w odbiorze przeszkadzał mi mały odstęp między poszczególnymi wierszami, co przy małej czcionce powodowało zlewanie się tekstu. Ładna okładka - zupełnie inna od nachalnych grafik innych publikacji (chociaż jest to też minus, bo tak naprawdę nie zwraca na siebie uwagi, a młodych ludzi przyciąga jednak kolor, kontrast, jasny przekaz). Szkoda, że RUNA nie walczy o lepszą i bardziej agresywną promocję swoich pozycji, przynajmniej dla tych autorów, których promować warto.

Kamień na szczycie to, mimo upływu lat, dobra lektura nie tylko dla młodzieży. Dobrze będą się bawić przy niej również dorośli.

piątek, 26 czerwca 2009

Komu Zajdel, komu?

Z pewnym opóźnieniem przedstawiam nominacje do najważniejszej (chociaż już coraz mniej znaczącej, a coraz bardziej negowanej) polskiej nagrody fantastycznej im. Janusza A. Zajdla.

Powieść:
Ewa Białołęcka - Wiedźma.com.pl
Anna Brzezińska - Ziemia niczyja
Stefan Darda - Dom na wyrębach
Rafał Kosik - Kameleon
Magdalena Kozak - Nikt
Krzysztof Piskorski - Zadra t.1
Opowiadanie:
Jacek Dukaj - Kto napisał Stanisława Lema?
Anna Kańtoch - Światy Dantego
Magdalena Kozak - Sznurki przeznaczenia
Andrzej Miszczak - Harpunnicy
Wit Szostak - Podworzec
Laureatów poznamy, jak zwykle, podczas konwentu fantastycznego Polcon, który odbędzie się w dniach 27-30 sierpnia w Łodzi. Głosować będą uczestnicy konwentu, w tym, mam nadzieję i ja, więc muszę nadrobić zaległości, chociaż wiem, że mój głos na pewno nie powędruje do Magdy Kozak (za co ona dostała aż dwie nominacje, to nie wiem...).

czwartek, 18 czerwca 2009

Nie taki anioł dobry, jak go malują - "A.D. XIII", t. I, Fabryka Słów 2007

A.D. XIII to zbiór jedenastu opowiadań różnych polskich pisarzy fantastyki, którego tematem są aniołowie (i, jak się w treści okazuje, nie tylko). Ogólnie wyszło średnio, ale nie ma co się czepiać, rzadko zdarza się, żeby antologia różnych stylów wypadła równo i dobrze. Bardzo ciekawy natomiast wstęp specjalistki z tej dziedziny - Mai Lidii Kossakowskiej - warto przeczytać, żeby dowiedzieć się nieco więcej o niebiańskich wysłannikach. Wielu autorów poszło schematem, kilku wniosło coś nowego, odświeżającego obraz anioła w mojej wyobraźni. Ogólnie rzecz biorąc, nie mają nasi pisarze dobrego zdania o anielskiej instytucji, widać tutaj wpływ Kossakowskiej, która przełamała pogodny wizerunek Anioła Stróża. No to po kolei.

Jacek Komuda - Herezjarcha
Za długie, nudne, chociaż pisane poprawnym stylem (jedynie poprawnym), z przewidywalnym w zasadzie od początku i naciąganym zakończeniem.

Adam Przechrzta - Agentes in rebus
Taka sobie, lekko przewrotna historia miłosna osadzona w czasach starożytności (chyba). Przechrztę stać na wiele więcej, co pokazał chociażby w Gothique (NF nr 10 2006).

Rafał Dębski - W odcieniach szarości
Tutaj mam mieszane odczucia. Byłoby to naprawdę dobre opowiadanie - bo historia oryginalna, wywołująca refleksję nad pojęciem dobra i zła oraz wiarą, podobało mi się także pomieszanie wschodniej i zachodniej religii oraz nawiązanie do współczesnych wydarzeń (wojna w Iraku). Ale... No właśnie, wszystko psuje sposób opisu, niedopracowana stylistyka - miejscami patetyczna do bólu.

Ewa Białołęcka - Angelidae
I tu wielkie rozczarowanie - moja ulubiona polska pisarka, a popełniła taką słabiznę, w której opisuje fabułę grubymi nićmi szytą, z wymuszonym, niesmacznym miejscami humorem, taki "potworek".

