Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historycznie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 czerwca 2017

Wikingowie zdemitologizowani - "Furia ludzi Północy", Philip Parker, tłumaczenie: Norbert Radomski, Rebis 2016 r.

Furia ludzi Północy. Dzieje świata wikingów jest książką, którą powinien przeczytać każdy fascynat epoki wikingów. Musi jednak uważać, ponieważ może mocno się rozczarować. Jest to bowiem jeden z nielicznych rzeczywistych obrazów tych wojowników, całkowicie niemal odzierający ich z legendarnej wielkości. Nie jest to również praca łatwa w odbiorze, prawdę mówiąc, jest jedną z gorszych, jakie kiedykolwiek czytałam. Ponieważ cenię sobie nie tylko akuratne oddanie epok historycznych, lecz także oddanie ich w dobrym stylu, musiało minąć sporo czasu, żebym uznała jej wartość merytoryczną jako wiele większą nad językową.

Furia ludzi Północy to bowiem praca mocno nieskładna, nie dająca wiele tła historycznego do opisywanych postaci, wydarzeń. Autor bombarduje faktami, datami, imionami; ciężko się w tym odnaleźć, tym bardziej, że imiona wikińskich władców często się powtarzają. Dopiero notowanie kolejnych dat oraz imion pozwoliło mi panować nad lekturą. Dodatkowo ani autor, ani tym bardziej redaktor nie wyjaśniają pojęć tam, gdzie są używane po raz pierwszy, tylko przy innej okazji.
Układ rozdziałów jest również nielogiczny - rozdział drugi powinien być trzecim, a trzeci drugim. Jakby tego było mało, autor często się powtarza - w różnych kontekstach przywołuje te same wydarzenia, co tylko wprowadza dodatkowy chaos.

Język książki jest nijaki, suchy, bezbarwny, chwilami jedynie autor przejawia sarkastyczne poczucie humoru. W dalszych rozdziałach, gdzie jest mniej dat i postaci, opowiadających o bardziej ustabilizowanym życiu wikingów, specyficzne poczucie humoru staje się trochę częstsze, a do stylu można przyzwyczaić i nie przeszkadza tak bardzo w odbiorze.

Teraz czas na plusy, które mogą przyćmić powyższą krytykę. Opisywane są tutaj nie tylko wydarzenia czy kultura wikingów, lecz także pojmowanie ich historii przez historyków oraz ich potomków, co daje szerokie spektrum wpływu, jaki wciąż mają wikingowie na życie obecnych. Książka jest niezwykle bogata w szczegóły wykopalisk, sposobów badań historyków i archeologów, zestawia bardzo dużo źródeł z literatury naukowej i sag, co daje bardzo pełny obraz kultury i społeczeństwa wikingów. Jestem pełna podziwu dla drobiazgowej pracy archeologów, którą opisuje autor, i dla samego autora za motywację zebrania ich wyników i okraszenia ich własnymi komentarzami.

Philip Parker już na zawsze zmienił moje postrzeganie o wikingach, jednak dzięki tej książce jestem bogatsza o cenną wiedzę nie tylko o historii wojowników, ale też o podejściu do badań historycznych w ogóle. A w kolejce czeka już Młot i krzyż. Nowa historia wikingów Roberta Fergusona.

czwartek, 22 czerwca 2017

Królowa, nałożnica i książęta - Damy ze skazą; Kamil Janicki, Znak 2017 r.

Damy ze skazą to kontynuacja Kobiet z żelaza i jest równie wciągająca i naszpikowana szczegółowymi informacjami o średniowieczu, co jej poprzedniczka. Zdecydowanie wolę ten okres od złotego wieku Polski. Tym razem głównymi bohaterkami są Rycheza, żona Mieszka II, i Przedsława, nałożnica Bolesława Chrobrego.

Autor ponownie zadziwia rozległą wiedzą i detektywistycznym zacięciem, utrzymuje uwagę stylem o szybkim tempie, sensacyjnymi zwrotami, mnóstwem ciekawostek. Zupełnie inaczej postrzega się opisane tutaj nie tylko ówczesne społeczeństwo, lecz także wydarzenia w ogóle, które my (w sensie moje pokolenie lat 80.) znamy z przekłamanych podręczników. Dla mnie książki Janickiego są zupełnie inną wizją Polski i historii niż uczyłam się w szkole. Wizją pełniejszą, o wiele też ciekawszą i pasjonującą. Ja uczyłam się o królu Bolesławie, królu Mieszku II,  nie wspominano o rządach Bezpryma czy Rychezy. Oczywiście należy mieć na względzie, że Janicki snuje więcej domysłów niż faktów (czego sam nie ukrywa w posłowiu), łączy je jednak w bardzo zgrabną opowieść, którą świetnie się czyta. W dodatku autor ma dobre poczucie humoru, które momentami jest wręcz rozbrajające.

Tak jak w poprzedniej części, tak i tutaj można dowiedzieć się wiele o życiu społeczności. W kontraście stawia autor zwyczaje i kulturę (przede wszystkim polityczną) z tą panującą (a raczej nie) w Polsce. Książka zawiera mnóstwo dodatkowych informacji o zwyczajach ogólnej średniowiecznej społeczności. Dowiemy się z niej między innymi, jak zrodziła się legenda Świętego Mikołaja, kim naprawdę był Popiel, poczytamy również o statystykach dotyczących samobójstw, gwałtów, morderstw w rodzinach królewskich.

Autor przede wszystkim skupia się na obrazie kobiet w ówczesnych czasach, nie tylko swoich bohaterek. To zadziwiające, jak bardzo zmienił się on w zaledwie kilka stuleci. Wczesne średniowiecze ceniło i rozwijało mądrość kobiet z wysokich rodów. Zastanawiające, jak to się stało, że ten szacunek tak szybko zamienił się w pogardę i uprzedmiotowienie.

Bardzo podoba mi się w książkach Janickiego, że do każdego wydarzenia, niemal każdej wzmianki o jakimś symbolu, dodaje on szeroki kontekst historyczny, dzięki czemu czytelnik poznaje nie suche fakty, a bogate życie tamtego okresu. Książki te są dowodem na to, że wczesne średniowiecze nie było epoką ciemną.

niedziela, 28 maja 2017

Miała być trylogia... I dobrze, że nie jest - "Topory i sejmitary", Radosław Lewandowski, Akurat 2017 r.

Topory i sejmitary to trzeci tom cyklu o wikingach Radosława Lewandowskiego. Moim zdaniem jest to najlepsza z części, jak do tej pory. Najbardziej spójna, w ogóle się nie dłuży, mimo że akcja nie jest tak dynamiczna, jak w poprzednich tomach.

Właściwie to niewiele nowego mogę napisać o tym tomie. Ponieważ nie opisuję treści książek, recenzja będzie chyba najkrótszą. Siłą powieści Lewandowskiego jest mocne ich osadzenie w historii. Pamiętam, że kiedy zabierałam się do czytania pierwszego tomu, sądząc, że będzie to fantasy z luźnym wątkiem historycznym, byłam przez chwilę rozczarowana, kiedy zorientowałam się, że jednak nie jest to powieść fantasy. Z czasem jednak zmieniłam zdanie i uważam, że fantasy byłoby zdecydowanie złym kierunkiem. Ponadto bardzo doceniłam (chociaż początkowo to również mnie denerwowało, psuło bowiem moje wyobrażenie o skandynawskich wojownikach), że Lewandowski przedstawia wikingów jako zwykłych ludzi, nie złoci ich, jak wielu autorów, wzorujących się bardziej na bohaterach sag, niż na źródłach naukowych.

Kolejna mocna strona to bohaterowie. Ciekawi, różni; nawet jeśli pojawiają się tylko na chwilę, zapadają w pamięć, wyróżniają się. Jak wspominałam już przy okazji drugiej części, Oddi Asgotsson jest jedną z najlepiej skonstruowanych postaci, autor świetnie poprowadził jego przemianę z tchórzliwego, zaszczutego dzieciaka w doświadczonego, mądrego wodza, prawdziwego przywódcę. Jego charyzma może nie poraża, ale cicho zdobywa sobie każdego, z kim się zetknie i budzi szacunek.

