Zawsze lubiłam filmy z Sherlockiem Holmesem, ale jakoś nigdy
nie przyszło mi do głowy, żeby sięgnąć do literackiego oryginału. Jednak po
obejrzeniu Sherlocka Holmesa w
reżyserii Guya Ritchiego, wokół
którego krążyło wiele dyskusji na temat wierności lub nie utworom Arthura Conan Doyle’a, a także po
przeczytaniu wciągającego Świata zaginionego stwierdziłam, że czas najwyższy poznać detektywa. Zaczęłam od pierwszej
powieści, w którym Doyle powołał do życia Holmesa i Watsona – co więcej,
postanowiłam zmierzyć się ze A Study in Scarlet po angielsku.
Nie wiem, jak odbierany jest Holmes w polskim tłumaczeniu,
na mnie książka po angielsku zrobiła duże wrażenie. Przede wszystkim już od
pierwszych stron widać, że ci, którzy twierdzą, że film Ritchiego ma niewiele wspólnego z literackim Sherlockiem, prawdopodobnie nigdy nie czytali książki, a
opinię wyrobili sobie na podstawie wcześniejszych filmów. Doyle nie uczynił
Sherlocka Holmesa grzecznym, starszym panem w śmiesznym kapelusiku, to
mężczyzna w kwiecie wieku, nadzwyczaj inteligentny i ekscentryczny – Robert Downey Jr. jest idealnym,
powtarzam, idealnym odtwórcą tej roli. Ale dość o filmie, czas na wrażenia z
lektury.
John Watson powrócił do Londynu z wojny brytyjsko-afgańskiej
z powodu ran odniesionych w bitwie pod Maiwandem. Poszukujący mieszkania
chirurg wojskowy poznaje Sherlocka Holmesa, mężczyznę młodszego od siebie,
charyzmatycznego i nieco dziwnego, ale budzącego sympatię. Panowie zostają
współlokatorami (w późniejszym czasie również przyjaciółmi) i wówczas dr Watson
dowiaduje się, że Holmes współpracuje z detektywami wszelkiej maści jako
konsultant. Ma okazję również wziąć udział w jednym z mrocznych śledztw, z
jakimi miała do czynienia londyńska policja – zamordowano mężczyznę, ale
chociaż są ślady krwi, nie ma śladu ran na ciele, wskazówką może być słowo RACHE wymalowane krwią zmarłego na jednej
ze ścian. Lekarz z fascynacją obserwuje poczynania Holmesa, który swoją
przenikliwością, przebiegłością i brawurą góruje nad detektywami. Podczas gdy
Sherlock Holmes rozwiązuje kolejne elementy dziwnej układanki, Watson
rozwiązuje zagadkę Sherlocka Holmesa. Czytelnik otrzymuje dokładny opis wyglądu
detektywa, jego charakteru i wszechstronności. Watson skrupulatnie notuje
również wszelkie wyjaśnienia składane przez Holmesa w sprawie morderstwa. Nie jest
jednak biernym obserwatorem, udaje mu się od czasu do czasu zrównać z myślami
detektywa, chociaż jego największą pomocą jest rozmowa z Holmesem, pozwalająca
bohaterom dojść do poszczególnych wniosków. Kto jest mordercą, czytelnik
dowiaduje się tak nagle, że przez kilka chwil nie wie, co się wydarzyło, a już w
ogóle nie ma pojęcia, podobnie jak wszyscy poza Holmesem, skąd pewność, że wskazany
przez detektywa człowiek jest mordercą.
Odpowiedzi nie otrzymujemy od razu. Doyle zaskoczył ponownie
– w momencie kiedy Holmes objawia mordercę, kończy się pierwsza część powieści.
Druga część przenosi czytelnika kilkadziesiąt lat wstecz, autor raczy go
historią poprzedzającą makabryczne wydarzenia, po czym ponownie powraca do
właściwego toku akcji. Ta część najmniej mi się podobała i irytowało
mnie oczekiwanie na poznanie rozwiązania zagadki, co paradoksalnie doprowadziło
mnie do znudzenia fabułą. Z trudem przebrnęłam przez historię amerykańskich
kolonistów-mormonów, melodramatyczne love story, by już z mniejszym entuzjazmem
powrócić do relacji Watsona. Ten nagły zwrot akcji nie przemówił do mnie, zdaję
sobie jednak sprawę z ówczesnej konwencji.
Mimo to książka zachwyciła mnie stylem Doyle’a, który rewelacyjnie
oddaje klimat XIX wieku w zachowaniach ludzi, ówczesny język urzeka
poetyckością i nie sprawia trudności w odbiorze, jak się tego obawiałam. Dbałość
autora o szczegóły w opisach ludzi, krajobrazów, poszczególnych elementów
zbrodni jest powalająca. Godna podziwu jest także jego znajomość i
odzwierciedlenie stylizacji dla różnych warstw społecznych – miejski slang czy
specyficzny styl wypowiedzi amerykańskich traperów był dla mnie najtrudniejszy
do zrozumienia. Klimat powieści dopełnia lekko ironiczny humor, z jakim autor
przedstawia policyjnych detektywów czy pracę ówczesnej prasy, która goniła za
sensacją i przeinaczała fakty tak samo jak dzisiaj. W styczniu 2012 roku do polskich
kin zawita Sherlock Holmes: A Games of
Shadows, na co już nie mogę się doczekać. A z literackim Holmesem również
spotkam się jeszcze nie raz.




