poniedziałek, 17 grudnia 2012

Z niemożliwości w możliwość - "Czarne", Anna Kańtoch, Powergraph 2012


Długo czekałam na najnowszą powieść Anny Kańtoch. Wprawdzie prędzej i bardziej spodziewałam się premiery drugiego tomu Przedksiężycowych, ale kiedy się dowiedziałam, że Czarne zostanie wydane pod skrzydłami Powergraphu, stwierdziłam, że i ta powieść złagodzi moją niecierpliwość. A że wydawnictwo wie, jak podsycać ciekawość czytelnika enigmatycznymi informacjami i cudownymi okładkami (okładka do Czarne jest idealna), zaczęłam odliczać dni do premiery. Przyznam jednak, że czekałam na kolejną powieść autorki w stylu opowiadań o Domenicu Jordanie. Czarne okazało się książką kompletnie inną, wyłamaniem z dotychczasowej twórczości Kańtoch, prawdziwym kontrapunktem. Dowodem na to, że Anna Kańtoch to jedna z najlepszych i najbardziej obiecujących pisarek polskiej fantastyki, dojrzalsza, rozwijająca się, wymagająca od siebie i czytelnika.

To, co mnie zachwyciło od pierwszych stron, to język. Tutaj każde słowo jest przemyślane, nieprzypadkowe, ma swój cel. Czarne to przede wszystkim literacka uczta. Podziw należy się autorce, ale również osobie odpowiedzialnej za redakcję. Widać, że powieść jest owocem ich skutecznej współpracy, która pozwoliła pozbyć się wszelkich niedociągnięć. Początkowo jednak nie dawałam się do końca przekonać bohaterce i opowiadanej przez nią historii. Jej powolny tok narracji, rozciągający fabułę, w której pozornie nic się nie dzieje, mowa o przeciąganiu niemożliwego w możliwe i odwrotnie, sprawiały wrażenie mrocznego snu, w którym trudno doszukać się jakiegokolwiek sensu. Wszystko zmienił jednak piórowek. I Staś, ciągnący za sobą przyszłość. I jeszcze wiele innych elementów, które narratorka splatała w skomplikowaną sieć skojarzeń.

W tej onirycznej wizji przeszłość miesza się z teraźniejszością bohaterki, spokój z niepokojem, tragedia z codziennym życiem. Kańtoch kilkoma zaledwie słowami, bez przynudzania i przeciągania, udało się odtworzyć atmosferę początku XX wieku i międzywojennej Polski, przy okazji zręcznie połączyła te wątki z historią wcześniejszą. Sama bohaterka do końca pozostaje postacią niezwykle zagadkową, czytelnik idzie przez powieść razem z nią, powoli odkrywając jej znaczenie. Jej życie staje się życiem czytelnika na niecałe trzysta stron, a im dalej, tym bardziej przenika jego świadomość.

Duszny, nie z powodu panującego lata, klimat powieści trzyma w napięciu do ostatniej chwili. Mrok czai się z każdej strony, niemożliwość przebija się tu niczym promienie słońca w pochmurny dzień, a czasami jak gwałtowne uderzenia w klawisze pianina, mącące łagodną melodię. Kańtoch udało się, jak mało któremu autorowi, sprawić, że leniwa akcja, tocząca się miarodajnie i stale, wzbudza dreszcz, niczym spokój przed burzą. Specyficzna narracja pozwala czytelnikowi na rozdwojenie, sprawia, że jest w środku fabuły i jednocześnie poza stworzonym światem. I tak jak bohaterka pozostaje zawieszona między możliwością a niemożliwością, tak i on tkwi w zawieszeniu, oczekiwaniu jeszcze długo po skończeniu lektury.