Topory i sejmitary wchodzą na tereny słowiańskie. I znowu Lewandowski świetnie zestawił różne kultury - wikingów, Indian, Rusów, Wenedów. Malowniczo i ciekawie opisane jest osadnicze życie w Smoleńsku, Kijowie. Bardzo podoba mi się też sposób, w jaki bohaterowie rozmawiają o życiu, tłumaczą sobie różne kwestie z pomocą sag i mitów. Tak bardzo odmienne jest to podejście od współczesnego, czasami żałuję, że nie żyję w tamtych czasach, wtedy wszystko było prostsze (przynajmniej z dzisiejszej perspektywy). Przy czym nie ma się wrażenia dygresyjności, co czasami można spotkać w powieściach - autor próbuje podać informacje o historii, pochodzeniu świata, niby wtrąca to do rozmowy bohaterów, a w lekturze odczuwane jest to jako zbędna wstawka, dygresja, jest sztuczna. W powieści Lewandowskiego te fragmenty są jednymi z ciekawszych.

I miało tutaj być podsumowanie trylogii… Jednak podsumowania nie będzie, ponieważ słowo trylogia w odniesieniu do tych powieści nie jest już właściwe, o czym z pewnością już wiecie. Podczas spotkania z Radosławem Lewandowskim na pikniku wikingów w Jomsborgu (tym warszawskim) dowiedziałam się, że trwają prace nad czwartą częścią, której akcja będzie się działa… na Sycylii. Jak dobrze pójdzie książka ukaże się pod koniec tego roku. Autor ma też pomysł na część piątą (w której chciałby posłać wikingów do Afryki - tak, oni też tam byli!), ale powstanie książki uzależnione jest od nas, czytelników. Kupujmy więc, czytajmy, bo jest na co czekać!

Dziękuję wydawnictwu Akurat za udostępnienie książki do recenzji.


czwartek, 8 grudnia 2016

Bądźmy bardziej Indianami - Radosław Lewandowski, "Wikingowie. Najeźdźcy z Północy", Akurat 2016 r.

Drugi tom cyklu Wikingowie dzieje się w całości w półmitycznej Winlandii, czyli Ameryki Północnej. Tym razem za główne tło społeczne służy kultura indian. Nie tylko to się zmieniło. Książka dostała piękną, wypieszczoną okładkę (nie tylko zewnętrzną) autorstwa Tomka Marońskiego.

Radosław Lewandowski skupia się tutaj na losach Oddiego Asgotsona, który trafia do indiańskiej wioski, co w dużej mierze zmienia jego światopogląd. Nie dowiemy się z tej części, co się wydarzyło u innych bohaterów, jednak zapowiedź trzeciej części na tylnej okładce powieści daje pewność, że Lewandowski do nich wróci. Podoba mi się ten zabieg zderzania kultury wikińskiej z innymi - w debiucie było to chrześcijaństwo i nieco islamu, drugi tom to wikingowie “kontra” Indianie. W ten sposób z pewnością lepiej przyswaja się wiedzę o obyczajach każdej z tych społeczności, nie mówiąc już o tym, że w wyobraźni można stworzyć ciekawy kolaż największych ich mądrości. Wiele miejsca autor poświęca tym kontrastom i, prawdę mówiąc, kultura wikińska wcale nie wydaje mi się już taką kuszącą.

To porównywanie światopoglądów i szczegółowo opisane życie plemion Windlandii, podobnie jak w pierwszym tomie, jest najmocniejszą stroną powieści. Ponadto dbałość Lewandowskiego w doborze cytatów z Eddy poetyckiej do każdego z rozdziałów jest imponująca. Poza tym styl nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest to mieszanka poetyki ze skandynawskich sag ze współczesnym językiem. Jednak jest to na pewno sygnatura autora i chociaż nie należy do moich ulubionych, nie da się go “smakować”, dość szybko się do niego przyzwyczajam i skupiam się całkowicie na opowiadanej historii. Podoba mi się też dłuższe posłowie od autora, w którym wyjaśnia, co jest fikcją, co wziął z historii, pozwala to osadzić powieść w kontekście historycznym, paradoksalnie dając jej większą wiarygodność.
  
Podobnie jak w poprzednim tomie, tak i tutaj jest kilkoro ciekawych postaci. Oprócz Oddiego najwięcej głosu autor oddaje Shaa-naan, młodej, pięknej (no jakże by inaczej), niezależnej i mądrej Indiance, która, zupełnie jak Pocahontas, tłumaczy przybyszowi z dalekich ziem prawdy jej świata. Poza nią uwagę przykuwa jeszcze jeden z wodzów, Snae-Kol, który okazuje się być bliższy Oddiemu, niż ten by przypuszczał. Sam Oddi bardzo się zmienił podczas swojej wyprawy. Ujęło mnie to, że nie zapomniał o swojej rodzinie, matce i siostrze, które postanowił uratować lub pomścić. Niby jest to oczywista oczywistość dla każdego pisarza, aby bohater nie tracił głębi emocjonalnej, jednak nie każdy potrafi to odpowiednio wplatać w rozwijającą się fabułę. Lewandowski ma wszystko dokładnie przemyślane, zwroty akcji, zaskoczenia i te bardziej wzruszające, emocjonalne momenty mają swoje miejsce, idealnie się ze sobą przeplatają, każdy w odpowiednim tempie. Czego mi brakuje to niedopowiedzeń w postaciach, ich złożoności. Czytelnik wie dokładnie, co i jak myśli każdy z bohaterów, nie ma tu miejsca na tajemnice czy wyzwania dla czytającego.

Oprócz opowiadanej historii powieść ma wyraźny ton refleksyjny, chwilami wręcz naiwnie moralizatorski. Próbuje mianowicie uświadomić, jak bardzo staliśmy się niewolnikami pieniądza i materialnych dóbr. I że zrobiliśmy się nimi wieki temu, co nie daje niestety wielkiej nadziei na zmianę. Może jednak taka nadzieja istnieje, może takie książki, jak Wikingowie Lewandowskiego, wzbudzą refleksję i zwiększą świadomość czytelników, oprócz niekwestionowanej rozrywki. Ja tymczasem przechowuję w pamięci mądrości plemienia Beothuków i czekam na trzeci tom.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat.

czwartek, 24 listopada 2016

Tajemnica lady Audley, Mary Elizabeth Brandon, tłumaczenie: Mira Czarnecka, Zysk i S-ka 2016 r.

Mimo pewnych elementów, które mi przeszkadzały, Tajemnica lady Audley to ciekawa powieść kryminalno-psychologiczno-obyczajowa. Złożona, dojrzała literacko, intrygująca i tajemnicza. Chociaż miejscami może okazać się nudna dla współczesnego odbiorcy, to z pewnością warta jest polecenia wszystkim, którzy lubią powieści retro, powieści historyczne, kryminały.

czwartek, 20 października 2016

Duma i uprzedzenie, Jane Austen, tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Świat Książki 2014 r.

Stało się. Zakochałam się w Jane Austen. Lubiłam i ceniłam filmy na podstawie jej powieści, ale w tym roku pokochałam twórczość pisarską. Zaczęłam od najbardziej uwielbianej książki - Dumy i uprzedzenia. W trakcie lektury nie mogłam się oprzeć przypominaniu sobie fragmentów z różnych wersji filmowych.

czwartek, 15 września 2016

Mąż głową kraju, ale żona szyją, która głową kręci... - "Żelazne damy", Kamil Janicki, Znak 2015 r.

Żelazne damy to jedna z ciekawszych pozycji popularnonaukowych, jakie czytałam. Książka jest świetną mieszanką historii i fikcji, a przede wszystkim doskonałym zapisem śledztwa autora dotyczącego obyczajowości średniowiecza i charakterów polskich władczyń.

środa, 30 marca 2016

Dzień z życia wikinga - "Wikingowie. Wilcze dziedzictwo", Radosław Lewandowski, Akurat 2016 r.

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo to pierwszy tom cyklu autorstwa Radosława Lewandowskiego. Autor dla mnie zupełnie nieznany, ale nie wahałam się długo, by sięgnąć po jego najnowszą powieść. Hasła jak „wiking”, „mitologia skandynawska”, „historia średniowieczna” potrafią przykuć moją uwagę, chociaż po niektórych doświadczeniach (o których możecie poczytać tutaj i tutaj) jestem ostrożniejsza w wyborze lektur. Powieść Lewandowskiego jednak okazała się przyjemnym zaskoczeniem i spełnieniem wszelkich obietnic prezentowanych przez wydawnictwo.

czwartek, 24 września 2015

Średniowieczny flow - "Ślepy demon. Sieciech", Witold Jabłoński, SuperNOWA 2015 r.

