niedziela, 19 sierpnia 2012

Z miłości do książek - "Ex libris. Wyznania czytelnika", Anne Fadiman, tłumaczenie: Hanna Pustuła & Paweł Piasecki, Znak 2010


Ostatnimi czasy nie miałam ochoty na obcowanie z książkami. Czytałam, owszem, ale bardziej z przyzwyczajenia lub z obowiązku, niż z chęci poznania nowej historii. Poskutkowało to tym, że po lekturze nie miałam większej ochoty na spisanie swoich wrażeń, co zrozumiecie za jakiś czas, kiedy ukażą się moje „recenzje” Dzienników gwiazdowych i Wampirów. Zdarzało się też, że zaczynałam czytać i odkładałam książkę na półkę. Kiedy wreszcie stwierdziłam, że nadszedł czas na odpoczynek od fantastyki, sięgnęłam po zbiór esejów Anne Fadiman i spędziłam w towarzystwie autorki kilka bardzo przyjemnych, wypełnionych opowieściami o książkach, wieczorów. Ex libris. Wyznania czytelnika to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury. Nie tylko bowiem jest to zbiór historii związanych z książkami, ale także uświadamia, że każdy kto je kocha, jest wyjątkowy. Tak, moi drodzy, jesteśmy elitą i nie powinniśmy się wstydzić swoich książkowych manii!

Wszystkie eseje w jakiś sposób dotykają tematyki książek. Autorka lekko, zabawnie i wciągająco dzieli się swoją miłością do książek, opowiada historie nieraz bardzo osobiste, sprawia, że czytelnik również czuje się częścią jej świata. Fadiman imponuje oczytaniem, jej wiedza jest momentami przytłaczająca, budzi jednak pozytywną zazdrość. Paradoksalnie motywuje do odłożenia zbioru i sięgnięcia po jakąkolwiek książkę – dzięki niej nabrałam ponownie ochoty na czytanie.

Teksty Fadiman sprawiają, że zaczęłam się zastanawiać nad kwestiami, którym nigdy nie poświęcałam większej uwagi. Na przykład Problem Jejgo uświadomił mi, jak bardzo język, literatura są seksistowskie i jaka jest geneza pochodzenia wielu wyrażeń o męskim zabarwieniu lub też dlaczego określenia kobiet jednocześnie oznaczają ich status cywilny, a jednocześnie zależność od mężczyzny – czy są mężatkami (pani), czy też nie (panna). Moją największą sympatię autorka zyskała esejem Wsław stację, gdzie gromi wszystkich tych, którym nie przeszkadzają błędy w książkach, lub też wręcz traktują je pobłażliwie i nie uznają, aby miały wpływ na odbiór powieści czy opowiadań. Uświadamia, jak ważna jest dbałość o poprawność języka w literaturze.

Fadiman przekonuje, że ludzie traktujący książki jak swoich bliskich przyjaciół nie są wariatami, że miłość do literatury to nie jest uznawanie książki za relikwię, której nie można skazić komentarzem na marginesie czy zagięciem kartki (Tak nie wolno obchodzić się z książką). Opisując swoje zachowania wobec książek, autorka uświadomiła mi, że powinnam być dumna z tego, że jestem molem książkowym i że to nic złego układać książki latami wydania czy też według hierarchii od najbardziej ulubionej do najmniej (Zaślubiny księgozbiorów, Moja Specjalna Półka). To niesamowite i imponujące, że Fadiman potrafi zbudować fascynującą opowieść wokół pozornie nic nie znaczącego elementu (Słowa na szmucpaginie, Wieczny atrament).

Doskonałym uzupełnieniem zbiorku są Dopowiedzenia, mieszczące się na końcu każdego eseju. Krótkie notki-wyjaśnienia, czasem osobiste wynurzenia Jana Gondowicza pozwalają na poszerzenie informacji, o których Fadiman w tekstach jedynie wspomina, ale również stanowią integralną ich część i osadzają czytelnika w szerszym kontekście. Piękna okładka, nawiązująca do jednego z esejów, oraz dbałość o korektę i redakcję czynią z wydania Znaku prawdziwy rarytas, jedną z najlepiej redaktorsko opracowanych pozycji, jakie miałam okazję przeczytać. Polecam gorąco!