Recenzja ukazała się na portalu Katedra.

czwartek, 13 grudnia 2012

Jabłońskiego cichcem

Wczoraj podobno premierę wydawniczą miała najnowsza powieść Witolda Jabłońskiego Słowo i miecz (o książce autor wspominał już w 2009 roku). Podobno, ponieważ książka, wydana pod skrzydłami SuperNOWEJ, nie jest jeszcze dostępna w żadnej księgarni, na stronie wydawnictwa również nie ma słowa o premierze. Reklamowanie jej jako "Słowiańskiej Gry o tron" uważam wprawdzie za zbyteczny wysiłek "speców" od marketingu, wszak Jabłoński to klasa sama w sobie, ale cóż... Jak tylko książka pojawi się w księgarniach...
Słowiańska „Gra o tron”!„Słowo i miecz” to powieść dziejąca się w XI wieku, w czasach pierwszych Piastów.Wkraczające na nasze ziemie chrześcijaństwo zmaga się z wciąż jeszcze niepokonanym żywiołem pogańskim. Skrzywdzona przez Bolesława Chrobrego dziedziczka książąt mazowieckich rodzi bękarta Miecława i wychowuje go na mściciela. Za sprawą rodzimych bogów i demonów nadchodzą Czasy Zamętu: trzej synowie Chrobrego giną w niezwykłych okolicznościach, buntują się możni, a lud pali kościoły i morduje znienawidzonych misjonarzy.

wtorek, 11 grudnia 2012

Wywiad z Ianem McKellenem

Na stronie Huffington Post można przeczytać ciekawy, zabawny wywiad z Ianem McKellenem, który opowiada nie tylko o swojej roli jako Gandalfa w produkcji Hobbit i Władca Pierścieni, lecz także o swoich aktorskich początkach i kwestii małżeństw homoseksualnych. Między innymi.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Grudzień w zapowiedziach

Na ciekawe nowości książkowe nie ma co liczyć w tym miesiącu, z kinowych też jakoś niewiele mnie zainteresowało.

Tytuł: Frankenweenie
Scenariusz: John August
Reżyseria: Tim Burton
Data premiery: 7 grudnia 2012 r.

Najnowszy film Burtona za granicą budzi mieszane uczucia. Niestety reżyser ten nie jest już moim pewniakiem. Do kina raczej nie pójdę, ale ciekawa jestem, czy zostało coś jeszcze z dawnego Burtona w tej produkcji. Ktoś widział?
Podczas zabawy pies Victora zostaje potrącony przez samochód. Chłopcu udaje się go jednak ożywić.

Tytuł: Hobbit. Niezwykła podróż
Scenariusz: Peter Jackson, Guillermo del Toro, Fran Walsh, Philippa Boyens
Reżyseria: Peter Jackson
Data premiery: 28 grudnia 2012 r.

Długo oczekiwana produkcja wreszcie ujrzy światło dzienne. Ja co prawda wielką fanką cyklu nie jestem, ale Władca Pierścieni mi się podobał i był prawdziwą wizualną ucztą dla oczu, spodziewam się więc, że Hobbit utrzyma ten poziom. Co najmniej.
Hobbit Bilbo Baggins wyrusza w niebezpieczną podroż, by wraz z czarodziejem Gandalfem i trzynastoma krasnoludami pokonać smoka Smauga.

niedziela, 2 grudnia 2012

I objawił się Pan Lodowego Ogrodu - "Pan Lodowego Ogrodu", tom IV, Jarosław Grzędowicz, Fabryka Słów 2012


Pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu był odkryciem, świeżym spojrzeniem na zastałą konwencję i zawierał wszystko, co najlepsze w prozie Jarosława Grzędowicza. Drugiej części już tak dobrze nie odebrałam. Chociaż nadal trzymała w miarę równy poziom, to przestała zaskakiwać. Trzeci tom rozczarował mnie na całej linii, nudą i bezcelowym przedłużaniem fabuły, ledwo dałam radę go przeczytać. Kiedy otrzymałam czwarty tom, pomyślałam, że będzie mi jeszcze trudniej. Obawiałam się, że przede mną ponad osiemset stron powtórki z poprzedniej części. Bezpodstawnie. Mimo że ten tom nie olśniewa, a jego zakończenie nie należy według mnie do najbardziej udanych, to po pierwszej powieści jest najlepszym z całego cyklu.