Ślepy demon. Sieciech był dla mnie tegorocznym zaskoczeniem. Po lekturze Słowa i miecza sądziłam, że to jednorazowa przygoda Jabłońskiego z taką formą średniowiecznych opowieści. To zaskoczenie było oczywiście jak najbardziej pozytywne. Pierwsza część bardzo mi się podobała, przede wszystkim ze względu na świetnie oddane realia historyczne oraz słowiańskie mity. Z niecierpliwością sięgnęłam więc po drugi tom. Autor nie zawiódł i otrzymałam kolejną żywą wersję średniowiecznej historii kraju Polan, mocno osadzoną w słowiańskich wierzeniach.

Język powieści jest jak zawsze potoczysty, barwny, ozdobny w wiele metafor. Jabłoński zdecydowanie nie jest zwolennikiem prostej formy, ale w jego przypadku to sie akurat sprawdza. Swoisty patos nie pozostawia wiele miejsca na humor, ale zdarza się on we właściwych momentach. Podobnie jak w Słowie i mieczu mnóstwo tu złości i agresji, wszyscy myślą tylko o krzywdzie, jakiej doznali, i zemście, jakiej dokonają! Jednak o wiele szybciej się do tego przyzwyczaiłam niż poprzednim razem i po przebrnięciu kilkunastu stron nie zwracałam już większej uwagi na jad wypływający z ust i myśli każdego bohatera. Może tacy właśnie byli nasi przodkowie, a może też autor chciał pokazać, że nie wszystko można osiągnąć dobrem odpłacając za zło…

Podobnie jak w Słowie i mieczu autor nie pokazuje słowiańskiej wiary jako jedynej słusznej, a raczej wskazuje, że religia to jedno, a ludzie ją wyznający lub działający w jej imieniu to zupełnie co innego. Autor z bezwzględnością i bez ogródek, o wiele silniej niż w poprzednim tomie, pokazuje obłudę ludzi, ukrywających się za prawdami swych wierzeń, knujących niezliczone intrygi. W tle, a właściwie jako jeden z głównych wątków, jest historia rodzącej się Polski. Może nie do końca jest ona zgodna ze źródłami (chociaż kto dzisiaj może stwierdzić, co jest prawdą, a co nią nie jest, zwłaszcza w przypadku tak odległych czasów), a z historią szkolną w ogóle, to jednak kulisy powstania kraju są przedstawione wiarygodnie i zajmująco.

Chociaż książka jest wciąż fantasy historyczną, to jest w niej mniej fantasy niż w poprzednim tomie. Mniej jest opisów obrzędów i zwyczajów, więcej uwagi autor poświęca intrygom i polityce jako takiej. Mimo to (a może właśnie dlatego) książka podobała mi się znacznie bardziej, jest bardziej ludzka. To zwłaszcza zasługa postaci, zarówno kobiet i mężczyzn. Sieciech, Kościej, Luba, Krystyna są wiarygodni psychologicznie i nieszablonowi, w przeciwieństwie do drugoplanowych bohaterów. Powrócili też bohaterowie z poprzedniego tomu: Mara, Andaj, bliźniaki, skrzaty. Chociaż są z boku głównej akcji, to jednak ich wątki zdają się istotne dla dalszych wydarzeń. Bogowie tutaj są podobni do ludzi, mogą stać się zarozumiali, gniewni, nigdy jednak radośni. Wydają się bardziej artefaktami, narzędziami w osiąganiu celów ludzkich, niż władcami umysłów śmiertelników.

Świetnie oddani są zwłaszcza Sieciech i Krystyna, dwoje młodych, ale już bardzo świadomych siebie ludzi, próbujących wywalczyć dla siebie życie w tym, co otrzymali od Losu. Wydarzenia pokazują, że lepiej wychodzą w życiu ci, co akceptują to, co im ono przynosi, niż ci, którzy ze wszystkim wałczą i przeciw wszystkiemu się buntują bez większego pomyślunku. Mam wrażenie, że średniowieczni ludzie już dawno odkryli, czym jest „flow”, który jest tak modny teraz, i z czego on wynika. Żyli w zgodzie z naturą, więc nie musieli się tego uczyć, mieli to we krwi i przekazywali tę wiedzę intuicyjnie.

Prolog wydaje się raczej epilogiem (właściwy epilog jest kontynuacją prologu), co już jednoznacznie wskazuje, że powstaje kolejna cześć, udowadnia też, że autor ma przemyślaną koncepcję dla całej historii, nie tworzy jej z tomu na tom. Ślepy demon. Sieciech podsyca apetyt na więcej.

Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Katedra.

niedziela, 14 września 2014

Za dużo, za mało - "Skald. Karmiciel Kruków", Łukasz Malinowski, Erica 2013 r.

Przymierzałam się do tej książki niejednokrotnie i zawsze po kilku, kilkunastu stronach dawałam za wygraną, zbyt poirytowana stylem autora i osobą głównego bohatera. Jakiś czas temu zawzięłam się i postanowiłam dać Łukaszowi Malinowskiemu ostatnią szansę. Miałam ochotę na wikińskie klimaty, średniowieczną epokę, sądziłam, że się przyzwyczaję do tego bezczelnego, aroganckiego, głupiego Ainara i przełknę liczne definicje odnoszące z historii, mitologii, obyczajów...

Nie w przypadku tej książki. Czytałam i zgrzytałam zębami niemal przy każdej stronie. I tak jestem z siebie dumna, dotrwałam do jakiejś dwusetnej strony, ale ostatecznie uznałam, że nie warto tak się męczyć. Dwa opowiadania i mikropowieść, tak można określić zawartość Skalda. Jest to jedna z niewielu książek, która wzbudziła we mnie tak wielką niechęć (inne znajdziecie na stronie Najgorsze książki). Historie są tu zwyczajne, niczym nie zaskakują, a nudzą przeraźliwie. Główny bohater to postać dla mnie całkowicie nie do zaakceptowania. Ainar wydaje się być kreowany na boskiego Lokiego, przebiegłego, egoistycznego, ale piekielnie inteligentnego aroganta. Dla mnie to jednak człowiek bez żadnego celu, bezczelny, złośliwy. Niegłupi, ale też i nie najmądrzejszy, niczym nie imponujący. Nie muszę lubić literackiego bohatera, ale jeśli jest to protagonista, oczekuję, że przynajmniej będzie miał w sobie coś takiego, co utrzyma mnie w lekturze, zaintryguje. Idealnym przykładem jest tu Locke Lamora z powieści Scotta Lyncha – nienawidziłam drania, ale od lektury Kłamstw Locke’a Lamory nie mogłam się oderwać przede wszystkim dlatego, że ten drań był piekielnie inteligentny i przebiegły. Ainarowi daleko, oj jak daleko…

W równym stopniu denerwowały mnie te encyklopedyczne wstawki. Na każdej stronie, często nawet po kilka razy czytelnik jest bombardowany definicjami z zakresu mitologii, obyczajowości, historii epoki. Pół biedy kiedy trafiało się to w opisach (aczkolwiek dygresje na temat mitologii mógł sobie autor darować w trakcie relacjonowania bitwy…), ale Malinowski wkładał też tłumaczenia w usta swoich bohaterów! Jakby tego było mało (a nie było), to jeszcze książka pstrzy się od przypisów. Nie wiem, jak innych, ale mnie coś takiego całkowicie wybija z lektury, nie daje mi żadnej przyjemności, odstręcza od zdobywania wiedzy, psuje ciekawość. Uwielbiam powieści historyczne, historyczne fantasy również, i dobre przygotowanie merytoryczne pisarza, ale nie wtedy, kiedy przytłacza to fabułę i bohaterów. Tutaj miałam wrażenie, że czytam encyklopedię do historii skandynawskiej. Wiedzę Łukasz Malinowski ma doprawdy ogromną i być może sięgnę po jego prace naukowe, ale od powieści będę się trzymać z daleka.

czwartek, 29 maja 2014

Powstanie Warszawskie

Kiedy się dowiedziałam, że do kin wejdzie Powstanie Warszawskie, film będący zbeletryzowanym montażem archiwalnych filmów z sierpnia 1944 roku, wiedziałam, że muszę to obejrzeć. Zastanawiałam się, czy twórcom uda się stworzyć spójną historię, jak będzie wyglądał ten niezwykle oryginalny film. Zastanawiałam się też, w jaki sposób do niego podejdę – wiedziałam, że nie będę w stanie oceniać go jak każdej innej produkcji, przecież tutaj nie chodzi o akcję, głębię i wiarygodność psychologiczną bohaterów. Stwierdziłam więc, że pójdę do kina z taką właśnie ciekawością, bez oczekiwań. I wyszłam kompletnie oszołomiona.