Katarzyna Anna Urbanowicz - Oczy jak chabry
Nie znam tej pani kompletnie i... jakoś chyba nie chcę poznać. Jej opowiadanie byłoby wzruszającą opowieścią z okresu drugiej wojny światowej, gdyby nie chaotyczny i prostacki styl.

Krzysztof Kochański - Enklawa Łobzonka
Od tego opowiadania jest znacznie lepiej. Akcja przeniesiona w alternatywną (?) przyszłość Polski za lat kilkadziesiąt (a drogi dalej w złym stanie;)), nieco intertekstualnej gry i subtelnego humoru.

Marcin Wroński - Piękne jesteście, przyjaciółki moje
Wariacja na temat historii Szymona Maga (kto zacz) podprawiona wątkiem walki nieba i piekła o ludzką duszę. Jedno z moich ulubionych.

Jacek Piekara - Operacja Orfeusz
I teraz, chociaż do tej pory nie mogę w to uwierzyć, wyznam, że to jedno z najlepszych opowiadań w tej antologii. Mocna, z wartką akcją i realistycznie przedstawiona historia podróży do piekła i z powrotem. Wzruszyłam się losem głównego bohatera.

Mirosława Sędzikowska - Łowca
Zabawne, świetne opowiadanko o pogoni za zbuntowaną duszą z psychopatą, polskimi emigrantami (akcja osadzona w Wielkiej Brytanii), przewrażliwionym Pakistańczykiem i homoseksualistą intrygantem w tle. Autorka wykorzystała temat przewodni zbioru do pokazania współczesnych problemów i udało jej się to doskonale.

Magda Kozak - Air Marchails
Przekombinowane, ze zbyt dużą ilością technicznych szczegółów związanych z lotnictwem, które miały łatać niezbyt dobry język autorki, w rezultacie zaś zaciemniały i spowalniały akcję.

Tomasz Bochiński - Bardzo zły
Ostatnie w zbiorze, dobre opowiadanie osadzone na warszawskiej pradze z wątkiem kryminalnym i grubą, wredną bohaterką robiącą za detektywa Zytą Karwowską. Niemal natychmiast przypomniała mi się równie złośliwa bohaterka Wiedźmy.com.pl Białołęckiej i zastanawiałam się, kto kim się inspirował - Białołęcka Zytą czy Bochiński... Białołęcką...

środa, 15 października 2008

Fantasy w stylu chick lit - "Wiedźma.com.pl", Ewa Białołęcka, Fabryka Słów 2008

Dla tych co nie wiedzą, czym jest "chick lit" - pojęcie obejmujące literaturę kierowaną do młodych kobiet (20-30 lat), zwłaszcza pracujących i niezależnych singielek, której bohaterkami są, jakżeby inaczej, młode, inteligentne, niezależne kobiety, które sukcesem zawodowym zastępują życie prywatne i (podobno) są z tego powodu szczęśliwe. Mniej więcej;)

Główną bohaterką Wiedźmy.com.pl Ewy Białołęckiej jest Krystyna Szyft, przez najbliższych zwana Reszką. Jest samotną matką, redaktorką w wydawnictwie, uzależnioną od kawy, papierosów netomanką. Niespodziewanie dla siebie samej i dla reszty rodziny Reszka dostaje w spadku po zmarłej ciotce, Katarzynie Szyft, dom razem z kawałkiem ziemi na wsi Czcinka. Ucieszona perspektywą własnego gniazdka (wraz z 6-letnim synem mieszka u rodziców) wyrusza na rekonesans. Okazuje się jednak, że spadkowy dom to w zasadzie ruina, która będzie potrzebowała porządnego remontu (na który nie bardzo bohaterkę stać, a właściwie to wcale jej nie stać), a wieś Czcinka zamieszkana jest nie tylko przez żywych, choć jakże ciekawych mieszkańców i w dodatku nie ma jej nawet na mapie (a znalezienie jej w Google to marzenie ściętej głowy). Jakby mało było tego, że Reszka zaczyna widzieć i rozmawiać z duchami, zza grobu daje znać o sobie również dawna właścicielka posiadłości, która ma jeszcze wiele do powiedzenia. W zmaganiu się z duchami i tytułową wiedźmą pomaga pani redaktor doktor Kobielak, lekarz alkoholik. Chemią między tymi dwojgiem aż kipi i wcale nie jest to sprawką samogonu;)