środa, 1 sierpnia 2012

Literacko-filmowy sierpień


KSIĄŻKI

Tytuł: Słownik symboli
Autor: Juan Eduardo Cirlot
Wydawca: Znak
Data premiery: 6 sierpnia 2012 r.

Coś dla zapamiętania na przyszłość, a może niektórzy z Was interesują się znaczeniem symboli w kulturze, to warto sięgnąć po tę pozycję.
Wznowienie jednego z najsłynniejszych i najbardziej cenionych słowników symboli, jaki kiedykolwiek trafił do rąk czytelników.
Cirlot – poeta, badacz i krytyk sztuki – porządkuje wyobrażenia symbolu i próbuje odkryć jego dominujące znaczenie. Dzięki niepowtarzalnemu stylowi autora hasła w słowniku są zwięzłe i oryginalne. Znakomity przekład Ireneusza Kani, oparty na ostatecznej wersji dzieła Cirlota, został wzbogacony o liczne rysunki, reprodukcje i fotografie dzieł sztuki.
Tytuł: Przez ciemne zwierciadło
Autor: Philip K. Dick
Wydawca: Rebis
Data premiery: 7 sierpnia 2012 r.

Kolejne piękne wydanie do kolekcji.
„Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku – w Polsce wspominane jako szara i raczej ponura «mała stabilizacja» epoki Gomułki – w Stanach Zjednoczonych były czasem wielkiej społecznej rewolucji. Młodzi ludzie powszechnie odrzucali dotychczasowy, mieszczański model kultury. Ideologowie ruchu hipisowskiego nawoływali do poszerzania świadomości, poszukiwania nowych wymiarów rzeczywistości. Także za pomocą narkotyków. Mekką amerykańskich hipisów stała się Kalifornia. Ściągali tam z całego kraju, przyciągani słońcem i obyczajowym luzem. To za ich sprawą narkomania, przedtem dość ekskluzywny nałóg, przekształciła się w powszechną modę. Przez ciemne zwierciadło to swoista kronika tej radośnie niezobowiązującej epoki. A właściwie opowieść o jej końcu”.
— z przedmowy Jacka Inglota
Tytuł: Okręt przeklętych
Autor: Viviane Moore
Wydawca: W.A.B.
Data premiery: 22 sierpnia 2012 r.

Wreszcie! Na tę książkę czekam od ponad roku. Po bardzo wciągającej pierwszej części i całkiem niezłej drugiej ciekawa jestem dalszych losów Tankreda i Hugona.
Podróż „Sycylii”, okrętu, na którego pokładzie płyną Hugo z Tarsu i jego podopieczny Tankred, ma właśnie dobiec końca. Niestety, pasażerowie nie dotrą do celu. Najpierw przeszkodzi im straszliwy w skutkach sztorm, później zaatakują ich piraci. Po krwawej walce Hugo i Tankred trafią na wyspę, która skrywa odizolowany od świata klasztor cystersów. Czy tutejsi zakonnicy oddają się tylko modlitwie? Jakie mają tajemnice? I do kogo należy „głos, który zabija”?
„Okręt przeklętych” to trzecia już część cyklu „Rycerze Sycylii”. I trzecie śledztwo prowadzone przez średniowiecznych detektywów.
FILM

Tytuł: Yuma
Scenariusz: Piotr Mularuk & Wojciech Gajewicz
Reżyseria: Piotr Mularuk
Data premiery: 10 sierpnia 2012 r.