Nie da się ukryć, że Powstanie Warszawskie to rzecz zupełnie wyjątkowa. Ekipa Muzeum Powstania Warszawskiego, dźwiękowcy, montażyści, nawet specjaliści od koloryzacji wykonali solidną pracę, dzięki której udało się przenieść widzów w wojenną rzeczywistość. Chociaż filmy kręcone były przez działaczy propagandy AK, to jednak w produkcji nie czuć pompy ani nacisku na patriotyzm. Nie znajdziecie tutaj pytań - czy było warto, czy był sens, tym bardziej nie znajdziecie na te pytania odpowiedzi - jesteście świadkami faktów, zdarzeń z przeszłości; oceny, pytania i odpowiedzi oraz wnioski będą tylko Wasze.

Powstanie Warszawskie pokazuje tę codzienność powstańców i cywili, której nie widać w żadnym innym filmie fabularnym – jak przygotowywali się do walk, jak przemykali się zbombardowanymi ulicami, gdzie i co jedli, jak się ubierali, z czego się śmiali, jak chowali bliskich, jak się kochali. Chociaż większość ujęć to nie wojenna zawierucha, okropieństwo walk czuć w każdym momencie. Mnie uderzyły te właśnie zwyczajne sytuacje, zrobiło mi się wstyd, że tyle narzekam, że ciągle wydaję pieniądze na niepotrzebne rzeczy, że marnuję swoje życie... Jak traktuję swoje dziedzictwo, swój kraj? Ten film jak żaden inny każe się cieszyć teraźniejszością i walczyć o lepsze jutro - banalnie, najlepiej zacząć od siebie.

Pięknie zmontowane projekcje podobały mi się nawet w kolorze, chociaż pokazano też oryginalne, czarno-białe ujęcia. Do filmu przygotowano również dobry scenariusz, dubbing wcale nie przeszkadzał, czego obawiałam się najbardziej, momentami było naprawdę zabawnie. Jedyne, co mnie irytowało, to Agnieszka Kunikowska w roli Joanny – jej płaczliwy, piskliwy głos zagłuszał mi niepokój postaci o męża.  Michał Żurawski i Maciej Nawrocki jako bracia Karol i Witek byli świetni. Dopełnieniem obrazu jest wspaniała, idealnie wkomponowana muzyka, za którą odpowiada Bartosz Chojdecki.

Powstanie Warszawskie to nie jest film, to 90-minutowy kawałek naszej historii, którą każdy powinien zobaczyć. Najlepiej jeszcze w kinie i to z bliższych rzędów, gdyż obraz nie jest pokazywany na całej rozpiętości ekranu.

O wiele ciekawiej o produkcji napisał Patryk Karwowski, zachęcam do przeczytania jego wrażeń.

czwartek, 13 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień XII: Książka, którą kochasz i nienawidzisz jednocześnie

To było trudne zadanie. Mam wiele książek, które kocham albo bardzo lubię, mało jest takich, które budzą we mnie silną niechęć. Sądziłam, że nie znajdę takiej, która łączyłaby w sobie te dwie cechy. I właściwie nie znalazłam, ponieważ książka, o której dzisiaj napiszę, nie budzi we mnie tak skrajnych emocji - ale przyznam, że lubię ją i denerwuje mnie mniej więcej w takim samym stopniu.

To Narrenturm Andrzeja Sapkowskiego. Pierwszy tom Trylogii husyckiej zachwycił mnie bogactwem przedstawionego świata i klimatem średniowiecza, polubiłam Szarleja, który charakterem przypomina mi trochę Regisa z cyklu wiedźmińskiego. Zaintrygowana byłam też postacią Pomurnika, który wydawał mi się wówczas jednym z lepiej przedstawionych złych bohaterów. Autor poświęcił też wiele uwagi aktualnym wtedy wydarzeniom, komentując je ze swoistą sobie ironią i złośliwością.

I powieść byłaby naprawdę świetna, gdyby nie główny bohater. Reynevan to najbardziej irytująca i działająca mi na nerwy postać literacka. Ten bawidamek i nicpoń podnosił mi ciśnienie od pierwszych stron. To durny, nieodpowiedzialny i egoistyczny gnojek z niecierpliwym penisem, który jest przyczyną wszelkich nieszczęść w swoim otoczeniu, gorszą niż wszystkie plagi egipskie razem wzięte. Jego kolejne eskapady i niedorzeczne pomysły sprawiały, że niejednokrotnie odkładałam Narrenturm z postanowieniem, że nie sięgnę więcej po książkę. Po czym wracałam do niej i katowałam się dalej.

Narrenturm
Andrzej Sapkowski
SuperNOWA
2002 r.

piątek, 7 lutego 2014

30 dni z książkami - Dzień VI: Książka, która Cię smuci

Trochę ich było. Przygnębiają mnie właściwie wszystkie powieści Philipa K. Dicka, ostatnio czułam też spore rozżalenie po lekturze 451° Fahrenheita, ale dzisiaj chciałam napisać o książce, którą przeczytałam całkiem niedawno. Ostatni dzień lipca Bartłomieja Rychtera to kolejna powieść kryminalna w stylu retro po rewelacyjnym Złotym wilku, tutaj akcja toczy się już w XX wieku, w ostatnim roku wojny.

Ważniejszy jednak od wątku kryminalnego, i to podwójnego, jest tutaj obraz ogarniętej powstańczymi walkami Warszawy. O ile motyw zagadki niespecjalnie mnie zainteresował, rozmyty wśród wiru wydarzeń, to już krajobraz zniszczonej stolicy, pokrytych gruzem ulic, którymi zdarza mi się dzisiaj spacerować, budzi we mnie ogromny smutek. Autor porusza opisami zrujnowanych miejsc, umiejętnie oddał atmosferę wojny, strach ludzi po obu stronach barykady, okrucieństwo jednych i drugich; sugeruje delikatnie bezsensowność powstania warszawskiego, a przynajmniej ja tak to odebrałam. Czytając Ostatni dzień lipca, zdałam sobie też sprawę, że za mało wiem o historii mojego kraju, prawie zupełnie nie pamiętam, czego się uczyłam o wojnach światowych i postanowiłam to zmienić (pisałam już, że zaczęłam Boże Igrzysko Daviesa).

Powieść zmusiła mnie do zastanowienia się nad tym, co ja bym zrobiła, gdybym znalazła się w sytuacji bohaterów. I doszłam do wniosku, że ja bym pewnie uciekła, a przynajmniej próbowałabym ratować swoje życie, zamiast poszukiwać sprawców morderstwa obcej mi osoby. Wydaje mi się, że ludzie dzisiaj nie są już tak szlachetni i honorowi.

Naszła mnie również inna myśl - dzisiaj żyjemy zbyt wolno, nie żyjemy pełnią życia, czekamy, uważamy, że mamy jeszcze czas na wszystko, za dużo myślimy i analizujemy, zamiast akceptować los takim, jakim jest i cieszyć się z "najmniejszych" rzeczy, chociażby z tego, że możemy żyć w wolnym kraju i mamy szansę robić te wszystkie bzdury, którymi wypełniamy sobie świat...

Ostatni dzień lipca
Bartłomiej Rychter
W.A.B.
2012 r.

środa, 2 stycznia 2013

Ten statek tonie! Ratuj się, kto może! - "Okręt przeklętych", Viviane Moore, tłumaczenie: Szymon Żuchowski, W.A.B. 2012

Premiera Okrętu przeklętych, trzeciej części cyklu Rycerze Sycylii Viviane Moore była przekładana bodaj trzy razy. Sprawiało to, że z niecierpliwością czekałam na ten tom, mimo niezbyt przyjemnych wspomnień po Dzikich wojownikach. Wciąż liczyłam, że autorka mnie jeszcze zaskoczy i powróci w doskonałym stylu, którym dała się poznać przy Ludziach wiatru. Niestety Okręt przeklętych to jedna z najgorszych i najnudniejszych powieści, jakie zdarzyło mi się przeczytać w ciągu ostatnich lat.