Książkę czyta się szybko i przyjemnie, nie ma co do tego wątpliwości. Reszka to charakterna i nieco cyniczna kobieta, którą życie nieźle doświadczyło, a mimo to nie traci sił (choć czasem ręce jej opadają). Książka pisana jest w pierwszej osobie, cały czas miałam więc wrażenie, że jest autobiograficzna (zresztą, jeśli spojrzeć na zdjęcie zamieszczone na wewnętrznej stronie okładki, to wrażenie się jeszcze pogłębia). Czasem jednak cięty język, którymi bohaterka się szczyci i którym komentuje wydarzenia i ludzi, nawet dla mnie, wielbicielki ciętego języka, wydawał się niezbyt na miejscu.

Mieszkańcy zapomnianej wsi są w zasadzie zaledwie naszkicowani, daje się jednak odczuć ich nieufność wobec kolejnej Szyftównej, którą kobieta powoli przełamuje. Duchy błąkające się w okolicy domu bohaterki to nie straszące i rzucające wszystkim poltergeisty, tylko zagubione dusze, których marzeniem jest jedynie znaleźć spokój. Przy okazji autorka porusza ważne społeczne wątki związane z naszą historią, jak wrogość do Niemców czy Żydów. Natomiast Katarzyna Szyft to prawdziwa wiedźma, jej postać nieodmiennie wywoływała we mnie skojarzenia z epoką wiktoriańską - sztywne stroje, sztywna etykieta, surowa postać sztywnej (dosłownie i w przenośni) pani Szyftowej. Rewelacyjna postać. Sam Kobielak, bodajże Andrzej mu było na imię, to facet po przejściach, który utknął w Czcince na własne życzenie - tu może pić kiedy chce i leczyć kiedy jest trzeźwy (a czasem i nawet kiedy jest w stanie wskazującym).

Książkę Ewy Białołęckiej przeczytałam już jakiś czas temu, ale pamiętam ją bardzo dobrze. Bynajmniej nie ze względu na porywającą fabułę (bo taka nie jest), czy świetnie namalowany świat fantastyczny (akcja toczy się przecież współcześnie). Ta kobieta zwyczajnie potrafi wprawić mnie w dobry nastrój swoim stylem pisania, choć muszę przyznać że z dużo większą uwagą i radością czytałam opowiadania o Kamyku (Kamień na szczycie, t. 1 i 2). Czegoś mi jednak w tej lekturze brakowało. Może to przez cały zarys powieści - samotna matka odkrywa w sobie dar i walczy z duchami i czarownicą, a to wszystko na tle rozwijającego się wątku miłosnego... momentami czułam się, jakbym czytała Helen Fielding albo Norę Roberts. Faktem jest, że po przeczytaniu Wiedźma.com.pl czułam pewien niedosyt i wcale nie dlatego, że chciałabym poznać dalsze losy bohaterów (cała reszta po happy endzie jest doprawdy mało interesująca). Miałam wrażenie, że Białołęcka napisała tę książkę, zbytnio nie przykładając się do szczegółów fabuły, nie włożyła w nią serca. Ot, taka książeczka na dłuższą podróż, albo na przyjemne spędzenie jesiennych wieczorów. Brakowało mi tego czaru, który urzekł mnie w opowieściach o Kamyku i jego przyjaciołach.

P.S. Przeglądając stronki w internecie dotyczące Białołęckiej, trafiłam na recenzję Wiedźmy.com.pl na stronie "Newsweeku", która zaczyna się tak:
Harriet Potter i wieś tajemnic
Ewa Białołęcka, autorka zasłużona dla krajowej literatury fantastycznej, jest zbyt ambitna aby bez mrugnięcia okiem przekopiować w swojej książce schemat powieści o Harrym Potterze. Na początku "Wiedźma.com.pl" wydaje się jednak, że coś jest na rzeczy - tyle, że Harry jest tu dojrzałą kobietą, a akcja rozgrywa się w zupełnie zwyczajnej, współczesnej Polsce.
Obśmiałam się jak norka! Większej bzdury dawno już nie czytałam, oczywiście chodzi o porównanie do Pottera, nie o słuszną uwagę o zasługach pani Ewy dla naszej fantastyki. Pan Bartek, autor recenzji, powinien wziąć sobie do serca zasadę, że aby ocenić jakąś książkę, wypadałoby ją przeczytać...