Czwarta odsłona Pana Lodowego Ogrodu zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym kończy się trzecia, czyli kompletnie nie pamiętam gdzie, ponieważ przedostatnia część niemal całkowicie wyparowała z mojej pamięci. Po kilku stronach konsternacji wciągnęłam się jednak w lekturę i nawet wracały mgliste wspomnienia, dzięki czemu łatwiej było mi oswoić się z kontynuacją akcji. A dzieje się tutaj nieporównanie więcej, mimo że tak naprawdę dzieje się niewiele. Praktycznie cała fabuła opiera się na przygotowaniach do epickiej bitwy między Złem a Nie-złem świata Midgaardu II. Vuko we współpracy z Fjolsfinnem i swoimi przyjaciółmi szykują się do wojny, jakiej ta planeta nigdy nie widziała. Autorowi udało się rewelacyjnie odzwierciedlić te wszystkie działania w opisach intryg, zmyślnych akcji zwiadowczo-podjazdowych, szpiegostwa. Tym razem, w przeciwieństwie do poprzedniego tomu, zawarte tu dygresje i retrospekcje są naprawdę ciekawe, i mimo że każda ze wspominanych krain kojarzy się z co najmniej jednym rzeczywistym krajem, wydają się one autonomiczne, tak szczegółowo oddane zostały obyczaje mieszkających w nich ludzi, otaczających ich miejsc i przedmiotów. Umiejętnie wplecione elementy mitologii nordyckiej ucieszą miłośników tej kultury. Mnie bardzo podobało się wykorzystanie motywu Jormunganda.

Grzędowicz nie zapomniał w tym wszystkim o bohaterach. Poświęca ich rozmyślaniom i rozterkom sporo miejsca, czasami zbyt często się powtarzając, co sprawia, że zamiast fascynować czy budzić współczucie czytelnika – nudzą. Ciekawie przedstawiony jest Vuko, którego zmienia pobyt na Migdaardzie, a mimo wszystko wciąż pamięta o swoim zadaniu. Realne są jego odczucia, rozdarcie między chęciami pozostania i życia wśród nowych przyjaciół, a obowiązkiem, niepewność związana z wagą misji mu powierzonej, która chwilami go przytłacza. Interesująco i plastycznie wypadł efekt odwróconego wpływu na zachowania i postępowania bohaterów – w poprzednich częściach świat widziany był przede wszystkim oczami Drakkainena, on najczęściej komentował wydarzenia, zwyczaje. Tym razem większy nacisk Grzędowicz położył na oddziaływanie Vuka na jego towarzyszy, opisując, w jaki sposób uczy ich on technik walki, działania w grupie, zespołowo, co było zawsze dla nich obce, ale też jak szpiegować i knuć, z czym nie do końca się zgadzają. Czytelnik ma szansę poznać to wszystko głównie dzięki relacjom Filara, który również przeszedł przemianę. Dotąd przeze mnie niezbyt doceniany, w czwartym tomie stał się jednym z ulubieńców. Ten niedojrzały, wiecznie narzekający na los chłopiec przeobraża się w mężczyznę, wojownika godnego bronić życia członków swego klanu, staje się prawdziwym Nosicielem Losu. Szkoda, że pozostałym postaciom autor nie poświęcił więcej miejsca, jednak z krótkich fragmentów przebija się obraz mężnych wojów, honorowych, których łączą więzy prawdziwej, trwałej męskiej przyjaźni. W tych opisach uczuć, wątpliwości brakowało mi jedynie relacji Vuka i Sylfany. Pogodziłam się, że wątek miłosny nie został tu rozwinięty i nawet uznałam, że słusznie, ale ciężko mi przeboleć, że tych dwoje nie odbyło ze sobą dłuższej rozmowy, albo że Vuko nie poświęcił Sylfanie myśli w swoich rozterkach.