Zacznijmy od tego, że trzeci tom nijak nie przypomina już kryminału, trudno też tu mówić o powieści historycznej. Moore zamiast opisywać trzymającą w napięciu intrygę z elementami średniowiecznej obyczajowości w tle wybrała przygodową, awanturniczą i melodramatyczną opowieść, która rozczarowuje na każdym kroku. Autorka akcję prowadzi chaotycznie, wrzuca poszczególne wątki przygodowe, niczemu nie służące, nie spełniające się nawet jako ciekawa dygresja. O samej tajemnicy, o której informuje wydawca na czwartej stronie okładki, czytelnik dowiaduje się dopiero w połowie powieści. Do tego czasu zdążyłam się już zmęczyć oczekiwaniem. Żadne śledztwo nie jest tu prowadzone, bohaterowie przypadkowo dowiadują się o mrocznych wydarzeniach na klasztornej wyspie i równie przypadkowo rozwiązują problem. Niewiele z tej powieści dowiemy się również o Tankredzie. Młody bohater przestaje być ważny, na pierwszy plan wychodzi wątek miłosny, sztampowy i przewidywalny motyw miłości zakazanej. Autorka ubarwia fabułę morskimi przygodami, bohaterowie muszą zmierzyć się z piratami i sztormami, a walki te rozpisane są na ponad sześćdziesiąt stron! Być może i mnie mogłoby to się wydać porywające, gdyby nie fakt, że spodziewałam się tego, co dostałam w pierwszych dwóch częściach – przekonującej, wciągającej intrygi i powolnego odkrywania tajemnicy losów Tankreda.

To, co najbardziej mnie jednak rozczarowało, to styl pisarki. Drażnił napuszony, poetycki język, naciągnięty i niewprawny w łączeniu zdań, jakby nie pisała tego Viviane Moore a ktoś inny. Zupełnie niepodobne do niej jest bowiem mieszanie stylizacji średniowiecznej z nowoczesną, a przede wszystkim liczne i kłujące w oczy błędy. Od tego patosu, przeładowania opisów krzywiłam się, gdy czytałam, że jedna z bohaterek „biegła w strzelaniu z łuku, mniej bała się pójść do boju, niż czekać, aż wróg dosięgnie ją w ciasnej kajucie służącej za mieszkanie na statku” (jakby kajuta mogła służyć do czegoś innego), albo o tym, jak przez kilka stron autorka sugeruje, że jeden z jej bohaterów to najgorszy dowódca, jakiego można sobie wyobrazić (s. 50), by trzydzieści stron później oświadczyć, że „był człowiekiem światłym i prawdziwym wojownikiem” w momencie, w którym bezmyślnie prowadził siebie i swoich ludzi na pewną śmierć. Tłumacz także się nie popisał. Wprawdzie ciężko jest sensownie przetłumaczyć takie bzdury, jak to, że ktoś jest po części korsarzem, po części piratem, ale nie musiał robić z czytelnika głupiego i zamiast wyjaśniać oczywiste cytaty (jak to zrobił na s. 84), powinien był się zająć wyjaśnieniem żeglarskich terminów, gdy nie robiła tego autorka.

Jedynym plusem książki są jej krótkie rozdziały, które pozwalały szybko się rozstać z nudną i niczego do historii nie wnoszącą przygodą. Okręt przeklętych, jak autorka określiła jeden z pirackich statków, nikogo więcej w podróż nie zabierze i ja również nie wsiądę po raz kolejny na ten sam pokład, na który weszli Tankred i Hugo z Tarsu.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Z niemożliwości w możliwość - "Czarne", Anna Kańtoch, Powergraph 2012


Długo czekałam na najnowszą powieść Anny Kańtoch. Wprawdzie prędzej i bardziej spodziewałam się premiery drugiego tomu Przedksiężycowych, ale kiedy się dowiedziałam, że Czarne zostanie wydane pod skrzydłami Powergraphu, stwierdziłam, że i ta powieść złagodzi moją niecierpliwość. A że wydawnictwo wie, jak podsycać ciekawość czytelnika enigmatycznymi informacjami i cudownymi okładkami (okładka do Czarne jest idealna), zaczęłam odliczać dni do premiery. Przyznam jednak, że czekałam na kolejną powieść autorki w stylu opowiadań o Domenicu Jordanie. Czarne okazało się książką kompletnie inną, wyłamaniem z dotychczasowej twórczości Kańtoch, prawdziwym kontrapunktem. Dowodem na to, że Anna Kańtoch to jedna z najlepszych i najbardziej obiecujących pisarek polskiej fantastyki, dojrzalsza, rozwijająca się, wymagająca od siebie i czytelnika.

To, co mnie zachwyciło od pierwszych stron, to język. Tutaj każde słowo jest przemyślane, nieprzypadkowe, ma swój cel. Czarne to przede wszystkim literacka uczta. Podziw należy się autorce, ale również osobie odpowiedzialnej za redakcję. Widać, że powieść jest owocem ich skutecznej współpracy, która pozwoliła pozbyć się wszelkich niedociągnięć. Początkowo jednak nie dawałam się do końca przekonać bohaterce i opowiadanej przez nią historii. Jej powolny tok narracji, rozciągający fabułę, w której pozornie nic się nie dzieje, mowa o przeciąganiu niemożliwego w możliwe i odwrotnie, sprawiały wrażenie mrocznego snu, w którym trudno doszukać się jakiegokolwiek sensu. Wszystko zmienił jednak piórowek. I Staś, ciągnący za sobą przyszłość. I jeszcze wiele innych elementów, które narratorka splatała w skomplikowaną sieć skojarzeń.

W tej onirycznej wizji przeszłość miesza się z teraźniejszością bohaterki, spokój z niepokojem, tragedia z codziennym życiem. Kańtoch kilkoma zaledwie słowami, bez przynudzania i przeciągania, udało się odtworzyć atmosferę początku XX wieku i międzywojennej Polski, przy okazji zręcznie połączyła te wątki z historią wcześniejszą. Sama bohaterka do końca pozostaje postacią niezwykle zagadkową, czytelnik idzie przez powieść razem z nią, powoli odkrywając jej znaczenie. Jej życie staje się życiem czytelnika na niecałe trzysta stron, a im dalej, tym bardziej przenika jego świadomość.

Duszny, nie z powodu panującego lata, klimat powieści trzyma w napięciu do ostatniej chwili. Mrok czai się z każdej strony, niemożliwość przebija się tu niczym promienie słońca w pochmurny dzień, a czasami jak gwałtowne uderzenia w klawisze pianina, mącące łagodną melodię. Kańtoch udało się, jak mało któremu autorowi, sprawić, że leniwa akcja, tocząca się miarodajnie i stale, wzbudza dreszcz, niczym spokój przed burzą. Specyficzna narracja pozwala czytelnikowi na rozdwojenie, sprawia, że jest w środku fabuły i jednocześnie poza stworzonym światem. I tak jak bohaterka pozostaje zawieszona między możliwością a niemożliwością, tak i on tkwi w zawieszeniu, oczekiwaniu jeszcze długo po skończeniu lektury.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 5 lipca 2012

Celtowie, jakich nie znamy - "Celtowie. Od epoki brązu do New Age", John Haywood, tłumaczenie: Ewa Marczak, Książka i Wiedza 2008


Wątek kultury celtyckiej jest jednym z powszechniejszych w literaturze fantasy. Fascynuje autorów i nas, czytelników, motyw ludzi lasu, bliskich naturze, odprawiających tajemnicze obrzędy w świetle księżyca, posługujących się magią żywiołów. Swoisty urok mają opowieści bardów, ich obecność w literackich światach. Mnie od zawsze najbardziej ciekawił krąg Stonehenge (przynajmniej dopóki nie zobaczyłam go na własne oczy), który od lat kojarzony jest z kulturą celtycką i magią druidzką, a który, jak dowiecie się z książki Johna Haywooda, nic z Celtami nie ma wspólnego. I nie tylko tego dowiecie się z tej rewelacyjnej pracy – Celtowie. Od epoki brązu do New Age odmieni Wasze postrzeganie tej kultury, pozwoli poznać historię plemion celtyckich i zrozumieć przekształcenia, jakim podlegała przez wieki.

Już od samego początku Haywood osadza Celtów mocno w kontekście historycznym, oddziela konkrety od mitów, tworzy tło wydarzeń, które przez wieki wpływały na istnienie kultury celtyckiej. Dopóki nie przeczytałam książki, myślałam, że Celtowie zamieszkiwali jedynie tereny dzisiejszej Wielkiej Brytanii, Irlandii oraz północnej Francji. Jak się okazuje, zasięg ich migracji był znacznie szerszy i obejmował m.in. Włochy, Czechy, Bałkany. Autor prowadzi czytelnika przez fascynujący świat wielu plemion, lekko i bez zadęcia tłumaczy wydarzenia, które miały wpływ na kształtowanie historii nie tylko Celtów, lecz także Rzymian, Francuzów, Anglików, Szkotów, Irlandczyków, Hiszpanów… Oczywiście wszystkie wydarzenia odnoszą się bezpośrednio do celtyckiej kultury i to jej rozwój, a później upadek i odrodzenie, jest motywem przewodnim pracy.