No dobra, na ten film pójdę z jednego tylko powodu... Żartuję, samej historii również jestem ciekawa.
Akcja filmu rozpoczyna się trzy lata po upadku PRL. Zyga (Gierszał) ma serdecznie dość oglądania kolorowego świata tylko w młodzieżowych pismach. Z pomocą kumpli, a także obrotnej ciotki (Katarzyna Figura), zostaje królem "jumy" – drobnych kradzieży tuż za Odrą. Proceder szybko się rozpowszechnia, miejscowość Zygi dokonuje prawdziwego skoku cywilizacyjnego, a lokalny król jumaków zyskuje powszechny szacunek i powodzenie u płci pięknej (o jego serce wojują w filmie Karolina Chapko i Helena Sujecka). Wkrótce jednak młodym i gniewnym wspólnikom Zygi (Krzysztof Skonieczny i Jakub Kamieński) przestaną wystarczać markowe ubrania i elektronika. Gdy wejdą w drogę rosyjskim gangsterom pod wodzą nieobliczalnego Opata (najbardziej demoniczna rola w karierze Tomasza Kota), a regularnie okradani Niemcy wprowadzą szczelniejszą ochronę przed rabusiami, zabawa w policjantów i złodziei zmieni się w niebezpieczną rozgrywkę.
Tytuł: Merida waleczna
Scenariusz: Brenda Chapman, Irene Mecchi, Mark Andrews, Steve Purcell
Reżyseria: Mark Andrews, Brenda Chapman
Data premiery: 17 sierpnia 2012 r.

Animacja zapowiadana od dawna, z bardzo dobrą i długą kampanią promocyjną. Zbiera oszałamiające recenzje za granicą. Czy pójdę do kina? To zależy, czy film przypomina bardziej Toy Story, czy Wall-e. Jeśli to pierwsze, to spasuję.
Od zarania dziejów w dzikich i górzystych regionach Szkocji historie epickich bitew oraz mistyczne legendy przekazywane są z pokolenia na pokolenie. W nowym filmie studia Disney/Pixar odważna Merida stawia czoło tradycji, przeznaczeniu i okrutnym bestiom, a nowa opowieść dołącza do ludowych przekazów. Merida jest doskonałą łuczniczką a zarazem porywczą córką króla Fergusa i królowej Elinor. Niezależna i zdecydowana iść własną drogą, Merida postępuje wbrew prastarym zwyczajom, którym hołdują władcy krainy. Jej czyny przypadkowo sprowadzają na królestwo chaos i zniszczenie, a kiedy dziewczyna szuka pomocy u tajemniczej staruszki, ta spełnia jej niefortunne życzenie. Niebezpieczeństwo zmusza Meridę do odkrycia prawdziwej odwagi, by cofnąć straszliwą klątwę, zanim będzie za późno. 
Tytuł: Abraham Lincoln: Łowca wampirów
Scenariusz: Seth Grahame-Smith
Reżyseria: Timur Bekmambetow
Data premiery: 24 sierpnia 2012 r.

Widziałam trailer, zapowiada się całkiem obiecująco, na pewno można się spodziewać mnóstwa efektów specjalnych. Jeśli gdzieś będzie to bez znienawidzonego przeze mnie 3D, może się nawet wybiorę do kina...
Film o 16 prezydencie USA Abrahamie Lincolnie, który jest świetnie wyszkolonym zabójcą wampirów. Jego matka została zabita przez istotę o nadprzyrodzonych mocach, co wywołało u niego chęć niszczenia krwiopijców i im podobnych stworzeń.
Tytuł: Pamięć absolutna
Scenariusz: Kurt Wimmer & Mark Bomback
Reżyseria: Len Wiseman
Data premiery: 31 sierpnia 2012 r.

Widziałam kilka razy Pamięć absolutną, w której główną rolę grał Arnold Schwarzenegger. Moim zdaniem wypadł całkiem nieźle i on, i sam film, nawet Sharon Stone mnie tu nie irytuje. Nowa wersja będzie na pewno doskonalsza pod względem efektów specjalnych, w końcu za kamerą stanął twórca Dnia niepodległości. Mam też nadzieję, że fabuła dorówna opowiadaniu mojego ukochanego pisarza SF i popieram ją tym, że scenariusz współtworzył Kurt Wimmer, reżyser i scenarzysta doskonałego Equilibrium. A Colin Farrell jest o wiele lepszym aktorem niż Schwarzenegger, więc raczej się nie obawiam, że wyjdę z kina rozczarowana.
Megaprodukcja Lena Wisemana, współtwórcy takich hitów jak "Dzień niepodległości" i "Faceci w czerni", zrealizowana na podstawie opowiadania Philipa K. Dicka. W niedalekiej przyszłości pewien pracownik fabryki odkrywa, że w istocie jest tajnym szpiegiem pracującym dla jednego z mocarstw walczących o światową dominację. Cały problem polega na tym, że nie wie, kim jest jego pracodawca. Nowe wcielenie klasyki kina z Colinem Farrellem w roli głównej.