Najbardziej jednak zawiodłam się zakończeniem. Cała powieść, od początku, zmierza do ogromnej kulminacji, czytelnik spodziewa się Armagedonu, napięcie szybuje do góry niczym wypełniony helem balon, tymczasem jednak autor przekłuwa go cieniutką igiełką, co sprawia, że zamiast „boom” można usłyszeć tylko „puf”. Zupełnie jakby nie czuł już się na siłach dobrnąć do ostatnich stron. Mimo wszystko czwarty tom Pana Lodowego Ogrodu wpisuje się w całość dobrego cyklu, zapewniając udaną przygodę dla miłośników wypraw w pseudośredniowieczne czasy nordyckich bogów.

Recenzja z portalu Katedra.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Pamięć jest we krwi - "Krew na Placu Lalek", Krzysztof Kotowski, Prószynski i S-ka 2011

Do Krwi na Placu Lalek Krzysztofa Kotowskiego podchodziłam z rezerwą, mając w pamięci rozczarowanie Mariką i Modlitwą do Boga Złego, kontynuacją Kapłana. Lekturę tego thrillera zaczynałam ze dwa razy i odkładałam po kilku stronach. Ale przyszła jesień, a ja o tej porze roku mam szczególne upodobanie do mroków i intryg wszelakich (jak zapewne wiele osób), postanowiłam dać książce kolejną szansę. I tym razem nie mogłam się od niej oderwać.

Dawno już nie zdarzyło mi się zarwać nocy po to tylko, aby skończyć czytaną historię. Kotowskiemu udało się trzymać mnie w niepewności i napięciu od pierwszej do ostatniej strony przez cały wieczór i większą część nocy. Z pełnym przekonaniem mogę napisać, że Krew na Placu Lalek jest powieścią dużo lepszą od Kapłana, dojrzalszą i bardziej przemyślaną, a także rozwiniętą pod względem stylu. 
W zrujnowanym, opuszczonym pałacu na pograniczu niewielkiego miasteczka krzyk dziecka budzi z długiego snu młodą kobietę – Marię. Gdy odzyskuje świadomość, dostrzega stojącą przy niej ośmioletnią dziewczynkę, rozpaczliwie proszącą o pomoc. Dziecko nie potrafi wyjaśnić, czego się boi, ale jego przerażenie nie pozostawia żadnych złudzeń. Obie muszą uciekać i szukać pomocy. 
Mimo że kobieta doskonale pamięta, w jaki sposób znalazła się w pałacu, nikt nie pamięta jej. Nikt z miasteczka nie ma też pojęcia, kim jest ośmiolatka. W domu rodzinnym Marii mieszkają zupełnie obcy ludzie. Jej samej nie rozpoznają ani sąsiedzi, ani dotychczasowi znajomi, a rodzina twierdzi, że osoba, za którą się podaje, nigdy nie istniała. Przerażona kobieta rozpoczyna dochodzenie na własną rękę. Chce odzyskać tożsamość i uciec przed nieznanym zagrożeniem. Aby przeżyć i uratować dziewczynkę, musi dojść do prawdy, nawet jeśli okaże się ona niewyobrażalnym koszmarem.
Początkowo nie do końca byłam przekonana do fabuły. Dlaczego Chudy w ogóle zajął się tą sprawą? Jak to możliwe, że zwyczajna kobieta staje się ofiarą tak przemyślanej intrygi? I na co to wszystko? Cierpliwie jednak brnęłam w coraz bardziej zapętlającą się fabułę i otrzymałam aż nadto odpowiedzi. Kotowski w Krwi na Placu Lalek zawarł wszystko to, co tak ceniłam w Nocy Kapłanów i dał jeszcze więcej: drobiazgowość, inteligentną i wciągającą intrygę, mnóstwo ciekawostek, nie tylko z dziedziny fizyki kwantowej, filozofii, szeroko pojętej sztuki, teologii, które czasem stanowiły interesujące dygresje, a najczęściej uzupełniały historię. Doskonale budowane napięcie nie pozwala się oderwać, a wiarygodne i budzące sympatię postaci głównych bohaterów, chociaż sztampowe i nie wykraczające poza normy konwencji sensacyjnej ani obyczajowej, są w każdym calu żywe, chociaż występują jedynie na papierze. Widać też, że Kotowskiemu najwyraźniej spodobały się wątki fantastyczne, bo i tutaj wplótł je bardzo zgrabnie, realistycznie, czym spowodował w mojej głowie niezły mętlik i chęć uzupełnienia mojej wiedzy. Więcej nie napiszę. Sami się przekonajcie, naprawdę warto!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Na skróty - część I: "Green Lantern", "Cowboys & Aliens", Skyfall