Celtowie to fascynująca i wciągająca niczym najlepsza powieść książka o plemionach Europy, podbojach i najazdach, pełna ciekawostek (czy wiedzieliście na przykład, że kilt wcale nie jest historycznym strojem narodowym Szkotów – został wymyślony dopiero w 1727 roku!) i odkrywczych (dla laików) wniosków. Dzięki niej można zrozumieć, dlaczego Celtowie tak długo opierali się ekspansji innych narodów, głównie Rzymian, uświadamia również kontrast romantycznego wizerunku tej narodowości, który utrwalił się w dzisiejszym świecie, z rzeczywistością historyczną. Haywood cierpliwie i metodycznie pokazuje, że Celtowie niewiele się różnili od innych ówcześnie żyjących plemion, mieli podobne obyczaje, czcili podobnych bogów. Nie byli święci ani bardziej bliżsi natury, często wręcz nazywano ich dzikusami; to głównie o nich mówili Rzymianie, że są barbarzyńcami. Autor zwraca uwagę, że najbardziej odbiegali od innych sztuką wojenną, a raczej jej brakiem i wskazuje, że to przede wszystkim było powodem ich zguby, kiedy stawali przeciwko Rzymianom czy później Sasom (Anglikom). Dzięki Haywoodowi dostrzegłam także różnicę między brytyjskim i angielskim, których to terminów dzisiaj używa się praktycznie wymiennie. Haywood tłumaczy, że odrodzenie Celtów miało dwa źródła. Jednym z nich była potrzeba Walijczyków, Szkotów, Irlandczyków do zaznaczenia swojej odrębności wobec coraz bardziej narzucających się Anglików:
Walijczycy potrzebowali nowego sposobu wyrażania własnej nieangielskiej tożsamości i pierwotnych praw do Wielkiej Brytanii. […] W ciągu kilku lat po publikacji Archaeologia Britannica [dzieło wydane przez Walijczyka Edwarda Lhuyda w 1707 roku – przyp. mój] wykształceni Walijczycy mówili o sobie, że są Celtami i wykazywali znów zainteresowanie własnym językiem. To, co zapoczątkowali Walijczycy, przeniosło się w XIX wieku na pozostałe ludy mówiące, według Lhuyda, po celtycku […]. Pojawiła się współczesna koncepcja tożsamości celtyckiej. [s.257-258]
Drugim źródłem jest romantyzm, który uczynił z kultury celtyckiej tajemniczą, fascynującą praktykę, przybliżającą człowieka do natury i pozwalającą mu zachować duszę:
Celtomania była przejawem romantyzmu, kulturowym buntem przeciw racjonalizmowi i materializmowi oświecenia. […] Celtowie przekształcili się z niebezpiecznych dzikusów w dzikusów szlachetnych, nieskażonych dekadencką cywilizacją. Choć prawie nic nie wiedziano o ich wierzeniach, to druidzi stali się wzorami duchowości, które mieli naśladować intelektualiści rozczarowani bezosobowym charakterem zorganizowanej religii i pełni niesmaku wobec szpetnych produktów rewolucji przemysłowej. [s. 258-259]
Przede wszystkim autor uświadamia, że ci, których dzisiaj nazywamy Celtami, nie znali tego słowa za swojego życia. Nie było jednego wielkiego plemienia Celtów czy Galów, ale wiele społeczności – Piktowie, Helweci, Veneti, Brytowie, Eduowie, Redones, Catuvellaunii i wiele, wiele innych. To niesamowite, że w Europie istniało tyle różnych nacji. W dobie dzisiejszego dążenia do unifikacji narodów europejskich praca Haywooda daje motywację, aby mimo wszystko każdy z nich zachowywał granice swojej niezależności, bronił oryginalnych obyczajów, pielęgnował wyjątkowość.

Styl książki jest jasny, barwny, konkretny. Autor skupia się na faktach, wspominając jedynie wątki mityczne. O Arturze na przykład pisze tylko, że nie ma historycznych dowodów na istnienie takiego wodza i że, jeśli ktoś podobny istniał, prawdopodobnie nazywał się inaczej (Ambrosius Aurelianus). Haywood, powołując się na ówczesne źródła, wspomina również o bitwie pod Mount Badon, której prawdziwej lokalizacji nigdy nie odnaleziono. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jak dobrą pracę wykonał Bernard Cornwell w Trylogii arturiańskiej.

Czasem jednak gubiłam się w ilości faktów, postaci historycznych, bitew. Brakowało mi map ważniejszych walk, które pozwoliłby mi lepiej wyobrazić sobie ich przebieg. Zdarzało się, że autor tak szybko przerzucał różnymi informacjami, że potrzebowałam dłuższej chwili, a czasem musiałam czytać ponownie akapit, żeby je ułożyć. W nadążaniu za tempem akcji przeszkadzały mi również „skróty myślowe” – pewne wydarzenia Haywood traktuje jako oczywiste, jakby oczekując od czytelnika, że ten ma o nich rozległą wiedzę, i nie poświęca im więcej miejsca. Mimo wszystko Celtowie to podstawowa pozycja dla wszystkich, którzy chcą lepiej poznać celtycką kulturę. 

środa, 22 czerwca 2011

Zrozumieć historię przez archeologię - "Europa wczesnego średniowiecza", Maria Miśkiewicz, Trio 2008


Fantasy (teraz już klasyczna) w kreowaniu świata opiera się na czasach średniowiecznych. Najważniejsze atrybuty tego gatunku sięgają tej właśnie epoki, jego autorzy jednak korzystają z dobrze znanych motywów, mieszając swobodnie stulecia tak, że zagorzali historycy dostaliby białej gorączki w trakcie lektury. Czytelnicy natomiast najczęściej wyrabiają sobie pojęcie o epoce średniowiecza właśnie na podstawie książek fantasy, nie sięgają do fachowych opracowań, bo przecież kreacja twórcza rządzi się własnymi prawami (ukuto nawet wygodny termin: quasi-średniowiecze). Gdyby jednak ktoś pragnął zapoznać się z czasami, z których wywodzą się heroiczne opowieści, książka Marii Miśkiewicz będzie idealnym wyborem. Znajdziecie tu wszystko, od polityki, przemian materialnych, po społeczny i mentalny rozwój kultury Europy na przestrzeni V i XIII wieku.

Chociaż praca skupia się głównie na aspektach archeologicznych, nie dominują one, a prosty język sprawia, że kolejne rozdziały czyta się z przyjemnością, między jednym a drugim tematem dobrze jest jednak robić kilkudniowe przerwy, bowiem nadmiar informacji i dość częste powtórzenia mogą zmęczyć. Nie należy też książki traktować jako skarbnicy wiedzy, chociaż znajdziemy w niej mnóstwo informacji na przeróżne tematy, ale jako wprowadzenie do epoki i bardziej zainteresowani będą musieli sięgać po inne pozycje, szczegółowiej zajmujące się czy to polityką, czy militariami, czy też życiem społecznym. Autorka Europy wczesnego średniowiecza postarała się opowiedzieć, w niektórych wypadkach bardzo ogólnie, w niektórych szerzej, o wszystkich aspektach wczesnego średniowiecza. Książka podzielona jest tematycznie, a rozdziały z kolei chronologicznie, tak że czytelnik otrzymuje pełny przegląd danego zagadnienia, pokazujący jej rozwój od początku do pewnego etapu.

Wczesne średniowiecze to okres, w którym stare wierzenia odchodzą w przeszłość na rzecz coraz bardziej panoszącej się wiary chrześcijańskiej. Książka uświadamia, jak bardzo i na jak wiele aspektów ludzkiego życia miał wpływ katolicki Kościół, jak mocno czerpał z „pogaństwa”, przekuwając rytuały i filozofię na swoje wierzenia. To niesamowite, w jaki sposób ograniczano człowieczeństwo, namiętności i popędy:
Za czasów Karola Wielkiego zabraniano małżonkom pożycia przez 40 dni przed Bożym Narodzeniem, 40 dni przed Wielkanocą i tydzień po Wielkanocy, tydzień po Zielonych Świątkach, w przeddzień uroczystych świąt, a także w środy i w piątki, podczas brzemienności żony i przez 30 dni po porodzie (jeśli to chłopiec), a 40 dni (jeśli to dziewczynka), pięć dni przed przystąpieniem do komunii, w okresie menstruacji.
Nie licząc okresu ciąży czy kwestii fizyczności kobiety daje to w przybliżeniu 200 dni bez seksu w ciągu roku! Kościół ingerował nie tylko w sferę fizyczną i duchową, mieszał się również do takich spraw, jak higiena ludzka czy… rybołówstwo – liczne posty mięsne zmuszały ludność do częstszych połowów ryb słodkowodnych i morskich. W książce znajdziecie o wiele więcej podobnych przykładów kościelnego wpychania „palców między drzwi” i nic dziwnego, to przecież czasy intensywnej ekspansji katolicyzmu w całej Europie. Znajdziecie tu także sporo informacji o ludzkiej mentalności, która nie była tylko zależna od Kościoła, np. pojmowanie dzieciństwa, kulturę stroju, broni czy budownictwa albo uprawiania roli.