czwartek, 19 lipca 2012

O szatanie

Szatan jest tym, czego najbardziej w Bogu nie rozumiemy.
Stanisław Lem, Podróż dwudziesta pierwsza [w:] Dzienniki gwiazdowe, Solaris 2012 r.

niedziela, 15 lipca 2012

Gaiman dla dzieci i dla dorosłych

Jeden z moich ulubionych twórców fantastyki, Neil Gaiman, przygotowuje się do wydania książek dla najmłodszych oraz do pisania nowych przygód kultowego już bohatera komiksów - Morpheusa z Sandmana.

Pisarz podpisał właśnie kontrakt z wydawnictwem HarperCollins na pięć książek dla dzieci. Trzy z nich mają być powieściami, w tym wydana zostanie kontynuacja powieści Odd i Lodowi Olbrzymi, dwie to książeczki obrazkowe, które będą przeznaczone dla dzieci rocznych, dwu i trzyletnich. Pierwsza pozycja nosi tytuł Chu's Day i ma opowiadać o malutkiej pandzie o potężnym kichnięciu - książka ukaże się w styczniu 2013 roku.

A teraz coś dla starszaków. Jeszcze ze strony Guardiana można się dowiedzieć, że autor ukończył właśnie powieść dla dorosłych, wstępnie zatytułowaną jako Lettie Hempstock's Ocean. Natomiast Entertainment Weekly podaje, że Gaiman zdecydował się napisać fabułę do kolejnej serii komiksu Sandman dla DC Comics. Pisarz wraz z ilustratorem J.H. Williamsem III współpracuje przy tworzeniu mini-serii, której akcja zostanie osadzona przed wydarzeniami znanymi z Sandmana. Na stronie amerykańskiego pisma możecie przeczytać, o czym będzie komiks. Nowy Sandman pojawi się w zagranicznych księgarniach w 2013 r.

piątek, 13 lipca 2012

Plastic fantasic - "Thor", scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz, Don Payne; reżyseria: Kenneth Branagh & Joss Whedon, 2011


Nie byłam na Thorze w kinie. Przez przeklęte 3D oczywiście. Jednak kiedy tylko pojawiła się szansa obejrzenia go w telewizji, skorzystałam. Thor, nordycki bóg piorunów, potężny i wszechmocny wojownik Asgardu, jest moim ulubieńcem spośród wszystkich bóstw. Dlatego nie wahałam się przed zobaczeniem produkcji Marvela, nawet jeśli ich bohater nie bardzo przystaje do wyobrażeń z legend. Thor okazał się całkiem niezłą rozrywką na majowy wieczór, mistrzem plastiku, ale chwilami zabawną i całkiem efektowną.

Tytułowego Thora gra Chris Hemsworth, Australijczyk, wysoki, przystojny blondyn o przejrzyście niebieskich oczach, ideał. Jego postać jest pod każdym względem super – superprzystojny, superpotężny, supernonszalancki, superprzyjacielski, superlojalny… superarogancki i superniepokorny. Jego żądza sławy i walki sprowadza zgubę na niego samego i nieszczęście na Asgard. Za karę ojciec, czyli Odyn (a gra go oczywiście Anthony Hopkins, który ostatnimi laty wcielił się już we wszystkie szmirowate i schematyczne postaci ojców, wszechojców, królów, jakie istniały w branży filmowej), wysyła go na Ziemię jako śmiertelnika. Młodzieniec musi okazać się ponownie godzien boskiego pochodzenia i młota Miau Miau, ekhm, Mjolnira. Wszyscy wiemy, jak to się skończy, większość z nas siadając do oglądania filmu podejrzewa nawet, w jaki sposób do tego dojdzie.