Przy okazji rocznicowego wpisu wspominałam, że są filmy, o których nie mam za wiele do powiedzenia, które nie zasługują na osobny wpis, o których jednak mimo wszystko chciałabym napisać kilka słów. Oto dzisiaj pierwsza taka notka, a w nim Green Lantern, Cowboys & Aliens, Skyfall.

Ostatnio przekonałam się, że lepiej nie mieć zbyt wielkich oczekiwań albo wręcz mieć jak najgorsze w stosunku do filmu albo książki, a wtedy można dać się przyjemnie zaskoczyć. A jeśli żywi się mniej lub bardziej wygórowane oczekiwania, można się niejednokrotnie bardzo zawieść. W pierwszym wypadku przykładem mogą być dwa filmy, które ostatnio obejrzałam – Green Lantern oraz Cowboys & Aliens. W drugim mowa będzie o najnowszym obrazie z Jamesem Bondem.

Gra w zielone - Green Lantern, scenariusz: Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim, Michael Goldenberg; reżyseria: Martin Campbell, 2011

Kiedy pierwszy raz obejrzałam trailer do Green Lantern, pomyślałam, że to jakaś kpina. Ryan Reynolds, którego osobiście bardzo lubię i cenię jako aktora przede wszystkim komediowego, wciela się tu w tytułową postać i gania w zielonym, obcisłym kostiumie z durną, gumową maską na oczach i ratuje świat przed żółtym Paralaxem, posługując się przetwarzającym wyobraźnię pierścieniem, ładowanym przez magiczną Zieloną Latarnię. Wola kontra strach. Nie sądziłam, że będzie to dobry film, nie wierzyłam nawet, że znajdzie się w kręgu średnich. A jednak twórcy mnie zaskoczyli. Ograniczyli typowy dla takich obrazów patos do minimum (nie obyło się oczywiście bez pokrzepiających gadek i filozoficznych cytatów rodem z Paolo Coelho), a skupili się na ironicznej stronie konwencji superbohatera. Reynolds poradził sobie znakomicie z szybką przemianą z lekkoducha w odpowiedzialnego, ale wciąż urzekającego strażnika tak, że wyglądało to w miarę naturalnie. Efekty specjalne nie zachwycają, nie mówiąc o słabej, naprawdę słabej, charakteryzacji bohaterów (Mark Strong jako czerwony przerośnięty skrzat z doklejonymi elfimi uszami budził we mnie niepohamowane spazmy śmiechu, ilekroć pojawiał się na ekranie), ale łagodził to wyważony humor, niezła historia i dobra muzyka.

Zdejmij ten kapelusz, panie Craig! - Cowboys & Aliens, scenariusz: Roberto Orci, Alex Kurtzman, Damon Lindelof, Mark Fergus, Hawk Ostby; reżyseria: Jon Favreau, 2011