Europa wczesnego średniowiecza to doskonały wstęp do poznania historii średniowiecza. W odbiorze przeszkadzać może kompletnie nieintuicyjny sposób używania przypisów, z którym się nigdy wcześniej nie spotkałam – niektóre cytaty i tezy nie mają w ogóle poparcia źródłem, pozostałe natomiast opisane są nazwiskiem autora, rokiem wydania i numerem strony. Na szczęście bibliografia nie jest nadmiernie rozbudowana i dość łatwo się w niej odnaleźć, ale zdarza się i tak, że odwołanie w tekście nie ma w niej żadnego poparcia. Razi w oczy również niedbałość redakcyjna i to nie tylko w sporej ilości drobnych błędów interpunkcyjnych, literówek czy irytujących momentami powtórzeń, ale także w organizacji słowniczka terminów, w którym nie znalazła się definicja już pierwszego pojęcia (limes), kolejne zaś, Domesday Book, objaśnione jest u dołu strony zamiast w słowniku.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Podróż ku przeznaczeniu – Dzicy wojownicy, Viviane Moore, tłumaczenie: Justyna Sozańska, W.A.B. 2010

Bardzo czekałam na tę książkę. Viviane Moore ujęła mnie pięknym stylem pisania, znajomością realiów średniowiecza, intrygującą tajemnicą jednego z głównych bohaterów już w Ludziach wiatru, spodziewałam się więc co najmniej tego samego po Dzikich wojownikach. I chociaż otrzymałam to, czego oczekiwałam, to druga część cyklu Rycerzy Sycylii już mnie tak nie zachwyciła, chociaż nadal utrzymuje się na poziomie dobrej książki.

Przede wszystkim z powodu statyczności akcji, która głównie rozgrywa się na morzu. Drugim powodem, uzupełniającym pierwszy, jest wielość wątków rozgrywających się na raptem trzystu stronach książki. Żadnemu z nich autorka nie poświęciła uwagi wystarczającej, by zainteresować nimi czytelnika. Fakt, dowiadujemy się wreszcie, kim jest Tankred, ale już jego przemyślenia związane z własną tożsamością spychane są przez inne wątki: mordercy małych chłopców, tajemniczy skarb wieziony królowi Sycylii przez tytułowych dzikich wojowników, młodej, pięknej kobiety podróżującej na spotkanie nieznanego jej małżonka, cień uczucia, jakim obdarzyła ona jednego z głównych bohaterów, jego z kolei rozterki spowodowane odwzajemnieniem afektu. Wszystkie razem sprawiają wrażenie naciąganych, usiłujących zamaskować fabularną pustkę czy też sztucznie przedłużyć akcję cyklu.

Trudno mówić w przypadku tej powieści o psychologii postaci, ponieważ tak jak poprzednio autorka buduje swoich bohaterów ze schematycznych cech, nie pogłębiając ich o rozważania czy wewnętrzne monologi, a szkoda, gdyż stanowiłoby to doskonałe urozmaicenie lektury i bardziej pozwoliło poznać średniowiecze od strony mentalności ludzkiej. Mamy więc typowy obraz ucznia i jego mistrza (Tankred i Hugo z Tarsu), ich tajemniczego wroga (Bartolomeo d’Avallino), młodego kupca prowadzącego hulaszczy tryb życia w buncie przeciwko ojcu (Giovanni Della Luna), kapitana statku mającego oko na wybryki kupca (Corato), gburowatego przywódcę dzikich wojowników, który zapewne pojawi się w kolejnych częściach (Magnus Czarny), spokojnego żeglarza zakochanego w morzu (Marzyciel) i jego zupełne przeciwieństwo w osobie rubasznego marynarza (Knut), mającego nieczyste myśli brata zakonnego (brat Dreu) i wreszcie szlachciankę Eleonorę, która po śmierci ojca udaje się poślubić obcego możnego, co daje jej okazję wyrwania się z zamku i obyczajowych więzów. Wątek tej ostatniej jest dla mnie najmniej zrozumiały, mam jednak nadzieję, że pojawienie się młodej kobiety służy pisarce czemuś więcej, niż urozmaiceniu podróży morskiej.

Nadal imponuje wiedza historycznej o epoce, która przejawia się zarówno wtedy, gdy bohaterowie przebywają na lądzie, jak również, a może głównie, na okręcie. O ile w Ludziach wiatru mogliśmy poznać środowisko średniowiecznej francuskiej szlachty, o tyle w Dzikich wojownikach Moore wykazała się znakomitą znajomością ówczesnego żeglarstwa, wychodząc poza opis, że statek składa się z pokładu, burty, dziobu i rufy. Ponadto pojawiają się fragmenty obrazujące życie w miastach – tamtejsze prawo i układy administracyjne, niewiele różniące się od dzisiejszego poza nazewnictwem stanowisk, rozrywki, jakim poddawali się mieszczanie i podróżni, walka o przetrwanie najbiedniejszych, brak szacunku dla dzieci, którymi handlowano i które wykorzystywano, traktując nie lepiej niż zwierzęta.

Zagadka kryminalna kompletnie się natomiast Viviane Moore nie udała. Postać seryjnego mordercy-psychopaty nie mogła być bardziej kliszowa łącznie z fragmentem, w którym on sam wyjaśnia motywy swojego postępowania, niczym w marnym filmie sensacyjnym. W dodatku uważny czytelnik wie od samego początku, kto nim jest, co irytuje przez brak innych ciekawych wątków. Napięcie ani na chwilę nie jest stopniowane, kolejne ofiary nie budzą współczucia, a opisywany sposób ich zabijania przerażenia. Jedyne, co jeszcze zajmuje uwagę w powieści, to Tankred i jego historia, dlatego też na pewno przeczytam następne części.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

wtorek, 9 listopada 2010

Mroczne uroki XIX-wiecznego Londynu – „Kiedy bogowie umierają”, C.S. Harris, tłumaczenie: Marta Kleinrok, Red Horse 2009

Kupiłam książkę C.S. Harris w taniej książce zachęcona blurbem opowiadającym o kryminale w mrocznym XIX-wiecznym Londynie. Nie zawiodłam się. Kiedy bogowie umierają to bardzo dobry kryminał, trzymający w napięciu zbudowaną intrygą do ostatniej chwili i z wiernie oddanym tłem historycznym epoki.

Nadrzędnym wątkiem jest tu rzeczywiście morderstwo pięknej i młodej markizy, dalsze motywy – kwestia tajemniczego, ponoć czarodziejskiego naszyjnika związana z przeszłością głównego bohatera hrabiego Sebastiana St. Cyra, jego związek z uroczą aktorką, polityczne rozgrywki – dzieją się mimochodem, uzupełniając powieść. Autorka zadbała o wiarygodną psychologię wszystkich postaci, każda z nich ma własną historię i czytelnik czuje niedosyt po niecałych 400 stronach, chciałby wiedzieć więcej.

Wartka akcja prowadzona swobodnym dostosowanym do epoki stylem sprawia, że książki nie sposób odłożyć. Wszystkie wątki prowadzone są równomiernie, każdemu Harris poświęca dokładnie tyle miejsca, ile potrzeba, tak że nakładają się na siebie wzajemnie, współgrają, dzięki czemu powieść jest pełna. Autorka zarysowała nie tylko scenerię epoki, wystrój wnętrz, stroje, język, ale też świetnie oddała jej kulturę, mentalność żyjących w owym czasie ludzi. Pokazała wyraziście silną segregację społeczną, jak traktowane były i jak zachowywały się kobiety, podejście ludzi do moralności, zwłaszcza arystokracji. Obnażyła mroczny Londyn, w którym najbardziej niebezpieczni byli właśnie ludzie posiadający władzę i pragnący mieć jej jeszcze więcej. Doskonale, choć zaledwie kilkoma słowami, Harris oddała obraz polityki wewnętrznej i zewnętrznej Wielkiej Brytanii.