W moim odczuciu film miał ukazać przemianę wewnętrzną. Nie tylko Thora, lecz także Lokiego, jego brata. Zrzucony na Ziemię, śmiertelny i bezbronny (przynajmniej wobec igieł) Thor początkowo jest zdeterminowany, by wrócić do domu, odzyskać młot i boską siłę, jednak jego poczucie winy, skutecznie wywołane przez Lokiego właśnie, sprawia, że potężny wojownik zostaje pokonany i zaczyna godzić się z ziemskim życiem, w czym pomaga mu znajomość z Jane (Natalie Portman). Chris Hemsworth radzi sobie w miarę nieźle w tej schematycznej i do bólu naiwnej ścieżce. O ile jednak motyw przemiany aroganta niebios w pokornego człowieka jest do przyjęcia, o tyle wątek miłosny jest całkowicie nieprzekonujący. Chris i Natalie tworzą piękną parę na ekranie, ale brak między nimi chemii, nie mówiąc już o okazjach do nawiązania duchowej bliskości i nagle trach! Całują się i przyrzekają sobie wieczną miłość!

Loki z kolei kreowany jest na podstępnego złoczyńcę, któremu nie można ufać i który dąży do objęcia władzy nad Asgardem. W pierwszych momentach wydaje się kochającym bratem i lojalnym przyjacielem, by w kolejnych okazać się zdrajcą najgorszego sortu. I ta postać to dla mnie całkowite nieporozumienie – nie mam tu na myśli Toma Hiddlestona, który skądinąd starał się jak mógł najlepiej, ale postać zbudowaną przez scenarzystów, zupełnie bez porządku i logiki, przez co jego motywacje są dla mnie nie do pojęcia. Kochany przez rodziców i brata, poważany na dworze królewskim, jest zazdrosny, czego po nim zupełnie nie widać, a o czym wspomina dopiero wojowniczka Sif (Jaimie Alexander). W trakcie wyprawy na Jotunheim dowiaduje się, że nie jest Asgardczykiem i jest rozgoryczony prawdą, ale już wcześniej knuł przeciwko Odynowi. Tom Hiddleston starał się nadążać za emocjami i postępkami Lokiego, ale zamiast złożonej postaci wyszedł niedorobiony schizofrenik wyglądający jak przerośnięty pasikonik.

Film nie powala efektami specjalnymi. Nie wiem, jak wyglądały Asgard i Jotunheim w 3D, ale w cyfrowej wersji są mocno przerysowane, błyszczą się tak, że oczy bolą. Podobnie jak stroje boskich bohaterów, którzy w sztucznych szatach i połyskliwych zbrojach wyglądają jak figurki od Mattel w skali 1 : 1. Ekranizacje komiksów zawsze przykuwały uwagę, jeśli nie fabułą, to ścieżką dźwiękową. W Thorze muzyki nie ma. To znaczy jest, owszem, coś tam brzdąka, ale wtapia się całkowicie w film, niczym się nie wyróżnia. Aż trudno uwierzyć, że stworzył ją Patrick Doyle, odpowiedzialny za rewelacyjną ścieżkę dźwiękową choćby do Harry’ego Pottera i Czary Ognia. Przyznaję jednak, że obraz ma swoje momenty - sceny potrąceń, zastrzyku, zachowanie Thora, budzące konsternację, zamieszanie i niezrozumienie, nawiązania do Iron Mana i agent Coulson (Clark Gregg) z Tarczy. Mój ulubiony fragment to ten, w którym Darcy (Kat Dennings) nazywa Mjolnira Miau Miau. I oczywiście, Chris Hemsworth, nie ukrywam, że film obejrzałam przede wszystkim dlatego, że gra w nim główną rolę. Mimo wszystko zdecydowanie wolę oryginał z nordyckich mitów.

czwartek, 5 lipca 2012

Celtowie, jakich nie znamy - "Celtowie. Od epoki brązu do New Age", John Haywood, tłumaczenie: Ewa Marczak, Książka i Wiedza 2008