Nakręcono setki filmów o wojnie ludzi z kosmitami, kilka powstało nawet o wojnie kosmitów z kosmitami, zawsze jednak akcja umieszczona jest w czasach w miarę współczesnych lub w przyszłości, mniej lub bardziej dalekiej. I umówmy się, w ostatnich latach mało który film zaskoczył widza. Twórcom Cowboys & Aliens się to skutecznie udało, gdy postanowili wrzucić kosmitów na Dziki Zachód, pośród rewolwerowców i Indian. Podobnie jak w wypadku Green Lantern, tak i tutaj nie spodziewałam się rewelacji. Sądziłam wręcz, że będzie to totalna klapa, zważywszy na fakt, że Cowboys & Aliens to poważny western, w stylu tych, których gwiazdą był John Wayne. No dajcie spokój, ufoludki przeciwko kowbojom? I tym razem zostałam pozytywnie zaskoczona. Gdyby nie oprawa science fiction, byłby to naprawdę świetny western wpisujący się idealnie w konwencję tego gatunku, z doskonałą, barwną obsadą. Szare, wielkie stwory nie pozwalały jednak traktować go do końca poważnie. Jednak film, oprócz rewelacyjnych aktorów (Daniel Craig, Harrison Ford, Sam Rockwell, Keith Carradine), może poszczycić się świetną muzyką, dobrymi zdjęciami i niezłymi efektami specjalnymi. Nawet fabuła, schematyczna od początku do końca, trzymała w napięciu i wydawała się wiarygodna. Bo przecież jeśli przybysze z obcych planet mogą przypuszczać inwazję na ludzkie miasta teraz czy w przyszłości, to dlaczego nie mieliby robić tego XIX wieku czy nawet wcześniej? Jedna tylko rzecz mnie naprawdę denerwowała – kapelusz Daniela Craiga. Aktor wyglądał w nim jak kompletny wymoczek z przyklapniętymi uszkami (patrz plakat)...

Ile Bonda w Bondzie? - Skyfall, scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade, John Logan; reżyseria: Sam Mendes, 2012

Natomiast w Skyfall, dwudziestym trzecim filmie o najsłynniejszym agencie, Daniel Craig wyglądał nienagannie w każdej, powtarzam, w każdej, sytuacji. Nawet gdy w trakcie pościgu za wrogiem po dachu pociągu skoczył do wnętrza przedziału z kilkutonowej koparki, najważniejsze było poprawienie mankietów śnieżnobiałej koszuli (moja ulubiona scena). Na Jamesa Bonda czekałam niecierpliwie cały październik. Wiele sobie obiecywałam po trailerze. Miałam dużą nadzieję, że okaże się co najmniej tak dobry jak Casino Royale, a zdecydowanie dużo lepszy od Quantum of Solace. Po seansie wiem jedno – nie jest tak dobry jak Casino Royale, żaden chyba już film z Bondem nie będzie tak dobry. Skyfall nie jest też znacznie lepszy od Quantum of Solace. Mam wrażenie, że został za bardzo zamerykanizowany, co widać zwłaszcza w szybkich, niby zabawnych dialogach, które Brytyjscy aktorzy prowadzą z kamiennymi minami, bez tej lekkości specyficznej Amerykanom. Dużo więcej tu również patetycznych scen i cytatów niż w poprzednich filmach, co sprawia, że Skyfall chwilami jest nudny. Imponujące sceny walk, pościgów, piękne zdjęcia i doskonała muzyka (genialna jest moim zdaniem piosenka Adele) cieszą oko i ucho. Zbyt wiele jednak akcji w akcji, żeby wszystko składało się w wiarygodną całość. Jakby w jednym obrazie zamierzano zmieścić dwa. Sam Daniel Craig zagrał bardzo dobrze, w jego Bondzie widać doświadczenie i piętno zdradzonego agenta, który mimo wszystko pozostaje lojalny. Javier Bardem natomiast jako złoczyńca kompletnie się pogubił. Jego stylizowany na Jokera z Mrocznego Rycerza Silva nie poradził sobie z udźwignięciem ciężaru psychopaty-geniusza, który stworzył Heith Ledger, i jego postać wypadła nieprzekonująco, podobnie jak motywy, którymi się kierował. Podobała mi się natomiast postać czarnoskórej agentki, granej przez Naomi Harris, kolejnej po Evie Green pełnokrwistej postaci kobiecej, a nie tylko jednej z wielu zdobyczy. Ralph Fiennes i Ben Whishaw, chociaż pojawiali na krótko, zostawili swój ślad jako dobrzy odtwórcy konwencjonalnych postaci. Najbardziej podobały mi się w Skyfall nawiązania do poprzednich filmów o Bondzie, odkryłam co najmniej kilka, jestem przekonana, że film okazał się prawdziwą gratką dla wiernych fanów. Film też całkiem nieźle i dobitnie pokazuje mechanizmy polityki rządowych agencji i władzy wyższej.