Bardzo podobał mi się również wątek miłosny, przede wszystkim dlatego, że nie przytłoczył fabuły, nie był nawet równorzędny, a mimo to czytelnik otrzymał tyle informacji i emocji, ile potrzebnych było, aby zrozumieć i polubić oboje bohaterów. Sebastian St. Cyr nie jest całkowicie idealny – przegrywa w bójkach, niejednokrotnie jest o krok od śmierci (trochę zbyt często jak na taką gęstość akcji), pakuje się w kłopoty przez własne emocje. Jego relacje z rodziną są, oględnie mówiąc, niezbyt rodzinne, mężczyzna nie ma dobrego kontaktu z ojcem, który wini go za to, że żyje i nie spełnia oczekiwań rodu (jest w związku z aktorką, nie chce się żenić z panną z wysokiego rodu i zajmuje się rozwiązywaniem zagadek, ponadto ciążyło na nim oskarżenie o zabójstwo, którego wszak nie popełnił i został oczyszczony z zarzutów, ale to nadwerężyło reputację jego rodziny). Wicehrabia oczywiście nie przejmuje się tym, co myślą o nim inni, w swoim życiu kieruje się uczuciami, które, jak się okazuje, nie zawsze były dobrze ulokowane. Jego ukochana, Kat Boleyn, to popularna aktorka, która darzy Sebastiana trwałym, silnym uczuciem i jest dla niego oparciem w każdej sytuacji – pomaga mu w sprawie, podpowiada niektóre rozwiązania, opatruje rany. Ich związek byłby pełną harmonią, gdyby nie to, że pochodzą z różnych sfer, czego silną świadomość ma kobieta.

Tytuł powieści zdaje się początkowo nie mieć związku z historią i trzeba naprawdę uważnego czytania, aby odkryć, co autorka miała na myśli, jednak jest to możliwe. Jednym z ważniejszych bowiem wątków jest sprawa naszyjnika, który rzekomo daje moc kobietom przez siebie wybranym. Ostatnią jego posiadaczką była hrabina St. Cyr, matka Sebastiana, o której wiadomo, że zginęła na morzu. Wicehrabia powoli odkrywa okrutną prawdę, którą kryła przed nim cała rodzina… i więcej nie mogę zdradzić. Nadmienię tylko, że wątek fantastyczny jest tu najmniej ważny, właściwie nie ma żadnego znaczenia.

Kiedy bogowie umierają to przyjemna lektura, wciągająca od pierwszych stron, z dobrze odmalowanym tłem epoki, w której nie wszystkie rozwiązania są podane na tacy. Pochwalić muszę bardzo dobre tłumaczenie Marty Kleinrok, której udało się przenieść stylizację na język polski, co rzadko się ostatnio udaje, i świetną okładkę projektu Magdaleny Zawadzkiej. Wiele dobrego natomiast nie mogę powiedzieć o dziale korektorskim wydawnictwa – dwie osoby i tyle błędów interpunkcyjnych i literówek, że wstyd.

niedziela, 28 marca 2010

Polacy nie gęsi, swój kryminał mają - "Złoty wilk", Bartłomiej Rychter, W.A.B. 2009

Tak bardzo ostatnio wychwala się kryminały szwedzkie i duńskie, że pomyśleć by można, że gatunek ten nie jest dobrze reprezentowany przez polskich autorów. Niniejszym pragnę poinformować, że kryminał ma się w Polsce coraz lepiej i śmiało może konkurować z zagranicznymi bestsellerami. Przykładem na to jest najnowsza książka Bartłomieja Rychtera, Złoty wilk, utrzymana w XIX-wiecznej stylistyce opowieść o tajemniczych zbrodniach w sennym Sanoku. To klasyczny kryminał retro łączący w sobie także powieść społeczną i historyczną o tamtych czasach, które nam w literaturze kojarzą się przede wszystkim z pozytywizmem. 

XIX wiek widać nie tylko w sugestywnych opisach miasta, ale także, a może przede wszystkim, w mentalności jego mieszkańców, pochodzących z różnych kultur i zmuszonych do wspólnej egzystencji. Jednak różnokulturowość nie pociąga za sobą tolerancyjności. Tutaj obok siebie mieszkają Polacy, Austriacy i Żydzi i autorowi udało się doskonale pokazać różniące ich cechy, które powodują wzajemne antypatie nie tyle ze względu na sytuację polityczną, co na odmienne światopoglądy. Podziały na grupy widać także wewnątrz środowisk, są bogaci i bardzo biedni, wyraźne są różnice w pozycji między mężczyznami a kobietami, które nie istnieją bez męskich opiekunów. Czytelnik ma również świadomość, w jakim okresie historycznym dzieje się akcja powieści – Rychter z dystansem zaledwie kilkoma wtrąceniami informuje, że Polska jest pod zaborami, Sanok znajduje się pod kuratelą Austrii, pobrzmiewają tu też echa rodzącego się komunizmu. Podane są historyczne fakty, bez nacechowania emocjonalnego.

Rychter prowadzi akcję swojej powieści niespiesznie, wątek kryminalny toczy się jakby obok, czytelnik otrzymuje szczątkowe informacje o kolejnych mordach, na pierwszym planie jest miasto i jego mieszkańcy. Chociaż bohaterowie tworzeni są na podstawie schematów, to stworzeni są dobrze, dzięki czemu nie są papierowi, każdy kryje w sobie jakieś tajemnice, mniej lub bardziej mroczne. Kolejne bestialskie morderstwa potęgują strach, nie sprawiają jednak, że ludzie stają się sobie bardziej pomocni, wręcz przeciwnie – wzrasta nieufność i uprzedzenie do innych. Zagadkę usiłuje rozwiązać nie tylko austriacki komisarz policji, Ludwik Witchenbacher, ale na własną rękę próbuje to zrobić ubogi nauczyciel Borys Pasternak ze zdolnościami paranormalnymi we współpracy z Joachimem Augustem Hildenbergiem, profesorem medycyny uzależnionym od środków odurzających. W tle mamy romans między Borysem a młodą Żydówką Aliną, a także rozważania o śmierci kilkunastoletniej uczennicy Borysa, Laury Zaleskiej, chorej na białaczkę i z tego powodu nad wiek dojrzałej, której postać stała się dla mnie szczególnie bliska. Barwny styl autora dodaje każdej z tych postaci indywidualnych rysów, nie zapomina on również o bohaterach drugiego planu – wystarczy mu kilka zdań, aby umiejętnie oddać ich charakter.

Bartłomiej Rychter zadbał także o stylizację powieści – bohaterowie rozmawiają w sposób charakterystyczny dla tamtych czasów, także narracja prowadzona jest na wzór powieści pisanych w XIX wieku. Historia przedstawiona jest na kilku planach, nie tylko ludzkich – pewne wydarzenia obserwujemy bowiem z perspektywy czarnego kota z białą łatą na łbie… Uznanie należy się autorowi również za skrupulatność w opisach samego Sanoka, niewielkiego miasteczka na „krańcu świata”, jego brudnych i mrocznych uliczek tonących w jesiennych słotach, co składa się na groźny klimat powieści.

Wprawnie budowane napięcie sprawia, że od książki z trudem można się oderwać. Akcja zapętla się i wije coraz bardziej tak, że nie sposób domyślić się zakończenia, które psuje lekko całokształt powieści właśnie dlatego, że nie da się go w żaden sposób przewidzieć, nawet po przeczytaniu książki po raz drugi. Nie rozwiązanie zagadki jest tu jednak najważniejsze i nie pozbawia przyjemnego wrażenia po dotarciu do ostatniej strony książki.

Pochwalić wypada także wydawcę i to za kilka rzeczy. Przede wszystkim za to, że wydaje książki Bartłomieja Rychtera. Po drugie, za intrygującą okładkę jak najbardziej oddającą niepokojący klimat powieści. Po trzecie, za dbałość o stronę redakcyjną książki – nie obyło się wprawdzie bez drobnych błędów, które policzyć można na palcach jednej ręki, ale to nic w porównaniu z „bykami”, jakimi grzeszy wielu polskich wydawców. Po czwarte wreszcie, za zgodny opis na czwartej stronie okładki. Dzisiaj naprawdę rzadko zdarza się, że blurb ma cokolwiek wspólnego z treścią książki, a tutaj miłe zaskoczenie – opis nie tylko wzbudza ciekawość, ale również rzetelnie zarysowuje fabułę, a i w nazwaniu Złotego wilka znakomitym połączeniem kryminału retro i mrocznego thrillera nie ma przesady.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.