Wątek kultury celtyckiej jest jednym z powszechniejszych w literaturze fantasy. Fascynuje autorów i nas, czytelników, motyw ludzi lasu, bliskich naturze, odprawiających tajemnicze obrzędy w świetle księżyca, posługujących się magią żywiołów. Swoisty urok mają opowieści bardów, ich obecność w literackich światach. Mnie od zawsze najbardziej ciekawił krąg Stonehenge (przynajmniej dopóki nie zobaczyłam go na własne oczy), który od lat kojarzony jest z kulturą celtycką i magią druidzką, a który, jak dowiecie się z książki Johna Haywooda, nic z Celtami nie ma wspólnego. I nie tylko tego dowiecie się z tej rewelacyjnej pracy – Celtowie. Od epoki brązu do New Age odmieni Wasze postrzeganie tej kultury, pozwoli poznać historię plemion celtyckich i zrozumieć przekształcenia, jakim podlegała przez wieki.

Już od samego początku Haywood osadza Celtów mocno w kontekście historycznym, oddziela konkrety od mitów, tworzy tło wydarzeń, które przez wieki wpływały na istnienie kultury celtyckiej. Dopóki nie przeczytałam książki, myślałam, że Celtowie zamieszkiwali jedynie tereny dzisiejszej Wielkiej Brytanii, Irlandii oraz północnej Francji. Jak się okazuje, zasięg ich migracji był znacznie szerszy i obejmował m.in. Włochy, Czechy, Bałkany. Autor prowadzi czytelnika przez fascynujący świat wielu plemion, lekko i bez zadęcia tłumaczy wydarzenia, które miały wpływ na kształtowanie historii nie tylko Celtów, lecz także Rzymian, Francuzów, Anglików, Szkotów, Irlandczyków, Hiszpanów… Oczywiście wszystkie wydarzenia odnoszą się bezpośrednio do celtyckiej kultury i to jej rozwój, a później upadek i odrodzenie, jest motywem przewodnim pracy.

Celtowie to fascynująca i wciągająca niczym najlepsza powieść książka o plemionach Europy, podbojach i najazdach, pełna ciekawostek (czy wiedzieliście na przykład, że kilt wcale nie jest historycznym strojem narodowym Szkotów – został wymyślony dopiero w 1727 roku!) i odkrywczych (dla laików) wniosków. Dzięki niej można zrozumieć, dlaczego Celtowie tak długo opierali się ekspansji innych narodów, głównie Rzymian, uświadamia również kontrast romantycznego wizerunku tej narodowości, który utrwalił się w dzisiejszym świecie, z rzeczywistością historyczną. Haywood cierpliwie i metodycznie pokazuje, że Celtowie niewiele się różnili od innych ówcześnie żyjących plemion, mieli podobne obyczaje, czcili podobnych bogów. Nie byli święci ani bardziej bliżsi natury, często wręcz nazywano ich dzikusami; to głównie o nich mówili Rzymianie, że są barbarzyńcami. Autor zwraca uwagę, że najbardziej odbiegali od innych sztuką wojenną, a raczej jej brakiem i wskazuje, że to przede wszystkim było powodem ich zguby, kiedy stawali przeciwko Rzymianom czy później Sasom (Anglikom). Dzięki Haywoodowi dostrzegłam także różnicę między brytyjskim i angielskim, których to terminów dzisiaj używa się praktycznie wymiennie. Haywood tłumaczy, że odrodzenie Celtów miało dwa źródła. Jednym z nich była potrzeba Walijczyków, Szkotów, Irlandczyków do zaznaczenia swojej odrębności wobec coraz bardziej narzucających się Anglików:
Walijczycy potrzebowali nowego sposobu wyrażania własnej nieangielskiej tożsamości i pierwotnych praw do Wielkiej Brytanii. […] W ciągu kilku lat po publikacji Archaeologia Britannica [dzieło wydane przez Walijczyka Edwarda Lhuyda w 1707 roku – przyp. mój] wykształceni Walijczycy mówili o sobie, że są Celtami i wykazywali znów zainteresowanie własnym językiem. To, co zapoczątkowali Walijczycy, przeniosło się w XIX wieku na pozostałe ludy mówiące, według Lhuyda, po celtycku […]. Pojawiła się współczesna koncepcja tożsamości celtyckiej. [s.257-258]
Drugim źródłem jest romantyzm, który uczynił z kultury celtyckiej tajemniczą, fascynującą praktykę, przybliżającą człowieka do natury i pozwalającą mu zachować duszę:
Celtomania była przejawem romantyzmu, kulturowym buntem przeciw racjonalizmowi i materializmowi oświecenia. […] Celtowie przekształcili się z niebezpiecznych dzikusów w dzikusów szlachetnych, nieskażonych dekadencką cywilizacją. Choć prawie nic nie wiedziano o ich wierzeniach, to druidzi stali się wzorami duchowości, które mieli naśladować intelektualiści rozczarowani bezosobowym charakterem zorganizowanej religii i pełni niesmaku wobec szpetnych produktów rewolucji przemysłowej. [s. 258-259]
Przede wszystkim autor uświadamia, że ci, których dzisiaj nazywamy Celtami, nie znali tego słowa za swojego życia. Nie było jednego wielkiego plemienia Celtów czy Galów, ale wiele społeczności – Piktowie, Helweci, Veneti, Brytowie, Eduowie, Redones, Catuvellaunii i wiele, wiele innych. To niesamowite, że w Europie istniało tyle różnych nacji. W dobie dzisiejszego dążenia do unifikacji narodów europejskich praca Haywooda daje motywację, aby mimo wszystko każdy z nich zachowywał granice swojej niezależności, bronił oryginalnych obyczajów, pielęgnował wyjątkowość.

Styl książki jest jasny, barwny, konkretny. Autor skupia się na faktach, wspominając jedynie wątki mityczne. O Arturze na przykład pisze tylko, że nie ma historycznych dowodów na istnienie takiego wodza i że, jeśli ktoś podobny istniał, prawdopodobnie nazywał się inaczej (Ambrosius Aurelianus). Haywood, powołując się na ówczesne źródła, wspomina również o bitwie pod Mount Badon, której prawdziwej lokalizacji nigdy nie odnaleziono. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, jak dobrą pracę wykonał Bernard Cornwell w Trylogii arturiańskiej.

Czasem jednak gubiłam się w ilości faktów, postaci historycznych, bitew. Brakowało mi map ważniejszych walk, które pozwoliłby mi lepiej wyobrazić sobie ich przebieg. Zdarzało się, że autor tak szybko przerzucał różnymi informacjami, że potrzebowałam dłuższej chwili, a czasem musiałam czytać ponownie akapit, żeby je ułożyć. W nadążaniu za tempem akcji przeszkadzały mi również „skróty myślowe” – pewne wydarzenia Haywood traktuje jako oczywiste, jakby oczekując od czytelnika, że ten ma o nich rozległą wiedzę, i nie poświęca im więcej miejsca. Mimo wszystko Celtowie to podstawowa pozycja dla wszystkich, którzy chcą lepiej poznać celtycką kulturę. 

niedziela, 1 lipca 2012

Lipcowe zapowiedzi


KSIĄŻKI

Tytuł: Ostatni dzień lipca
Autor: Bartłomiej Rychter
Wydawnictwo: W.A.B.
Data premiery: 25 lipca 2012 r.

Po rewelacyjnym debiucie kolejny kryminał Bartłomieja Rychtera pod skrzydłami wydawnictwa W.A.B. Tym razem lata 40. XX wieku. Nie mogę się doczekać!
Czekamy Ciebie, czerwona zarazo / Byś wybawiła nas od czarnej śmierci – ten wiersz z sierpnia 1944 roku w pełni oddaje nastroje warszawiaków w dniach, w których zaczyna się akcja powieści kryminalnej Bartłomieja Rychtera. Z kolei niemieccy okupanci ze strachem myślą o Armii Czerwonej, której czołgi dotarły na przedpola Pragi. W takiej scenerii rozgrywają się dwie historie kryminalne.Dwaj nieznający się bohaterowie, Polak i Niemiec, ostatniego dnia lipca rozpoczynają prywatne śledztwa. Starszy strzelec Klaus Enkel usiłuje rozwiązać zagadkę domniemanego samobójstwa swojego przyjaciela, a adwokat Antoni Chlebowski, członek ruchu oporu, wyjaśnia okoliczności śmierci umarłej na jego oczach telegrafistki. Obaj bohaterowie w swoich przełożonych mają raczej wrogów niż sprzymierzeńców i bardzo wiele ryzykują…
Najnowsza książka Bartłomieja Rychtera to dynamiczna opowieść o przyjaźni czasów wojny. Mimo przeniesienia akcji do lat 40. ubiegłego wieku wnioski nasuwające się po lekturze są aktualne także dziś. „Ostatni dzień lipca” łączy w sobie solidną dawkę historii, intrygującą fabułę, realizm psychologiczny i zręcznie budowane napięcie.
Tytuł: Po drugiej stronie lustra i inne eseje
Autor: Umberto Eco
Wydawnictwo: W.A.B.
Data premiery: 25 lipca 2012 r.

Kolejne wydanie rewelacyjnych esejów Umberto Eco. Pozycja obowiązkowa dla antropologów, kulturoznawców, wielbicieli literatury.
„Po drugiej stronie lustra i inne eseje” to zbiór tekstów z okresu 1972–1985, połączonych wspólnym tematem: znak i jego przygody w dziejach cywilizacji. Autor przygląda się różnorodnym fenomenom kulturowym, z taką samą dociekliwością odczytując „Listy” Pliniusza Młodszego, „Opisanie świata” i „Hrabiego Monte Christo”, z identycznym zaangażowaniem badając średniowieczny alegoryzm, science fiction i sztukę nazistowską. Nie wyklucza z obszaru swoich rozważań złych powieści ani kiepskiego malarstwa. Deklarując w przedmowie, że większość zamieszczonych w zbiorze prac sytuuje się między poetyką artykułu prasowego a rygorami naukowego dyskursu, Eco wyraża przekorną nadzieję, że wszystkie one nadają się do czytania. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Poczucie humoru, błyskotliwość, sugestywne opisy i autoironia czynią eseje włoskiego semiologa niezrównaną lekturą. Tym bardziej, że wszechstronne zainteresowania badacza pozwalają mu pisać równie przenikliwie o zjawiskach tak z pozoru odległych, jak fenomenologia lustra, niegodziwość eterycznych blondynek i jednorożce.
FILM

Tytuł: Niesamowity Spider-Man
Scenariusz: James Vanderbitt, Alvin Sargent, Steve Kloves
Reżyseria: Marc Webb
Data premiery: 4 lipca 2012 r.

Chociaż film jest w 3D, to na pewno pójdę do kina. Trailer bardzo mi się podoba. Tym razem Spider-Man na bardziej serio. Batmanowi się udało, więc i człowiekowi-pająkowi powinno.
Nowa obsada, nowy reżyser, nowa historia. Czy zupełnie nowe podejście do najbardziej kasowego komiksu wszech czasów się powiedzie? Jak widać na przykładzie serii o Bondzie, odświeżenie tematu może okazać się wielkim sukcesem. Peter Parker tym razem uczy się jeszcze w liceum. Musi pogodzić się z tym, kim się stał, i wybaczyć sobie śmierć wuja, którego – tak mu się wydaje – mógł uratować.
Tytuł: Epoka lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów
Scenariusz: Michael Berg & Jason Fuchs 
Reżyseria: Mike Thurmeier & Steve Martino
Data premiery: 6 lipca 2012 r.

Następna część przygód nietypowej rodziny z epoki lodowcowej. Trzy lata temu byłam na trzeciej części i podobało mi się, więc jestem niemal pewna, że i czwarty epizod okaże się dobry.
Bohaterowie ”Epoki lodowcowej” powracają w cyfrowej wersji 3D, by stawić czoła kolejnym wyzwaniom, w tym wędrówce kontynentów, która może zagrozić przyszłości ich świata.
Tytuł: Mroczny Rycerz powstaje
Scenariusz: Jonathan Nolan & Christopher Nolan
Reżyseria: Christopher Nolan
Data premiery: 27 lipca 2012 r.

Podobno ostatni film Nolana i Bale’a z cyklu o Batmanie. Najbardziej jestem ciekawa Anne Hathaway w roli Kobiety-Kot. Jak dotąd nikt nie przebił Michelle Pfeiffer.